Dołącz do nas

Siatkówka

Roszady kadrowe w PlusLidze na sezon 2017/18 [część 2]

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Rozpoczęcie nowych rozgrywek w siatkarskiej ekstraklasie tuż, tuż… więc pora przyjrzeć się zmianom w kadrach poszczególnych drużyn. Dzisiaj przedstawiamy pozostałą siódemkę zespołów w lidze.

 

ONICO Warszawa

AZS Politechnika Warszawska zmieniła szyld na ONICO Warszawa zostawiając w nazwie sponsora klubu oraz wprowadzając nazwę „Warszawa” aby drużynę bardziej kojarzono ze stolicą Polski. Kadra klubu zmieniła się mocno na korzyść sprowadzając utalentowanych Francuza Brizarda i Kanadyjczyka Vernon-Evansa oraz doświadczonego Macedończyka Gjorgiewa, to jeśli chodzi o obcokrajowców. Z Polaków zagrają w Warszawie jeden z najlepiej punktujących w lidze przyjmujący Włodarczyk, libero Wojtaszek mający za sobą grę w reprezentacji Polski, a także doświadczeni środkowi Nowakowski I Warda. Z odejść zaskoczeniem była strata utalentowanego Filipa na rzecz Czarnych, którzy mają (przynajmniej na papierze) słabszy skład od warszawian.

Przyszli: Antoine Brizard (Spacer’s Toulouse VB – Francja), Nikola Gjorgiew (Toray Arrows – Japonia), Sharon Vernon-Evans (Mississauga Pakmen – Kanada), Jan Nowakowski (Łuczniczka), Sebastian Warda (Warta Zawiercie), Wojciech Włodarczyk (AZS Olsztyn), Damian Wojtaszek (Resovia).

Odeszli: Paweł Zagumny i Paweł Mikołajczak (koniec kariery), Michał Filip (Czarni Radom), Przemysław Smoliński (Cuprum), Waldemar Świrydowicz (szuka klubu), Paweł Halaba (VK Jihostroj České Budějovice – Czechy), Łukasz Łapszyński (Dafi Społem Kielce), Maciej Olenderek (Trefl Gdańsk).

MKS Będzin

W Będzinie zadowoleni z 11 lokaty w zeszłym sezonie dokonali tylko kosmetycznych zmian. Na pewno szkoda odejścia Rejno, którego może zastąpić Grzechnik. Dwóch obcokrajowców, którzy nie do końca sprawdzili się w polskiej lidze, zmienił utalentowany Słoweniec Koek. Reprezentant kraju po raz pierwszy zagra poza swoją ojczyzną. Czy taki skład zagwarantuje spokojne utrzymanie się w PlusLidze?

Przyszli: Rafał Faryna (SKS Hajnówka), Bartłomiej Grzechnik (BBTS), Matej Koek (Triglav Kranj – Słowenia), Jakub Burnatowski, Robert Kuc, Mikołaj Grobelny (rezerwy).

Odeszli: Mateusz Piotrowski (Stal Nysa), Krzysztof Rejno (ZAKSA), Nathan Roberts (AS Cannes VB – Francja), Kyle Russell (Berlin RV – Niemcy), Paweł Stysiał (AICH/DOB Posojilnica – Austria).

Espadon Szczecin

Po sporych zawirowaniach w kadrze zespołu w trakcie poprzednich rozgrywek w Szczecinie znów nie obyło się bez rewolucji w składzie. Wymieniono obu rozgrywających, a podstawowym ma być doświadczony Fin Tervaportti. Na środku siatki zagrają dwaj równie doświadczeni gracze jak Gawryszewski z Gdańska oraz Kanadyjczyk Duff, który grał już wcześniej w PlusLidze w ekipie z Bydgoszczy. Ostatnim nabytkiem jest Amerykanin Menzel, który z niejednego siatkarskiego pieca chleb jadł. Widać wyraźnie w Szczecinie w jaki sposób zamierzają się utrzymać w lidze na kolejny sezon.

Przyszli: Tomasz Kowalski (AZS Częstochowa), Eemi Tervaportti (Stade Poitiers – Francja), Mateusz Malinowski (Cuprum), Justin Duff (Olympiakos Pireus – Grecja), Bartosz Gawryszewski (Trefl Gdańsk), Adrian Kacperkiewicz (MOS WOLA Warszawa), Jeffrey Menzel (Al-Wasl VC – ZEA), Marcin Jaskuła (SMS Spała).

Odeszli: Michal Sladecek (TSV Herrsching – Niemcy), Georgij Bratojew (Neftochimik Burgas – Bułgaria), Veljko Petković (koniec kariery), Danaił Miłuszew (Basi Grafiche Lagonegro – Włochy), Bartosz Cedzyński (BBTS), Łukasz Perłowski i Dominik Depowski (Resovia), Maciej Wołosz (szuka klubu), Ivan Borovnjak (Afyon Belediye Yüntas – Turcja), Maciej Kowalonek (UKS Mickiewicz Kluczbork), Michał Kozłowski (Trefl Gdańsk).

Dafi Społem Kielce

Nie ma już Effectora Kielce, który po stracie głównego sponsora, miał spore kłopoty ze spięciem swego budżetu na nowe rozgrywki. Wreszcie, acz ze sporym opóźnieniem znaleziono nowych darczyńców i rozpoczęto budowę nowej drużyny w Kielcach. Zmian dużo, ale jak będzie z jakością? No cóż… kibice tego zespołu będą (chyba) drżeć do końca rozgrywek nad losem swej ekipy. Stracono graczy którzy decydowali o sile tego zespołu, takich jak Komenda, Andrić czy Wohlfahrstaetter, a pozyskano solidnych acz z małych doświadczeniem PlusLigowym siatkarzy.

Przyszli: Piotr Adamski (AZS AGH Kraków), Bartosz Drewniak (rezerwy), Przemysław Stępień (Trefl Gdańsk), Maksim Morozow (Dinamo Sankt Petrsburg – Rosja), Mariusz Schamlewski (Victoria Wałbrzych), Jakub Szymański (SMS Spała), Łukasz Łapszyński (ONICO Warszawa), Grzegorz Duluk (MOS Wola Warszawa), Mateusz Czunkiewicz (Łuczniczka).

Odeszli: Marcin Komenda (GKS), Krzysztof Antosik (Krispol Września), Leo Andrić (Sir Safety Perugia – Włochy), Jędrzej Maćkowiak (Krispol Września), Peter Wohlfahrstaetter (Tourcoing Lille Métropole – Francja), Konrad Formela (Biogas Volley Näfels – Szwajcaria), Bartosz Bućko (AZS Częstochowa), Damian Sobczak (VK Ostrava – Czechy).

BBTS Bielsko-Biała

Do prawdziwego trzęsienia ziemi doszło w Bielsku, bo jak inaczej nazwać wymianę aż 10 siatkarzy! Wszystko to oczywiście z myślą o uniknięciu słabego wyniku z zeszłej kampanii, który groziłby meczami barażowymi o utrzymanie w tym roku. Pozyskanie doświadczonego reprezentanta Australii na rozegraniu oraz dwóch Rosjan to może być za mało, aby grać o coś więcej niż dół tabeli. Do tego dochodzi sprawa zgrania całej praktycznie nowej ekipy, na co czasu może zabraknąć. Zapowiada się trudny sezon w Bielsku-Białej.

Przyszli: Harrison Peacock (Hurrikaani-Loimaa – Finlandia), Jarosław Macionczyk (Warta Zawiercie), Jakub Bucki i Piotr Łukasik (KPS Siedlce), Oleg Krikun (Jugra-Samotłor Niżniewartowsk – Rosja), Bartosz Cedzyński (Espadon), Wiaczesław Tarasow (Lokomotiw Nowosybirsk – Rosja), Maciej Skowroński, Tomasz Piotrowski, Kajetan Marek (rezerwy).

Odeszli: Dmitrij Storożyłow (szuka klubu), Krzysztof Bieńkowski (ZAKSA), Paweł Gryc (Łuczniczka), Bartłomiej Lipiński (Pallavolo Azzura Alessano – Włochy), Bartłomiej Grzechnik (MKS Będzin), Kamil Kwasowski (Czarni Radom), Krzysztof Modzelewski (Lindemans Aalst – Belgia), Adam Bartos (Nice VB – Francja), Milos Vemić (OK Vojvodina Nowy Sad – Serbia), Łukasz Koziura (AZS Częstochowa).

Łuczniczka Bydgoszcz

Również w Bydgoszczy zapaliła się czerwona lampka, że tak słaby sezon już nie może się przytrafić, bo w przeciwnym razie poskutkuje to spadkiem z PlusLigi. Stąd też duże zmiany w kadrze zespołu. Za rozegranie będzie odpowiedzialny Portorykańczyk Goas, a na przyjęciu zagra doświadczony Bułgar Ananiew oraz obiecujący zawodnik, Brazylijczyk Batagim. Czy to wystarczy aby oddalić się z zagrożonej spadkiem strefy? Wszystko zweryfikuje boisko.

Przyszli: Edgardo Goas (Konya Büyükşehir Belediye – Turcja), Paweł Gryc (BBTS), Michał Szalacha i Adam Kowalski (AZS Częstochowa), Metodi Ananiew (Zamalek – Egipt), Henrique Batagim (Pamvohaikos V.C. – Grecja), Wojciech Kowalski (rezerwy).

Odeszli: Patryk Szczurek i Mateusz Siwicki (AZS Częstochowa), Marcel Gromadowski (Volejbal Kladno – Czechy), Jan Nowakowski (ONICO Warszawa), Wojciech Ferens (Trefl Gdańsk), Igor Yudin (Zenit Kazań – Rosja), Milan Katić (Skra), Mateusz Czunkiewicz (Dafi Społem Kielce).

Aluron Virtu Warta Zawiercie

W Zawierciu od razu zdawano sobie sprawę, że łatwiej było awansować do PlusLigi niż się w niej utrzymać. Dlatego bardzo poważnie zabrano się za przebudowę kadry zespołu. Pozyskano bardzo ciekawych obcokrajowców, dobrze znanych z parkietów PlusLigowych, Amerykanina Smitha i Słowaka Pataka oraz Brazylijczyka Guimaraesa i występującego na libero Japończyka Kogę. Do tego doszedł doświadczony Bociek oraz mniej grający w czołowych klubach Pająk i Marcyniak. Może z tego wyrosnąć niezła mieszanka wybuchowa. Na pewno beniaminek ligi nie będzie łatwym rywalem do pokonania.

Przyszli: Grzegorz Pająk i Grzegorz Bociek (ZAKSA), Mariusz Marcyniak (Skra), David Smith (Czarni Radom), Hugo de Leon Guimaraes (Kemas Lamipel Santa Croce – Włochy), Matej Patak (Chaumont VB – Francja), Krzysztof Andrzejewski (Ślepsk Suwałki), Taichiro Koga (Paris Volley – Francja).

Odeszli: Sebastian Warda (ONICO Warszawa), Jarosław Macionczyk (BBTS), Kamil Dębski (TS Volley Rybnik), Kamil Gutkowski i Dawid Ogórek (Lechia Tomaszów Maz.), Paweł Filipowicz (Ślepsk Suwałki), Grzegorz Wójtowicz (szuka klubu), Jakub Lewandowski (TSV Sanok), Bartosz Dzierżanowski (Energetyk Jaworzno), Adam Sobolewski (KPS Siedlce).

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga