Dołącz do nas

Felietony

Moje wspominki cz.1 – Widzew u siebie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Pomysł na cykl wspomnień chodził mi już po głowie od kilku rund, zawsze jednak brakowało czasu, aby go rozpocząć. Tym razem – z okazji rozpoczynającego się sezonu – postaram się trochę powspominać dawne i nieco mniej dawne czasy związane z moją obecnością na meczach GieKSy. Teksty będą związane z rywalizacją z drużyną, z którą GieKSa ma właśnie zagrać na stadionie, na którym mecz będzie rozgrywany. Na początek więc kilka „retrospekcji” z meczów z Widzewem u siebie.

Liga za puchar
To był mój pierwszy mecz z Widzewem, ale chyba najbardziej dramatyczny. Rok 1997. Kilkanaście dni wcześniej katowiczanie ograli piłkarzy Franciszka Smudy 2:0 w półfinale Pucharu Polski. Roiło się od komentarzy, które nakazywałyby oddać łodzianom punkty w lidze. Widzew z Legią wówczas zdominowały kompletnie polską ligę i między sobą walczyły o mistrzostwo, wygrana w Pucharze Polski była więc olbrzymim sukcesem katowiczan.

I już w piątej minucie przecierałem oczy ze zdumienia, gdy po lekkim strzale Majaka piłka pół godziny leciała do bramki, a Mariusz Luncik stał niemal, że podpierając się rękami pod boki i czekał tylko, jak piłka przekroczy linię bramkową. Bramka kuriozalna, niebywała i świadcząca, że mecz jest ustawiony. Tak to wówczas wyglądało. Ze zdumieniem więc oglądałem, jak na sam koniec pierwszej połowy Sławek Wojciechowski prawą (!) nogą pięknym strzałem doprowadza do wyrównania. Wszystko wróciło jednak do normy, gdy w 46. i 47. minucie rywale strzelili dwa gole, przy czym bramka Wyciszkiewicza była dziwna w tym względzie, że piłka przeleciała przez dziurę w siatce i z perspektywy Blaszoka wyglądało to tak, jakby strzał był niecelny, a sędzia nie uznał bramki. Nerwom nie było końca. Zrobiło się gorąco na Blaszoku, część kibiców zaczęła głośno wyrażać co myśli o postawie zespołu, a głównie Adama Ledwonia, o którym mówiło się już dużo wcześniej w kontekście zainteresowania Widzewa jego osobą. Kibice dawali do zrozumienia, że Ledek powinien tam odejść… Inna część kibiców nie zgadzała się z tymi opiniami i tak mieliśmy jeden z mniej chlubnych epizodów z historii kibicowskiej GieKSy. Tymczasem Ledek szybko… strzelił gola, a po kilkunastu minutach wyrównał Wojciechowski. Zawodnicy GieKSy odgryźli się kibicom na Blaszoku i również zademonstrowali, co myślą o wcześniejszych przyśpiewkach. Ja sam natomiast znów nie mogłem uwierzyć, że jest remis 3:3 i myślałem sobie – a może jednak, a może wygrają, może będzie czysto. Inna myśl była taka, że skoro ustawiają to i tak robią to nieźle i starają się odrzucić podejrzenia (co innego jakieś problematyczne karne i samobóje w 90. minucie). Niedługo jednak Majak strzelił drugiego swojego gola i ostatecznie Widzew wygrał w Katowicach.

Dokładnie dwa tygodnie później łodzianie rozegrali spektakularny mecz na Łazienkowskiej (słynne 3:2). A GieKSa? Poprzegrywała prawie wszystko do końca sezonu, straciła trzecie miejsce premiowane awansem do Pucharu UEFA, przegrała finał Pucharu Polski. Dwa ostatnie mecze z Legią również miały być ułożony, ale nie były. Legia wygrała i ostatnią ligową kolejkę (grała już o pietruszkę) i finał pucharu. Wielki niedosyt w Katowicach po tym sezonie pozostał…

Litewski snajper i norweskie tyczki
W pierwszym sezonie po awansie do ekstraklasy, czyli w rozgrywkach 2000/01 GieKSie wiodło się kiepsko. Do 10. kolejki nasz zespół pozostawał bez wygranej. Wtedy na Bukową przyjechała Legia i przegrała 0:1. GKS zaczął grać lepiej i kolejne dwa mecze na Bukowej również były ze zdobyczą punktową. Najpierw 3:0 wygrana z Ruchem Radzionków, a potem przyjechał Widzew.

W GieKSie od pierwszej minuty grał Grażvydas Mikulenas, a po przeciwnej stronie jego rodak Robertas Poskus. Ja jednak zapamiętałem ten mecz ze względu na dwóch… Norwegów w Widzewie, którzy dosłownie na chwile pojawili się w ekstraklasie. Niejacy Evensen i Karlsen zaliczyli odpowiednio 3 i 4 mecze w Polsce. I w ich karierach były to jedyne mecze rozegrane w barwach innego klubu niż norweski. Evensen i Karlsen – obudzony w środku nocy wymienię te dwa nazwiska beż zająknięcia 😉

Mikulenas szybko strzelił bramkę dla GKS, wyrównał Mirek Szymkowiak z rzutu wolnego. To miało być dośrodkowanie, ale nikt nie przeciął i wyszedł gol. To był przedostatni mecz Szymka dla Widzewa, bo po rundzie przeszedł do Wisły Kraków, gdzie zrobił jeszcze większe postępy. Daj nam Boże dzisiaj takich pomocników w reprezentacji jak Szymkowiak… Potem jednak drugiego gola dla GKS zdobył Marcin Bojarski, a trzeciego znowu Miki. Mam przed oczami tego gola – obrońcy Widzewa (być może Evensen lub Karlsen) stoją w polu karnym i jest tam też w pobliżu któregoś z nich piłka. Nic nie robią jednak – tylko stoją. Mikulenas wbiega po prostu jak w masło przechwytuje piłkę, mija tyczki slalomowe i strzela gola. Masakra. Po takim golu prawdopodobnie obrońcy nie mieli życia. Chodzi mi po głowie, że najbliżej piłki wówczas był Przemysław Urbaniak, ale nie jestem tego pewien. Bardzo żałowałem, że Mikulenas w końcówce nie wykorzystał rzutu karnego, bo hat-tricki w GieKSie w tym okresie to była absolutna rzadkość. Ale wygrana stała się faktem.

Klops Piotra Lecha w cieniu World Trade Center
11.09.2001. Ta data mówi wszystko. W ten dzień GKS grał zaległy mecz z Widzewem. To były mimo wszystko jeszcze jakieś tam początki internetu (a ściślej, nie wszyscy jeszcze wtedy mieli stałe łącza, łączyło się czasowo przez modem). Komórki jednak już były używane i też… to były raczej ich początki. Pamiętam ten dzień bardzo dobrze, to był wtorek, pamiętam, że ostatnią lekcją był WF, na którym graliśmy w siatkę. Pamiętam, jak poszedłem posilić się za ostatnie grosze (oprócz kasy na bilet) do KFC. Dostałem SMS-a, że „coś się dzieje w Stanach”, że „płonie Pentagon”, ale szczegółów nie znałem i w błogiej nieświadomości żyłem aż do powrotu do domu.

Sam mecz z Widzewem był nudny jak flaki z olejem. GKS Miał zmazać plamę z fatalnego 1:5 z Wisłą cztery dni wcześniej (pamiętne 5 bramek Żurawskiego, to tak apropo’s wspomnianych hat-tricków). Niestety mecz był słaby, a na domiar złego Sławomir Suchomski pokonał w końcówce Piotra Lecha. Nie wiem czy telewizje zarejestrowały tego gola, ale nie miałem okazji tego w TV później zobaczyć. Pamiętam tylko, że to był jakiś potężny klops Lecha, który chyba coś a la wrzucił sobie piłkę do bramki. Plama nie została więc zmazana, GKS przegrał, a ja po powrocie dowiedziałem się szczegółów o USA. Powiedziałem moim rodzicom, że „słyszałem tylko, że Pentagon się pali”…

Cudownie w Jaworznie – załamany Janas
Jeden najlepszych meczów ostatnich lat. Do Jaworzna, gdzie GKS grał jako gospodarz, przyjechał Widzew, który miał przypieczętować awans do ekstraklasy. I szybko objął prowadzenie po samobójczym golu… Mateusza Kamińskiego (to był pierwszy samobój Kamyka dla GKS). Do przerwy było 0:1, w przerwie komentator TVP Marcin Zawacki dał mi na osłodę gorzkiej czekolady…). Po przerwie mieliśmy jednak koncert – wyrównał Grzegorz Goncerz, potem strzelił Tomasz Hołota i w końcu sytuację sam na sam wykorzystał Krzysztof Kaliciak. Stadion przy Krakowskiej eksplodował, spiker Lyjo szalał, a Paweł Janas (trener Widzewa) chwytał się za głowę. W końcówce jeszcze Marcin Robak strzelił gola z karnego i był dramat do końca, bo jeszcze Matusiak trafił w poprzeczkę. GKS wygrał jednak 3:2 i przybliżyło to nas do upragnionego utrzymania. Kibice długo świętowali z piłkarzami tę wygraną, a Widzew… i tak wkrótce awansował do ekstraklasy.

To był czas, gdzie miałem pewne problemy zdrowotne i mocno się zmusiłem, aby pojechać do Jaworzna na ten mecz. Nie żałowałem. Żałowałbym, gdybym tam nie pojechał. Piłkarze Nawałki dali wtedy prawdziwe chwile radości.

Widzew przy Bukowej
Było jeszcze kilka innych meczów przy Bukowej z Widzewem, na których byłem. Remis 1:1, gdy Adamus strzelił gola, a potem jego… kolega z drużyny wyrównał samobójczym strzałem (Artur Szymczyk). Była druga kolejka sezonu 2002/03 i wygrana 1:0 po golu Muszalika – ta wygrana rozpoczęła bardzo dobry sezon GKS, który zaowocował (nie tylko na boisku) awansem do pucharów. Pamiętamy, że w tym meczu sporo działo się także na trybunach (w sensie wędrówki ludów z trybun na boisko 😉

Był też mecz rundy wiosennej sezonu 2003/04 u siebie wygrany 2:0. Jest pewna analogia z wiosną poprzedniego sezonu. Wygrana z łodzianami była bowiem jedynym (!) zwycięstwem GKS w całej rundzie. I co ciekawe, wystarczyło to do utrzymania, choć zespół walczył o to do przedostatniej kolejki. Gole Brożka i Admira Adżema (śliskie rękawice przereklamowanego Norberta Tyrajskiego) dały rehabilitację po porażce 0:6 w Grodzisku, gdzie GKS – według Pawła Pęczaka – zagrał jak „pizdy” 😉 (oj brakuje takich walczaków!).

Ostatni mecz przy Bukowej z Widzewem odbył się w ramach rekordu świata Roberta Moskala czyli sześciu porażek z rzędu do zera. To był dokładnie pierwszy z tej paskudnej serii, toczony w deszczu, pojedynek. Potem było już tylko gorzej, aż trener Moskal (nie mylić z Kazimierzem) doznał postradania zmysłów i w Kluczborku w napadzie wystawił Adriana Napierałę.

Jak będzie w sobotę?
Nie musi być tak dramatycznie, jak we wspomnianych 3:4 czy 3:2. Niech będzie pewne spokojne zwycięstwo. Widzew to już nie jest ten Widzew z ekstraklasy – ani za dobrych czasów, ani za czasów Evensena i Karlsena. Nie jest to nawet prawdopodobnie Widzew z meczu w Jaworznie. Przeciętna kadra, spadkowicz z ekstraklasy raczej ciężko będzie miał wrócić do elity. Ale GKS też jest po przebudowie, więc mecz będzie niewiadomą. Za to z chęcią obejrzę takie bramki, jakie strzelali Ledek i Wojciechowski w tym… szemranym meczu z 1997 roku.

Shellu

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    tom

    2 sierpnia 2014 at 06:58

    Pamiętam dokładnie ten mecz- ustawiony z widzewem, też darłem ryja puchar za ligę !
    Potem jeszcze któryś z naszych piłkarzy dostał z liścia od kibiców,za tą postawę, ale nie warto dziś rzucać nazwiskami 😉

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga