Dołącz do nas

Felietony

Możecie kupić sympatię kibiców

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kibice GieKSy po dwóch spotkaniach ligowych podzielili się na dwa obozy. Jedni uważają, że po beznadziejnym meczu z Podbeskidziem, mecz z ŁKS był również słaby i niedający nadziei na lepszą przyszłość. Drudzy doceniają wygraną w Łodzi i – choć gra rzeczywiście do wybitnych nie należała – dostrzegają plusy i szanse na to, że coś z tej drużyny może być.

Mnie na ten moment bliżej do tej drugiej opcji. Oczywiście nie myślę tutaj w kategoriach awansu do ekstraklasy (choć uważam, że taki cel powinien bezwzględnie być), ale widzę pewien zalążek i szansę, żeby narodziła się sensowna drużyna. Po raz kolejny mam tę nadzieję. Chociaż już kilka razy wydawało się nam, że mamy już prawdziwą ekipę, z prawdziwym team spirit. Okazywało się, że ten team spirit był jedynie w kontekście wakacji, imprez czy potencjalnych machlojek związanych z meczami.

Tak jak pisałem ostatnio – większości zawodników, co do których były tak wielkie wątpliwości pozbyto się. Przyszli nowi, wielu, wielu nowych i należy dać im szansę. Z krytyką, ale i zaufaniem. Sam po Podbeskidziu pisałem, że ten kredyt zaufania jest minimalny, ale w Łodzi naprawdę coś drgnęło.

W podstawowym składzie przy Alei Unii wyszli Pawełek, Lisowski, Remisz, Kupec, Piesio, Michalik, Tabiś i Rumin. Ośmiu, powtarzam – OŚMIU nowych. I oni wygrali wyjazdowy mcz w pierwszej lidze – z ekipą, która jak mniemam, będzie punktować. Może nie na miarę awansu, ale solidnie. Fakt, że ośmiu debiutantów (plus jeszcze dwóch z ławki) już w drugiej kolejce dało nam radość ze zwycięstwa, jest już samo w sobie powodem do optymizmu. Jeszcze bez większego zgrania, bez automatyzmów, a jednak solidną grą obronną, w miarę ogarnięciem środka pola i jednym zabójczym atakiem wyszarpali wygraną bojowo nastawionym gospodarzom.

Najważniejsze są wyniki, reszta powinna przyjść z czasem. Jeśli Michalik z Piesiem będą się coraz lepiej rozumieć, Rumin nabierze jeszcze większej pewności, a tyły zabezpieczać będzie Poczobut, możemy mieć nadzieję.

Oczywiście to wszystko za wcześnie, by być tego pewnym. Przerabialiśmy już wiele zaciągów transferowych, które nawet po jednej rundzie wydawały się solidną zmianą na długi czas. Dość powiedzieć, jak wychwalaliśmy Kalinkowskiego i Zejdlera – mówiliśmy, że to nowa jakość w środku pola po Pielorzu i Dudzie. Jak było to mylne, jak bardzo mieliśmy taką quasi-drużynę i quasi-zawodników, że do dzisiaj ciężko uwierzyć, że daliśmy się nabrać. Pamiętacie jaki był płacz, gdy w Bielsku Foszmańczyk odniósł kontuzję i była perspektywa gry przez kilka kolejek bez niego? Ech..

Mecz z ŁKS Łódź wybitny nie był, ale był dwie klasy lepszy niż ten z Podbeskidziem. W zasadzie postawa zawodników w inauguracji powinna być poza skalą. Ale to co w kilku sytuacjach pokazali w Łodzi, podskórnie daję tę nadzieję. Na razie tylko na mecz z Tychami, który będzie kolejną weryfikacją. Każdy mecz będzie weryfikacją i będzie wpływać na nastroje. Nie będziemy sztucznie trąbić, że „mamy drużynę” po dajmy na to trzech wygranych z rzędu. Ale na czymś musimy opierać swoją energię dotyczącą GKS Katowice. I niech to będzie energia nadziei, a nie rezygnacji.

Mam nadzieję, że trener Jacek Paszulewicz wie, co robi. Po wczorajszych słowach w audycji na Weszło FM, można był uznać, że w końcu ktoś ma myśli zbieżne z myślami kibiców. Szkoelniowiec powiedział, żę wiele zmian kadrowych było powiązanych m.in. z tym, że skoro przez dwa lata z tymi samymi zawodnikami ten projekt się nie udał, to zmiany są po prostu konieczne. W domyśle, że rachunek prawdopodobieństwa kolejnej porażki z ówczesną kadrą – wzrósłby niemal do maksimum.

Jest wiele rzeczy do poprawy. Obrona zagrała dobrze, ale trzeba działać na rzecz zmniejszenia sytuacji przeciwnika. Mimo niezłej postawy stoperów i Lisowskiego, do sytuacji strzałowych jednak ŁKS dochodził. Co można w tej sytuacji zrobić? Sprawa wydaje się oczywista, utrzymywać się przy piłce i nie tracić jej nerwowo w środku pola. Jasne jest, że nawet najlepsza obrona, jeśli będzie poddawana próbie co dwie minuty, w końcu popełni błąd. „Im dłużej my przy piłce, tym krócej oni” – jak mawiał śp. Kazimierz Górski.

Jeśli chodzi o ofensywę, to jakoś mam przeczucie, że pójdzie to jednak w dobrym kierunku. Wspomniani Piesio czy Michalik mają na tyle umiejętności, by wprowadzić GieKSę na wysokie miejsce w tabeli. Teraz wszystko zależy od ich motywacji, zgrania i porozumienia.

Pamiętamy też o „starych”. Czekamy, co dalej z Adrianem Błądem. Patrząc pod względem czysto piłkarskim, za te dwa mecze powinien uśiąść na ławce. Mamy jednak nadzieję, że to zawodnik ambitny i na bazie sportowej złości, powalczy z Tychami tak mocno, że zapomnimy o tej nieudanej inauguracji.

No właśnie – mecz z Tychami. Okazja do rewanżu za poprzednie derby trafia się nam po niecałych trzech miesiącach, a w zasadzie dwóch z kawałkiem. To była trauma, po spotkaniu z Ruchem, nasi – w większości byli – zawodnicy zaprezentowali się żenująco. Mamy nadzieję, że nowy narybek naprawi to, co zepsuli poprzednicy. To będzie taki pierwszy mecz z rangą, kibicowski, który warto by było wygrać. Piłkarze GKS muszą sobie zdawać sprawę, że tym meczem mogą kupić sobie sympatię kibiców i zbudować pozytywną otoczkę. Co jeszcze przed chwilą wydawało się niemożliwe.

7 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

7 komentarzy

  1. Avatar photo

    abel

    31 lipca 2018 at 19:36

    To że zgranie szwankuje to można wybaczyć. Przyjdzie z czasem choć nie tylko nas dotyczył problem zmian kadrowych. Niepokojące są niskie walory indywidualne (techniczne) poszczególnych zawodników. Sama walka nie wystarczy i to nie tylko do awansu ale do miejsca w pierwszej 10. Piłkarze LKS przy naszych prezentowali się jak wirtuozi futbolu (nieskuteczni to prawda). Gdyby Gks zagrał otwartą piłkę to by nie wygrał. Wiadomo że jak się postawi autobus na 30 m to w Polsce mało kto sobie z tym poradzi. Choc Lks i tak dochodził do sytuacji strzeleckich i to dość klarownych. Lisowski jest waleczny i nieustępliwy to prawda. gorzej już z ofensywą. Widać też było słabą zwrotność tego zawodnika. Obym się mylił ale jak zagra przeciwko zawodnikowi 160 175 to na starcie będzie go miał za plecami. No ale powiedzmy większym problemem jest druga linia. Zero kreatywności, utrzymania się przy piłce a celne podanie na 5 m jest nieosiągalne. Oj szkoda ze nie mamy takiego zawodnika jak Prokic (niezależnie od tego co o nim sadzicie). On robił różnice i dawał dodatkowe możliwości taktyczne.Rumin zachował się bardzo dobrze przy bramce to prawda ale nie widzę tez u niego predyspozycji do gry kombinacyjnej. Generalnie brakuje kreatywnych zawodników.

  2. Avatar photo

    Solski

    31 lipca 2018 at 21:12

    @abel z tym wystarczeniem do pierwszej 10-tki to trochę przesadziłeś, ale ok. temperatury są wysokie i ciężko jest myśli pozbierać. Moim zdaniem I liga to taki twór, w którym, technika i kreatywność wiele nie daje. Zagłębie miało jakiegoś takiego grajka? Miedź? Nie, tam wygrał kolektyw. W tych drużynach nie było gwiazd. Była walka i zaangażowanie + trochę szczęścia. Jak to powiedział pewien klasyk I liga to styl życia. Coś co wystarcza na I lige nie wystarcza do dobrej gry w ekstraklapie. Tak samo drużyny spadające z ekstraklapy potrzebują czasu aby tę lige zrozumieć. Oby w piatek nie zabrakło naszym walki i zaangażowania

  3. Avatar photo

    carra23

    31 lipca 2018 at 21:51

    A do mie kazdy mecz po 1-0 styknie!!!3 punkty i gro!!!

  4. Avatar photo

    Irishman

    1 sierpnia 2018 at 11:25

    @Abel, można fajnie, merytorycznie, bez złośliwości podyskutować? No można i tego się trzymajmy! 🙂

    Ja się z Tobą całkowicie zgadzam, że gdyby zsumować tylko indywidualne, potencjalne umiejętności poszczególnych zawodników to nasza drużyna nie może się równać z Termalicą, Niecieczą i może jeszcze z kilkoma innymi drużynami. Mało tego, ona byłaby gorsza nawet od tych, które mieliśmy rok i dwa lata temu!
    Ale to, że jeden czy drugi zawodnik ma umiejętności, to nie jest jeszcze nawet połowa sukcesu, bo jeszcze musi mieć siły, a przede wszystkim chęci, aby je wykorzystać! Poza tym w każdej grze zespołowej o sukcesie nie decyduje suma indywidualnych umiejętności poszczególnych zawodników ale siła całego teamu. Nie ma co daleko szukać jakichś przykładów – wystarczy wziąć pod uwagę ostatnie MŚ w Rosji i zastanowić się dlaczego Niemcy, Argentyna, Hiszpania czy Brazylia nie odnieśli sukcesów na miarę umiejętności ich piłkarzy.

    I dlatego ja tak apeluje o danie naszej, nowej drużynie trochę czasu, bo widzę, że ona jako całość ma chęci, ambicje, zaangażowanie, wiarę w sukces! Natomiast może trochę mniejszą jakość poszczególnych piłkarzy można nadrobić grą zespołową, a do tego potrzeba czasu! Poza tym to są ambitni, w większości młodzi albo bardzo młodzi ludzie, którzy chcą coś osiągnąć, chcą się rozwijać. Więc nawet jeszcze teraz czegoś nie potrafią, to za kilka tygodni już się mogą tego nauczyć. Najważniejsze, że chcą. Czy da to awans? Tak, chociaż nie wiem czy już w bieżącym sezonie ale wykluczyć tego nie można. W każdym razie prędzej go zrobimy z takimi jak teraz, którzy chcą się uczyć, chcą coś osiągnąć, niż z tymi, którzy umieli ale nie chciało im się tego pokazywać!
    Pamiętam lata 80-te, po awansie. Wtedy większość drużyn wyglądała przy nas jak „wirtuozi futbolu”. No tylko, że my tych wirtuozów ogrywaliśmy! I tak krok po kroku, aż w 1986 rozgromiliśmy na Stadionie Śląskim wielki Górnik i weszliśmy na salony na długie lata!

    Tak więc, więcej cierpliwości i wiary, bo m7yślę, ze w tą naszą drużynę trzeba wierzyć!

  5. Avatar photo

    Mecza

    1 sierpnia 2018 at 12:48

    @Irish, nie możemy się równać z Termalicą, Niecieczą i kim tam jeszcze:) W podcaście i artykułach wyczuwam przekonanie, że pierwsze mecze pokażą na co kogo stać i jak ta liga może się skończyć, tak jakby nie było wiadomo jaka bardzo to jest nieprzewidywalna liga. Zwycięstwo z Tychami jak i przegrana nie powinna powodować w nas skrajnych emocji. Sosnowiec po przegranej z nami był już pochowany a my w euforii. Nawet nie chodzi o to, że mieliśmy szanse na awans ale wszyscy byli przekonani że GKS będzie przed nimi na koniec sezonu.

  6. Avatar photo

    abel

    1 sierpnia 2018 at 17:19

    xxxx

  7. Avatar photo

    abel

    1 sierpnia 2018 at 17:19

    O znowu moge pisac co za szczescie

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga