Dołącz do nas

Piłka nożna

Najważniejsze pięć minut – reportaż z pielgrzymki z Gdańska do Gdyni

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jest 101. minuta meczu Lechia Gdańsk – Arka Gdynia. Przed chwilą w polu karnym przewrócił się Przemysław Stolc, a sędzia uznał, że jest to próba wymuszenia rzutu karnego. Kilkadziesiąt sekund później mamy jednak analizę VAR, gdzie na powtórkach… no właśnie. Cała Polska jest podzielona – był faul czy nie? Całe Katowice natomiast z zapartym tchem obserwują tę sytuację. Nie no, jak VAR, to zmiana decyzji. Na tysiąc procent. Czekam na werdykt arbitra. W końcu zdecydowanym gestem Tomasz Kwiatkowski pokazuje, że jedenastki nie było i nie będzie. Koniec meczu! Lechia wygrywa derby Trójmiasta i daje szansę awansu GKS Katowice, jeśli za tydzień piłkarze Rafała Góraka wygrają z Arką w Gdyni!

Choć nie jestem specjalnie przesądny, to zawsze bardzo lubiłem różnego rodzaju symbolikę. Nie może mnie tam zabraknąć. Ale sama obecność to mało. Trzeba coś wymyślić. Może połączyć pasję turystyczną z tym najważniejszym od niemal dwudziestu lat meczem. Jest – mam pomysł. Tak, to trzeba zrobić. Ku chwale GieKSy!

Piątek 24 maja, godz. 12:51

Cholera, miała być komfortowa podróż. Okazało się, że zamiast Pendolino podstawiony jest zwykły skład i nie ma mojego miejsca. Każą mi przejść z tobołami przez cały pociąg. W wagonie numer osiem zaduch, nie do wytrzymania. Zmierzam więc w stronę Wars-u i tam przy herbacie postanawiam przebyć daleką podróż. Podróż przez całą Polskę. Po marzenia. Marzenia wymagają poświęceń.

Przejeżdżam przez Warszawę. Panorama znad Wisły – królujący z wieżowcami Pałac Kultury i Nauki to pejzaż, który pojawia się na flagach kibiców Legii, zresztą widać go też ze stadionu… już nie pamiętam Legii czy Narodowego. Ale w każdym razie Warszawę widać z warszawskiego stadionu. Na pewno widok ten nie jest rodem z Konwiktorskiej. Stadion Polonii jest niższy i jak widać – w pierwszej lidze niewiele widać. Poza zwietrzeniem szansy na pójście oczko wyżej, które to oczko puścił do kibiców znany i lubiany Arakinho. Dwa razy.

19:50

Stoję przed dworcem Gdynia Główna. Czas jakby się tu zatrzymał. Stare budownictwo, ruchliwe rondo, linie energetyczne dla trolejbusów. Wygląda to żywcem jak lata 90. lub zdjęcia z dzisiejszych czasów z jakiegoś Kazachstanu czy innego Tadżykistanu. O tym, że jesteśmy w roku 2024 przypominają gdzieniegdzie poustawiane zielone hulajnogi czy różne marki samochodów, a nie tylko maluchy, duże fiaty czy luksusowe polonezy.

Sam wsiadam na hulajnogę i podążam na swoją miejscówkę. Niepotrzebnie kombinuję i zamiast trafić na drogę rowerową, jadę jakimiś totalnymi nierównościami. Ale przemierzam niezbędne kilometry.

Przejeżdżam obok narodowego stadionu rugby, gdzie jakaś młodzież gra w piłkę nożną. Ach, pamiętam, kiedyś podczas redakcyjnego wyjazdu usieliśmy sobie na trybunach tego obiektu i posilaliśmy się co nieco 😉

Stadion Arki jest dosłownie o krok dalej. Formalnie jest to stadion miejski, na którym swoje mecze rozgrywa Arka, ale nie chcąc się bawić we właścicielskie niuanse, a przyjmując po prostu piłkarski i kibicowski skrót myślowy – nazywać będę ten obiekt stadionem Arki (i analogicznie ten sam manewr zastosuję do stadionu Lechii). Przez lekkie prześwity widzę żółte i niebieskie chaotycznie porozkładane krzesełka. Poza tym niewiele widać, poza betonową konstrukcją, kasami czy sklepikiem klubowym. Instynktownie przejeżdżając obok chrumknęło mi się kilka razy. Oby do śmiechu i wesołego chrumkania było mi za dwa dni, kiedy będzie tu prawdziwy młyn, a oczy całej piłkarskiej Polski będą zwrócone właśnie na to miejsce.

21:10

Gdynia Orłowo. Nic tu jeszcze nie zapowiada niedzielnych emocji. Trochę osób leniwie przechadza się po molo, z którego widać w oddali zabudowania Sopotu, a jeszcze dalej 180-metrowy gdański drapacz chmur Olivia Star. Jestem tu jeszcze za widna. Molo skierowane jest na wschód, a za plecami jest wzniesienie, po słońcu więc ani widu, ani słychu, jedynie można o jego istnieniu wnioskować po kolorystyce chmur.

Podziwiam statki i kontenerowce na linii horyzontu. Największą uwagę przykuwa Galeon Lew, zabytkowy statek stylizowany na siedemnasty wiek. Statek rodem przypominający te pirackie – tutaj jednak ma pokojowe zamiary, a turyści mogą przeżyć niesamowity rejs.

Podążam w stronę klifu, do którego mam kilkaset metrów. Zwiększam wysokość. Przechodzę obok mrocznego urbexu z widokiem na morze, czyli orłowskiego sanatorium. Dla miłośników tego typu „zwiedzania” musi to być nie lada gratka.

Z klifu widoki nie są specjalnie lepsze, ale to zapewne wynika z zapadającego półmroku. Jedyną różnicą jest to, że widać molo, którego nie widać w całości z samego molo. Co chyba logiczne.

Wracam na ten efektowny pomost, gdy już jest ciemno. Włączone latarnie na tle granatowego nieba robią już zdecydowanie lepsze wrażenie. Miejsce się wyludnia, bo jest już niemal dziesiąta.

Wracam na kwaterę. Jutro czeka mnie ważna rzecz – pielgrzymka w intencji awansu GKS Katowice do ekstraklasy.

Sobota 25 maja, godz. 7:10

Przemysłowy rejon. Tylko jakieś zakłady, jakieś fabryki. A pośrodku na pustkowiu olbrzymi stadion, jakby położona złota – nie do końca równa – opona.

To tutaj sześć dni temu przy 38-tysięcznej publice odbyły się wielkie Derby Trójmiasta. Oglądałem je – podobnie jak całe Katowice – z zapartym tchem. Wszyscy na te dwie godziny staliśmy się kibicami Lechii. Wpadliśmy w szał radości, gdy Camilo Mena po indywidualnej akcji strzelił gola na 2:1, a gdy sędzia w doliczonym podszedł do ekranu VAR i sprawdzał sytuację z rzutem karnym dla Arki – ciśnienie sięgnęło zenitu. Gdy postanowił, że jedenastki nie będzie – w Katowicach zapanowała ekstaza. GKS za tydzień powalczy w Gdyni o awans.

Jestem pod stadionem Lechii. Ruszam na pielgrzymkę dziękczynno-błagalną. Dziękczynną dla Lechii, błagalną o to, co ma się wydarzyć na stadionie jej derbowego rywala. Ruszam na Olimpijską.

Jest ciepły poranek. Ludzie wychodzą z zakładów po nockach lub zmierzają na poranną zmianę. Miasto powoli budzi się do życia. Mijam blokowisko przy Marynarki Polskiej, jakiś ultrawęzeł drogowy przemieszany z jednymi i drugimi torami kolejowymi ze swoimi trakcjami. Ktoś pędzi do pociągu na stacji Gdańsk Politechnika. Do pociągu w żółto-niebieskich barwach.

8:05

Po minięciu parku im. Romualda Traugutta i Cerkwii św. Mikołaja znalazłem się przy starym stadionie Lechii. Próbuję wspiąć się na palce u stóp i przez murek dojrzeć trybuny tego malowniczo położonego – jakoby w środku lasu – obiektu. Stadion w oldschoolowym stylu, białe i zielone krzesełka, z których na krytej trybunie utworzony jest napis „Lechia”, a na odkrytej nazwa klubu jest na wielkich tablicach nad siedziskami.

Byłem tutaj w 2007 roku w pierwszym sezonie naszej pierwszoligowej tułaczki (wówczas jeszcze była to druga liga). GieKSa przegrała 0:2 m.in. po golu naszego kata Andrzeja Rybskiego. W Lechii grali również świetnie nam znani Artur Andruszczak i Paweł Pęczak, dwóch twardzieli, z którymi po meczu zrobiliśmy wywiady do „Bukowej”. Hubert Jaromin nie strzelił karnego, a Lechia – podobnie jak obecnie – wygrała ligę.

„Najważniejsze jest najbliższe pięć minut. Reszta to wyobraźnia” – taki napis widnieje na murze okalającym obiekt. Niech to będzie motto na jutro.

Z podestu na Szubienicznej Górze podziwiam Gdańsk. Niedaleko znów widać Olivia Star, kościół – żywcem przypominający ten na Dębie – i otoczenie mniejszych lub większych bloków. A przede mną góry. Wzgórza, wzniesienia. Nie mogę uwierzyć, że podczas tej trasy będę musiał zrobić tysiąc metrów w górę. To już w Świętokrzyskich było mniej. Niesamowite jak na niziny. Wkrótce z widoku nad Kaczym Dołem dostrzegam zamglone morze i statki. Jeden z nich wygląda, jakby unosił się w powietrzu. Nie jest to jeszcze miraż morski, ale całkiem niedaleko.

9:03

Mijam Teatr Leśny, Wzgórze Heweliusza, Górę Kopernika i pomnik Gutenberga. Choć Jan Heweliusz był astronomem, matematykiem i… browarnikiem, nazwisko to kojarzy mi się głównie z katastrofą promu, która miała miejsce w 1993 roku. Jestem już od jakiegoś czasu na żółtym szlaku, która to barwa zawiera się zarówno w historii GKS, jak i Arki. No dobra, wiadomo, że GKS ma złote barwy, ale w praktyce na herbie i wszelki flagach jest to kolor żółty.

W drodze rozmyślam o naszej trudnej historii ostatnich kilkunastu lat. Wracam pamięcią do czwartej ligi i sezonu bez porażki, licznych walkowerów dla nas, którymi oddały mecze kluby bojące się najazdu katowickich hord kibiców. Źródło Kromołów to nawet odwołało spotkanie kilka godzin przed jego rozpoczęciem, gdy ekipa była już gotowa do wyjazdu. Spanikowały wówczas także Tychy, co przecież w kontekście spektaklu na jesieni przy Bukowej było kuriozalne. Pamiętam losowanie w trzeciej lidze i wolny los, który dał nam awans bez gry. Wróciłem pamięcią do czasów Kazimierza Moskala, do Kluczborka, do Bytovii. Ileż to my musieliśmy wycierpieć i to w najbardziej brutalnych okolicznościach, typu gole z połowy boiska, czy bramka golkipera rywali spuszczająca nas w otchłań drugiej ligi…

10:06

Jest upalnie, znajduję się nad Brętowem. Oddaliłem się od centrum Gdańska na zachód. Warto się pomęczyć i wyprawiać modły. Jest jednak też w tym dużo relaksu i poznania nowych szlaków – w końcu nie tylko góry-góry, ale góry-nad morzem. Ma to swój klimat, jest inne powietrze i w ogóle jakoś inaczej. Dodatkowo mogę się odciąć od tego stresu związanego z jutrzejszym meczem i nade wszystko męcząc się – zapewnić sobie dobry sen. Przecież normalnie bym nie zasnął. Jedynie te cholerne komary. Rezygnuję więc z krótkich spodenek i zakłada długie, bo na nogach mam już takie bąble, że głowa mała.

Wzdłuż torów docieram do ruchliwych dróg i kolejnych blokowisk. Gubię szlak i przedzieram się pomiędzy jakimiś garażami i chaszczami.

W końców znów las i trochę wytchnienia. Wspominam swoje wizyty na Arce. Ile tego było? Wyliczam wyniki: 1:1, co Zachara zaraz strzelił minutę po golu dla Arki, 1:0 co rywale trafili w doliczonym. 2:1 dla Arki i efektowna bramka po rajdzie Kufla. 3:0 gospodarzy za Moskala, po którym kibice mieli pogadankę z piłkarzami pod sektorem. Same klęski? No nie, bo na szczęście mieliśmy jeszcze naszą wygraną 2:1, kiedy to Pitry „jak Lubański w meczu z Anglią”, co trochę na wyrost, ale wykrzyczałem do mikrofonu podczas komentarza, strzelił piękną bramkę. Czyli pięć razy na nowym stadionie, ale jeszcze we wspomnianym 2007 roku na starym obiekcie miejskim obserwowałem porażkę katowiczan 2:3. Nazbierało się tego trochę. Czyli na pojedynku Arki z GieKSą w Gdyni będę po raz siódmy.

12:08

Minąłem Głaz Borkowskiego i doświadczam stromizn. Piękna metafora wyżyn, na które wzniósł się zespół w rundzie wiosennej. A mówiąc poważnie, podejścia i zejścia są nieprawdopodobne, przypominające te w najbardziej stromych górach. Za Doliną Henrietty i Samborowo, w kierunku Głowicy. Można się nieźle zdyszeć.

Schodzę do Oliwy. Rany, jak ten Gdańsk się rozciąga. Ale już jestem niedaleko granicy z Sopotem. Trzeba chwilę odsapnąć, bo już ze dwadzieścia kilometrów za mną. Całkiem malownicza dzielnica, piękny staw. Muszę się posilić, bo zaraz kolejne wchodzenie, po licznych schodach i trudach, niczym kolejne sezony w polskiej Championship, przeplecione dwuletnim pobytem w naszej rodzimej Leauge One.

13:41

Wieża na Pachołku. Co za widoki na potężne blokowiska na Żabiance, przypominające otoczenie stadionu GKS Jastrzębie. Gdyby obiekt Lechii był tutaj, lóż VIP byłyby setki, każda z własnym cateringiem, darmowym alkoholem (po uprzednim zakupie w Żabce czy Biedrze oczywiście) i piłkarskimi emocjami.

Ale stadionu tu nie ma. Widok z blokowisk jest jedynie na Ergo Arenę. Z wieży widać natomiast doskonale wplecioną w klimat miasta Polsat Plus Arenę, czyli stadion Lechii, spod którego rozpoczynałem ten szalony marsz.

W tle morze, piękne polskie morze. Przestrzeń. W dole ceglaste dachówki zabudowań Oliwy. Po prostu nic tylko podziwiać. Wygląda to wspaniale. Podobnie jak też zaklęta w architekturze Gdańska stocznia, która gdzieś tam hen, hen daleko wtapia się w krajobraz morza.

A co jeszcze tu widzę? Falowiec – ten słynny gdański odpowiednik naszej Superjednostki. Naprawdę stąd widać wszystko. Jakby tak się jeszcze bardzo, bardzo wysilić, to gdzieś na horyzoncie majaczy awans do ekstraklasy. Gdzieś pomiędzy statkami, gdzieś pomiędzy Gdańskiem, a Gdynią. Jedyne, czego stąd nie widać, to Szwecja (taki inside joke).

15:10

Jestem nad Sopotem. Kolejny punkt widokowy, przy Glinnej Górze i Zajęczym Wzgórzu. Tym razem widzę już miasto festiwalu piosenki. Rzucam też okiem na słynne, najbardziej popularne w Polsce molo. Ruszam dalej.

W międzyczasie spoglądam, co tam ciekawego na boiskach drugiej ligi. Pogoń Siedlce już chyba nie sfrajerzy się tak, jak w poprzednich dwóch kolejkach, gdzie wystarczył im jeden punkt do awansu, a dwa razy przegrali. Hm… jeden punkt do awansu i co prawda nie trzy, ale dwie próby. Zbyt podobne, aby spać spokojnie. Do baraży wchodzą KKS Kalisz, Polonia Bytom, Stal Stalowa Wola i Chojniczanka. Multiliga drugoligowa, a wieczorem w TV ekstraklasowa to dobry przedsmak emocji, które już za 24 godziny będą naszym udziałem.

16:42

Przede mną wysoka, mega wysoka wieża w Kolibkach. Kształtem przypominająca raczej wieżę telewizyjną. Na nieszczęście jest otwarta, więc nie ma zmiłuj – muszę wejść. O ja Cię! Co za widok! Co za widok! Widać tu wszystko (oprócz Szwecji). Cudownie widać błękitne morze, pod błękitnym niebem i nad soczyście zielonymi trójmiejskimi lasami. Po prawej stronie mam Gdańsk i Sopot, po lewej w końcu, w końcu pokazała mi się Gdynia. Zmęczenie już naprawdę spore, więc perspektywa mety już wkrótce dobrze wpływa na psychikę. Fajny wieczór się szykuje z ekstraklasą… Na razie tylko jeden wieczór.

 

Widzę też w końcu stadion Arki. Widzę stadion Lechii. Czyli miejsce to widokowo spaja początek i koniec mojej pielgrzymki. Niesamowite widzieć oba obiekty derbowych rywali, których losy bezpośrednio powiązały się z losami GKS Katowice.

Po kilkunastu minutach schodzę z wieży i udaję się w ostatnie tego dnia leśne ostępy. Zmierzając już do Orłowa.

17:39

Wiecie, że w Gdyni jest zatrzęsienie nazw ulic honorujących inne miasta w Polsce chyba w największym stopniu? I tak się złożyło, że miejscówkę miałem w rejonie ulic śląskich, choć niestety Katowickiej nie było. Ale są tam Mysłowicka, Bytomska czy dwie, których na potrzeby tego reportażu wymieniać nie będę 😉 Ja miałem noclegi na Rybnickiej.

Nie mogłem jednak zakończyć teraz trasy, bo musiałem jeszcze dojść do prawowitej mety. Już nie tylko z wieży, ale normalnie z ulicy było widać jupitery jutrzejszej areny. Do stadionu Arki pozostawał kilometr, czułem więc już powoli pielgrzymkowy triumf.

17:55

Dotarłem! Dotarłem do stadionu Arki, czyli zrobiłem swoiste Derby Trójmiasta! 37 kilometrów marszu, ulicami i szlakami turystycznymi. Blokowiskami i górskimi lasami lub leśnymi górami. Wszystko po to, by zaczarować rzeczywistość i przyłożyć magiczną, symboliczną cegiełkę do jutrzejszego awansu.

Pod stadionem cisza i spokój, czasem ktoś przejedzie na rowerze, czasem przemknie jakiś samochód. Podążam jeszcze, żeby ponownie obejrzeć z zewnątrz stadion. To ostatnie chwile spokoju. Za moment będzie tu wielki bój z dwoma wariantami końca. Wielką euforią Gdyni i świętem lub krótkim płaczem kibiców gospodarzy i mobilizacją na jeden lub dwa mecze barażowe.

Szukam hulajnogi, którą wrócę na miejscówkę. Bye bye stadionie Arki. Do jutra!

22:00

Zadanie wykonane. Duży wysiłek włożony. Z satysfakcją można było obejrzeć multiligę ekstraklasy. Czy właśnie oglądałem zespoły, z którymi będziemy się mierzyć w przyszłym sezonie? Na przykład z Koroną, która uciekła spod wielkiego toporzyska i wygrywając na Bułgarskiej zapewniła sobie utrzymanie? Czy może będziemy mieli znów derby z Ruchem Chorzów, a po latach ponownie zagramy w Ogródku z Wartą Poznań? I brawa dla Jagi.

Dla relaksu po obiadokolacji udałem się ponownie na molo. Trzeba się wyciszyć. To dobre miejsce, zwłaszcza tak późnym wieczorem. Dobranoc. Ja się wyśpię, kibice którzy koło piątej będą mieli zbiórkę będą mieli krótką noc. Ale być może kolejnej nie będą spali w ogóle…

Niedziela 26 maja, godz. 9:30

W końcu mogłem się wyspać. Jednak po pobudce zdaję sobie sprawę, że to ten dzień. Że jak mawiał klasyk „nadszedł dzień dzisiejszy”. Dobra, trzeba coś tu wymyślić do meczu. Jakoś się zakręcić. Coś ze sobą zrobić.

11:00

Wybór padł na restaurację Serwus. Rany, w ilu miejscach można w Gdyni zjeść śniadanie. Choć w Katowicach sytuacja nieco się zmienia, są coraz to nowe bistra itd., to jeszcze kilka lat temu zjedzenie dobrego śniadania w knajpie w Kato graniczyło z cudem. Tutaj wybór miałem olbrzymi.

Jak dobrze trafiłem! To było po prostu wybitne. Jajko sadzone, kiełbaski ciemne i białe, bekon, grillowane warzywa, świeża sałatka, do tego musztarda z grubymi ziarnami gorczycy i chrzan. Jakościowo 10/10. Po prostu pychota. Zależało mi na tym, żeby się najeść, żeby później nie tracić czasu na jakieś czekanie w kolejce na wuszta. Chociaż jakbym powiedział „wuszt”, to mogłoby się niedobrze skończyć.

 

W każdym razie pozostają cztery godziny do meczu. Ostatnie chwile relaksu. Piłkarze pewnie w tej chwili robią to samo, kibice ciągle w drodze. Oczy piłkarskiej Polski za chwile będą w komplecie zwrócone na Gdynię.

11:40

Znów na molo. Jest piękna pogoda, choć w knajpie – siedziałem na dworze – ze dwa razy zdejmowałem i zakładałem kurtkę, bo raz słońce przygrzewało totalnie, tak że ciężko było usiedzieć, jednak gdy zawiało, robiło się konkretnie chłodno. Nad samym morzem pogoda ustabilizowana i jest po prostu bardzo przyjemnie.

Ludzie korzystają. Zastanawiam się, ilu z nich wie, że Arka gra dzisiaj tak ważny mecz. Choć przede wszystkim trzeba by się zapytać, ilu w tym miejscu to mieszkańcy Gdyni, a jaki procent to turyści. No chyba jednak miejscowi aż w takiej liczbie nie udają się na molo. Ale kto wie.

Widzę pojedyncze osoby w koszulkach Arki. Jakiś młody dorosły, jakiś dzieciak. Na razie jest to incydentalne.

Morze marzeń, ocean naszych pragnień. Dziewiętnaście lat w piłkarskim niebycie. Za kilka godzin ta gehenna może być zakończona. Może nie raz na zawsze, ale na długi czas.

13:50

Jestem gotowy. Wszystko przygotowane. Herb ucałowany. Szalik pozostaje na kwaterze, jako amulet. Ruszam.

Już ze swojej ulicy Rybnickiej widzę, że jupitery się świecą. Jest słonecznie, ale wiadomo – na potrzeby transmisji telewizyjnej. Do stadionu mam około półtora kilometra, specjalnie kwaterę załatwiłem najbliżej, jak się da. Żeby nie musieć kombinować.

Po kilku minutach jestem pod stadionem. I tu już jest żółto-niebieska fala. Rozśpiewani i ewidentnie optymistycznie nastawieni kibice Arki tłumnie zbierają się pod obiektem. Ktoś tam pozdrawia Gwardię Koszalin. Wspomniana piękna pogoda, mecz o godzinie piętnastej, w niedziele (pozdro ojciec piłkarza GieKSy Kacpra), idealne warunki na święto całej Gdyni. Potem jeszcze za dnia można przemieścić się do centrum na wielkie świętowanie.

Choć Arka nie ma tak długiej przerwy w ekstraklasie, to jednak czteroletni okres to sporo. Podobnie jak GKS, gdynianie ostatni mecz w elicie rozegrali u siebie z Górnikiem Zabrze. Od tego czasu na trzy sezony, dwa razy grali w barażach i dwa razy odpadali w półfinale u siebie – z ŁKS i Chrobrym Głogów. Spore rozczarowania. Dziś więc karta dla całej gdyńskiej społeczności musi się odwrócić. Wystarczy remis.

Jest tylko jeden problem. Po drugiej stronie jest rozpędzony przeciwnik.

14:10

Jestem już na trybunie. Całkiem sporo ludzi na pięćdziesiąt minut przed meczem. I systematycznie się zbierają. Kibice GKS też już w dużej liczbie na sektorze. Na razie jeszcze spokojnie. Na boisku pusto, oprócz bramkarzy, którzy wybiegli na rozgrzewkę.

14:22

Wybiegają katowiczanie. Kibice Arki już na wstępie nie wytrzymują ciśnienia i krzyczą „wypierdalać!”. Na szczęście sektor gości trzyma poziom i intonuje: „Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza GieKSa gra!”.

Po chwili ze strony gospodarzy nie jest lepiej. Gdy piłkarze Arki wybiegają na boisko, oprócz normalnego „Areczko, jesteśmy z wami” pojawia się też „Areczko, jazda z kurwami”. Kibice Arki nie mogą też powstrzymać się przed uhonorowaniem swojego kolegi motywatora z treningu gdynian, więc śpiewają jakże elokwentne „Brudne pazury, GKS brudne pazury”.

No cóż, przyzwyczailiśmy się, że jedną z głównych rzeczy, którą niektórzy kibice mają do zaoferowania są inwektywy rzucane już przed meczem lub na jego początku. Kwestia klasy.

14:35

Trzeba jednak przyznać, że wsparcie z młyna Arki dla swoich piłkarzy jest olbrzymie już na rozgrzewce, a akustyka stadionu sprawia, że jest naprawdę głośno. Trudno na ten moment powiedzieć, czy będzie to niosło piłkarzy czy raczej spęta im nogi ze względu na strach przed słynnymi już „rozliczeniami”.

Piłkarze ciągle w rozgrzewce. Po murawie przechadza się Bożydar Iwanow, który będzie ten mecz komentował w Polsacie. Marcina Feddka już nie ma – i dobrze, bo jeszcze przyniósłby piłkarzom GieKSy pecha.

Przypomina mi się newralgiczny moment sezonu, czyli rzut karny dla Arki w Katowicach przy stanie 0:1. Choć tam raczej była walka o przetrwanie, by nie zamarznąć, to jednak resztki uwagi skupione były na białe, kompletnie zaśnieżone boisko. Hubert Adamczyk nie wykorzystał jedenastki, a jego strzał świetnie wybronił Kudła. Jakież to miało znaczenie nie tylko w kontekście punktów jako takich, ale też bilansu meczów bezpośrednich. Teraz po prostu trzeba walczyć tylko o zwycięstwo.

14:40

Widać jednak pewne mankamenty. Gdy młyn krzyczy „wszyscy wstają i śpiewają”, reszta stadionu mało się kwapi. Zabawne jest też, gdy młynowy Arki krzyczy:

„My walczymy na boisku, a oni na trybunach!”

Po chwili reflektuje się:

„A nie. Odwrotnie!”

Oby takich niedociągnięć było więcej. Już i tak sytuacja została zdestabilizowana przez wyciek nagrania z treningu i falę krytyki i totalnego szyderstwa ze strony całej Polski. Przeróbki ze słynnym filmikiem były godne i dostarczyły sporo rozluźnienia dla skołatanych kibicowskich nerwów.

14:54

Za chwilę piłkarze wychodzą na boisko – już do walki o ligowe punkty. Z głośników rozlega się piosenka zespołu Dwa plus Jeden „Chodź, pomaluj mój świat”. Kibice GieKSy przebijają się:

„To my hanysy z GieKSy, nie ma od nas lepszych, za Górny Śląsk, za GKS, pójdziemy aż po życia kres!”

Piosenka zespołu z lat 70. i 80. dochodzi do refrenu, więc gdy na stadionie słychać: „Więc chodź pomaluj mój świat…” kibice Arki wskakują na niesłychany poziom decybeli:

– NA ŻÓŁTO I NA NIEBIEEEEESKOOO!!!

Mocne. Naprawdę mocne. Czuć wsparcie gospodarzy z trybun. Kibice gości równie wspierają swoich piłkarzy – jednak muszą naprawdę mocno się starać, by zagłuszyć dwanaście tysięcy sympatyków zespołu z Pomorza.

14:57

W akompaniamencie hymnu Arki „Arkowcy, Arkowcy, wielki MZKS” oraz dopingu z sektora kibiców z Katowic na boisko wychodzą piłkarze obu drużyn. Arkadiusz Jędrych wymienia się proporcami z Ołeksandrem Azackyjem. Finał pierwszej ligi – to już za chwilę. Zaraz zaczynamy wielkie widowisko, które jednym zakończy sezon, a innych zmusi do grania jeszcze dwóch (dla nich – oby dwóch!) dodatkowych meczów. Na razie jednak nikt nie myśli o barażach.

Liczy się najbliższe pięć minut. Reszta to wyobraźnia.

15:03

Pierwszy gwizdek. Gramy. Od tej pory czas mierzymy minutami meczu, a nie godziną zegarową.

3′

Ajjj, jak było gorąco. Olaf Kobacki w dogodnej sytuacji strzela tuż obok bramki Kudły. Kibice Arki łapią się za głowy, ale widząc taki początek – jeszcze wzmagają doping.

6′

Sympatycy Arki podnoszą sektorówkę. „Wasz strach, nasza siła, cały region, Arka Gdynia”. Od razu przypomina się flaga Śląska Wrocław: „Cała w cieniu, Polska Śląska”. Choć tutaj jednak nie ma śmiechu, sektorówka prezentuje się dobrze, choć jest niewielka.

12′

Sebastian Bergier strzela gola, ale od razu widać, że faul, którego dokonał jest ewidentny i sędzia bramki nie uzna, nie ma więc krzty radości z tego trafienia. Choć kibicom Arki zadrżało serce.

16′

Race i świece dymne ze strony kibiców Arki. Na razie bawią się w najlepsze.

20′

Bergier z bliska pudłuje, uderzając piłkę głową nad poprzeczką.

23′

Ponownie Kobacki, po indywidualnej akcji strzela po długim roku, ale w słupek. To kolejna kapitalna okazja gospodarzy, po której kibice w gwałtownym ruchu gremialnie chwycili się głowy.

26′

Marcin Wasielewski podaje do Adriana Błąda, ten podbiega kilkanaście metrów i kapitalnym, technicznym uderzeniem przerzuca piłkę poza zasięgiem frunącego w kosmos Pawła Lenarcika.

Ekstaza. Z tego rumoru, wyłonił się okrzyk radości z sektora gości. Brzmiał on inaczej niż zwykle – często ta radość jest taka średnia, stonowana, takie proste „jeeeest”. Teraz było inaczej. Był to odgłos autentycznej euforii.

GKS Katowice w tej chwili jest w ekstraklasie i to Arka musi gonić. Mamy to, co chcieliśmy. Mamy gola!

34′

Mateusz Mak uderza z powietrza z woleja. Niecelnie.

37′

Dokładnie w tej minucie odnotowuję pierwsze oznaki frustracji na sektorach Arki. Gra się gdynianom nie układa i poza wspomnianymi sytuacjami nie mają ich wcale. Kibice zaczynają lekko narzekać i dawać upust niezadowoleniu, choć indywidualnie. Jeśli chodzi o doping, jest on ciągły. Problemem dla Arki może być jednak to, że nie dopinguje cały stadion. Przynajmniej sektor, w którym jestem, praktycznie w ogóle, może poza pojedynczymi okrzykami.

Przerwa

Jakoś nie widzę wielkiego napięcia wśród kibiców. Może to kwestia, że to w dużej mierze pikniki, które przyszły na spotkanie po długim czasie i po prostu ewentualna porażka nie robi na nich wielkiego wrażenia?

W każdym razie przysłuchując się kibicom w kuluarach, słychać sporo narzekania na grę gospodarzy i zdań, że GKS kontroluje spotkanie. Można odnieść wrażenie, że niektórzy nie wierzą w odmienienie losów meczu.

Ja natomiast cieszę się, ale jestem cały w nerwach. Jak bardzo przydałaby się druga bramka, żeby uspokoić sytuację. A tak, wszystko zależy od jednego gola. Podobnie jak z Resovią kilka lat temu. Wtedy musieliśmy strzelić – teraz nie możemy stracić. Panowie, wytrzymajcie to!

52′

Skóra strzela, Kudła przyciąga piłkę jak magnes.

55′

Czy to jest ten moment dla Arki? Kobacki rusza sam na sam z połowy boiska, ale jednak po bokach ma asekurację rywali. Nie ma impetu i bez problemu dogania go Rogala, odbierając piłkę, którą sam przed chwilą podał do przeciwnika.

71′

Strzela Czubak i ponownie Kudła łapie. Golkiper po tym meczu powinien zyskać przydomek „Magnes”.

77′

Kibice Arki odpalają racowisko. Wygląda to efektownie.

Kozubal podaje do Bergiera, a ten z ostrego kąta trafia do siatki. GOOOOOL!!! Dwa do zera! Przez chwilę jestem przeszczęśliwy, ale… sędzia nie uznaje bramki – spalony. Tak jak w przypadku pierwszej nieuznanej bramki, wiedziałem od razu, że trafienie będzie anulowane, tak tutaj myślałem, że mamy to upragnione, dwubramkowe prowadzenie.

86′

Jak blisko ekstraklasy. Jak blisko wskoczenia na poziom, na którym nie byliśmy od dziewiętnastu lat. Stres sięga zenitu. Tak blisko, a tak daleko.

Jeszcze ten cholerny Foszmańczyk na skrzydle szaleje. No dobra, nie Foszmańczyk, ale Gaprindaszwili, który wygląda jak Foszmańczyk. Kręci, dośrodkowuje, ale Kudła jednorącz łapie tę piłkę.

90′

Sędzia dolicza pięć minut.

NAJWAŻNIEJSZE JEST NAJBLIŻSZE PIĘĆ MINUT. RESZTA TO EUFORIA.

90+3′

Marzec na skrzydło do Shibaty, ten po ziemi do Araka! Setka, Jakub strzel to, błagam, błagam! Aaajjjjjj, Arak strzela z pierwszej piłki, identycznie jak w Tychach, ale trafia prosto w Lenarcika. Rany boskie! Niechże się to nie zemści, błagam! I niech to się kończy!

90+5′

Rzut rożny dla Arki. Jakaż tu jest wrzawa, jaki hałas, jaki niesamowity tumult. Kibice Arki w tych ostatnich akcjach meczu wspierają piłkarzy z całych sił śpiewając głośne i rytmiczne „Arka gol!”. Ogłuchnąć idzie.

Przed chwilą mógł być „Arak gol”, ale teraz musimy bronić tego zwycięstwa.

Jaroszek wybija poza pole karne. Piłka znów wędruje na skrzydło do Gruzina, ale wybijamy na aut.

Jeszcze tylko jeden wrzut, przetrwać to, a wygramy.

Milewski wrzuca, ktoś tam zgrywa głową i nasz torman, Dawid Kudła łapie piłkę.

16:57:38

SĘDZIA KOŃCZY MECZ!!!!!!!!!!!!

GKS KATOWICE WYGRYWA I JEST W EKSTRAKLASIE!!!!

16:57:48

Wie już o tym cały świat, bo pojawił się news na 90minut.pl! Śniłem o tym newsie, jako głównym na portalu, z naszym herbem. W końcu się doczekałem!

Piłkarze klękają na boisku i padają sobie w ramiona, ławka wyskakuje z radości i biegnie świętować z tymi grającymi.

Rafał Górak chowa twarze w dłoniach jakby nie dowierzając, co tu właściwie się przed chwilą wydarzyło. Od razu łapie trenera w emocjach Paulina Bojarska, reporterka Polsatu.

Kibice GKS Katowice w euforii odpalają race, a „albo śmierć” może już zostać na wieki skreślone ze słynnego hasła.

I tylko kibice Arki każą „wypierdalać” spinając tym okrzykiem jako klamrą rozgrzewkę i koniec meczu.

Spiker grobowym głosem oznajmia:

„Tym samym drużyna gości zajmuje w rozgrywkach drugie miejsce i bezpośrednio awansuje do ekstraklasy. Żółto-niebieskim pozostaje rozegranie już w środę pierwszego meczu barażowego, a rywalem Arki będzie Odra Opole (…) Bardzo prosimy kibiców gości o nieużywanie środków pirotechnicznych, za chwilę odbędzie się uroczystość związana z wręczeniem drużynie gości pucharu za awans do ekstraklasy”.

17:00

Z trybun rozlega się głośne:

„Pierwsza, druga, trzecia liga, to nieważne dla nas jest, najważniejszy jest GKS, on najlepszy w Polsce jest!”

Na boisku rozstawiony jest czerwony łuk triumfalny, pod którym oficjalnie piłkarze będą świętować wywalczoną promocję.

17:02

Piłkarze przystrojeni w koszulki z napisem GieKStraklasa chwytają się za ręce i ławą ruszają biegiem pod sektor gości. Czas na świętowanie!

17:04

Dzieje się coś niesłychanego. Kibice skandują nazwisko trenera Rafała Góraka. W końcu można uhonorować trenera za ten niebywały sukces.

Podchwytują to piłkarze i triumfalnie podrzucają szkoleniowca.

Jak nam brakowało takich obrazków!

17:05

Wszyscy za bary i śpiewamy!

EKSTRAKLASA DLA KATOWIC, HEJ, HEJ!

17:07

Zabawa trwa w najlepsze:

„GKS klubem mym, już na zawsze będę z nim, więc z całych sił, śpiewamy dziś!”

Spiker kilkukrotnie i bezskutecznie nawołuje piłkarzy do zajęcia miejsca na podium w celach oficjalnych, ale oni wydają się w swojej radości z kibicami tego nie słyszeć.

Trudno nie odnieść wrażenia, że spiker po prostu nie może na to patrzeć, więc desperacko próbuje przerwać przybyszom z Katowic całą zabawę.

17:10

W końcu piłkarze podchodzą do tego łuku i tablicy z napisem „Gratulacje z okazji awansu – sezon 2023/24”. Zaczynają tańczyć, a wraz z nimi z efektownych pląsach odnajduje się prezes Krzysztof Nowak. Widać tę autentyczną radość sternika GieKSy.

Rozlewają się szampany, aż z wrażenia wspomniana tablica upada, więc podnosi ją trener wraz z Mateuszem Marcem i Sebastianem Bergierem. Jak upadek, to trzeba (się) podnieść!

Podchodzą Marcin Janicki i Wojciech Cygan. Jakże symboliczny obrazek, że dwóch byłych prezesów GieKSy, za kadencji których jednak nie otarliśmy się o awans – teraz honorują nasz klub wręczeniem pucharu.

17:11

Puchar wzniesiony do góry. Piłkarze śpiewają:

AWANS JEST NASZ!

A kibice w tym czasie?

BÓJCIE SIĘ CHAMY, DO EKSTRAKLASY WRACAMY!

Ach, ta sentymentalna przyśpiewka z 2000 roku, kiedy to GKS wywalczył poprzednią promocję. 24 lata temu.

Spiker po chwili ogłasza „koniec imprezy masowej”.

17:14

Na trybunach już dawno nie ma kibiców Arki, ale widać trochę pojedynczych osób z Katowic. Pozdrawiam osoby, z którymi zamieniłem kilka słów 🙂

Ochroniarz wyprasza mnie ze stadionu ze względu na koniec imprezy masowej. Delikatnie protestuję.

17:15

Wspólne zdjęcie piłkarzy i kibiców w akompaniamencie piosenki:

„Ajajaj, do boju Trójkolorowi! Brameczki strzelamy, trzy punkty dziś mamy, do ekstraklasy wracamy!”.

17:19

Kibice odśpiewują hymn GieKSy.

„GKS młody śląski klub, potężny i wspaniały, Trójkolorowe barwy ma, GKS nasz kochany, i chociaż młodym klubem jest, każdy mu wierny jest! Każdy mu wierny jest!”

Po chwili opuszczam obiekt.

17:27

Pod stadionem Arki kręci się jeszcze trochę osób. Do mnie zaczyna docierać, co się stało. Podczas meczu musiałem powściągnąć emocje i tłumić ich ekspresję. Spoko, mam wprawę, w czasach filmowania meczów niejednokrotnie znajdowałem się wśród kibiców rywali. Na czele ze słynnym meczem w Szczecinie wygranym 4:3, w którym – jak Boga kocham – na nagraniu słychać, jak któryś ze sfrustrowanych kibiców Pogoni krzyczy: „Kurwa, Shellu nie kręć!”.

Pojawiają się łzy w oczach. Zrobiliśmy to.

GKS Katowice w Ekstraklasie!

22:02

Minęło niemal pięć godzin. Po powrocie na kwaterę nie wiedziałem, co robić. Zaopatrzony byłem w piwo bezalkoholowe na świętowanie tego triumfu. Ale wielość rzeczy do obejrzenia, poczytania i nasycenia się doniesieniami medialnymi była tak potężna, że wiedziałem, że i tak wszystkiego teraz nie ogarnę.

Obejrzałem skrót, przejrzałem internety wzdłuż i wszerz.

W trakcie meczu śledziłem inne wyniki, więc wiedziałem, że Wisła dostała wciry i ostatecznie zajęła 10. miejsce. A oprócz Arki z Odrą, w barażu zagra Motor z Łęczną. Uff, jak dobrze, że nie my. My możemy już świętować!

Teraz po raz czwarty podczas tego wypadu jestem na molo w Orłowie. Jest już ciemno, a fale morskie i oświetlony pomost to idealne miejsce, by wyciszyć emocje. Jak dobrze.

Zapowiadane są dwie fety, jedna bezpośrednio po powrocie piłkarzy i kibiców do Katowic – pod Spodkiem około 2:30, druga o 17:00 już w świetle dziennym.

Nie będę mógł zasnąć, a pociąg mam o wcześnie rano.

Poniedziałek 27 maja, godz. 7:30

Dotarłem do dworca. Tym razem podstawili Pendolino. Zasiadam więc wygodnie na swoim miejscu, a za oknem pada deszcz. To niebo płacze nad Gdynią, choć przez poprzednie trzy dni było słońce, nawet mimo prognozowanych burz. Choć była jedna – na Olimpijskiej. Ale nie atmosferyczna.

Bye, bye Gdynia. To miejsce na mapie Polski już zawsze będzie nam się kojarzyć z wielkim sukcesem. GieKSa zrobiła coś niesamowitego. Odrobiła sześciopunktową stratę z dwóch kolejek przed końcem. Na wyjeździe, w meczu bezpośrednim. Magia.

10:35

Przejeżdżam obok Stadionu Narodowego. To, co? Może jako ekstraklasowicz powalczymy w przyszłym sezonie?

13:30

Melduję się mieście klubu ekstraklasowego – Katowicach. Z poczuciem dobrze spełnionego, symbolicznego obowiązku pielgrzymkowego. Z wdzięcznością dla GieKSy, trenera, piłkarzy, kibiców, a także oczywiście Camilo Meny i Lechii Gdańsk.

Misja Gdynia zakończona. Teraz tylko wrócić do domu, ogarnąć się i pędem na fetę pod katowickim Spodkiem!

Shellu

PS A już wkrótce zamieszczę w necie relację filmową z tejże pielgrzymki, więc jeśli komuś wpadnie w oko – to zapraszam do obejrzenia!

Edytowano: 17 czerwca na kanale Chwila Ulotna od Shella na YouTubie (subskrybuj) ukazał się film z pielgrzymki dziękczynno-błagalnej spod stadionu Lechii pod obiekt Arki, meczu w Gdyni i radości z okazji awansu GKS Katowice do Ekstrakalsy.

4 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

4 komentarze

  1. Avatar photo

    Markena

    3 czerwca 2024 at 09:46

    Chodź pomaluj mój swiat. Choć człowiek tyle lat się uczy nie zawsze jest mądry

  2. Avatar photo

    Fjodor64

    3 czerwca 2024 at 09:54

    Shellu, ja tam nie slyszalem w relacji ze Szczecina „K***a, Shellu, nie kręc”, ino jakże uprzejmą prośbę wypowiedzianą płaczliwym tonem: „Sp***daleaj stąd, proszę…” To też było.pod Twoim adresem? 🙂

  3. Avatar photo

    Daniel

    3 czerwca 2024 at 14:28

    Baaardzo długie…. i dobrze! Bo czyta się przez cały czas z bananem na twarzy! Piękna wyprawa Shellu💪

  4. Avatar photo

    dar26ber

    4 czerwca 2024 at 02:58

    Shellu świetne!!!
    Jestem z czasów którzy pamiętają europejskie puchary. Tułaczka po niższych ligach przez tyle lat była dla mnie katastrofą ale MAMY TO i oby jak najdłużej!!!

Odpowiedz

Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Kibice Piłka nożna

Górnik Zabrze kibicowsko

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Górnik Zabrze to kibicowska i piłkarska marka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Klub zapisał piękną piłkarską kartę – zdobył 14 tytułów Mistrza Polski. Zabrzanie na arenie międzynarodowej rozegrali ponad 110 spotkań, dochodząc nawet do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.

Ruch kibicowski powstał już w latach 70., a lata 80. to już czasy zorganizowanego dopingu, pierwszych zgód i utworzenia stałego składu wyjazdowego. Byli wtedy jedną z największych ekip w kraju.

Najstarszą i jedyną w Polsce zgodą KSG jest Wisłoka Dębica. Sztama została zapoczątkowana w 1988 roku podczas meczu Pucharu Polski między tymi klubami. Jednak początek ich kontaktów jest jeszcze z czasów, gdy obie ekipy miały zgodę z Cracovią. Ze względu na brak kontaktów, szczególnie że Wisłoka zawsze grała w niskiej lidze, relacje były bardzo słabe. W 1993 roku KSG miało swój wyjazd do Mielca i tam 10-osobowe wsparcie Wisłoki odświeżyło relacje i „dało kopa”. Jesienią 1993 roku roku flaga Wisłoki wisiała pierwszy raz na Roosevelta, kiedy Górnik podejmował Legię Warszawa. Mimo, że w połowie szalonych lat 90. każda z tych ekip miała po kilka zgód, finalnie pokończyły się wszystkie relacje, ale sztama Górnika z Wisłoką pozostała. 

Drugą zgodą Zabrzan jest chorwacki Hajduk Split, czyli czołowa banda z Bałkanów, która jeszcze za czasów dawnej Jugosławii owiała się chuligańską sławą. W tym roku obie Torcidy będą świętować 10. rocznicę swojej przyjaźni. W 2018 roku zorganizowano sparing w celu integracji obydwu ekip, a na legendarnym stadionie Poljud pojawiło się 1500 fanów Górnika.

Słowo, które łączy obie ekipy, to oczywiście „Torcida”. Historia ekipy Hajduka to fenomen, bo grupa powstała w… 1950 roku i była pierwszą „kumatą” grupą kibiców w Europie. Wszystko zapoczątkował Mundial w Brazylii, w której ruch kibicowski brazylijskich fanów na legendarnej Maracanie nazywał się „Torcidas” (żywiołowo dopingujący kibice). Będący na mistrzostwach świata chorwaccy kibice ze Splitu na własne oczy mogli zobaczyć żywiołową atmosferę i postanowili przywieźć to na swój stadion.

W przypadku Górnika przełomowy okazał się 1999 rok. To wtedy na tle szarej Polski, gdzie wszędzie wisiały klasyczne „hooligans” czy „ultras”, powstało coś poza schematem – „Torcida Górnik”. Płótno zadebiutowało w lutym 1999 roku, kiedy Żabole grały u siebie z ŁKS-em Łódź.

Grupa w późniejszych latach decydowała o obliczu trybun Górnika. Kiedy nasza scena podzieliła się na chuliganów i ultrasów, to Żabole wyznawały zasadę, że Torcida Górnik to jedna grupa działająca ku chwale KSG. Tak było również wtedy, gdy na stadionie Górnika frekwencja była najgorszą w Ekstraklasie. Teraz ciężko sobie to wyobrazić, ale na początku lat 2000 stadion przy Roosevelta świecił pustkami. Frustracja kibiców zaczęła sięgać zenitu, szczególnie gdy zarząd tak „rozwijał” klub, że Górnik praktycznie co sezon walczył o utrzymanie. Do tego dochodziło zwyczajnie ustawiane meczów, więc oglądanie na żywo korupcji zaczynało odstraszać kibiców. W meczach z GKS-em Bełchatów czy Widzewem Łódź dochodziło do wjazdów na murawę i manifestacji, że Górnik tonie. W późniejszych latach sektor Torcidy nawiązywał do „Wielkiego Górnika”, wysyłając jasny sygnał kolejnym nieudolnym zarządom, że chcą tu poważnej piłki, a nie tylko wspomnień. Tak jest do dzisiaj, a obecność Lukasa Podolskiego wywiera dodatkową presję na urzędników z miasta, którzy latami uprawiali politykę na Górniku.

 

Kiedy klub borykał się z problemami finansowymi i organizacyjnymi, a stadion odwiedzała garstka widzów, to Torcida w 2006 roku wyszła z inicjatywą zrobienia biletów w cenie 5 złotych. Była to symboliczna kwota, jednak rozbudziła kibiców do wspierania Górnika. Dla przykładu na mecz z Amicą Wronki potrafiło przyjść 18000 widzów.

Na stadionie Górnika były rozgrywane również mecz reprezentacji, na których działo się naprawdę sporo. Zjeżdżały się bandy z całego kraju, a wszystkie topowe ekipy wyjaśniały między sobą waśnie, szczególnie te, które nie mogły spotkać się ze sobą w lidze (np. Arka Gdynia, swój chuligański prime pod dowództwem ŚP. Rybaka, pokazywała na Górnym Śląsku). Podczas meczu Polska – Słowacja doszło do precedensu, czyli utworzenia „Śląskiej siły” – Górnik związał się zgodą z… Ruchem Chorzów.

Dla Arkowców ten „miraż” był niedopuszczalny i zakończyli zgodę z Górnikiem podczas meczu Pucharu Polski w Gdyni.

Sama sztama Ruchu z Górnikiem była, jak przyznają sami Zabrzanie, jednym wielkim nieporozumieniem, ale… była. Płótna Górnika wisiały na ul. Cichej.

W rodzinie Górnika znajduje się imponująca liczba fan clubów, które tworzą atmosferę na swoim stadionie lub skupiają wyłącznie na KSG. Concordia Knurów, ŁTS Łabędy, Naprzód Rytudłtowy czy Slavia Ruda Śląska to ekipy które dorastały pod skrzydłami Górnika, ale działały też lokalnie.

Te ekipy łączy również ROW Rybnik. Rybniczanie widywali się na meczach Górnika i jednocześnie wspierali ROW na lokalnym podwórku. Do tego sekcja żużla w Rybniku gromadziła dużo ludzi na stadionie, ale Gladiators (ekipa ROW) postanowili odciąć się od żużla i zostali kibicowską bandą, która udziela się jedynie na piłce nożnej. Taka droga sprawiła, że zostali składem niezależnym, a podczas meczu Pucharu Polski w 2017 roku zaprezentowano łączona flagę „Gladiators & Torcida” i był to oficjalny dzień przybicia zgody. Chwilę wcześniej ROW grał swój ligowy pojedynek w Jastrzębiu-Zdroju, na którym Persona Non Grata, obok KSG, pojawiła się w 60 osób. Od tego dnia połączył nas (GieKSę i ROW) układ chuligański, jednocześnie tworząc Śląską trójcę. Pod koniec zeszłego roku ROW zakończył 8-letnią zgodę z Górnikiem. Rybniczanie zgodę mają jedynie z Wisłoką Dębica, która od 2013 roku trzyma się także z ROW-em.

Nasza piłkarska i kibicowska historia jest ogromna. W 1965 roku, jako beniaminek Ekstraklasy, zagraliśmy pierwszy mecz z, 6-krotnym wówczas mistrzem kraju, Górnikiem Zabrze. Spotkanie odbyło się na Stadionie Śląskim w obecności 27000 widzów. W tej liczbie było oczywiście mnóstwo sympatyków z Zabrza. GKS przegrał 2:3.

Wiosną 1967 roku w Zabrzu przegraliśmy 0:3 w obecności 15000 widzów.

Wiosną 1969 roku na oczach 60000 kibiców zagraliśmy na Stadionie Śląskim derby, które były już pierwszym przebłyskiem, że piłkarze Górnika nie tylko z Ruchem Chorzów będą toczyć zacięte boje. Przegrywali z nami 1:2, ale w 81. minucie wyrównali na 2:2 i… arbiter bramki nie uznał, przez co doszło do bijatyki i przerwania meczu. GKS otrzymał walkower 3:0, a Legia Warszawa o 2 punkty wyprzedziła Górnik, sięgając po mistrzostwo kraju.

Nasza rywalizacja trwała do wiosny 1971 roku. Wszystkie wyjazdowe spotkania z Górnikiem przegrywaliśmy, natomiast „u siebie” Stadion Śląski nam służył – udawało nam się postawić i wygrywać pojedynki. Niestety przyszedł moment, że opuściliśmy szeregi najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.

W 1979 roku awansowaliśmy na jeden sezon, ale w 1982 roku wróciliśmy na dobre do elity. Za chwilę zaczęliśmy pisać swoją „dekadę GieKSy”, a na trybunach zaczął się tworzyć pierwszy młyn.

Wiosną 1984 roku wygraliśmy 2:1 w Zabrzu, a piłkarzy GieKSy wspierało 150 trójkolorowych fanów. Mimo, że wcześniej GKS miał kibiców i jeździł do Zabrza, to od tej daty możemy mówić o pierwszych zorganizowanych wyjazdach w naszym wykonaniu.

Jesienią 1984 roku zremisowaliśmy u siebie 0:0, a naszymi strojami domowymi stały się czerwone trykoty. Świeżo oddany do użytku został Blaszok.

Wiosną 1985 roku przegraliśmy 1:2 w Zabrzu, a nasza 250 osobowa ekipa zaliczyła pierwszy rozdział końca zgody, którą zerwał Górnik. Ale… ciężko nazwać tamtą relacją zgodą. Nie było oficjalnego dnia zapoczątkowania, w marcu mieliśmy koniec, a po trzech miesiącach… kibice KSG pojechali z nami na finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź do Warszawy.

W marcu 1986 roku pojechaliśmy do Zabrza w 1000 osób, co na tamte czasy było znakomitą liczbą. Fani KSG chcieli odnowienia zgody, ale tym razem GKS odmówił.

Chwilę później, 1 maja 1986 roku, rozegraliśmy swój drugi z rzędu finał Pucharu Polski. Tym razem z Górnikiem. Mecz był wyjątkowy pod wieloma względami. Pierwszy raz sięgnęliśmy po wymarzony puchar, a całej Polsce przedstawił się śp. Jan Furtok, strzelając trzy gole. Wśród 60000 zgromadzonych widzów na stadionie, GieKSiarze uformowali się w 2000 osób, mając wsparcie ŁKS-u Łódź, Hutnika Kraków, Śląska Wrocław i Arki Gdynia. Arka i ŁKS, którzy mieli zgodę z obiema ekipami, podzielili się na dwie grupy. Górnik mógł liczyć na doping 5000 kibiców, będąc wspieranym przez część Arkowców, ŁKS-iaków oraz 200 fanów Polonii Bytom, którzy mieli wtedy sztamę z KSG (co teraz może wydawał się nieprawdopodobne). Zagłębie Lubin także miało zgodę z nami i Górnikiem, jednak zasiadło z KSG i nasza roczna zgoda przeszła do historii. Nikt nie brał pod uwagę, że świeżo upieczony Mistrz Polski Górnik może przegrać, więc po końcowym gwizdku GKS poprosił Zabrzan o… szampany, które ci przyszykowali do świętowania sukcesu.

Jesienią 1986 roku graliśmy na Roosevelta. Stadion był wypełniony po brzegi, a na obiekcie pojawiło się 2000 GieKSiarzy, co było naszą rekordową liczbą. Górnik wygrał 1:0.

Wiosną 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, a mecz zgromadził… 32000 widzów, w tym 2000 fanów Górnika. Derby wygrał Górnik 1:0.

W tej samej rundzie w maju zagraliśmy również ćwierćfinał Pucharu Polski. Na stadionie przy Roosevelta pojawiło się 20000 widzów, którzy oglądali awans GieKSy, wspieranej ponownie przez 2000 kibiców. Ostatecznie trzeci raz z rzędu awansowaliśmy do finału Pucharu Polski, ale w Opolu pokonała nas nasza ówczesna zgoda z Wrocławia.

Jesienią 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, który zgromadził 20000 widzów. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3.

W rewanżu wiosną 1988 roku również padł remis, ale 1:1. Wśród widowni liczącej 22000 widzów było aż 3000 GieKSiarzy. Były to czasy, kiedy pojawiły się pierwsze płótna z napisami, oprócz klasycznych barwówek. Tego dnia w Zabrzu czekał na nas komitet powitalny Górnika i doszło do starcia na dworcu.

Jesienią 1988 roku podejmowaliśmy Górnik przy ponad 10000 widowni. Piłkarze, po zaciętym boju, wygrali 3:2.

Wiosną 1989 roku polegliśmy 2:3 na Roosevelta. Mecz, mimo środku tygodnia, zgromadził komplet widzów, a GieKSiarze zameldowali się w 2500 osób.

W listopadzie 1989 roku wygraliśmy 1:0 (po bramce Marka Świerczewskiego) na Bukowej.

W lipcu 1990 roku pokonaliśmy Górnik 2:1. Rok 1990 przyniósł znaczący spadek zainteresowania meczami ligowymi, frekwencja na polskich trybunach wyraźnie się obniżyła wraz z upadkiem systemu komunistycznego i początkiem głębokich przemian społeczno-gospodarczych. Nie inaczej było na naszym stadionie – mecz na szczycie zgromadził jedynie 4200 widzów.

Wiosną 1991 roku przegraliśmy 0:2 w Zabrzu, a na meczu pojawiło się 2000 GieKSiarzy. Nasza ekipa wjechała w radiowozy, które zatrzymały naszych kibiców, a na trybunach goniliśmy się z gospodarzami. Na stadionie było 8500 widzów, co też pokazuje spadającą frekwencję. Nasza liga stała się coraz bardziej „przewidywalna” i to także miało wpływ na kibiców, którzy przestali uczęszczać na ustawiane spotkania.

Jesienią 1991 roku zagraliśmy na Roosevelta. Na wyjeździe obecnych było 1500 GieKSiarzy, w tym GKS Tychy, z którymi mieliśmy zgodę. Górnik był wspierany przez Arkę Gdynia, z którą nasze drogi rozeszły się pod koniec lat 80.

Miesiąc później kibice GieKSy byli ponownie na Górniku, ale nie na swoim meczu. Idol trybun z Blaszoka, który odszedł robić karierę w Bundeslidze – śp. Jan Furtok zawitał tam w europejskich pucharach ze swoim Hamburgiem SV. Górnik poległ 0:3, ale Jasiu gola nie strzelił. 100-osobowa ekipa GieKSy często pozdrawiała swojego ulubieńca, zajmując miejsce za bramką z dwiema flagami.

W czerwcu 1992 roku spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik z Miedzią Legnica. Był to okres, w którym z KSG mieliśmy już kosę, a z Miedzianką sztamę. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu dwukrotnie doszlo do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie na stałe będą zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.

6 marca 1993 roku mieliśmy grać derby z Górnikiem Zabrze, ale ten mecz przeszedł do historii naszego ruchu kibicowskiego z innego powodu. Atak zimy i zły stan murawy sprawił, że nasze derby zostały odwołane. W drodze powrotnej 200-osobowa grupa kibiców GKS-u Katowice postanowiła pojechać na Cichą, gdzie Ruch Chorzów podejmował Pogoń Szczecin. Niepokojeni przez nikogo zasiedlismy na trybunach niebieskich, rozwieszając swoją trójkolorową flagę. Był to czas kiedy panował „cieplejszy” okres między naszymi ekipami, który w dzisiejszym kibicowskim sloganie brzmiałby po prostu jako układ. Tego dnia pokazali się także kibice KSG, którzy w 200 osób zasiedli obok 100-osobowej grupy Portowców, robiąc z nimi zgodę na jeden mecz. W trakcie meczu kibice Ruchu proponowali naszej grupie przyjście w stronę młyna, ale wzajemna nieufność zwyciężyła i w przerwie zapadła decyzja, że GKS Katowice opuszcza Cichą. Przy wyjściu w okolicach kas zrobiło się nerwowo, co było początkiem bójki kibiców GieKSy i Ruchu oraz ostatecznym gwoździem do trumny jakichkolwiek dobrych relacji między nami.

W maju został rozegrany zaległy mecz. Na widowni zasiadło jedynie 3500 widzów, z czego 1000 samej GieKSy. Mecz zakończył się remisem 1:1. Co ciekawe, wśród naszego oflagowania znajdowało się już Jaworzno, które stanie się później naszym bastionem oraz… Chorzów.

Jesienią 1993 roku graliśmy znów w Zabrzu. Tym razem Górnik wygrał 4:2, a GKS wspierało 1500 GieKSiarzy.

W marcu 1994 roku doszło do afery na Bukowej. GieKSa walczyła z Górnikiem o Mistrzostwo Polski. Górnik, po bramce Dariusza Koseły w 21. minucie, prowadził 1:0. W 72. minucie doszło do awarii jednego… jupitera. Sędzia, nie widząc czterech cieni, przerwał mecz, a powtórka  została przeniesiona na 20 kwietnia. Uznano, że… trzeba powtórzyć całe spotkanie. W środę na trybunach pojawiło się 8000 widzów, z czego 2500 stanowili fani Górnika, którzy wciąż wierzyli, że sięgną po 15. tytuł. Zadedykowali nam transparent „GKS oszuści”, wymierzony głównie w Mariana Dziurowicza, którego obwiniali za przekręt z awarią oświetlenia. Fani GieKSy nie byli dłużni i zaprezentowali skrojone płótno Zabrzan. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a nasze dwie drużyny pogodziła Legia Warszawa, która przekręciła Górnik w decydującym meczu na Łazienkowskiej i sięgnęła po tytuł, który rok wcześniej odebrał, po „niedzieli cudów”, jej PZPN.

Jesienią 1994 roku graliśmy ponownie na GieKSie. Tym razem Górnik zawitał w 700 osób. Było sporo ganianek i wzajemnego krojenia się. GKS zdobył 3 flagi barwówki i zaprezentował Żabolom… trumnę.

Zanim doszło do rundy rewanżowej, to w styczniu 1995 roku po raz pierwszy zorganizowano EB Sport Cup – turniej halowy w Spodku. Tego dnia wystąpiło 5 drużyn: GieKSa, Ruch, ŁKS, Legia i Górnik. Mieszanka wybuchowa, ale podczas turnieju doszło jedynie do naszego starcia z Legią w okolicach bufetu. Turniej wygrał Górnik.

W maju 1995 roku graliśmy w Zabrzu. Było to chwilę przed utworzeniem „Śląskiej siły”, gdy na meczu Polska – Słowacja, Górnik z Ruchem związali się paktem. Na naszych piłkarzy jadących przez Lipiny (dzielnicę Świętochłowic) ustawili się… fani KSG i HKS-u, obrzucając piłkarzy kamieniami. GieKSiarze wspierali klub w 700 osób.

We wrześniu 1995 roku na jesień graliśmy w Katowicach. Na Bukowej pojawiło się jedynie 2500 widzów, z czego 700 Górnika. GKS wygrał 2:0.

W styczniu 1996 roku był kolejna edycja turnieju w Spodku. Tym razem wystąpili: GKS, Górnik, Ruch, Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i Raków Częstochowa. GieKSa wystawiła młyn sięgający 1800 osób, Niebiescy w 1500 fanów byli drugą liczbą pod halą, a Górnik w 1000 sympatyków dopingował swój zespół. Turniej wygrał Raków.

Wiosną 1996 toku rozegraliśmy derby na Roosevelta. W 1500 osób byliśmy świadkami nie lada wyczynu, bo wygraliśmy aż 4:0. Widzów pojawiło się łącznie 6300.

W listopadzie 1996 roku zostały rozegrane wyjątkowe derby z Górnikiem. 2 listopada została oficjalnie zawiązana zgoda z Banikiem Ostrava, który zawitał w 13 osób z flagą „Slezska Ostrava”. Z Zabrza pojawiło się 1800 osób. GKS wygrał 1:0.

W styczniu 1997 roku mieliśmy kolejną odsłonę EB Sport Cup w Spodku. GieKSa wystawiła 2000 (w tym 8 fanów Banika) młyn. Ruch był w 2000, a Górnik w 1300 osób. Na turnieju obecni byli również: ŁKS Łódź & GKS Tychy, Raków, Lech Poznań, Widzew i Odra Wodzisław, która związała się zgodą z Medalikami. Turniej wygrał Kolejorz, pokonując nas w finale.

W czerwcu 1997 roku wybraliśmy się do Zabrza w 600 osób. Z nami był Banik z flagą. Górnik wygrał 3:1.

Jesienią w listopadzie ponownie zagraliśmy w Zabrzu. Pojawiliśmy się w 600 osób, oglądając remis 1:1.

Styczeń 1998 rok, to już tradycyjnie rozgrywki w Spodku, ale to, co wydarzało się tego dnia, media nazwały „Spodek Terror Cup”. Eskalacja przemocy sięgnęła apogeum, szczególnie na linii GKS – Ruch – Górnik. W pewnym momencie doszło do sytuacji, że GieKSa sama musiała walczyć na dwa fronty z Ruchem i Górnikiem. Największym sukcesem organizatorów było to, że nikt nie zginął. GieKSa wystawiła 1500 (w tym 18 Banik) osób w młynie , najmocniej zmobilizował się Ruch pojawiając się w 1800 fanów, natomiast Górnik był w 1000 osób. Było to świeżo po śmierci śp. Przemka Czai w Słupsk. Tego dnia obecni byli również: Wisła Kraków, ŁKS Łódź, Odra Wodzisław, Raków Częstochowa i Lech Poznań, który – przy panującym zamieszaniu – nie został już wpuszczony na halę. GKS wygrał turniej.

Przed rozegraniem rewanżu z Górnikiem, graliśmy przerwane derby z Ruchem na Bukowej. Doszło wtedy do jednej z największej awantury w historii całego polskiego ruchu kibicowskiego. Blaszok wywiesił w kierunku Ruchu transparent dwóch świń, nawiązując do sytuacji ze Spodka, kiedy razem z Górnikiem zaatakowali nas z dwóch stron.

Wiosną 1998 roku w czerwcu podejmowaliśmy Górnik. KSG zawitał w 600 osób i pierwszy raz w historii zajął Trybunę Północną. Na murawie 1:1.

W październiku graliśmy z Górnikiem w Zabrzu. Wśród 3000 widzów było 350 GieKSy. KSG odpalił race i wygrał 2:1.

W styczniu 1999 roku został rozegrany turniej w Spodku z „serii EB Sport”. Skład był ubogi: GKS jako gospodarz, Górnik, GKS Bełchatów, SFC Opava, Odra Wodzisław, Widzew Łódź, FK Teplice i Ruch Radzionków. Organizatorzy tak dobrali zespoły, żeby panował spokój, natomiast ceny wywindowano tak wysoko (plus była transmisja Canal+), że na hali zjawiło się… 800 osób. GieKSy było… 90 osób, Górnika 60, a reszta stawiła się po kilkanaście osób. Banik zawitał w 35 osób, ale na turniej poszły dwie osoby, reszta umacniała z nami zgodę w knajpie. Turniej wygrały Cidry i po tej edycji zakończono te rozgrywki.

Podczas picia w pubie, został podjęty temat sparingu Górnik Zabrze – Banik Ostrava, który miał zostać rozegrany trzy dni później, na głównej płycie KSG. Banik, we wtorkowy poranek, przyjechał w 12 osób, ale doznał szoku, że będzie miał wsparcie… 140 GieKSiarzy. Fani Górnika o niczym nie wiedzieli, ale gdy doszła do nich nowina, że GieKSa zajęła Sektor 13, to Zabrzanie pozbierali się na szybko i doszło do ganianek po stadionie i wokół obiektu.

W maju 1999 roku zagraliśmy z Górnikiem na Bukowej, którego wspierało 400 fanów. Na meczu cały czas bluzgi, bo Górnik zaczynał świętować nasz spadek. Remis 1:1 nas od tego nie uchronił i pożegnaliśmy Ekstraklasę. Na szczęście banicja trwała tylko jeden sezon.

Po awansie w 2000 roku do Ekstraklasy mogliśmy znów toczyć derbową rywalizację z Górnikiem. W listopadzie zagraliśmy w Zabrzu przy 4000 widzów, z czego 800 GieKSy. Torcida wystawia 1200 młyn, ale na płocie wisiały jedynie zdobyczne płótna Stomilu Olszyn, Cidrów i Lecha Poznań, a miejscowi bluzgali swój zarząd.

Wiosną 2001 roku graliśmy ostatni mecz sezonu z KSG. Tym razem Górnik drżał o utrzymanie. Do Katowic zawitało 500 najwierniejszych fanów z Roosevelta. Co tu kłamać, mecz z cyklu „tak miało być”, a bramka Piotra Gierczaka z rzutu karnego w 90. minucie na 1:1 dała utrzymanie Górnikowi bez gry w barażach. Zanim Gierczak strzelił bramkę Piotrkowi Lechowi, zawodnicy „nie zrozumieli się” i piłka leciała tam, gdzie „kładł się” Lech, jednak była tak „dobrze” uderzona, że wpadła do bramki. W Canal+ mieli awarię techniczną i z całej kolejki skrót tego meczu nie został zaprezentowany na antenie, jedynie suchy wynik. Po końcowym gwizdku nastąpił tradycyjny wjazd na murawę po koszulki zawodników.

W sierpniu 2001 roku graliśmy w Zabrzu. Derby miały klimat, ale ze względu na wprowadzane elementy (konfetti, baloniki czy race), bo frekwencja była marna, ale normalna na tamte czasy – 3000 widzów, w tym 400 GieKSiarzy. W tamtym sezonie mieliśmy podział ligi na Grupę A i Grupę B, z których po 4 drużyny trafiały następnie do grupy Mistrzowskiej i Spadkowej. Na murawie 1:1.

W październiku ponownie graliśmy na Roosevelta, tym razem w Pucharze Polski. GKS przegrał 1:4, a środowy mecz zgromadził… 995 widzów, z czego 122 GieKSiarzy. To było jedno z najsłabszych naszych spotkań na trybunach.

Po 2 tygodniach graliśmy ponownie, tym razem w lidze i na Bukowej. Mecz zgromadził 5000 widzów, w tym 400 kibiców KSG, którzy odpalili race. Elementem derbów Górnego Śląska były flagi na kijach, które piłkarze zabierali w tunelu i przekazywali Blaszokowi. GieKSa wygrała 1:0 i jak się później okazało, awansowaliśmy do Grupy Mistrzowskiej, a Zabrzanie znaleźli się Grupie Spadkowej.

Jesienią 2002 roku zagraliśmy na Bukowej. Piotr Dziurowicz, który po Magnacie nieudolnie prowadził klub, pozyskał sponsora, którego jednym z wymogów była zmiana nazwy klubu na… Dospel Katowice. Cały cyrk rozegrał się bez wiedzy fanów. Delegacja kibiców udała się do Częstochowy na rozmowy z tą firmą, jednak przyniosły one fiasko i zaczęła się wojna z pseudosponsorem. Grupa NFG zaprezentowała napis ze steropianu: „W nazwie Dospel, w sercu GKS”. Oprawę poświęcono firmie od wentylatorów – młot uderzał w kowadło z napisem Dospel. Żabole zawitali w 800 osób, tworząc – jako pierwsza ekipa w kraju – dwustronną kartoniadę na wyjeździe. Wspierała ich tego dnia Petrochemia Płock, z którą pół roku wcześniej przybili zgodę. W trakcie meczu, mimo wciąż trwające kosy, nie było wzajemnych pocisków. Oficjalnie zadebiutowało także płótno „Persona Non Grata”. GKS wygrał 2:0.

W maju 2003 roku ambitnie maszerowaliśmy w tabeli i ostatecznie po 8 latach wróciły europejskie rozgrywki do Katowic. W Zabrzu GieKSa wygrała 3:1, a oglądało to 400 GieKSiarzy, którzy na sektorówce przedstawili Homera duszącego Barta Simpsona (postać kojarzoną z Torcidą). Górnik nie był nam dłużny i zaprezentował oprawę z datami mistrzowskich tytułów, jednocześnie adresując nam transparent o treści „Zawsze będziecie w naszym cieniu”. Pokazano także sektorówkę z Bartem (w roli diabła) z dopiskiem „W raju jest pięknie, ale w piekle jest Torcida”. Było to hasło zapożyczone od kibiców Hajduka Split, z którymi po kilkunastu latach KSG zrobi zgodę.

Jesienią 2003 roku graliśmy na Bukowej. Na murawie padło nudne 0:0,  a na trybunach – mimo wzajemnych pocisków derbowych przy obecności 550 kibiców Górnika – nie zabrakło również kibicowskiej solidarności. W trakcie tamtego sezonu PZPN wprowadził „chip”, czyli kartę bez której nie można było wejść do sektora gości. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, zaprotestowała i na domowym meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki wywiesiliśmy transparent „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami przecz z chipami!”. Drugą ekipą, która potępiła ten wymysł, był Górnik Zabrze właśnie na naszych derbach. Wspólnie „pozdrawialiśmy” PZPN oraz wywiesiliśmy transparenty anty-chipowe. Przez te regulacje w całym kraju spadły liczby wyjazdowe, co nie ominęło również nas. Torcida oprawę zadedykowała swoich licznym fan clubom.

Wiosną 2004 roku w Zabrzu obecnych było 270 GieKSiarzy. Deszczowy stadion zgromadził łącznie 3600 koneserów, a fanatycy obu ekip ratowali nudne derby pirotechniką. Górnik z okazji naszych 40. urodzin wywiesił kartkę urodzinową z życzeniami: „40 lot już grocie, a wiela to majstrów mocie?”. Na boisku padł remis 1:1.

W październiku 2004 roku zagraliśmy w Zabrzu w Pucharze Polski. Na stadionie pojawiło się ledwo 2000 widzów, w tym 200 GieKSiarzy. Górnicy z klimatyczną oprawą „Futbolowi pasjonaci”. Górnik pokonał nas 1:0.

Miesiąc później w Zabrzu graliśmy już ligę. GieKSa przegrała 1:4 i pomału dochodziło do nas, że – mimo wygonienia Dospelu – to będzie ciężki sezon, bo klub finansowo i organizacyjnie wyglądał fatalnie. Na Roosevelta było skromne 3000 widzów, w tym 350 GieKSiarzy, którzy transparent zadedykowali Mirosławowi Widuchowi, który przekroczył barierę przeszło 300 spotkań dla GieKSy. Oprócz tego balony z piro. Żabole z przekazem o śląskim futbolu tonącym w bagnie.

Tydzień później znowu derby… Pod koniec listopada o 13:00 rozegrano na Bukowej rewanż Pucharu Polski, który zgromadził ledwo 1000 widzów, w tym 300 KSG, wspieranych przez Nafciarzy i Wisłokę. Górnik zwyciężył 2:1 i awansował.

19 czerwca 2005 roku był dla nas końcem gry w Ekstraklasie. Były to najsmutniejsze derby z Górnikiem w całej naszej historii, mimo zwycięstwa 1:0 w doliczonym czasie gry. Mecz obył się bez publiczności (z powodu zamieszek po „słynnym” meczu z Odrą Wodzisław i show „sędziego” Borskiego oraz prowokatora Rockiego), a pod kasami zgromadziła się garstka najwierniejszych kibiców. Piłkarzom towarzyszył transparent „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” i tak zakończyła się nasza przygoda z najwyższą klasą rozgrywkową…

W czerwcu 2007 roku na Jagiellonię Białystok, która jechała w ponad 1000 osób na mecz do Sosnowca, ustawiła się koalicja KSGKS. Był to oficjalny początek naszego układu chuligańskiego.

W lipcu 2007 roku został rozegrany sparing Górnik – GKS. Był to test nie tylko dla piłkarzy przed starem ligi, ale także dla obu ekip, ze względu na nową relacje chuligańską. Stadion zgromadził aż 7000 widzów, a nasz spontaniczny wyjazd liczył 700 osób. Na stadionie zadebiutowała chuligańska flaga „Persona Non Grata”.

We wrześniu podejmowaliśmy Wisłę Płock, która zaliczyła jeden z najlepszych wyjazdów do nas w swojej historii, przyjeżdżając w 650 osób. Liczba znakomita, ale lwią część zrobił Górnik Zabrze, dając 450-osobowe wsparcie. Były to już zdecydowanie inne relacje z Torcidą, a niedługo później zgoda ZKS i KSG, zapoczątkowana 24.04.2002 roku, przeszła do historii (8.12.2007).

We wrześniu podejmowaliśmy Motor Lublin, a spotkanie bez wątpienia było meczem rundy jesiennej. Motor przyjechał 450 osób, ale ich spóźnienie – przez gonitwę z Koroniarzami zbierającymi się na wyjazd do Łodzi – sprawiło, że koalicja Banik & GKS & Górnik & JKS w sile 220 osób nie mogła ich „przywitać” na trasie. Na meczu Ultras GieKSa zaprezentowała fantastyczną oprawę „Fanatyczny styl życia”.

We wrześniu 2008 roku w Pucharze Polski wylosowaliśmy Górnik Zabrze, co wzbudziło ogromne zainteresowanie, głównie ze względu na coraz lepsze relacje z Torcidą. Mimo trwania układu chuliganów, nasze społeczności kibicowskie coraz śmielej i bardziej otwarcie zaczynały siebie wzajemnie szanować. Derby nazwano „Śląski klasyk” i pod taką nazwą funkcjonują do dzisiaj. Bilety wyprzedano trzy tygodnie przed meczem, a na trybunach – mimo środku tygodnia – zgromadziło się ponad 9000 widzów, w tym 800 Żaboli. Niezliczona ilość pirotechniki i „prime” grupy Ultras GieKSa, która zaprezentowała oprawę, spuszczając napis „GKS Katowice” (na wzór flagi, która debiutowała w Nowej Soli). Po dogrywce Górnik wygrał 4:3.

Nasza chuligańska relacja z Górnikiem stale się rozwijała i działo się dużo. Przekonać się o tym mogło chociażby Zagłębie Sosnowiec wracające ze Szczecina. Natomiast w kwietniu miała odbyć się największa ustawka w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Legia Warszawa, wspólnie z Zagłębiem i BKS-em, zapowiedzieli się 350-osobową bandą, a po stronie GieKSy i Górnika, przy wsparciu Banika, nasz skład liczył…600 osób! Walka pod Tychami nie doszła do skutku przez służby mundurowe. Mimo niedoszłego starcia, chuligani Banika oraz Górnika mogli się bliżej poznać. Miesiąc później Torcida, u boku Banika i GieKSy, wzięła udział w walce po 120 osób ze Spartą Praga. Nasza górnicza brać wygrała. To wszystko sprawiało, że relacje GieKSy z Górnikiem zmierzały w jednym kierunku.

1 sierpnia 2009 kibicowska Polska dowiedziała się, że GKS Katowice i Górnik Zabrze łączy zgoda. Żabole w 150 osób pojechali na nasz wyjazd do Szczecina i to własnie od tego momentu oficjalnie łączyła nas sztama.

Derby w Zabrzu, mimo tropikalnego żaru, ściągnęły 24000 widzów, w tym 3500 fanów GieKSy, co w czasach „nowożytnych” było naszą najlepszą liczbą w historii. Ten mecz był świętem i dosłownie przełamaniem granic, kiedy sektory buforowe po obu stronach pękły, a ochrona nie mogła powstrzymać GieKSiarzy i Żaboli, którzy wspólnie usiedli i zaczęli wymieniać się szalikami oraz wspólnie pić piwo.

W listopadzie 2009 roku rozegraliśmy mecz z Pogonią awansem z rundy wiosennej. Jest to warte odnotowania, bo – świeżo po przybiciu sztamy – Górnik wsparł nas w aż 1000 osób! To było najliczniejsze wsparcie w historii, jakie otrzymaliśmy od Żaboli. Z kolei Portowcy, którzy zawitali w 265 osób (w tym 10 Legia Warszawa), byli nieświadomi, że są ostatnią ekipą ,która zasiadła na Trybunie Północnej. Legendarna trybuna została najpierw wyłączona z użytkowania przez zły stan techniczny, a ostatecznie w 2012 roku wyburzona.

Wiosną 2010 roku graliśmy derby z Górnikiem. Sektor gości był nieczynny, ale Górnik dostał sektory 5 i 6 na Trybunie Głównej, zajmując je w 2500 osób. Była to najlepsza liczba Górnika na naszym starym stadionie. Mecz to święto, okraszone oprawą ultrasów z hasłem „Gwiazdy sceny ultras”. Przed spotkaniem owację na stojąco od 8000 widzów otrzymał Grzegorz Proksa, który zdobył pas Mistrza Unii Europejskiej.

W zimie 2011 roku koalicja GieKSa & Górnik w 230 osób pojechała do Rzeszowa. Na hali miał pojawić się przedstawiciel Psycho Fans i jego koledzy na trybunach (nie pojawili się), a ostatecznie przegoniliśmy gospodarzy ze Stali.

Jesienią 2013 roku podejmowaliśmy ROW Rybnik. Ówczesna zgoda Górnika zawitała w komplecie (409), do nowej klatki. Torcida neutralnie zasiadła w sektorze 6 w liczbie 400 osób.

Wiosną 2014 roku graliśmy w Rybniku. Na czwartkowym wyjeździe obecnych było 550 GieKSiarzy, w tym 60 Banik Ostrava. ROW wystawił młyn na 800 głów, a Górnik – podobnie jak w Katowicach – zasiadł neutralnie w 500 osób.

W lutym 2016 roku Górnik, na meczu z Ruchem Chorzów, otwierał nowy stadion. Nasza delegacja wsparła KSG w 1000 osób. Było to nasze najliczniejsze wsparcie w historii naszej zgody. Dzień wcześniej na turnieju Torcida Cup została przybita oficjalna sztama KSG z Hajdukiem.

Jesienią 2016 roku meczem rundy był Śląski Klasyk z Górnikiem Zabrze, który spadł z Ekstraklasy. Górnik otrzymał od nas, oprócz sektor gości, sektor 5 i 6 Trybuny Głównej, co pozwoliło 1800 fanom KSG obejrzeć mecz, który zakończył się wynikiem 1:1. Ultras GieKSa zaprezentowała kilka wielopunktowych choreografii, pokrytych za każdym razem pirotechniką.

W maju 2017 roku graliśmy w Zabrzu. Oba kluby walczyły wtedy o awans do Ekstraklasy. Górnik był w gorszym położeniu, ale pokonał nas 1:0 i ostatecznie wrócił do elity. Na wtorkowym wyjeździe pojawiliśmy w 2535 osób, w tym 191 Banika.

W późniejszych latach, po przybiciu układu chuligańskiego z ROW-em, widywaliśmy się z Górnikiem wielokrotnie na turniejach kibicowskich, swoich ważnych meczach, ale łączący nas wszystkich wspólny wróg z Chorzowa grał na poziomie 2. ligi. W sezonie 2019/2020 spotkał się w jednej lidze z ROW Rybnik, więc to do Rybnika zjechała się „Śląska trójca”.

Właśnie w 2019 roku świętowaliśmy 10-lecie zgody z KSG. Podejmowaliśmy Gryf Wejheowo, a Blaszok zaprezentował transparent: „Łączy nas wiele złego i chuj wam do tego!”. Na sektorówce był Homer i Bart Simpson, którzy wspólnie pili piwo. Było to oczywiście nawiązanie do 2003 roku, kiedy będąc w Zabrzu i mając jeszcze kosę między sobą, zaprezentowaliśmy Homera, który dusił Barta. Nasza koalicja postanowiła uczcić rocznicę, ustawiając się na Piasta Gliwice, który jechał do Tychów, wspierać GKS Jastrzębie. Do niczego ostatecznie nie doszło, bo Piast wysiadł, ale obecni byli także mundurowi.

We wrześniu 2022 roku rozgrywaliśmy mecz w Pucharze Polski, jednak byliśmy w trakcie bojkotu i pojawialiśmy się jedynie pod stadionem. Nie inaczej było tego dnia, kiedy wspólnie z Górnikiem w liczbie 1000 osób wspólnie zostaliśmy pod kasami. Górnik wygrał 2:1 i awansował dalej. Po meczu piłkarze podziękowali nam za doping.

Rok później znowu trafiliśmy na Górnik w Pucharze Polski. Tym razem na Bukowej przegraliśmy 0:4, ale mecz odbył się już z kibicami na trybunach. Zabrzanie oszacowali się na około 1000 osób, a na stadionie zasiadło łącznie prawie 6 tys. ludzi. 

W styczniu 2024 roku reaktywowany został turniej halowy w Spodku, po 25 latach nazwany „Spodek Super Sup”. Wystąpili w nim GieKSiarze (2000 osób) oraz Banik (270), Górnik (1000), ROW (134), Żeleziarne Podbrezova i Podbeskdzie-Bielsko Biała. 

Rok 2024 był dla nas przełomowy – po 19 latach wróciliśmy na salony. Po 20 latach derby z Górnikiem mogliśmy ponownie rozegrać na poziomie Ekstraklasy. Pierwszy pojedynek odbył się na Roosevelta, gdzie dzięki uprzejmości gospodarzy dostaliśmy całą trybunę za bramką. Nasza liczba tego dnia to było 4211 osób, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii. Na trybunach ultrasi obu grup nie oszczędzali się z pirotechniką. W obecności 22000 widzów Górnik pokonał nas 3:0.

W styczniu 2025 roku odbyła się druga edycja Spodek Super Cup. Tym razem hala pękała w szwach, gromadząc zaprzyjaźnione składy z rodziny GieKSy. Oprócz nas (2500) był Górnik (1350), Banik (210), ROW (145), Spartak Trnava (130), JKS Jarosław (110) i Wisłoka Dębica (110).

Rewanż z KSG miał miejsce w marcu 2025 roku. Był to wyjątkowy dzień dla całego miasta Katowic i społeczności GieKSy – otwieraliśmy nowy stadion, na który czekaliśmy ponad dwie dekady. Śląski Klasyk zgromadził komplet, czyli ponad 15000 widzów. Torcida otrzymała trybunę za bramką i pojawiła się w 2906 osób, tym samym odnotowując swój najlepszy wyjazd w historii do Katowic. Na stadionie szaleństwo od strony ultras, a jeszcze większy szał był w ostatniej akcji meczu, kiedy GKS zdobyła bramkę na 2:1. Lepszego otwarcia nie dało się wymarzyć.

Jesienią 2025 roku zagraliśmy swój ostatni mecz. Cały sektor gości oraz spora część trybuny za bramką były do naszej dyspozycji, dzięki czemu wykręciliśmy liczbę 4300 osób, co jest naszą najlepszą liczbą wyjazdową w całym ruchu kibicowskim. Na meczu mieliśmy pełen pokaz pirotechniczny i świetną atmosferę. Na obiekcie pojawiło się 28000 widzów, Górnik doczekał się swojej czwartej trybuny i pewnie pokonał nas 3:0.

W grudniu 2025 roku zakończyliśmy zgodę z Górnikiem. Miesiąc później odbyła się trzecia edycja turnieju Spodek Super Cup. Frekwencja była słabsza niż rok temu. Nas w młynie było 1200 osób, Górnik zawitał liczbą 900 fanów, ROW w 132 osoby, JKS w 100 fanatyków i Wisłoka w 40 osób. Skromną liczbę wystawiła także Wieczysta Kraków – 10 osób.

Do zobaczenia na urodzinach GieKSy!

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.

Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?

Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.

A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.

Może, może (śmiech).  Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.

Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje. 

Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.

Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?

Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.

Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?

Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.

To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?

Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.

A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?

Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.

W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?

Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.

Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.

Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.

Biło serce, jak sprawdzali spalonego?

Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.

Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?

Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.

Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?

Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.

Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.

Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Realizacja piłkarskich mitów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”

Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.

Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.

GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.

Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.

Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…

No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.

Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.

Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.

Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.

Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.

Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.

Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.

Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.

Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.

Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.

Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.

A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga