Piłka nożna
Solidny Klemenz, zagadka Midzierski i boczni do wymiany
Przegląd formacji kontynuujemy przyjrzeniem się obronie GKS Katowice w rundzie jesiennej sezonu 2017/18. Można powiedzieć, że to właśnie w trzeciej linii doszło do największych roszad. Pamiętamy bowiem, że w zeszłym sezonie prezentowała się ona zazwyczaj tak: Czerwiński – Kamiński, Prażnovsky – Abramowicz. Trzech z nich odeszło z GKS przed sezonem, pozostał tylko popularny Kamyk. Dlatego też w obecnych rozgrywkach mogliśmy oglądać całkowicie nowe zestawienie.
W 19 meczach ligowych GKS Katowice stracił 24 bramki. Pisaliśmy o zaledwie trzech czystych kontach bramkarzy. Umówmy się, że jesień nie była wybitną grą formacji defensywnej, mnóstwo było błędów, niedokładności, a czasem niechlujstwa. Do tego doszło aż siedem sprokurowanych rzutów karnych, wszystkie wykorzystane przez rywali.
Prawa obrona
Na tę pozycję ściągnięty został Tomasz Mokwa. Zawodnik z doświadczeniem ekstraklasowym miał godnie zastąpić Alana Czerwińskiego. Niestety jego debiut w meczu ligowym z Pogonią był iście dramatyczny. Pisaliśmy o nim „źle się ustawiał, popełniał techniczne błędy. W pierwszej połowie dał się tak wyprzedzić na kilkunastu metrach, że aż oczy bolały, jakby miał kulę u nogi. W pamięci mamy też przerzut rywali na lewą stronę, a Mokwa w tym czasie zmierza do środka boiska. Przy drugiej bramce rywali, zaliczył asystę”. Niestety w kolejnych meczach nie było wiele lepiej. O ile z Miedzią w drugiej połowie było umiarkowanie przyzwoicie, to z Puszczą znów była tragedia. Te trzy mecze spowodowały, że w dalszej części rundy zawodnik nie pojawił się na boisku ani na minutę. Naprawdę to był duży wyczyn, że w trzech meczach, w których zagrał dostał od nas notę 7,5. W sumie…
Trener Piotr Mandrysz zdecydował się więc odkurzyć Adriana Frańczaka. Zawodnik już dostał szansę z Siarką, ale dopiero w Częstochowie zagrał w meczu ligowym. Spisał się dobrze i w nagrodę zagrał także z Chojniczanką. To był najlepszy mecz zawodnika w tej rundzie, był aktywny w ofensywie, w obronie nie popełniał błędów, zaliczył asystę przy golu Kędziory. Od tego momentu zawodnik już do końca jesieni był już podstawowym zawodnikiem, grając każdy mecz od początku do końca, z wyjątkiem pojedynku z Łęczną. Jego postawa jednak była różna. Niestety kilka dni po meczu z Chojniczanką, zawodnik rozegrał słabe zawody z Odrą. Przestał istnieć w ofensywie, nawet w pojedynku z tak słabym wówczas rywalem, jak Wigry nie zaznaczył swojej obecności. Z Zagłębiem Sosnowiec również było fatalnie, a na domiar złego zawodnik powinien wylecieć za dwie żółte kartki, ale sędzia się nad nim litował. W Mielcu to już był kryminał, zawodnik w ogóle nie był przy zawodnikach atakujących z jego strony, dodatkowo jego złe podanie uruchomiło jedną z bramkowych kontr.
To był taki moment, w którym mając sensowną kadrę, powiedzielibyśmy, że czas na zmianę. Jednak zmiennika na prawą obronę nie było, więc dalej grał popularny Franek. Nieco się poprawił, już nie grał tak fatalnie, ale nadal niezbyt zadowalająco. W Bytowie na duży plus była asysta przy zwycięskim golu Kędziory, co znacząco podniosło jego ocenę z tamtego meczu. Co ciekawe również grając przeciętnie wykazał się w końcówce meczu z Podbeskidziem, jego świetne przepchnięcie się i utrzymanie przy piłce dało zwycięskiego gola. Ze Stomilem również było dobrze, niestety w arcyważnym spotkaniu z Ruchem – fatalnie. W defensywie i ofensywie. Ten egzamin długoletni zawodnik GKS po prostu oblał. Na domiar złego nie poprawił się w Tychach i zagrał równie źle. Kolejne spotkania to był już synonim przeciętniactwa i do końca rundy nic ciekawego ze strony tego zawodnika już nie uświadczyliśmy.
Środek obrony
Na pozycję stoperów zostało ściągniętych dwóch zawodników: Tomasz Midzierski i Lukas Klemenz. Było wiadomo, że wraz z Mateuszem Kamińskim będą rywalizować o dwa miejsca na środku obrony. Jeszcze w Tarnobrzegu Klemenz zagrał w pomocy, dzięki czemu cała trójka miała okazję przegrać puchar. W lidze jednak było już inaczej.
Tak naprawdę pewną pozycję przez całą rundę miał tylko Tomasz Midzierski, który został dodatkowo kapitanem zespołu. Były zawodnik Miedzi Legnica rozegrał komplet meczów w lidze i pucharze, czyli 1800 minut. Wiodło mu się w tej grze z mocno zmiennym szczęściem. Niestety już w meczu z Siarką był zamieszany w utratę gola. Z Pogonią było dość kiepsko, a pierwszy niezły mecz rozegrał przeciw byłym kolegom w Legnicy. Z Puszczą nie był winny utraty goli, ale też nie można było go chwalić po tym spotkaniu. W końcu w serii meczów z Rakowem i Chojniczanką można było powiedzieć, że kapitan zagrał solidne zawody. Tym razem czyścił i asekurował, grał bardzo pewnie. Szkoda, że tej pewności nie utrzymał w meczu z Odrą. W końcówce przydarzyły się dwa karygodne nieporozumienia z Abramowiczem, z czego jeden skutkował utratą bramki. Na swoje szczęście zrehabilitował się trafieniem w doliczonym czasie gry. Potem mieliśmy sosnowiecko-mielecki dramat w wykonaniu zawodnika i niezrozumiałe zachowania przy traconych bramkach, to nie trzymał linii spalonego, to podał do przeciwnika, do nie blokował linii uderzenia, tylko chronił klejnoty. Na mecze z Chrobrym i Bytovią już się podniósł i ta gra, choć niewybitna i dalej z traconymi bramkami – była już przyzwoita. Po kolejnych w miarę niezłych spotkaniach, przyszedł fatalny dwumecz derbowy. Zawodnik był zagubiony, podejmował nieodpowiedzialne działania, a wręcz kiksował. Z Olimpią było przyzwoicie, natomiast z Łęczną ściął rywala równo z trawą w polu karnym i sędzia podyktował jedenastkę. Ostatnie dwa mecze roku – czyli awansem rozegrane z wiosny – były już niezłe.
W pierwszej kolejce Midzierskiemu partnerował Klemenz, natomiast później na chwilę zawodnik ten wrócił do środka pomocy. W artykule opisującym tę formację zwrócimy uwagę na fatalną grę zawodnika w środku. Z tego chyba też założenia wyszedł trener i od meczu z Odrą Opole przywrócił go na stopera, ale zawodnik zagrał jeden mecz, a potem wystąpił dopiero w 10. kolejce z Chrobrym i był to bardzo dobry mecz zawodnika. Nawet ta niby ręka w szesnastce była dość dyskusyjna. Z Bytovią Klemenz odniósł kontuzję i przez niemal trzy tygodnie pauzował. Wrócił na mecz ze Stomilem i zagrał nieźle. W fatalnym meczu z Ruchem na tle zespołu nie zaprezentował się najgorzej. Za to w Tychach zagrał już fatalnie i sprokurował rzut karny. To był jego najgorszy mecz w GKS jeśli chodzi o obronę. Od tego czasu spisywał się jednak dobrze, w Łęcznej zaasekurował w sytuacji, kiedy powinno być 2:0 dla gospodarzy, w Siedlcach rozegrał kapitalne zawody. Dokładając do tego dobry mecz z Miedzią, można powiedzieć, że końcówka tego zawodnika była bardzo udana.
To jednak Mateusz Kamiński od drugiej serii spotkań partnerował Midzierskiemu. O ile u siebie z Puszczą było kiepsko, to dwa wyjazdowe mecze – w Legnicy i Częstochowie – były solidne w wykonaniu zawodnika. Bardzo dobrze zagrał z Chojniczanką, a potem grał już zaledwie 4 razy. Z Zagłębiem Sosnowiec zagrał skandalicznie i już w pierwszej minucie po jego kiksie powinno być 0:1. Był bezpośrednio zamieszany w utratę dwóch goli, a w wyniku frustracji dostał czerwoną kartkę. W Mielcu również bardziej chronił swoje klejnoty niż próbował doskoczyć do uderzającego z dystansu Janoty. W Bytowie zastąpił po przerwie kontuzjowanego Klemenza i było przyzwoicie. Ostatnim jego występem na jesień był mecz z Podbeskidziem.
Lewa obrona
Ligę na tej flance rozpoczął Mateusz Mączyński. I niestety podobnie jak w przypadku Mokwy, na początku wyglądało to fatalnie. Coś próbował się udzielać w ofensywie, natomiast w defensywie pozwalał rywalom hasać, a zawodnika, który doprowadził do wyrównania krył przez kilkadziesiąt metrów na radar będąc odwróconym dupskiem. Z Miedzią było średnio, z Puszczą znów dał się objechać jak dziecko przy jednej z bramek. Kolejne mecze był umiarkowanie przyzwoicie, choć bez rewelacji. Po meczu z Odrą w wyniku kontuzji nie grał przez pięć kolejek i wrócił dopiero na Bytovię i od tego momentu mieliśmy chwilową zwyżkę formy. Ze Stomilem zawodnik nawet włączając się bardzo mocno do ofensywy strzelił gola. Jednak z Ruchem dał się tak odsadzić Przybeckiemu, że pewnie do dzisiaj go goni po Katowicach, Chorzowie i Tychach. Ze swoim byłym klubem również spisał się fatalnie. Końcówka rundy – podobnie jak w przypadku Frańczaka – ukazała syndrom przeciętniactwa tego zawodnika.
Swój udział na lewej obronie miał też Dalibor Pleva, który wystąpił na tej pozycji w Sosnowcu. I o ile w pierwszej połowie prezentował się przyzwoicie, to w drugiej zawalił gola i zupełnie się posypał. W Mielcu i z Chrobrym u siebie zagrał już beznadziejnie, a w tym drugim meczu krył na radar podobnie jak Mączyński w pierwszej kolejce. Pozostałe incydentalne momenty miał w pomocy, ale to w innym artykule.
Na lewej flance także incydentalnie oglądaliśmy Łukasza Zejdlera. Ktoś kiedyś powiedział, że niby Zejdi grał na lewej obronie. Uczepił się tego trener Mandrysz i najpierw w przedsezonowym sparingu, a potem kilka razy w lidze łatał tę pozycję właśnie Łukaszem. Efekt był dość opłakany, bo zawodnik swoimi parametrami kompletnie tam nie pasuje. Nie ma ani szybkości, ani wejścia, ani centry. Więc gdy cofał się do obrony, praktycznie traciliśmy zawodnika.
Jeszcze dodajmy słówko o Wojciechu Słomce. Zawodnik ten zagrał w Pucharze Polski połowę meczu i to wystarczyło trenerowi, by go skreślić. Gdy postawił na zawodnika w meczu z Miedzią – okazało się, że to może być bardzo dobra alternatywa na tę flankę, bo Wojciech spisał się bardzo dobrze.
Podsumowanie
Obrona GKS nie była monolitem. Tak naprawdę każdy grał swoje i jedyne co łączyło zawodników tej formacji to zbiorowe zniżki czy lekkie zwyżki formy. Każdy jednak nadal sobie rzepkę skrobał.
Tomasz Midzierski na razie nie spełnił pokładanych w nim nadziei. W przekroju całej rundy spisywał się przeciętnie, z kilkoma kiepskimi meczami i kilkoma niezłymi. To jednak było za mało, by zapobiec utracie tak dużej ilości bramek. Czy to jest zawodnik na przyszłość? Trudno przewidzieć.
Z pewnością większy potencjał pokazał Lukas Klemenz, który zwłaszcza w końcówce rundy zyskał regularność na wysokim poziomie, a kulminacją był znakomity mecz w Siedlcach. Co prawda i ten piłkarz notował lepsze i gorsze momenty, z jednym fatalnym – w Tychach – ale trzeba powiedzieć, że możliwości są w nim widoczne i jeśli regularność utrzyma na całą rundę – może być nieźle.
Zdecydowanie mamy problem z bocznymi obrońcami. Adrian Frańczak i Mateusz Mączyński mają rzadkie wyskoki, ale w większości są przeciętny, słabi lub beznadziejny. Z tymi zawodnikami na ten moment możemy liczyć jedynie maksymalnie na środek tabeli. Potrzeba nam bardziej zdecydowanych, ale i odpowiedzialnych piłkarzy.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?
Felietony Piłka nożna
GieKSa nie pęka przed NIKIM
Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.
Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.
Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.
A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.
I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.
Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.
Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.
W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.
Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.
Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.
Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.
W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.
Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.
Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.
Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.
Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.
Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.
Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.
Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.
Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.
Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.


Zdaleka
6 grudnia 2017 at 15:00
(d)1-0,1-1,1-0,2-2,
(w)3-1,1-1,2-3
Suma pkt – 12, śr. 1,71 pkt/mecz, bramki 11-8
(d)1-2,0-1,1-2,3-1,2-0,1-2
(w)0-3,2-1,2-1,1-1,0-1,3-1
Suma pkt – 16, śr. 1,33, bramki 16-16
Pierwsza część – mecze z drużynami 1-6. Druga część – mecze z drużynami 8-18.
Widać, że w ogóle nie radzimy sobie z teoretycznie (ale też patrząc w tabelę) słabszymi zespołami. Zawodnicy czują się zbyt pewnie?