Dołącz do nas

Piłka nożna

Upadek środka pola i strzelecka bieda

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Jeśli chodzi o pomocników i napastników to mamy trochę problem z rozdziałem. Dla wygody naszej i czytelników uznamy w tym artykule takich zawodników jak Grzegorz Goncerz, Mikołaj Lebedyński i Andreja Prokić wyłącznie za zawodników linii ataku. Gdy grali razem, różnie to wyglądało, czasem byli w linii poziomej, czasem pionowej, czasem ktoś więcej operował w środku pola. Pozostałych zawodników w poniższym zestawieniu zaliczamy typowo do pomocników.

Pomocnicy
Jak kluczową rolę odgrywa defensywny środek boiska, mamy podane jak na tacy zarówno w rundzie jesiennej, jak i na wiosnę. Jesienią za udziałem Bartłomieja Kalinkowskiego i Łukasza Zejdlera, środek pola był dość szczelny, obrońcy nie mieli aż tyle pracy w sensie konieczności ratowania sytuacji. Po kilku latach fatalnej gry ze Sławkiem Dudą na czele, teraz w końcu ten środek był zaryglowany. Dodatkowo Zejdler jesienią potrafił naprawdę wiele dać w rozegraniu i był mecze, kiedy był najlepszy.

Nie wiemy, czego przed wiosną najedli się właśnie Zejdler i Kalinkowski. Zrobili się słabi, niemrawi, grali mało agresywnie, tak jakby im się nie chciało. Kalinkowski coś tam jeszcze próbował, ale piłkarko obniżył poziom w porównaniu do jesieni. Za to Zejdler z zawodnika ekstraklasowego stał się kopaczem poziomu czwartej ligi, niewidocznym, niewidzialnym, zupełnie jakby zatracił swoje męskie cechy. Był miękki, nie radził sobie w destrukcji, a w ofensywie nawet już nie udawał, że ma zamiar się udzielać. W przekroju obu rund zaliczył chyba największy zjazd. Ci dwaj zawodnicy nawet w wygranych meczach odstawali. To byłą po prostu tragedia i gdybyśmy mieli na siłę ograniczać się do oceny czysto sportowej klęski w tym sezonie, to duże znaczenie miałaby postawa dwójki defensywnych pomocników. Aż dziw bierze, że tak rzadko trener wspomagał się np. Igorem Sapałą, który jednak jak zagrał te 2-3 mecze, to tragedii nie było (no może poza asystą w meczu z Sandecją). Niestety Brzęczek nie reagował na tę beznadzieję zwłaszcza Zejdlera. I skutek był taki, że często graliśmy w dziesiątkę.

W środku w końcówce sezonu desperacko próbował się ratować trener Krzysztofem Wołkowiczem. Zawodnik odchodzi z klubu, więc nie będziemy się już pastwić. Każdy wie, jak było.

Na skrzydłach oglądaliśmy przede wszystkim Tomasza Foszmańczyka. Sporo już napisaliśmy o nim w innych artykułach. Oczywiście nie było korzystne wystawianie go na boku kosztem środka, ale to jedna z wielu głupich decyzji byłego trenera. Mimo to Foszmańczyk zbiegał do środka i próbował rozgrywać. Nie mówimy, że to słaby piłkarz, bo kilkukrotnie miał ciekawe akcje i zagrania. Jednak na pewno jest to piłkarz przereklamowany i na siłę niektórzy chcą zrobić z niego lidera. Problem jest taki, że nie tylko swoimi wypowiedziami, ale i postawą na boisku nieraz udowadniał, że to liderowanie to takie udawane. To nie jest zawodnik, któremu chce się walczyć, jeździć na wślizgach, gryźć trawę. Raczej preferuje odstawienie nogi. Nie przykłada się do podań, często miał je niechlujne, a ilość strzałów z okolic 16-18 metrów (zwłaszcza jesienią, ale i teraz), które spartaczył właśnie niechlujstwem, była zatrważająca. Raz się przyłożył w Grudziądzu i efekt był od razu. Trudno nie obarczać go odpowiedzialnością za klęskę w tym sezonie, bo to on miał błyszczeć w ofensywie. A zabłysnął tylko w GieKSa TV. Jego zepsucie się w meczu w Sosnowcu – w pierwszej połowie świetnie, w drugiej tragedia – to był idealny jego obraz. Niestety robi nam się taki drugi Pitry, tylko co by nie mówić, Pitry to miał jednak dużo większe umiejętności. Irytująca była jego postawa w Zabrzu, kiedy zamiast grać prostą piłkę, kombinował ile wlezie. Z Kluczborkiem już totalnie zawiódł. Strzelił kilka goli w tej rundzie, ale jak na oczekiwania, co do niego, zdecydowanie za mało. Hamulcowy.

Na drugiej flance mieliśmy od początku Kamila Jóźwiaka. Wydawało się, że to może być bardzo ważny transfer, wróć – wypożyczenie. Zawodnik już w Chojnicach pokazał szybkość i to, że nie boi się zaatakować. Naprawdę dobrze się na to patrzyło. Ze Stomilem strzelił bramkę. Szkoda, że nie wykorzystał bardzo dobrej sytuacji w Sosnowcu. Potem już było gorzej. Wyjechał na zgrupowanie reprezentacji do Portugalii i po powrocie był raczej cieniem samego siebie. Po meczu w Puławach stracił miejsce w podstawowym składzie i wszedł tylko na pół godziny z Miedzią. Sił na dobrą grę miał tylko 10 minut, potem było już bardzo słabo. Wrócił na Stal, ale w wyniku roszad po czerwonej kartce Prażnovskyego zszedł w trakcie meczu i przez dwie kolejki już zupełnie nie grał. Wszedł na ostatni kwadrans w meczu z Sandejcą i w totalnej żenadzie zespołu on akurat był jedynym, który coś próbował. Grał szybko i odważnie i tylko żałowaliśmy, że trener nie postawił na niego wcześniej. Nawet pochwalił go na pomeczowej konferencji i byliśmy pewni, że z Górnikiem zagra. Tymczasem Brzęczkowi pomylili się młodzieżowcy i postawił na Pawła Mandrysza. Ta decyzja była sabotażem ze strony trenera. Mandrysz zagrał bardzo słabo, a Jóźwiak musiał się zadowolić wejściem w drugiej połowie. Zagrał znów z Kluczborkiem i strzelił gola.

Wspomniany Mandrysz mógł być kilka razy bohaterem, jak choćby z Miedzią, kiedy miał dwusetkę, ale zachował się w tej sytuacji tragicznie. Z Górnikiem też miał sytuację. Po fatalnym początku sezonu, ale dobrej drugiej części jesieni, wiosna była dość koszmarna. Zawodnik nie dał zespołowi nic ciekawego, był tak bezbarwny, gdy grał, że naprawdę można było tego żałować. Na boku oglądaliśmy też przez chwilę Dawida Abramowicza, który nie pokazał nic wielkiego.

No i Armin Cerimagić, pojawiał się i znikał. W Pruszkowie zagrał bardzo dobrze, znowuż w Puławach odniósł kontuzję. Gdyby z konsekwencją stawiać na niego od początku, może coś by z tego było. Problem w tym, że nie mógł w jednym czasie występować na boisku z Prokićem. Tak naprawdę piłkarz tej pozostaje wielką zagadką.

Z Bytovią mógł się popisać Paweł Szołtys, ale raz nie dostał dobrego podania od Prokića, a raz strzelił w bardzo dobrej sytuacji obok słupka.

Napastnicy
Andreja Prokić – powiedzielibyśmy, że jeden z niewielu, a może nawet jedyny, do którego nie można mieć pretensji. W końcu strzelił siedem bramek na wiosnę. To dorobek niezły, a w naszych warunkach kapitalny. Serb poczynił znaczny postęp od jesieni i już w sparingach pokazywał swoją skuteczność. Niejednokrotnie na wiosnę wykończył akcje jak rasowy snajper. A jednak czegoś zabrakło… W kluczowych meczach był tak samo słaby jak reszta, nie potrafił się wyróżnić na plus. Jako zawodnik szybki, z niezłym dryblingiem powinien czasem sam zdziałać coś więcej. Niestety z Sandecją i Górnikiem, a potem Kluczborkiem (mimo gola) to nie było to. Zawodnik nie odnajduje się w grze atakiem pozycyjnym, lepszy jest w kontrach. Mimo wszystko duży plus i mamy nadzieję, ze w przyszłym sezonie zakręci się w okolicach 20 goli.

Grzegorz Goncerz – trener robił zawodnikowi krzywdę usilnie wystawiając go w pierwszej jedenastce. Gonzo zatracił większość swoich walorów: szybkość, waleczność, pewność, skuteczność. W zamian mamy człapanie i głupie faule, a nawet niechlujne straty a la Brzęczek vs Ljungberg (Polska – Szwecja z 1999 roku), po której padła bramka dla Sandecji. OK, Grzegorz strzelił bramki z Podbeskidziem, w Pruszkowie i Puławach, ale podobnie jak na jesieni ograniczył swoją skuteczność do kilku kolejek z rzędu, a przed i po było koszmarnie. Niestety graliśmy w tej rundzie bez Gonza.|

Mikołaj Lebedyński – wielki profesor z ekstraklasy, mocno go chwaliliśmy za mądrość w grze, ustawianie, czytanie, podania. Niestety ta wiosna została raczej przeczłapana. Strzelił dwie bramki – obie totalne dopychacze, ale sytuacji wiele nie miał. Taki napastnik czy napastniko-pomocnik, który nie ma okazji bramkowych. Dodatkowo tą swoją mądrością nie dał wiele zespołowi. Domagaliśmy się go w tych najważniejszych meczach, ale zagrał bardzo źle. Pytanie, czy nie nabraliśmy się na jego klasę?

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o podsumowanie formacji. Zrobiliśmy to z niekłamanym bólem serca i brakiem przyjemności. Mamy nadzieję, że większość tych „bohaterów” opuści nasz klub. Potrzebujemy ludzi ambitnych, a nie partaczy.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Irishman

    14 czerwca 2017 at 11:44

    Trudno się nie zgodzić z tym co napisałeś Shellu.
    Tylko dwie uwagi:
    – naprawdę nie wiem jak ocenić Foszmańczyka. Nie chcę go za bardzo bronić ale bardzo żałuję, że nie dane nam już będzie dowiedzieć się jak wyglądałaby jego gra oraz gra całej drużyny, gdyby trafił na stałe do środka – np. w miejsce Goncerza.
    – to nie Prokić poczynił postępy od jesieni tylko on zaczął wreszcie grać na pozycji, na której powinien był grać od początku sezonu. Wtedy pewnie nie trzeba byłoby nawet ściągać Lebedyńskiego, tylko wystarczyłoby poszukać jakiegoś lewoskrzydłowego.

    I na koniec – szacun Shellu za to, że mimo tej traumy, którą wszyscy znów odczuwamy dałeś radę jeszcze raz przez to przejść. Ale myślę, że przez to stałeś się jeszcze lepszym w swoim, redakcyjnym fachu. Bo właśnie analizując błędy (nawet jeśli jest to osobiście bardzo trudne) zdobywa się wiedzę i nowe, cenne doświadczenia na przyszłość.

    pzdr

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga