Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: zmarnowana szansa na coś więcej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nadspodziewanie dobra postawa piłkarzy rozbudziła jesienią apetyty kibiców Pasów na czołowe lokaty w lidze. Tymczasem od pamiętnej porażki z GieKSą coś się zacięło i nadzieja na medale prysła jak bańka mydlana. O przyczyny tej sytuacji i ogólne nastroje w ostatniej fazie sezonu zapytaliśmy Artura Fortunę, kibica Cracovii, prezesa Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Historyków i Statystyków Piłki Nożnej, a także autora bloga Historia Pasow”.

Jesienią Cracovia podejmowała GKS z pozycji faworyta, mając zaledwie dwa punkty straty do prowadzącego w tabeli Lecha. Można było odczuć wasz entuzjazm i ekscytację przed kolejnymi meczami. Ile z tego zostało dzisiaj?
Nie zostało zupełnie nic. Rozgoryczenie jest nawet większe, właśnie z powodu dobrych wyników jesienią, bo w pewnym momencie wydawało się, że może to właśnie ten sezon, w którym wreszcie wrócimy na „pudło”, a znowu skończyło się na niczym. To, czy zajmiemy szóste czy ósme miejsce, ma znaczenie dla budżetu, ale nie dla kibica. Jesienią otworzyła się przed nami szansa na coś więcej, ale wiosną szybko odpłynęła. Dystans do czołówki się zwiększał i pozostał tylko żal, że po raz kolejny się nie udało. Podobnie było w 2020 roku, w sezonie covidowym, kiedy po rundzie jesiennej zajmowaliśmy 2. miejsce z niewielką stratą do Legii, natomiast wiosną przytrafiła się seria 6 porażek i skończyliśmy z niczym. Wtedy przynajmniej udało się zdobyć Puchar Polski.

Która twarz Cracovii bardziej realnie oddaje obecne możliwości drużyny – ta walcząca o spadek czy bijąca się o najwyższe cele?
Na to pytanie wszyscy chcielibyśmy znać odpowiedź. Sam nie wiem, która twarz Cracovii jest prawdziwa, choć chciałbym wierzyć, że właśnie ta z jesieni. Wtedy wiele punktów udawało się zdobyć dzięki odpowiedniemu nastawieniu mentalnemu. Piłkarze dawali z siebie wszystko, zarówno gdy trzeba było gonić wynik, jak i gdy nadarzała się okazja, aby podwyższyć prowadzenie. W pewnym momencie wiosny ta wola walki zgasła, nie widać już wiary w zwycięstwo i to przede wszystkim trzeba naprawić. Same umiejętności piłkarskie nie zmieniły się przecież w kilka miesięcy, więc zadaniem trenera lub psychologa jest znalezienie recepty na powrót do właściwego nastawienia mentalnego. Trudno powiedzieć, czy wystarczy na to czasu, bo sezon się kończy, a w letniej przerwie spodziewamy się prawdziwej rewolucji w składzie.

Jesienią Rafał Nowak z serwisu TerazPasy.pl zwracał uwagę na problemy Cracovii z zestawieniem linii obrony, szczególnie wobec absencji Kamila Glika. Czy udało się to naprawić?
Kamil doznał kontuzji w październiku ubiegłego roku i do dziś nie wrócił na boisko. Od momentu jego kontuzji obrona gra źle. Glik nie był dobrze oceniany przez kibiców i sam też uważałem, że nie daje drużynie tyle, ile powinien. Tymczasem od momentu jego kontuzji obrona gra znacznie gorzej. Najwidoczniej Kamil miał wpływ na postawę tej formacji – wpływ, którego kibic nie był w stanie dostrzec. Obecnie, mimo zimowych transferów, obrona nadal gra źle i chaotycznie. Rozdajemy za dużo prezentów rywalom, popełniając proste błędy. Być może brakuje właściwego dyrygenta w tej formacji, który odpowiednio by nią pokierował.

Odpowiedzialność za postawę drużyny spada przede wszystkim na trenera. Jesienią Dawid Kroczek zbierał prawie wyłącznie pochwały. Co się stało, że jego ocena w oczach kibiców aż tak się zmieniła, że dziś nie ma on praktycznie zwolenników?
Zmieniła się przede wszystkim z powodu wyników, których wiosną nie ma. Brakuje zwycięstw, szczególnie u siebie, bo takie porażki najbardziej wpływają na nastroje kibiców. Nie wiem, czy trener Kroczek jest odpowiednim człowiekiem na tym stanowisku, bo nie widzę jego pracy na co dzień. Pamiętajmy też, że niedawno minął dopiero rok jego pracy – nie jest to wystarczająco długi czas na ocenę. Kryzys ma prawo się zdarzyć i trener powinien mieć szansę, by wyprowadzić z niego drużynę. Jednak moim zdaniem nic nie wskazuje na to, aby Dawid Kroczek dał radę podnieść zespół po ostatnich porażkach.

Los trenera Kroczka pod Wawelem jest więc przesądzony?
Przed sezonem jako cel postawiono zajęcie miejsca w pierwszej ósemce, a atak na wyższe lokaty zakładano w kolejnym sezonie. Z tego punktu widzenia trener jest bliski osiągnięcia celu, choć z drugiej strony prezes w wypowiedziach medialnych zostawił sobie pewną furtkę do rozmów o przyszłości szkoleniowca mówiąc, że na ocenie Dawida Kroczka zaważy fakt, czy potrafi wyprowadzić drużynę z kryzysu, w jakim się znalazła. Moim zdaniem jest to dość wyraźny sygnał, że jeśli nie będzie zwycięstw, to nie będzie też nowego kontraktu.

Tęsknicie za Jackiem Zielińskim, który obecnie osiąga nadspodziewanie dobre wyniki w Kielcach?
Ja osobiście nie. Wiem, że trener Zieliński cieszy się uznaniem wśród kibiców Cracovii, jednak ja nie mam dobrej opinii o jego pracy. Uważam, że Jacek Zieliński potrafił dobrze zarządzać drużyną w pierwszym roku, jednak z czasem przychodziły kłopoty. Drugi rok zawsze oznaczał walkę o utrzymanie, gdzie o włos unikaliśmy spadku. Tak było podczas jego pierwszej kadencji, kiedy w 2017 r. utrzymaliśmy się w zasadzie dzięki nieudolności rywali – Ruchu Chorzów i Górnika Łęczna. Nie inaczej było w ubiegłym sezonie – gdyby nie zmiana na trenera Kroczka, to dziś pewnie nie gralibyśmy w Ekstraklasie. Moim zdaniem właśnie na tyle stać trenera Zielińskiego. Mimo to niewykluczone, że w tym sezonie jego Korona wyprzedzi Cracovię w ligowej tabeli.

Patrząc z perspektywy poprzedniego sezonu, w którym niemal do końca biliście się o utrzymanie, obecny sezon można traktować jako przegrany?
To trochę jak ze zremisowanym meczem – lepsze nastroje mają ci, którzy doprowadzili do wyrównania niż ci, którzy wypuścili zwycięstwo z rąk. My byliśmy blisko czołówki i zaprzepaściliśmy szansę na coś więcej, więc nikt nie będzie traktował miejsca w środku stawki jako sukcesu. Oczywiście, ma znaczenie zarówno miejsce w tabeli, jak i poprawienie rankingu historycznego, co przekłada się na zwiększone przychody z Ekstraklasy. Te aspekty ekscytują jednak wyłącznie klubowych księgowych, ale nie kibiców.

Co takiego dzieje się z Cracovią przy Kałuży, że udało się wam wygrać zaledwie cztery mecze?
Jest to dla nas niezrozumiałe. Mogłoby się wydawać, że u siebie jest większe ciśnienie na piłkarzach ze strony kibiców, jednak nie spotykają ich przesadnie negatywne reakcje na kolejne porażki. Nie jestem w stanie tego w żaden sposób wytłumaczyć.

Szczególnie ostatnia kolejka była niemałym zaskoczeniem, bo skazywana przez wielu na spadek Lechia przyjechała do Krakowa jak po swoje.
Wracałem wtedy z majówkowego wyjazdu i obawiałem się, że nie zdążę na mecz. Jak się potem okazało, więcej powodów do zmartwienia miałem dlatego, że zdążyłem. Mecz był tragiczny w naszym wykonaniu – błędy w obronie, brak zaangażowania i niewielkie przebudzenie po przerwie, po stracie bramki. Niestety, wygrała drużyna lepsza. Żeby zobaczyć coś interesującego, musiałem włączyć w telefonie transmisję meczu w Gdyni, gdzie w tym samym czasie Arka „przyklepywała” awans do Ekstraklasy.

Można powiedzieć, że niemoc Cracovii zaczęła się od pamiętnego meczu z GieKSą.
Mam wrażenie, że nie był to zły mecz z naszej strony, ale przede wszystkim był to świetny mecz GKS-u, okraszony pięknymi golami Błąda i Maigaarda. W tym sezonie widzieliśmy w Krakowie wiele pięknych bramek, niestety najczęściej strzelanych przez rywali. Niemniej zawsze warto docenić kunszt piłkarza, który zdobywa bramkę niecodziennej urody, niezależnie od drużyny, której barw broni.

Na co dzień pasjonujesz się historią futbolu. Masz jakieś szczególne wspomnienia z rywalizacji Cracovii z GieKSą?
Najbardziej zapadła mi w pamięć rywalizacja z GKS-em w Krakowie w sezonie, w którym spadał z Ekstraklasy, jednak nie z powodu piłkarskich wrażeń. Wręcz przeciwnie – GKS przyjechał bronić remisu i od początku grał na czas. Trudno to traktować jako zarzut, jeśli drużyna broniąca się przed spadkiem za wszelką cenę stara się osiągnąć swój cel. Ostatecznie jednak i tak skończyło się naszym zwycięstwem, które walnie przyczyniło się do waszego spadku.

Jak podchodzisz do ostatniej fazy sezonu? Czujesz jeszcze jakieś emocje?
Od co najmniej miesiąca czekam już wyłącznie na koniec sezonu. Mam poczucie, że gramy już w zasadzie nieistotne sparingi. Jeśli jeszcze coś wygramy, to fajnie, natomiast nic się nie stanie, jeśli się nie uda. Nie wierzę w spektakularną metamorfozę drużyny, bo nie ma już na to czasu. Wyczerpały się wszystkie pokłady emocji i jestem już zmęczony tym sezonem. Rywale po raz kolejny odjechali sportowo i finansowo. Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości znów otworzy się dla nas okienko, aby włączyć się w rywalizację o najwyższe ligowe cele.

Są przesłanki, aby w kolejnym sezonie było lepiej?
Nasze obawy związane są przede wszystkim ze składem drużyny. Przesądzone jest odejście Benjamina Källmana, jednego z najlepszych napastników w Ekstraklasie, który najprawdopodobniej spróbuje swoich sił w lepszej lidze. Dostał ofertę przedłużenia kontraktu, podobno bajeczną jak na nasze warunki, ale nie zdecydował się jej przyjąć. Będzie to dla nas duże osłabienie, bo ciężko będzie zastąpić takiego zawodnika. Ponadto kończą się kontrakty kilku innym ważnym zawodnikom, m.in. Glikowi i pojawia się wiele pytań o jego przyszłość.

Jaki scenariusz przewidujesz na nasz niedzielny mecz?
Chciałbym się przekonać, że trener Kroczek potrafi odpowiednio zmobilizować i ułożyć zespół w końcówce sezonu, ale szczerze mówiąc nie spodziewam się tego. Myślę, że będziemy w stanie co najwyżej strzelić bramkę i skończy się na 2:1 dla GKS-u.

Na jakim etapie są obecnie zmiany właścicielskie w Cracovii?
Od momentu śmierci profesora Filipiaka jest dużo niepewności. Z doświadczeń innych klubów wiemy, że zmiany właścicielskie mogą wnieść coś dobrego, ale równie dobrze może się skończyć spektakularnym upadkiem. Czekamy, co się wydarzy – czy Cracovia zostanie w Comarchu, czy też zostanie sprzedana. Na początku roku przeprowadzono oddłużenie klubu na kwotę ponad 150 mln zł, co jest wydarzeniem bez precedensu w polskim futbolu. Z jednej strony nowe władze Comarchu zapewniają, że będą kontynuować misję Profesora, ale z drugiej operacja oddłużeniowa wskazywała na przygotowanie do szybkiej sprzedaży klubu. Taka transakcja jednak nie nastąpiła. Być może piłkarska Cracovia zostanie jednak w Comarchu, jednak więcej obaw mamy co do przyszłości krakowskiego hokeja.

Z czego wynikają te obawy?
Cracovia zawsze mocno stała na dwóch nogach – piłce nożnej i hokeju, który znalazł się na dużym zakręcie. Pojawiają się zarzuty, że ta sekcja za dużo kosztuje i obciąża klub. Dodatkowo klub sam musi utrzymywać lodowisko, co wiąże się z wydatkami rzędu kilku milionów rocznie. Z tego powodu wyodrębniono nową spółkę, do której ma zostać przeniesiona sekcja hokeja, ale na dzień dzisiejszy nie ma tam nawet prezesa. Nie wiemy, z czego będzie finansowana, kto będzie nią zarządzał i kto będzie w niej grał. Dlatego nie bez podstaw są obawy o likwidację tej sekcji. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo hokej jest ważną częścią naszej tożsamości i pozbycie się go będzie dla nas wielką stratą.

Cracovia będzie pierwszą ekipą gości, która oficjalnie zasiądzie na trybunach Nowej Bukowej.
Przede wszystkim możecie się cieszyć, że macie wreszcie nowy stadion. Z pewnością stary obiekt miał swój klimat i wspomnienia, które zostaną z wami na zawsze, ale nowy obiekt to ważny krok w rozwoju zarówno waszego klubu, jak i całej ligi. Nowoczesne stadiony pomagają coraz lepiej opakowywać Ekstraklasę i coraz mniej klubów ma obiekty, które nie trzymają określonego poziomu. Od kilku lat rośnie frekwencja i pobijane są kolejne rekordy, kibice napędzają zainteresowanie sponsorów, a pieniądze przyciągają coraz lepszych zawodników. Podnosi się poziom sportowy, który przekłada się na postawę w europejskich pucharach. Ponadto warto zauważyć, że w tym sezonie beniaminkowie wnieśli coś nowego do ligi. Nie nastawiali się na utrzymanie za wszelką cenę, ale pokazali jakość i ciekawy styl. Jest to o tyle zaskakujące, że w poprzednich latach się to nie zdarzało. Wygląda na to, że zarówno Motor, jak i GKS, na dłużej zadomowią się w Ekstraklasie.

Jakie masz przewidywania na końcówkę tego sezonu i jak podsumujesz zapadające rozstrzygnięcia w Ekstraklasie?
Na trzy kolejki przed końcem raczej niewiele się zmieni, choć chciałbym aby to jednak Lech zdobył mistrzostwo. Nie wydaje mi się jednak, aby byli w stanie. Największy sukces tego sezonu to bez wątpienia to, co działo się poza ligą, czyli występy w europejskich pucharach – niesamowita historia napisana przez Legię i Jagiellonię, ale swoje trzy grosze dołożyli też pozostali pucharowicze, aby uzyskać dodatkowe miejsce dla polskiej drużyny w europejskich rozgrywkach. Z drugiej strony możemy być świadkami dramatu Jagi, która na ostatniej prostej może stracić miejsce na podium. Na minus należy odnotować drugą z rzędu porażkę Pogoni w Pucharze Polski. Nie jest to zła drużyna, jednak zawsze czegoś im brakuje do sukcesu. Osobiście jestem rozczarowany postawą Stali Mielec, która przed laty dość niespodziewanie wróciła do Ekstraklasy, a dziś jest już w zasadzie pewna spadku. Obawiam się, że przez wiele lat mogą nie być w stanie powtórzyć tego sukcesu. Tutaj rozgrywa się prawdziwy dramat kibiców, więc z tej perspektywy inaczej patrzę na nasze problemy w tym sezonie. Ponadto smutne jest to, co stało się z Lechią pod względem organizacyjnym. Pozostawia to spory niesmak, że działania ich zarządu pozostają w zasadzie bezkarne.

Wiele ciekawego dzieje się na krakowskim podwórku także w niższych ligach. Śledzisz te wydarzenia?
Zerkam zarówno na pierwszą, jak i drugą ligę, bo tam przynajmniej coś się dzieje. Liczyłem na awans zarówno Hutnika, jak i Wieczystej, ale ostatnie rozstrzygnięcia wskazują, że może się to udać najwyżej jednemu z tych zespołów. Wieczysta, podobnie jak kilka lat temu Garbarnia, przyciąga „hipsterskich” kibiców, którzy chcą zostawić na boku odwieczną rywalizację Cracovii z Wisłą. Powoli rodzi się też grupa zaangażowanych kibiców Wieczystej, którzy pojawili się nawet w sektorze gości na meczu z Hutnikiem. Ten projekt oczywiście nie musi być trwały, natomiast z punktu widzenia kibiców Cracovii Wieczysta angażuje finansowo jednego z najbogatszych kibiców Wisły, więc w jakiś sposób osłabia to naszego głównego rywala.

Sama Wisła po raz kolejny walczy o awans do Ekstraklasy. Jako kibic Cracovii wolisz widzieć lokalnego rywala w niższej lidze czy brakuje ci derbowej rywalizacji w Ekstraklasie?
Z obu sytuacji płynie pewien pożytek. Z jednej strony dekada sukcesów Wisły za czasów Bogusława Cupiała, w połączeniu ze sportowym dołkiem Cracovii, wywołała pychę wśród kibiców z drugiej strony Błoń. Kilkuletni pobyt Wisły w 1. lidze ostudził nieco te nastroje i szkoda, że nie wykorzystaliśmy maksymalnie tego okresu, ale mimo wszystko w ostatnich latach wyrównuje się szala między oboma klubami. Z drugiej strony łączy nas długa historia derbów na najwyższym poziomie, która musi być kontynuowana. Być może nie w następnym, ale dopiero w kolejnym sezonie.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Betonowy Urban

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Nie doczekaliśmy się powołania dla Bartka Nowaka. Nie wystarczy, że od samego początku sezonu wiążesz krawaty w tej lidze, indywidualnie piłkarsko jesteś jednym z najlepszych zawodników w ostatnich latach. Że masz liczby, jesteś równy, a twoja drużyna dzięki tobie co mecz ma gola.

Ani to, że potrafisz znaleźć taką mysią dziurę na zatłoczonym boisku i wykorzystać ją do ultraprecyzyjnego podania, że partnerowi wystarczy tylko dołożyć nogę. Że stałe fragmenty bijesz tak, że koledzy tylko dostawiają głowę i jest gol.

Nie, to panu Urbanowi nie wystarczy. Dlatego plecie banialuki o tym, jak to Bartek rozgrywa „znakomity sezon, znakomity. Ale to tylko polska ekstraklasa”. Chłopie, to po kiego grzyba ty w ogóle w ostatnim czasie się kilka razy pojawiałeś na Nowej Bukowej? Właśnie po to, żeby zobaczyć kapitalnego zawodnika i go nie powołać? A może po prostu chodziło o to, żeby poskubać słonecznik i obejrzeć meczyk?

Nie wiem, co jeszcze miałby Nowak zrobić, żeby to powołanie dostać. Stanąć na (…) i zatańczyć breakdance’a?

Nie mówimy o zawodniku, który ma dobry miesiąc. Mówimy o piłkarzu, który od ponad pół roku tydzień w tydzień pokazuje naprawę bardzo wysoki poziom, przerastający na ten moment większość reprezentantów. I tak – można powiedzieć, że to tylko ekstraklasa. Tyle, że przecież po pierwsze nie jest to żadna ujma, a po drugie przez całe lata do polskiej kadry powoływane były te wszystkie Kapustki, Wszołki i inne piłkarskie wynalazki.

Mimo mojej całej sympatii do Grosika, to teraz mam pytanie, jakim prawe on jest w kadrze, a Nowak nie? Co niby takiego specjalnego robi Wiśniewski, żeby w tej kadrze się znajdować? Drągowski to co prawda bramkarz, ale… bramkarz, który na początku wiosny puszczał każdy celny strzał do bramki.

Jakim prawem w kadrze jest wiecznie kontuzjowany Moder, który poza jedną bramką strzeloną Anglii nie dał reprezentacji kompletnie nic? W czym lepsze są te wszystkie Rózgi czy Slisze? Poza tym, że – jak w przypadku tego ostatniego – przyklejony został do kadry niczym rzep i nie da się go odkleić. Jak mniemam, tylko dlatego, że grał w Legii, bo gdyby nie pograł kilka lat u Wojskowych, to pewnie nikt by w Polsce o nim nie pamiętał.

I tu nawet nie chodzi o to, że Bartosz Nowak miałby grać, wyjść w pierwszej jedenastce. To kwestia symboliki, sygnału dla piłkarskiej polski. Że to właśnie to powołanie pokazuje, że jak zawodnik przez tyle miesięcy gra nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz kapitalnie, to logiczną nagrodę jest powołanie do reprezentacji Polski. Choć swoją drogą, uważam, że piłkarz w takiej formie realnie mógłby pomóc tej drużynie.

W mediach padały jeszcze od niektórych ekspertów argumenty typu, że Nowak nie powinien być powołany, bo „gdzie niby wcisnąć Nowaka?”. Tyle, że jak przez wiele lat do kadry były powoływane różne wynalazki, to nikt się o to nie pytał. To jest tak z dupy argument, że szkoda nawet strzępić języka.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Urban ma po prostu mentalność typowo polskiego piłkarskiego betonu. Jak mu wszyscy truli, że powinien powołać Pietuszewskiego, to gadał jakieś swoje dziwne argumenty. Teraz w końcu powołał. O co najmniej jedno zgrupowanie za późno, ale dobrze, że w ogóle.

Pamiętam, jak kiedyś w szkole graliśmy trochę w piłkę ręczną. Zawsze byłem zwinny i w tę ręczną dobrze grałem. Przyszedł jakiś turniej międzyszkolny, nauczyciel WF wybrał zawodników do reprezentacji szkoły. Mnie nie „powołał” – bo według niego byłem za niski. Tak się wkurwiłem, że gdy na następnej lekcji graliśmy jakiś krótki mecz „niepowołani vs reprezentacja szkoły” moja drużyna wygrała 5:4, a ja strzeliłem wszystkie 5 bramek. Gdy potem nauczyciel wychodził z roboty, minął mnie tylko na korytarzu i rzucił „Michał, dobrze grałeś”. Pamiętam to do dziś. Widział najwidoczniej, jak mi zależy i że byłem zły. Ale decyzji nie zmienił. Więc gdzieś mógł sobie wsadzić swoje pochwały, tak jak gdzieś Urban może wsadzić swoje zdanie, że Nowak gra „niesamowity, sezon, niesamowity”.

Nie wiem, czy to jakiś osobisty uraz selekcjonera czy właśnie wspomniana betonowa mentalność rodem Zdziśków Kręcinów czy innych tzw. leśnych dziadków z PZPN. Fajnie, że trener taki zabawny, taki śmieszny i taki wyluzowany jest na swoich konferencjach, a nie bucowaty jak Czesiu Michniewicz. Ma jednak w sobie coś z tego PRL-owskiego betonu.

Bartek zapytany przy okazji meczu z Jagą przez Kubę Jeleńskiego o kadrę powiedział, że „jak dostanie powołanie to będzie najszczęśliwszy, a jak nie dostanie – to też będzie najszczęśliwszy”. Chciałbym, żeby tak było, bo nie tylko na boisku, ale i poza nim pokazuje, że to jest po prostu znakomity facet, skromny, a jeśli chodzi o grę – piekielnie dobry.

Od lat nie było w Katowicach piłkarza, który doczekałby się skandowania swojego nazwiska nie przy okazji gola czy dopingowania bramkarza przy rzucie karnym. Kibiców GieKSy niełatwo zachwycić. A Bartek to usłyszał po hat-tricku z Wisłą Płock, słyszał to po zmianie w Lubinie oraz przed meczem z Lechią, gdy dostawał nagrodę Piłkarza Miesiąca.

Osobiście nie mam nic do trenera Urbana. Choć uważam, że był przehajpowany jeśli chodzi o wybór na stanowisko selekcjonera, to z drugiej strony z polskich szkoleniowców nie było nikogo specjalnie lepszego. Jeśli chodzi o Górnik – uważam, że skandalem było zwolnienie go. Osobiście go w sumie nawet lubię.

Ale tu mnie wkurwił niemożebnie. Swoim uporem, swoim sztywnym trzymaniem się nie wiadomo czego.

Grosika powołał kuźwa jego mać…

Oczywiście to nie jest sprawa życia i śmierci. Życzę polskiej reprezentacji bardzo dobrych meczów barażowych i awansu na Mundial. Nie widzę powodu, dlaczego nie miałby się tak stać – ostatecznie poziom tej kadry jest dobry, więc nic nie stoi na przeszkodzie, choć – jeśli przejdziemy Albanię – to finał na wyjeździe ze Szwecją czy Ukrainą będzie wyrównany. Szanse oceniam 50/50, no może lekko na korzyść Polaków.

A za Bartka niesamowicie trzymamy kciuki. To piękne, że dożyliśmy czasów, kiedy piłkarz potrafi tak zachwycać i rozkochać w sobie katowicką publiczność. Tak jak napisałem, Bartek robi dobrą minę do złej gry, ale nie wierzę, że gdzieś go wewnętrznie to nie zabolało. Masz poczucie, że jesteś aktualnie jednym z najlepszych polskich piłkarzy, jeśli chodzi o formę i musisz obejść się smakiem. Życzyłbym sobie, żeby zawodnik wyszedł z tego po prostu silniejszy. I jak nie w kadrze, to w GieKSie miał swoje momenty radości.

A Panu Panie Urban zacytuję słowa piosenki:

„W domach z betonu nie ma wolnej miłości”

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Plusy i minusy po Lechii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa pokonała Lechię Gdańsk 2:0 i dopisała kolejne zwycięstwo w lidze. Zapraszam na plusy i minusy.

Plusy:

+ Bartosz Nowak

Dobre wyjście z piłką już w pierwszej minucie, wywalczony rzut wolny, z którego zaczęła się akcja bramkowa, świetne wyprowadzenie przy golu Wdowiaka i podanie do Szkurina przy drugim trafieniu. Do tego dośrodkowania po stałych fragmentach i ciągła aktywność przez cały mecz.

+ Rafał Strączek

Kluczowa interwencja w 20. minucie po strzale z wolnego Zhelizko, który był zupełnie niepilnowany. Gdyby ta piłka wpadła, mecz mógłby potoczyć się inaczej. Do tego pewne wyjście w 69. minucie i spokojne łapanie w końcówce pierwszej połowy.

+ Skuteczność przy niskim posiadaniu

38% posiadania piłki i prowadzenie 1:0 po pierwszej połowie mówi samo za siebie. Lechia więcej kreowała, ale to my byliśmy konkretniejsi. Warto zauważyć też to, że znowu strzeliliśmy bramkę prawie, że do szatni.

Minusy:

– Zmarnowane okazje

Nowak nie wykorzystał błędu bramkarza Lechii, który zagrał mu piłkę dosłownie w nogi. Do tego zmarnowana szybka kontra w 32. minucie. Przy lepszym wykończeniu wynik mógł być wyższy dużo wcześniej.

Podsumowanie:

2:0 z Lechią i trzy punkty w lidze. Pierwsza połowa wyrównana, Lechia miała więcej z gry, ale to my byliśmy konkretniejsi. Druga połowa to sprawniejsze zarządzanie wynikiem, choć nie bez nerwowych momentów.

GieKSiarz

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Oczko po oczku utkana sieć

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za chwilę to wygrywanie stanie się nudne… Moglibyśmy powiedzieć. Ale, no nie. To się chyba nie ma prawa znudzić. Faktem jest, że rok 2026 przynosi nam tyle radości, że naprawdę nie bylibyśmy sobie tego w najśmielszych marzeniach na Gwiazdkę wyobrazić. Przecież wchodziliśmy w niego będąc w strefie spadkowej, mając w perspektywie bardzo trudne mecze. Tymczasem minęło kilka kolejek, GieKSa wygrywa seryjnie i już niemal podwoiła swój dorobek z jesieni!

Sam staram się za bardzo nie marzyć. Tego mnie GieKSa nauczyła przez wiele lat, choć na różne sposoby. Przez większość z ostatnich dwóch dekad realizm pokazywał, że marzyć nie ma za bardzo sensu, bo i tak nici będą z tych pięknych wizji. Teraz jest inaczej. Nie wychylam się za bardzo z myślami do przodu, bo po prostu w ten zespół wierzę – wierzę w ten projekt, który ma w sobie tak niezliczone pokłady dobrych rzeczy, ale który przecież nie jest jeszcze doskonały. Ufając więc ludziom w zespole – zarówno piłkarzom, jak i sztabowi – cieszę się po prostu z każdego kolejnego progresu. Z każdego dobrego meczu, punktu, zwycięstwa. Szczerze mówiąc nie zaprzątam sobie głowy tym, gdzie nas to zaprowadzi. Jeśli do spokojnego utrzymania, to fajnie. Jeśli do górnej połówki tabeli – jeszcze lepiej. A może do pucharów? A może do Mistrzostwa Polski? Po meczu z Lechią i patrząc na układ tabeli, żaden z tych scenariuszy nie jest nierealny. Ale to czyste teoretyzowanie. Bo i tak na koniec wszystko zależy od utrzymania dobrej formy, realizowania ciągle i konsekwentnie tego samego, co mecz. Na ekstraklasę wystarcza. GieKSa nie wygrywa meczów nie wiadomo jakimi cudami. GieKSa wygrywa stałością i powtarzalnością. Jak Francja w 2018, kiedy to nie grała jakiegoś wybitnie efektownego futbolu (no, może poza meczem z Argentyną), ale grała najrówniej z wszystkich drużyn i to dało jej tytuł. Nie sztuką jest mieć jeden czy dwa efektowne wyskoki i kogoś rozgromić. Prawdziwa siła tkwi w konsekwencji.

No dobra, z tym brakiem cudów trochę przesadziłem. Bartek Nowak. Powiedziałbym, że nie mam słów na to, co wyczynia ten zawodnik. Ale przecież już to pisałem. Gdy wydaje się, że nie jest możliwe, by znów – w kolejnym meczu z rzędu – coś wyczarował, on i tak to robi. Przy obu golach znów zachował się jak piłkarski artysta. Odegranie w punkt do Sebastiana Milewskiego, który wypuścił Mateusza Wdowiaka. A potem Bartek zagrał taką piłę, niczym precyzyjnym uderzeniem kijem bilardowym – po ziemi, mocno, ale precyzyjnie, że Ilja Szkurin mógł dać golkiperowi rywali piękną podcinkę. Wiem, że się powtarzam, ale obawiam się tych powołań na najbliższe zgrupowanie kadry. Przyznam, że sprawa ta wywołuje u mnie bardzo dużo emocji i po prostu nie wyobrażam sobie, żeby Bartek tego powołania nie dostał. A wiemy, że selekcjoner ma jakieś swoje poglądy, choćby odnośnie Pietuszewskiego…

Trener GKS nieraz wspomina o korygowaniu w przerwie. Naprawdę należy cenić nasz sztab za to, że taktycznie – może nie zjada tę ligę, bo to by było przesadą – ale tak dostosowują sposób gry w każdym kolejnym meczu, że wyciskają z potencjału drużyny naprawdę bardzo dużo. A właśnie przerwa jest tym czasem, gdzie coś można pozmieniać, widząc pewne błędy i niuanse w pierwszej połowie. I zazwyczaj odnosi to skutek, bo choćby z Legią, w lidze z Widzewem czy wczoraj, po przerwie zdecydowanie spokojniej i lepiej wyglądały poczynania drużyny.

Druga połowa otarła się o perfekcję. Przed przerwą jeszcze to trochę wyglądało cios za cios, na taką piłkarską (nie fizyczną) wojnę, a nawet z pewną przewagą Lechii. Przy czym nic z tej przewagi nie wynikało, bo gdańszczanie oddali tylko jeden celny strzał – po fenomenalnym uderzeniu Żelizki z dystansu. I na tym jednym uderzeniu w światło bramki zakończyli cały mecz. Zbliżali się po pole karne, mieli posiadanie piłki, ale konkretów z tego większych nie było. Czyli coś, co dobrze znamy z innych meczów. Za to w drugiej połowie z gry Lechia nie miała już w ogóle nic. GieKSa pewnie i spokojnie wybraniała – czy to w polu karnym czy już dużo wcześniej tłumiąc w zarodku akcje przeciwnika. To nie był „mecz obronny”, tak jak w Radomiu. To był absolutnie bardzo dobry mecz w destrukcji, a i konstrukcja była niczego sobie – choć tu już tak doskonale nie było. Ale summa summarum – nie wiem, czy ta druga połowa taktycznie i realizacyjnie nie była najlepsza w tym sezonie. Jak zawsze – gdybym znał się na taktyce, zostałbym taktykiem, a na analizie – analitykiem. Opieram się jednak na swojej intuicji i poczuciu stresu/spokoju – a tutaj nie miałem poczucia zagrożenia, że cokolwiek złego GieKSie może się wydarzyć. I nie mówię tu o tym, że czasem coś przeciwnikowi w takiej sytuacji jednak wpadnie, bo to jest piłka. Mówię o swoim intuicyjnym przeżyciu tej pewności drużyny, braku strachu, dobrych pewnych ruchach i decyzjach. To wszystko było na bardzo wysokim poziomie.

Wiadomo, że we wspomnianej konstrukcji w końcówce meczu mogło być lepiej. Marcel Wędrychowski musi ciągle pracować nad głową, bo jego żwawość i dynamika jest nam potrzebna, ale mając kapitalne możliwości do odegrania piłki i lepszego rozwiązania sytuacji – kilka akcji zepsuł. Ale też nie jest tak, że wszystkie – bo w kilku zachował się bardzo dobrze. Piłkarz ma potencjał, kibicuję mu bardzo mocno, więc niech się chłopak rozwija – jeśli opanuje głowę, będziemy mieli z niego duży pożytek.

Mateusz Kowalczyk staje się coraz lepszy. Chłopak młody, a momentami wygląda na bardzo doświadczonego. Tu zastawienie, obrót, balans ciała, dziubnięcie – i piłka ciągle jest pod jego nogami. Przychodził do GKS jako zawodnik dość anonimowy (choć dla nas nie do końca, bo przecież w ŁKS strzelił nam bramkę), a teraz jest jednym z najlepszych zawodników na tej pozycji w lidze. Sebastian Milewski w zaskakujący sposób wywalczył sobie miejsce w składzie i go nie oddaje. Raz na jakiś czas jeszcze zdarzy mu się strata, gdy pójdzie z piłką „na raz”, ale w zdecydowanej większości jest bardzo skuteczny. A to podanie zewnętrzną częścią stopy z pierwszej piłki – no, Panie Sebastianie, mama znowu może być dumna. Asysta była pierwszej klasy.

Zastanawialiśmy się, jak wprowadzi się do GieKSy Mateusz Wdowiak. Wiele osób powątpiewało, ja też przyznam, że nie byłem pewien. Niepotrzebnie. Zawodnik wygląda na skrojonego pod GieKSę idealnie – z marszu wszedł do pierwszego składu, miejsca nie oddaje i jest po prostu dobry. Charakterologicznie – pasuje jak ulał. Druga bramka strzelona, wchodzi momentami praktycznie na „dziewiątkę”, zresztą w dogrywce z Widzewem tak był ustawiony.

No i doczekał się debiutu młody Kokosiński, pograł swoje minuty i najlepsze jest to, że nie była to zła zmiana. U takiego debiutującego zawodnika sukcesem jest, jeśli udźwignie ciężar. Jakub zaprezentował się dobrze, kilka razy celnie odegrał, praktycznie nic nie zepsuł. Fajnie.

Oczywiście to co nam zaprzątało głowę i napawało niepokojem przed meczem to zestawienie obrony, które jak stwierdził trener Górak było „wywrócone do góry nogami”. Oglądaliśmy więc w środku Martena Kuuska i Wasyla, a Borja i Erik musieli się podzielić wahadłami. Efektem był wspomniany jeden celny strzał rywali i bardzo dobra neutralizacja poczynań najlepszej ofensywy w lidze. Reprezentant Estonii spisał się bardzo dobrze i pewnie, a Wasyl… cóż, Wasyla można dać wszędzie i wszędzie sobie poradzi. Jestem przekonany, że gdyby Marcin grał w ataku, to również parę bramek by strzelił. Taki to zawodnik, wszechstronny, który może zagrać na różnych pozycjach. Ale nie jako „zapchajdziura”, czyli takie niezbyt fajne określenie, którego ongiś się używało na jakiegoś przeciętnego zawodnika, którego rzucało się po całym boisku w zależności od potrzeb. Wasyl po prostu ma taką jakość. No i ostatecznie przez tę pauzę Arka i Alana przeszliśmy suchą stopą.

Jeszcze jedno słowo o tej bramce na 1:0, bo to przecież była przepiękna kontra. Zaczęło się od Wasyla, jeszcze podbił piłkę głową Wodwiak, powalczył Ilja, ale tam jeszcze przeciwnik zdołał zagłówkować. No ale potem to już była perfekcja, Milewski zgarnął piłkę sprzed nosa Kapićowi i pognał do przodu, Nowak z gracją przyjął na klatkę i z pierwszej odegrał do Milusiego, a ten wspomnianym zagraniem z pierwszej piłki wypuścił Wdowiaka. Mateusz też pokazał inteligencję, bo przecież jakby szedł na prawą nogę, to nici by z tego były. Przepiękna akcja.

Oj Lechia nie znosi przyjeżdżać do Katowic. W pierwszej lidze – w pamiętnym meczu – Katowiczanie wygrali 1:0 po golu w doliczonym czasie Arkadiusza Jędrycha. A poprzedni sezon i obecny to wygrane GieKSy 2:0. Tak jak pisałem przed meczem – o ile w Gdańsku wiedzie nam się średnio (ale nie tak beznadziejnie), to na starej i nowej Bukowej bardzo lubimy grać z tym rywalem.

Od początku tego roku GKS szedł łeb w łeb z poprzednim sezonem. Ale na teraz – po 24 meczach – Katowiczanie mają już 3 punkty więcej niż rok temu. Trzy wygrane z rzędu mają swój wydźwięk, a wiemy, że rok temu nasz zespół też sporo meczów rozstrzygał na swoją korzyść.

Zabawa w utrzymanie? Czemu nie. Trzymając się naszej granicy 38 punktów, do utrzymania wystarczą już bilanse: 0-2-8 lub 1-0-9. Jak się okazuje w tym chorym sezonie ta granica może się nieco przesunąć, ale nie sądzę, by powyżej 40 oczek. Faktem jest, że statystycznie GieKSa jest już bardzo, bardzo blisko tego utrzymania. Potem będziemy liczyć matematykę.

Teraz jesteśmy bliżej samej czołówki tabeli. Na ten moment, do drugiej Jagiellonii mamy 2 punkty straty. Wiadomo, że Lech i Raków, które są nad nami, dzisiaj jeszcze grają. Do liderującego Zagłębia na ten moment tracimy 5 punktów. Absolutny kosmos.

I zobaczcie sobie teraz – trochę nie patrząc na obecną formę różnych drużyn – co GieKSa zrobiła już w tym roku. Dwa razy odprawiliśmy z kwitkiem Widzew, wygraliśmy Śląski Klasyk, nie daliśmy sobie strzelić gola ekipie mającej na koncie pół setki strzelonych bramek, pokonaliśmy na wyjeździe obecnego lidera ekstraklasy, nie przegraliśmy z zawsze „wielką” Legią, a do tego awansowaliśmy do półfinału Pucharu Polski. Piękna ta wiosna. A jeszcze nawet się nie zaczęła.

Przed nami kolejne wyzwania. Już pojutrze Katowiczanie podejmą trzecią próbę rozegrania meczu w Białymstoku. Na papierze Jaga jest faworytem, ale patrząc na obecne dyspozycje obu drużyn, nasz zespół nie musi być na straconej pozycji. Drużyna Rafała Góraka jest rozpędzona piłkarsko i mentalnie, więc nie ma co się Jagi bać – co zresztą pokazał Piast Gliwice. Po prostu grajmy swoją grę, nie zapominajmy o zadaniach, miejmy tak mocny mental – jak z Lechią – a powinno być dobrze.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga