Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Lista hańby – aktualizacja po tarnobrzeskiej żenadzie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kiedyś to były Słubice.
Potem Słubice i Zdzieszowice.
Do Słubic i Zdzieszowic doszły Niepołomice.
Słubice, Zdzieszowice i Niepołomice zaprosiły Luboń.
Słubice, Zdzieszowice, Niepołomice, Luboń, Głogów.
Słubice, Zdzieszowice, Niepołomice, Luboń, Głogów, Radom.
Słubice, Zdzieszowice, Niepołomice, Luboń, Głogów, Radom, Tarnobrzeg.

To są miasta, z których pochodzą kluby, które eliminowały GKS Katowice z Pucharu Polski już w pierwszym dla naszego klubu meczu w tych rozgrywkach.

To są kluby z niższych lig (poza Głogowem), do których przyjechał „wielki” GKS Katowice, co częstokroć było nie lada atrakcją dla miejscowych kibiców na co dzień oglądających jako rywali swojego zespołu drużyny pokroju LZS Kozia Wólka czy Matołki Pacanów.

Ten „wielki” GKS Katowice rzeczywiście dostarczył miejscowym rozrywki. Oglądali oni bowiem kabaret w wykonaniu zespołu gości, a ostatecznie cieszyli się euforycznie ze zwycięstwa i możliwości pojedynku z zespołem z ekstraklasy.

Powyższa lista to istna lista hańby naszego klubu w Pucharze Polski. Ewenement na skalę światową, jeśli wzięlibyśmy pod uwagę ilość porażek w przedbiegach z zespołami z niższych klas.

Bilans GKS w ostatnich 9 występach w Pucharze Polski to:

4 zwycięstwa, 9 porażek, bramki: 13-18.

Wygrane były tylko z Wigrami (dwa razy), Rozwojem i Podbeskidziem. Tylko trzy razy w tym czasie przyjechała do nas ekstraklasa: Podbeskidzie, Zawisza i Cracovia. Tylko dwa razy GKS przeszedł pierwszą rundę, siedem razy odpadł. Gdy pomyślimy sobie, że taki Rozwój w tym okresie dwa razy grał z Legią Warszawa, a z czołowymi drużynami ekstraklasy mierzyło się mnóstwo małych klubów, to można powiedzieć, że… ech, w sumie to odechciewa się gadać.

Można sobie zadać pytanie, które zadajemy od wielu lat – dlaczego w naszym klubie nikt nie traktuje Pucharu Polski poważnie? Dlaczego dziesiątki piłkarzy, kilku trenerów i działacze nie robią wszystkiego, by przynajmniej uniknąć kompromitacji w postaci odpadnięcia z teoretycznie słabszą – bo występującą w niższej lidze – drużyną. Dlaczego tak po prostu to trofeum – które kiedyś było chlubą naszego klubu – teraz po prostu wszyscy mają tak totalnie i to rok w rok w dupie?…

Z jednej strony trudno było (jak pisaliśmy w czwartek) przemóc się, by z zaciekawieniem podejść do nowego sezonu. Trudno było przemóc się, by kibicować w dużej części tym partaczom z poprzedniego sezonu. W głębi serca jednak liczyliśmy na nowych, że na świeżości, jeszcze nieprzesiąknięci katowickim marazmem, wykrzesają z siebie przynajmniej tyle, by pokonać Siarkę Tarnobrzeg. Jak się okazało i to było niemożliwe do spełnienia.

Niestety zarówno u starych, jak i u nowych nie widzieliśmy czegoś takiego, jak przemożna chęć wygrania tego meczu. Było dobrze nam znane pykanie sobie, że a nuż się uda, a jak się nie uda, to trudno, nic wielkiego przecież się nie stanie, to tylko jedna porażka. Nie mieliśmy przez to wielu sytuacji bramkowych, w końcówce zupełnie nie było koncepcji, pojawiło się coraz więcej głupich strat, a taki Fosa czy Plizga nie spieszyli się za bardzo ze wznawianiem gry nawet w 92. minucie meczu.

Możemy mówić, że przecież jednak sytuacje były, że jeżeli Prokić wykorzystałby swoją setkę, to wszystko ułożyłoby się inaczej. Ale nie wykorzystał. Tak samo jak w swojej żenującej postawie wiosną piłkarze nie wykorzystywali pojedynczych – mimo wszystko nadarzających się – stuprocentowych okazji. Partactwo Andreji jest dokładnym powtórzeniem tego, co oglądaliśmy na wiosnę. Czyli tragedii z jedną sytuacją, dzięki której po meczu można mydlić sobie oczy zdaniem „co by było, gdyby…”.

W okresie przygotowawczym GKS strzelił jednego gola w sześciu meczach – to właśnie w pierwszym z tych sześciu – z Odrą Opole. Czyli teraz mamy już sześć meczów z rzędu bez zdobytej bramki. Pamiętacie coś takiego? Za Roberta Moskala GieKSa przerżnęła sześć ostatnich meczów w lidze do zera. Tylko wtedy w składzie mieliśmy takich „wirtuozów” jak Remigiusz Malicki czy Michał Nowak. Pewnie nasi obecni „piłkarze” obraziliby się, gdybyśmy ich umiejętności przyrównali do ww. no-nameów.

Sześć meczów bez gola. GKS Katowice walczy o ekstraklasę. Jeden gol w siedmiu meczach. Czyli w sezonie GKS strzeli może 4 bramki. Bilans doprawdy imponujący.

Rok temu pisaliśmy, że przerażało nas to, iż wracając z Radomia nie czuliśmy wielkiego zdenerwowania. Raczej obojętność. Dzisiaj ta obojętność była już do kwadratu. Jesteśmy już tak przywykli do klęsk serwowanych nam przez piłkarzy, że wracamy tak, jakby się nic nie stało. Jesteśmy trochę jak kobieta doświadczająca przemocy od męża, która jest już w takiej sytuacji, że kolejne akty przyjmuje już niby na znieczuleniu, zamraża się, nie czuje (bo jakoś musi się obronić przed systematyczną traumą)… A w środku tak cholernie boli, z bezradności, z poczucia oszukania…

Wydawało się, że zespół swoją postawą na wiosnę osiągnął apogeum żenady i teraz może być już tylko lepiej. Niestety mamy kontynuację tego dramatu. Piłkarze i trener się zmienili, jednak nie wszyscy. Naczelny pozorant Fosa odstawił tę samą tragedię, co wiosną i naprawdę pozostawienie tego zawodnika w klubie jest olbrzymim błędem. To nie jest ambitny piłkarz. I będzie wspomniane pozoranctwo swoją postawą boiskową zaszczepiać nowym, którzy będą go naśladować, jako lidera (pożal się Boże…) zespołu.

W czwartek pisaliśmy, że nowi będą mieli u nas nieco łagodniej, bo jeszcze nic nie zdążyli spieprzyć. Niestety, to już jest nieaktualne. Zaliczyli kompromitację w Pucharze Polski i wykopali nasz zespół z rozgrywek. OK, to jeden mecz i dla nich wiele jeszcze może się dobrego wydarzyć. Ale wejście w GieKSę mają fatalne i muszą startować nie od zera tylko od minus kilku punktów.

Puchar Polski jak zawsze przegraliśmy w przedbiegach. Pozostaje tylko liga i 34 mecze. Trudno na ten moment mieć jakiekolwiek racjonalne przesłanki, że katowiczanie mogą powalczyć o awans. Zobaczymy, czy są w stanie się trochę dotrzeć przez kilka kolejek, ale startując z pułapu impotencji strzeleckiej ciężko będzie dojść do zadowalającego momentu. A nawet jeśli to się stanie za jakiś czas, możemy mieć sporą stratę.

Za tydzień pierwszy mecz z Pogonią Siedlce. Z rywalem słabym, z którym zagramy u siebie. Znamy jednak już te historie i nieraz tacy przeciwnicy wygrywali na Bukowej. A i często inauguracja kończyła się klapą.

Na razie przeżywamy i jesteśmy głęboko zniesmaczeni i zażenowani kupą, którą na dzień dobry zaprezentowali piłkarze w tym sezonie. Szczerze mówiąc, na myśl o tym, że w porównaniu z wiosną nic się nie zmieni, można mieć odruch wymiotny.

15 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

15 komentarzy

  1. Avatar photo

    a

    23 lipca 2017 at 13:16

    Super artykuł szkoda tylko ze prawdziwy i nie ma jakichkolwiek oznak na zmianę. Ile jeszcze sezonów Gieksa bedzie tkwić w tej 1 lidze ile można dostwac w pysk od kopaczy bez ambicji no ile?

  2. Avatar photo

    Paweł

    23 lipca 2017 at 13:31

    Bardzo dobre podsumowanie. Co do Foszmanczyka to juz się wypowiadzialem na jego temat. Razem z Plizga stworzą mocny duet hamulcowych. Dobrze, że na inaugurację gramy ze Siedlcami. To rywal w zasiegu.

  3. Avatar photo

    Max von Ogon

    23 lipca 2017 at 16:28

    Być może trzeba pöjść drogą Görnika i postawić na wychowankøw. Po co ściągać piłkarskie zera ktørych nikt nie chce. Po ch… nam jednosezowi kopacze ktøry chce przeżyć kolejny sezon bez wysiłku….

  4. Avatar photo

    Michałio

    23 lipca 2017 at 17:47

    Widzicie panowie padalec Brzeczek z lechem umioł wgrać,to nie jego wina była ze awansu było brak,to naszemu szrotowi sie nie chce, mają wyjebane na nos i klub,kasa jest to po co lotać.Cza im wpierdol spuścić może to pomoże, bo Mandrysz są z nimi se nie do rady

  5. Avatar photo

    Irishman

    23 lipca 2017 at 18:09

    „Można sobie zadać pytanie, które zadajemy od wielu lat – dlaczego w naszym klubie nikt nie traktuje Pucharu Polski poważnie?”

    Bo, EKSTRAKLASA ALBO ŚMIERĆ! I to jest jedyny możliwy sposób, w jaki ta drużyna może zadośćuczynić nam ten pucharowy wstyd, a piłkarze, którzy tu już byli na wiosnę mogą odpokutować tą żenadę, którą odpierdzielili!

    Ale też już znowu nie piszmy infantylnych głupot, że ta porażka w PP oznacza, że cały sezon będzie do bani! Niestety czy nam się to podoba czy nie ten mecz okazał się próbą generalną! I ZOSTAŁ OBLANY!!! Nie ma tu jeszcze poważnych konsekwencji ale za tydzień już nie będzie „zmiłuj się”.

    Tak więc proponuje powstrzymać emocje i poczekać do ligi!

  6. Avatar photo

    lukasz

    23 lipca 2017 at 18:28

    Irishman próba generalna?? Kurwa ile tych prób ile męczy przrrznelismy które miały być tymi o wszystko. Nie pisz tu o powstrzymywaniu emocji bo te piłkarskie podroby na to nie zasługują, nie pokazali NIC co mogłoby działać na ich korzyść. NIC. I nie piszę tu o meczach z Bytowiami Siedlcami czy innymi. Bron Boże nie obrażając ich bo prezentują poziom wyższy niż te marionetki mieniące się piłkarzami.

  7. Avatar photo

    tomassi

    23 lipca 2017 at 18:52

    dwa razy pisze i nic
    nie można wyświetlić
    już i tu pisiory jebane rządzą??

  8. Avatar photo

    Marcin

    23 lipca 2017 at 19:32

    Jeśli chodzi o mecz,to chyba tylko cud uratuje nas przed kompromitacją w lidze.Szkoda też naszej młodzieży przecież mieliśmy tyle grup młodzieżowych a gdzie efekty?
    Może to wina poszczególnych trenerów,którzy nie potrafią właściwie pokierować tymi chłopakami?Nawałka w swoim czasie potrafił.Jeszcze do tomassi-daj spokój z Pisem,chyba że kombinowanie i oszukiwanie są Ci bliskie tak jak było jeszcze niedawno przez ostatnich 8 lat.Miejmy nadzieję że piłkarze grający u nas mają ambicję i w lidze pokażą że zależy im na naszym klubie i wszyscy razem będziemy przeżywać wielkie chwile i zarazem mecze na B1.

  9. Avatar photo

    tomassi

    23 lipca 2017 at 21:33

    Marcin jak masz dowody to do prokuratury(haha)ziobro
    spoko sad to osądzi(hahahaha)ziobro dobierze odowiedniego

  10. Avatar photo

    supporterwnc

    24 lipca 2017 at 06:05

    Tak, tak…Przez 8 ostatnich lat, polki i polacy…CHWDPiS

  11. Avatar photo

    Irishman

    24 lipca 2017 at 09:00

    Łukasz, ch… mnie obchodzi ile dotąd było tych przerżniętych sezonów, TERAZ MA SIĘ UDAĆ I TYLE!
    A niestety jak teraz będziemy sobie nadal chcieli ulżyć i odreagować za poprzedni sezon i będziemy teraz „karać” drużynę, trenera i w ogóle cały klub za niego, to w tym bieżącym także nigdzie nie dojdziemy!

  12. Avatar photo

    T

    24 lipca 2017 at 09:40

    Wszyscy zadają sobie pytanie: Czy GieKSa strzeli w tym sezonie gola?! Panowie, jakiś czas temu pisałem o braku nadziei, argumentując to między innymi brakiem realnych wzmocnień. Teraz już bardziej mi wierzycie? Sparingi sparingami, ale fakt że od kilkuset minut GKS nie potrafi zdobyć gola nie jest przypadkowy. Atak, był najsłabszym punktem w zeszłym sezonie, a zarząd uznał że nagle Ci sami zawodnicy zaczną brylować pod bramką? Głupota, sabotaż awansu (znowu!), albo jedno i drugie. Nie ważne. Ważne jest to, że w tym sezonie nie mamy co celować w awans, a tylko awans dałby jakiekolwiek szanse na wskrzeszenie tego trupa jakim, nie ma co się oszukiwać, jest GKS Katowice obecnie.

  13. Avatar photo

    Waldek

    25 lipca 2017 at 09:25

    Moze byc gorzej, mogą spaść! Bedzie walka o utrzymanie albo bez walki?

  14. Avatar photo

    tyyyybeeeekk

    25 lipca 2017 at 18:24

    Ale wy kurwa spinacie dupy! Będzie dobrze! Mamy Mandrysza więc mamy też awans! To jest ten sezon!

  15. Avatar photo

    Stixi

    26 lipca 2017 at 04:18

    Dopóki niy bydzie wychowanków jak kiedyś,co za swój klub oddadzą serce to niy bydzie sukcesu.Od poru lot w Gieksie ino same najemniki.

Odpowiedz

Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga