Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: Mistrzynie Polski górą w Olsztynie
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatniego tygodnia, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Kobieca rużyna rozegrała drugi mecz ligowy w Orlen Ekstralidze, w którym pokonała Stomilanki Olsztyn 4:1 (4:0). W trzeciej kolejce rozgrywek piłkarki zmierzą się 22 sierpnia o 18:00 z KS Uniwersytet Jagielloński na Bukowej. Drużyna męska wygrała w meczu piątej kolejki PKO BP Ekstraklasy z Arką Gdynia 4:1. Prasówkę po tym meczu przeczytacie TUTAJ. Następny mecz zespół rozegra w sobotę 23 sierpnia o 20:15 w Zabrzu z Górnikiem. Przed spotkaniem z Arką do drużyny dołączył holenderski pomocnik Jesse Bosch, który podpisał kontrakt na trzy lata.
Siatkarze rozegrali dwa sparingi przed nowym sezonem, oba z Lechią Tomaszów Mazowiecki. W pierwszym z nich padł remis 2:2, w drugim nasz zespól wygrał 4:0. Kolejne sparingi drużyna rozegra 21 i 22 sierpnia z Nowak-Mosty Będzin.
Hokeiści w ubiegłym tygodniu rozegrali dwa test-mecze: z KH Energą Toruń oraz z Polonią Bytom. Z Energą zespół przegrał po rzutach karnych 2:3, z kolei z Polonią wygrał 13:1. W tym tygodniu drużyna rozegra trzy sparingi: z RI Okna Berani Żlin (w środę, 20 sierpnia), HC RT Torax Poruba (w czwartek, 21 sierpnia) oraz z LHK Jestřábi Prostějov (w piątek, 22 sierpnia). Spotkania zostaną rozegrane w ramach turnieju towarzyskiego w Porubie.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Katowiczanki zrehabilitowały się za wynik sprzed tygodnia
W meczu 2. kolejki Orlen Ekstraligi Energa Stomilanki Olsztyn podejmowały na swoim terenie GKS Katowice.
Ostatni pojedynek tych zespołów zakończył się zwycięstwem 5:0 dla obecnych mistrzyń Polski. Dla katowiczanek było to jednak wyjątkowe spotkanie – po raz pierwszy grały na „Nowej Bukowej” przy tak licznej, prawie czterotysięcznej publiczności, co sprawiło, że atmosfera była jak święto! Podopieczne Karoliny Koch rozpoczęły sezon od falstartu – po raz pierwszy od dwóch lat poniosły ligową porażkę na własnym terenie, tym razem z Rekordem Bielsko-Biała. Energa Stomilanki Olsztyn natomiast uległy beniaminkowi Lechowi Poznań UAM 0:1 na wyjeździe. W szeregach Stomilanek znajdują się dwie piłkarki, które jeszcze w ubiegłym sezonie broniły barw Gieksy – Natalia Kulig i Dominika Misztal.
Spotkanie idealnie rozpoczęło się dla GieKSy Katowice, bowiem już w 3. minucie gry prowadzenie swojemu zespołowi dała . Kolejne minuty spotkania to dość wyrównana rywalizacja, przy czym brakowała klarownych sytuacji strzeleckich pod którąkolwiek z bramek. Stomilanki dążyły za wszelką cenę do doprowadzenia do wyrównania. Okazji ku temu było co najmniej kilka, nie przyniosły one jednak większego zagrożenia, brakowało precyzyjnego ostatniego podania bądź celnego dośrodkowania. Zespół Dariusza Maleszewskiego miał wiele rzutów rożnych, wiele akcji oskrzydlających, brakowało jedynie dobrego dogrania w szesnastkę. Katowiczanki z kolei przeprowadzały pojedyncze dobre ataki, nie forsowały zbytnio tempa, tym bardziej zaskoczyło rozwiązanie worka z bramkami, jakie nastąpiło po 29. minucie spotkania. Prowadzenie aktualnych mistrzyń Polski podwyższyła Nowak, która najwyżej wyskoczyła do precyzyjnie dośrodkowanej piłki z rzutu wolnego i nie dała szans na skuteczną interwencję Barszcz. Zaledwie trzy minuty później po raz kolejny piłka znalazła się w bramce Stomilanek, tym razem po składnej, zespołowej akcji i zwycięskim dla Hmírovej pojedynku oko w oko z golkiperką olsztynianek. W 36. minucie rozmiary prowadzenia katowiczanek przybrały jeszcze okazalsze rozmiary. Na listę strzelczyń wpisała się Włodarczyk, która skutecznym strzałem z okolic jedenastego metra pokonała Barszcz, wykańczając bardzo dobrą, wielopodaniową akcję całego zespołu. To było doprawdy nokautujące siedem minut w wykonaniu GieKSy, Stomilanki były w tym momencie na deskach.
Po zmianie stron gry Energa Stomilanki Olsztyn zdołały zdobyć jedynie bramkę honorową, co należy uznać za jeden z nielicznych pozytywów z dzisiejszego spotkania. W 58. minucie gry piłkę z siatki musiała wyciągać Seweryn po skutecznie wykończonym rzucie rożnym. Do końca spotkania żaden z zespołów nie zapisał kolejnego trafienia na swoim koncie.
uwmfm.pl – Mistrzynie Polski górą w Olsztynie
Energa Stomilanki Olsztyn przegrały na Stadionie Miejskim 1-4 (0-4) z GKS-em Katowice i po dwóch kolejkach nowego sezonu Orlen Ekstraligi piłki nożnej kobiet zajmują ostatnie miejsce w tabeli. Mistrzynie Polski sobotnie spotkanie rozstrzygnęły już w pierwszej połowie, rehabilitując się za niespodziewaną wpadkę sprzed tygodnia.
Drużyna ze Śląska na inaugurację rozgrywek niespodziewanie uległa na własnym obiekcie 2-3 Rekordowi Bielsko-Biała. Natomiast olsztynianki nie potrafiły przeciwstawić się na wyjeździe jednemu z beniaminków. Przegrały 0-1 z Lechem UAM Poznań.
Zarówno w tym spotkaniu, jak i w pierwszym domowym w meczowej kadrze zabrakło jednej z pozyskanych latem zawodniczek – Kali Mc Daniel. Miejsce w podstawowym składzie straciła natomiast Martyna Duchnowska. Od pierwszej minuty zastąpiła ją Natalia Kulig. Za czerwoną kartkę pauzowała Gabriela Kędzia.
GKS dominował na boisku od samego początku. Już w trzeciej minucie prowadził po bramce Anity Turkiewicz. Kolejne bramki w pierwszej połowie strzeliły jeszcze: Katarzyna Nowak, Patrícia Hmírová i Julia Włodarczyk. Do przerwy było 4-0 dla zespołu z Katowic, a warto dodać, że nie wykorzystał on kilku innych doskonałych okazji.
Po zmianie stron gościnie kontrolowały wydarzenia na boisku. Dały się zaskoczyć tylko raz. A właściwie… zaskoczyły się same, bo po wrzutce z rzutu rożnego jedna z mistrzyń Polski – Klaudia Maciążka – skierowała piłkę do własnej bramki. Z kronikarskiego obowiązku dodamy, że Stomilanki ponownie kończyły mecz w dziesiątkę. To efekt ostrej gry i przerywania akcji rywalek faulami. W doliczonym czasie gry za jeden z nich z boiska wyleciała Amanda Turowska.
gol24.pl – GKS Katowice ogłosił transfer. Jesse Bosch pierwszym obcokrajowcem ściągniętym tego lata
GKS Katowice potwierdził ósmy transfer w letnim okienku. Po siedmiu Polakach zdecydował się na Holendra. To Jesse Bosch mający za sobą przeszłość w cenionej Eredivisie. 25-letni pomocnik podpisał kontrakt do czerwca 2028 roku.
Bosch ostatnio występował w Willem II Tilburg, czyli dla beniaminka, z którym zresztą ten awans wywalczył. W ubiegłym sezonie zdobył 6 bramek. Rozegrał 33 mecze.
Charakterystykę nabytku przedstawiono na oficjalnej stronie klubu: – Bosch to wszechstronny i dynamiczny środkowy pomocnik, potrafiący efektywnie wspierać linię ofensywną i defensywną. Najlepiej czuje się na pozycjach numer ‘6’ i ‘8’. Jego styl “box-to-box” – polegający na nieustannej pracy w obu fazach gry – dobrze wpisuje się w potrzeby naszego zespołu. Charakteryzuje go agresywna gra w obronie, aktywność w środku pola, a także zdolność do wykańczania akcji.
Odnotujmy, że GKS Katowice to najbardziej polski zespół w całej PKO Ekstraklasie. W kadrze Rafała Góraka jest ledwie czterech obcokrajowców. Oprócz Boscha to Estończyk Marten Kuusk, Hiszpan Borja Galan oraz Słowak Adam Zrelak.
weszlo.com – Jesse Bosch. GKS Katowice bierze specjalistę od pięknych goli
GKS Katowice wreszcie dokonuje transferu, po którym kibice od początku mogą sobie wiele obiecywać. Jesse Bosch z Willem II Tilburg wygląda na kogoś, kto szybko powinien zacząć dawać jakość śląskiej drużynie, a ona tej jakości na gwałt potrzebuje.
Dotychczasowe poczynania GieKSy w letnim okienku opierały się głównie na sprowadzaniu Polaków do odbudowy lub w ogóle do pierwszego błyśnięcia w seniorskiej karierze, że wspomnimy o Filipie Rejczyku.
Marcel Wędrychowski i Kacper Łukasiak przyszli z Pogoni Szczecin, w której mieli lepsze chwile, ale długofalowo nie byli zawodnikami z pierwszego szeregu. Łukasiak dobrze zaczął poprzedni sezon po powrocie z wypożyczenia do Górnika Łęczna. Już w 1. kolejce strzelił gola Koronie Kielce, niedługo potem dołożył trafienie z Widzewem Łódź. Jesienią regularnie gościł w podstawowym składzie Portowców, ale wiosną jego akcje już wyraźnie spadły, choć i tak można było zakładać, że ze względu na jego wiek (21 lat) klub zdecyduje się przedłużyć kontrakt. Na to do pewnego momentu się zanosiło, ale w ostatniej chwili nastąpił zwrot akcji, na którym skorzystali katowiczanie.
Wędrychowski długo leczył poważną kontuzję, a w drugiej rundzie nie do końca się odbił. Pod koniec sezonu zanotował kilka przebłysków, ale to było za mało, żeby został w Pogoni. Obietnicą na coś więcej jest od dawna i nigdy nie spełnił pokładanych w nim nadziei.
Poważne problemy zdrowotne wstrzymały także Jakuba Łukowskiego, który po bardzo udanym sezonie 2022/23 (12 goli w Ekstraklasie dla Korony Kielce) zerwał więzadło krzyżowe i stracił niemal cały następny sezon. Po przejściu do Widzewa bardzo dobrze zaczął, lecz szybko spuścił z tonu. Im dalej w las, tym gorzej, a w drugiej części wiosny 2025 poszedł już w niemal całkowitą odstawkę. Ostatni ofensywny konkret zaliczył we wrześniu ubiegłego roku w… Katowicach. Stało się oczywiste, że musi szukać szczęścia gdzie indziej. W GKS-ie na razie przegrywa rywalizację, trzy razy wchodził z ławki na końcówki.
Maciej Rosołek i Aleksander Buksa to osobna historia. Sprowadzanie jednocześnie dwóch napastników, którzy delikatnie mówiąc nie specjalizują się w strzelaniu goli, od początku wyglądało wielce ryzykownie. I na razie praktyka potwierdza wszystkie obawy, ognia z przodu brakuje.
Aleksander Paluszek spadł ze Śląskiem Wrocław, ale w elicie pozostał po przeprowadzce do Katowic. Na tę chwilę jednak trener Rafał Górak nie widzi go w składzie, Paluszek jeszcze nie podniósł się z ławki. Ze wszystkich letnich nabytków najwięcej gra Łukasiak, ale nawet on nie ma pewnego placu (w Łodzi zaczął wśród zmienników).
Nic dziwnego, że atmosfera zaczęła się robić nerwowa. Letnie transfery niewiele dały, jakościowe luki po odejściu Oskara Repki i Sebastiana Bergiera nie zostały wypełnione. Zespół po czterech meczach ma na koncie jeden punkt i zaczyna wyrastać na poważnego kandydata do spadku. Pozyskanie kogoś takiego jak Jesse Bosch zwiększa szanse na odwrócenie tego trendu.
O kim mowa? To 25-letni środkowy pomocnik, z blisko setką meczów w holenderskiej ekstraklasie. Co istotne, jego najlepszy sezon w karierze to ten ostatni, w którym zdobył sześć bramek w Eredivisie przy xG wynoszącym zaledwie 2.60 i był kluczową postacią Willem II (jesienią zakładał opaskę kapitańską).
Istnieje uzasadniona nadzieja, że będzie on w stanie zastąpić Repkę jeśli chodzi o liczby z przodu. Bosch ma bowiem cechę, która zdecydowanie go wyróżnia: nie tylko lubi, ale też umie uderzyć z dystansu. Przez trzy sezony w Tilburgu zdobył 16 bramek, z czego aż połowę po uderzeniach zza pola karnego. Kolejnych kilka goli wpadło z okolic 12.-15. metra. Rywale zdecydowanie nie mogą pozostawić go bez opieki przy rzutach rożnych czy wyrzutach z autu. Bosch uwielbia się wtedy przyczaić do „drugiej piłki” i natychmiast przywalić. W ten sposób w ostatnim sezonie strzelił trzy kolejne gole, m.in. rywalizującemu w Lidze Mistrzów Feyenoordowi.
A jeśli nie wali po widłach, potrafi w odpowiednim miejscu i czasie pojawić się w polu karnym, żeby uderzeniem bez przyjęcia sfinalizować akcję.
– To bardzo dynamiczny pomocnik, którego obecność w polu karnym rywala może być dla nas bardzo cenna – właśnie tak przy okazji przedłużenia kontraktu opisywał go rok temu dyrektor Willem II, Tom Caluwe.
Podobnie po meczu z Feyenoordem, w którym Bosch zdobył efektowną bramkę na 1:1, mówił trener Peter Maes. – To cecha, którą Jesse posiada. Słyszałem też, że w Feyenoordzie mocno podkreślali jego rolę i uczulali, że nie wolno mu zajmować pozycji strzeleckiej. A jeśli już, to żeby był blokowany. Raz im się to nie udało – komentował.
Oczywiście Bosch nie jest piłkarskim ideałem. Do niego również zdarzały się pretensje. Maes na przykład miał olbrzymie zastrzeżenia do postawy całej drugiej linii po kwietniowej porażce 1:3 z Heerenveen. – Pomocnicy grali zdecydowanie za bardzo rozciągnięci. Chodzi o to, żebyśmy rozpoczynali grę optymalnie ustawieni. Ciągłe zmiany pozycji nie są tym, na co jesteśmy przygotowani. To właśnie wtedy można znaleźć się w tarapatach. Rywale są bardzo groźni w kontratakach i właśnie tak nas zaatakowali – narzekał szkoleniowiec.
– Jeśli nasi pomocnicy tracą pozycję, środkowi obrońcy muszą sobie z tym poradzić. To dla nich bardzo trudne. Przy drugiej bramce nie wygrywamy pojedynku przy dalszym słupku. Potem piłka wraca i tam też jej nie wygrywamy. Potem piłka trafia w słupek i tam znowu jej nie zbieramy. Słuchajcie, to są sytuacje, w których musimy być o wiele bardziej czujni – dodawał poirytowany Maes.
Bosch już przy prolongacie umowy nie ukrywał, że ma warianty zagraniczne, ale skoro on i koledzy wywalczyli awans do holenderskiej elity, wolał zostać w miejscu, w którym czuje duże zaufanie z każdej strony.
On od tego czasu na pewno nie stracił, ale drużynowo Willem II zawiodło potwornie. Po rundzie jesiennej spokojnie funkcjonowało sobie na pograniczu pierwszej i drugiej dziesiątki, lecz wiosna była katastrofą. Zespół nie wygrał żadnego z siedemnastu meczów (cztery remisy, 13 porażek) i wylądował w strefie barażowej o utrzymanie. W play-offach najpierw po rzutach karnych udało się wyeliminować Dordrecht, Bosch wykonał decydującą jedenastkę. W finale za mocny okazał się Telstar (2:2, 1:3) i nastąpiło szybkie pożegnanie z Eredivisie.
Spadek oznaczał, że Bosch mógł odejść na preferencyjnych warunkach. W umowie miał zawartą klauzulę pozwalającą mu zmienić klub za darmo do 15 sierpnia. GKS Katowice wykorzystał ją w ostatniej chwili. „Piłkarz czuje się ceniony w Tilburgu, ale chce pozostać aktywny na najwyższym poziomie. Dąży do transferu za granicę, choć podobno nie wyklucza też dłuższego pobytu w Holandii” – pisał niedawno „Voetbal International”.
Pojawiały się o plotki o zainteresowaniu Go Ahead Eagles i PEC Zwolle.
Na pożegnanie Boscha zapowiadało się od pewnego czasu. Nie znalazł się on w kadrze na inauguracyjny mecz nowego sezonu z ADO Den Haag, a klub w oficjalnym komunikacie poinformował, że jest to związane ze zbliżającym się transferem zawodnika. Jeśli miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, czy warto odchodzić, porażka 1:5 chyba je rozwiała.
Holenderskie media już w środę informowały, że przeszedł on testy medyczne i podpisał „wieloletni kontrakt” z GKS-em Katowice. W czwartek nadeszło oficjalne potwierdzenie.
GieKSa już rok temu chciała sprowadzić pomocnika z holenderskiej ekstraklasy. Blisko gry na Śląsku miał być wtedy Francuz Lucas Bernadou, któremu skończyła się umowa z Dordrechtem. Ostatecznie jednak przeszedł do greckiego Volos, a dziś znów jest dostępny z kartą na ręku.
Na jego tle Jesse Bosch wygląda lepiej, co nie znaczy, że na Bukową przychodzi jakiś piłkarski geniusz, nie przesadzajmy w drugą stronę. Holender ma ponadprzeciętny strzał z dystansu, ale oprócz tego raczej nie wybijał się ponad średnią Eredivisie ani w statystykach ofensywnych, ani defensywnych. Biorąc jednak pod uwagę jego ogranie na wyższym poziomie, umiejętność liderowania, brak kontuzji oraz krótki okres potrzebny na osiągnięcie pełnej dyspozycji, na starcie nie sposób się do tego transferu przyczepić. GKS Katowice wreszcie daje nadzieję kibicom, że przychodzi ktoś, kto czasami zrobi różnicę.
Kto wie, być może nawet różnicę na wagę utrzymania.
SIATKÓWKA
siatka.org – Spadkowicz zremisował z doświadczonym pierwszoligowcem
Rozpoczął się okres sparingowy na zapleczu PlusLigi. Spadkowicz z ekstraklasy – GKS Katowice w pierwszym sparingu zremisował z Lechią Tomaszów Mazowiecki. – Pierwsze koty za płoty, była to pierwsza okazja do sprawdzenia na jakim etapie przygotowań jesteśmy, nad czym musimy pracować oraz na czym się skupić – skomentował po spotkaniu dla oficjalnej strony klubu Krzysztof Gibek.
Po sezonie 2024/2025 do I ligi spadły aż trzy kluby PlusLigi. Wśród nich znalazł się GKS Katowice. Ekipa, którą wciąż będzie prowadzić trener Emil Siewiorek, zbudowała ciekawy skład. Katowiczanie już od pewnego czasu przygotowują się do nowego sezonu, który startuje 13 września. GKS rozpoczął sparingi. Pierwszym rywalem spadkowicza jest Lechia Tomaszów Mazowiecki.
Od początku pojedynku to gospodarze kontrolowali przebieg gry. Tomaszowianie szybko zbudowali prowadzenie, które stopniowo powiększali. Ostatecznie mimo zrywu w końcówce GKS przegrał inauguracyjną odsłonę. W drugiej partii role się odwróciły. Tomaszowianie nie ustrzegli się błędów własnych a po stronie GKS-u udanie punktował Wojciech Włodarczyk. Katowiczanie kontrolowali grę i wysoko wygrali tego seta. W trzecim secie trener Siewiorek sięgnął po zupełnie inną szóstkę. Mimo to GKS kontynuował skuteczną grę. Dobrze grą kierował Piotr Fenoszyn a kolejne ataki kończył Damian Domagała. W tej odsłonie również Lechia nie zdołała przekroczyć bariery 15 punktów. Lechiści z nową energią weszli w czwartą partię. Raz za razem punktował Artur Brzostowicz, uaktywnił się tomaszowski blok. Ta odsłona potoczyła się już pod dyktando Lechii, która tym samym zremisowała sparing.
Lechia Tomaszów Mazowiecki – GKS Katowice 2:2 (25:20, 12:25, 14:25, 25:16)
Dla obu zespołów była to pierwsza okazja do sprawdzianu formy przed sezonem. – Pierwsze koty za płoty, była to pierwsza okazja do sprawdzenia na jakim etapie przygotowań jesteśmy, nad czym musimy pracować oraz na czym się skupić – skomentował na łamach oficjalnej strony GKS-u Krzysztof Gibek. W piątek drugi sparing tych zespołów, tym razem w Katowicach. – Na ten moment wszystko idzie w zgodzie z planem. Wszystko jest tak, jak powinno być. Jesteśmy po ciężkich czterech tygodniach, jeszcze w piątek gramy sparing u siebie. Wszystko przebiega tak jak powinno i jest w najlepszym porządku – podkreślił przyjmujący.
Na inaugurację rozgrywek GKS Katowice podejmie Czarnych Radom a Lechia Tomaszów Mazowiecki zmierzy się z BKS-em Bydgoszcz. Mecz Lechia – GKS odbędzie się w 7. kolejce.
GKS Katowice wygrał w nowej hali
GKS Katowice po raz pierwszy rozegrał spotkanie w nowej hali. Katowiczanie pokonali w zamkniętym sparingu Lechię Tomaszów Mazowiecki 4:0. – Myślę, że to jest świetny obiekt dla siatkówki i czujemy się tutaj coraz lepiej. Z każdym treningiem nasze poczucie hali wygląda coraz lepiej, więc myślę, że wszystko idzie w dobrą stronę – przyznał dla GieKSa TV Michał Superlak.
GKS Katowice w końcu doczekał się nowego obiektu. Katowiczanie po spadku do I ligi mężczyzn będą występować w Arenie Katowice. GKS trenował już w nowym obiekcie. Teraz przyszedł czas na pierwszy sparing. W meczu towarzyskim katowiczanie zmierzyli się z Lechią Tomaszów Mazowiecki. Był to drugi mecz między tymi drużynami. Pierwsze spotkanie rozegrano dzień wcześniej w Tomaszowie Mazowieckim. – Myślę, że to jest świetny obiekt dla siatkówki i czujemy się tutaj coraz lepiej. Z każdym treningiem nasze poczucie hali wygląda coraz lepiej, więc myślę, że wszystko idzie w dobrą stronę – przyznał dla GieKSa TV Michał Superlak.
Drugi pojedynek miał zupełnie inny przebieg niż pierwsze spotkanie. Tym razem GKS Katowice w hali przy Nowej Bukowej nie dał szans rywalom. Od początku to katowiczanie dyktowali warunki na boisku. Po tomaszowskiej stronie mnożyły się problemy w ataku. Kropkę nad i w pierwszej partii postawił Gonzalo Quiroga. W drugim secie początkowo to lechiści prowadzili trzema punktami. Gospodarze jednak szybko odrobili straty. Po fragmencie wyrównanej gry do głosu doszli gospodarze. Lechia nie ustrzegła się pomyłek i przegrała do 17. W trzeciej partii było najwięcej walki. Choć początkowo to GKS prowadził, rywale zdołali wyrównać wynik (14:14). Ta partia rozstrzygnęła się dopiero po walce na przewagi. W czwartej odsłonie skutecznie punktował Michał Superlak, który do dobrych ataków dołożył asy i również tę odsłonę wygrał GKS.
Katowiczanie w swoim pierwszym spotkaniu w nowej hali triumfowali 4:0. – Na tym etapie trzeba zakładać, że błędy będą się zdarzały, ale zaangażowanie i chęć walki jest na odpowiednim poziomie. Z tego powinniśmy być najbardziej zadowoleni. Odpowiednia forma jeszcze przyjdzie – powiedział po sparingu atakujący.
GKS Katowice – Lechia Tomaszów Mazowiecki 4:0 (25:21, 25:17, 27:25, 25:20)
HOKEJ
hokej.net – Porażka na początek. Nieudany start GieKSy. „Czuję wczesny etap”
GKS Katowice od przegranej rozpoczął tegoroczny etap sparingowy przed nadchodzącym sezonem. Katowiczanie w swoim pierwszym starciu ulegli KH Enerdze Toruń 2:3 po rzutach karnych. Debiut zaliczył natomiast ich golkiper, Jesper Eliasson. Jak mu poszło?
– Myślę, że to było widać, że to nasz pierwszy mecz, szczególnie z timingiem i tego typu rzeczami. Rzuty karne tak samo. Musiałem je obronić, by wygrać, ale niestety się nie udało. Natomiast ogólnie rzecz biorąc, urośliśmy w trakcie gry. Mieliśmy dobrą trzecią tercję i wróciliśmy do meczu mimo dwóch goli straty. To była dobra rzecz w tym starciu– zaznaczył wychowanek Eksjö HC.
Warto zaznaczyć, że chociaż dla śląskiej drużyny był to pierwszy mecz w tym sezonie, to torunianie już po raz trzeci mierzyli się w sparingach i tym samym zaksięgowali drugie z rzędu zwycięstwo.
– Oni grali już kilka meczów wcześniej, więc rodzaj tempa i wyczucie jest na innym poziomie. To był nasz pierwszy mecz i możemy się skupić tylko na sobie i pracować przy szczegółach, aby cały czas stawać się lepszym– stwierdził szwedzki golkiper.
Katowiczanie na lodzie są już jednak od trzech tygodni i mieli czas, aby się zgrać. Jeszcze lepszą okazję do tego będą jednak mieć w kolejnych sparingach, bowiem w planach mają jeszcze aż osiem spotkań przed startem sezonu.
– To jest wczesny etap sezonu i szczerze mówiąc, czuję to. Zwłaszcza w nogach. Trzeba jednak robić swoje. Zawsze to wszystko sprowadza się do ciężkiej, codziennej pracy i starania się być lepszym. Rezultaty nadejdą– zakończył.
Grad bramek! Wicemistrz dał solidną lekcję beniaminkowi
W swoim czwartym spotkaniu sparingowym hokeiści BS Polonii Bytom przegrali z wicemistrzem Polski GKS-em Katowice aż 1:13, choć do 32. minuty było tylko 1:3. Najskuteczniejszym zawodnikiem meczu był Bartosz Fraszko, który w trzeciej tercji w niespełna dziewięć minut skompletował hat tricka.
Bytomianie przystąpili do potyczki z GKS-em osłabieni brakiem kontuzjowanego już w pierwszym meczu z Jastrzębiem Kazacha Andrieja Bujalskiego. Do Bytomia wciąż nie dojechał Ukrainiec Pawło Padakin, którego gra w Polonii stoi pod dużym znakiem zapytania.
Katowiczanie na prowadzenie wyszli już w 2. minucie, gdy Tobiasza Jaworskiego pokonał Brandon Magee. Drużyna Jacka Płachty poszła za ciosem i w połowie pierwszej tercji za sprawą trafienia w przewadze Grzegorza Pasiuta, podwyższyła wynik na 2:0.
Jedyną bramkę w tym spotkaniu dla gospodarzy zdobył w 57. sekundzie drugiej odsłony Miro Lehtimäki, wykorzystując grę bytomian w 5 na 4. Przyjezdni szybko jednak odpowiedzieli trzecim golem, którego w 23. minucie strzelił Mateusz Bepierszcz. Rozkręcający się z każdą kolejną minutą hokeiści GKS-u w końcówce drugiej tercji całkowicie zdominowali wydarzenia na bytomskiej tafli, aplikując słabnącym bytomianom kolejne cztery bramki. Pomiędzy 32. a 39. min. na listę strzelców wpisali się: Błażej Chodor, Patryk Wronka, Albin Runesson oraz po raz drugi tego dnia Grzegorz Pasiut – zapewniając po dwóch odsłonach prowadzenie ekipie z Katowic 7:1.
Ostatnie dwadzieścia minut przyniosło jeszcze sześć bramek dla gości, a do meczowego protokołu wpisali się: Bartosz Fraszko (45. 50. – w przewadze oraz 54. minucie), Stephen Anderson (47. min.), po raz drugi Mateusz Bepierszcz (47. min) oraz Ian McNulty (57. min – w osłabieniu).
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze