Dołącz do nas

Piłka nożna

Post scriptum do Rakowa i Lecha

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.

1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.

2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.

3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.

4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.

5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.

6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.

7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.

8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.

9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.

10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.

11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.

12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.

13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.

14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.

15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.

16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.

17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.

18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.

19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.

20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.

21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.

22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.

23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.

24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.

25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.

26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.

27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.

28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.

29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.

—–

30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.

31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.

32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.

33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.

34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.

35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.

36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.

37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.

38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.

39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.

40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.

41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak  bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.

42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.

43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.

44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.

45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.

46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.

47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.

48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem  brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.

49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.

50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.

51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.

52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.

53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.

54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.

55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.

56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.

57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.

58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.

59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo  niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.

60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.

61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga