Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Wielosekcyjny przegląd mediów: Superpuchar dla GKS-u Katowice!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dziewięciu dni, które obejmują dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki oraz hokeja GieKSy. Prezentujemy, naszym zdaniem, najciekawsze z nich.
W ekstralidze nasza drużyna, w ósmej kolejce spotkań wygrała na wyjeździe z Pogonią Dekpol Tczew 1:0 (0:0). Już dzisiaj zespół rozegra spotkanie w ramach Pucharu Polski z Górnikiem Łęczna. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 13:00 na Bukowej. Kolejne spotkanie ligowe drużyna rozegra 29 października o godz. 12:30, z liderkami rozgrywek TME SMS Łódź. Mecz odbędzie się również na Bukowej. Do kadry U-19 zostały powołane trzy zawodniczki GieKSy. Piłkarze w czwartek rozegrali mecz w ramach 1/16 Pucharu Polski z Górnikiem Zabrze. GieKSa przegrała 1:2 (1:0). Ponadto w poniedziałek drużyna rozegrała mecz z Stalą Rzeszów: zanotowano wynik 0:0. Prasówkę po tych meczach znajdziecie odpowiednio TUTAJ i TUTAJ. Kolejne spotkanie męski zespół rozegra w ramach szesnastej kolejki I ligi z Ruchem Chorzów. Mecz zostanie rozegrany w sobotę, w Chorzowie, od godziny 17:30.
W ubiegłym tygodniu drużyna siatkarzy rozegrała dwa spotkania: pierwsze z nich u siebie z Cerrad ENEA Czarnymi Radom, przegrywając 0:3. W drugim z nich zespół pokonał na wyjeździe LUK Lublin 3:2. W piątek siatkarze zmierzą się z drużyną Ślepsk Malow Suwałki. Spotkanie rozpocznie się o godzinie 17:30 w hali w Szopienicach.
Bardzo intensywnie drużyna hokeistów spędziła ostatnie dni. W zeszłym tygodniu, we wtorek i czwartek zespół zmierzył się dwukrotnie z Cracovią, najpierw zdobywając Superpuchar Polski po zwycięstwie 7:1. Następnie w meczu ligowym wygrywając 3:1. W niedzielę hokeiści pokonali Energę Toruń 5:0, wczoraj z kolei pokonali Ciarko STS Sanok 3:1. Kolejne spotkania ligowe drużyna rozegra w piątek i niedzielę: odpowiednio z Zagłębiem Sosnowiec i Podhalem Nowy Targ. Mecze zostaną rozegrane w Katowicach odpowiednio o godzinach 18:30 i 17:00.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Powołania na zgrupowanie kadry U-19
Poznaliśmy listę zawodniczek powołanych przez trenerkę Katarzynę Barlewicz na zgrupowanie kadry U-19, które odbędzie się w dniach 7-10 listopada w Siedlcach.
Lista powołanych piłkarek:
[…] Oliwia Grzegorczyk (GKS Katowice)
Patrycja Kozarzewska (GKS Katowice)
Kinga Seweryn (GKS Katowice)
Pogoń Tczew za słaba dla faworytek z Katowic
W meczu 8. kolejki Ekstraligi Pogoń Tczew uległa GKS-owi Katowice 0:1. Ten wynik sprawił, że beniaminek wciąż jest niebezpiecznie blisko strefy spadkowej.
W obliczu porażki UJ Kraków, gościnie musiały wygrać, by odskoczyć innym rywalkom w walce o pozycję wiceliderek. Gospodynie zaś w przypadku ewentualnej wygranej zrównały by się punktami z Medykiem Konin oraz Czarnymi Sosnowiec. Wyzwanie z gatunku tych niezwykle trudnych.
Beniaminek z Tczewa dosyć długo stawiał opór faworyzowanym przyjezdnym. Stwarzane szanse długo nie przekładały się na wynik bramkowy. Zmieniło się to dopiero w 56. minucie, kiedy jedyne trafienie w meczu zanotowała Amelia Bińkowska. To już siódmy gol w tym sezonie 20 – latki.
Dzięki zdobyciu kompletu oczek GKS Katowice utrzymał trzy punkty dystansu do niepokonanego UKS Łódź. Tyle samo punktów obecne wiceliderki od Śląska Wrocław oraz UJ Kraków. Zespół z Tczewa zaś póki co z sześcioma punktami zajmuje dziewiąte miejsce w tabeli Ekstraligi.
sportdziennik.com – Rafał Górak: W Chorzowie nie możemy być tak sflaczali
Rozmowa z Rafałem Górakiem, trenerem GKS-u Katowice.
Jak ocenia pan – dość szczęśliwie – bezbramkowo zremisowany mecz ze Stalą Rzeszów?
Rafał GÓRAK: – Gdy sędzia gwizdnął, to pomyślałem, że nie straciliśmy gola i to ogromny plus, ale nie jesteśmy zadowoleni, a rozczarowani tym spotkaniem. Czułem, że w trakcie gry nie ma tego, co często cechuje mój zespół – ogromna adrenalina, chęć zwycięstwa, parcie do przodu. Te cechy były zaburzone u większości zawodników, dlatego mecz wyglądał, jak wyglądał i był dla nas trudny. Postawa Stali w ofensywie była bardzo dobra, co jest jasne i oczywiste. Ten zespół opiera się na bardzo doświadczonych piłkarzach, jest groźny i sądziliśmy, że będzie nam stwarzał wiele problemów. Nie wydarzyło się nic z jego strony, co mogło nas zaskoczyć. Zaskoczony jestem naszą indolencją w działaniach ofensywnych. Bardzo mocne cechy naszej organizacji gry w defensywie uratowały nas przed porażką, sprawiły, że nie straciliśmy gola. Przed sezonem w rozmowach z wami mówię: „Poczekajmy do piątej kolejki, start jest istotny”. Podobnie powiem teraz – rozegrajmy te ostatnie kolejki i po nich powiemy, czy było to dobre zakończenie rundy, czy nie. Na razie w pięciu końcowych meczach mamy remisy z Puszczą, czyli liderem rozgrywek, oraz bardzo silną Stalą. W poniedziałek jedynym plusem była organizacja naszej gry w obronie, ale tylko nią meczów nie da się rozgrywać.
Ma pan diagnozę, z czego wynikał wasz słabszy dzień?
Rafał GÓRAK: – Spokojnie z tą diagnozą, nie na gorąco.
Mimo wszystko, po pucharowym meczu z Górnikiem wiele czasu nie było, graliście w czwartek wieczorem.
Rafał GÓRAK: – Te opowieści drzewa sandałowego, że zabrakło nam regeneracji, czasu… Nie, nie, nie. Profesjonalista miał dość czasu. Kiedy grasz w środę, w sobotę i następny wtorek – to ten wtorek jest obarczony dużym niebezpieczeństwem. To rozumiem. Ale teraz? Nie, absolutnie. Piłkarz ma być gotowy.
To dla GieKSy specyficzny moment. Na przestrzeni 9 dni piłkarskie życie przyniosło wam derbowe konfrontacje z dwoma 14-krotnymi mistrzami Polski, przedzielone meczem ze Stalą Rzeszów. To jest jakieś wyzwanie emocjonalne, mentalne, przez które poniedziałkowe spotkanie mogło ucierpieć?
Rafał GÓRAK: – Nie wiem, czy to u mnie dobre, czy złe – nieraz wy to oceniacie – ale wydaje mi się, że z punktu widzenia jednak dobre: dla mnie najważniejszy jest mecz teraz. W tej chwili. To, co za mną i przede mną – nie za bardzo mnie interesuje. Stąd tak trudno nieraz rozmawiać z wami o celach. Dla mnie najważniejszy i tak jest bieżący tydzień pracy. Jeśli w sobotę mam najbliższy mecz – to jestem nim zajawiony. Dlatego przygotowywałem się do spotkania ze Stalą oczekując od drużyny pełnego zaangażowania, adrenaliny, woli walki, realizacji zadań ofensywnych. Jeśli coś się wymykało – to nie powiem, że przed chwilą graliśmy z Górnikiem, a za chwilę gramy z Ruchem. Byłbym nie fair. Zawodnicy mają być przygotowani do każdej klasówki, a nie wybierać sobie przedmioty. Nie tędy droga. Trochę brakowało mi adrenaliny, pobudzenia, męstwa, zacięcia, które widziałem w meczu z Górnikiem. W czwartek mierzyliśmy się przecież z ekstraklasowym rywalem, a w pierwszej połowie to żeśmy po boisku fruwali! Bardzo mi się to podobało. Później było, jak było, ale do tego już nie wracajmy. W poniedziałek w ofensywie najnormalniej w świecie brakowało mi piłkarskich jaj. To był dla mnie bezjajowy mecz i na pewno z zespołem się „złapiemy”, by następny był inny.
Bartosz Jaroszek w Bielsku i z Arką, Jakub Arak z Chrobrym, Patryk Szwedzik z Górnikiem, w poniedziałek Michał Kołodziejski… Sporo tych czerwonych kartek.
Rafał GÓRAK: – Dostaliśmy piątą czerwoną kartkę, a w tamtym sezonie nie było żadnej! Nie wiem, czy ktoś się nie poczuwa do odpowiedzialności, czy nie myślimy, czy spadają nam jakieś klamki na głowę… Przecież nie będę mówił, że to sędziowie. Michał Kołodziejski ze Stalą najpierw miał żółtą, potem pomarańczową, potem kartkę „zachód słońca”, potem już prawie czerwoną, a jak przypieprzył – to już miał taką czerwoną, że kino. Jeśli jestem takim obrońcą, że tylko fauluję i jestem spóźniony, to potem łapię się za głowę. Może trzeba mieć w sobie więcej adrenaliny, wyprzedzać trochę myśli przeciwnika.
W tej rundzie dobre momenty na środku obrony miał Grzegorz Janiszewski, teraz kosztem Kołodziejskiego siedzi na ławce.
Rafał GÓRAK: – Nie powiemy teraz, że to błąd, iż grał Kołodziejski. Jeśli będę chciał, to zejdę na dół do szatni i tam porozmawiam. Jest proces treningowy i każdą decyzję podejmuję w słusznej woli. Mamy czterech równych środkowych obrońców i chcę, żeby to czuli. Z Górnikiem zaczął Michał i wydawało mi się, że wszystko jest w porządku. Ale nie powiem też, że Kołodziejski grał ze Stalą źle. Wygrał bardzo wiele pojedynków, dobrze działał w strefie, ale te faule trochę mnie irytują.
Sobota, 17.30, Chorzów, derby z Ruchem. Co pan teraz o nim powie?
Rafał GÓRAK: – Muszą być adrenalina i zrealizowanie założeń taktycznych względem przeciwnika, którego bardzo szanuję i kłaniam się. Wiem, że to są derby, bardzo ważne dla nas wszystkich, również dla mnie, czyli trenera, który nie prowadzi GieKSy od 20, 30 ani nawet 50 meczów. To bardzo duże wyzwanie, do którego muszę się przygotować w taki sposób, by nie zabiło nas przemotywowanie. Tego absolutnie bym nie chciał. Nie możemy być tacy, jak w poniedziałek – sflaczali, nijacy w działaniach ofensywnych. Musimy być bardzo dobrze zorganizowani w grze, szukać swoich szans. Jesteśmy w stanie jak najbardziej tam wygrać, ale to będzie trudny mecz i zdaję sobie sprawę, że przy komplecie kibiców drużyny przeciwnej. Nie będzie łatwo, ale GieKSa tam pojedzie przygotowana.
SIATKÓWKA
sportdziennik.com – Niepotrzebna strata
GKS Katowice przegrał z Czarnymi Radom do zera. Rozczarowania nikt nie ukrywał.
Po meczu w ekipie GKS-u Katowice dominującym uczuciem była irytacja, bo strata, którą zanotowano, była zupełnie niepotrzebna. Tej potyczki – rozegranej awansem – można było uniknąć, bo przecież w regulaminowym terminie (w ostatni weekend listopada) najpewniej część problemów personalnych byłaby już załatwiona. Siatkarze GKS-u już po pierwszych piłkach sprawiali wrażenie zrezygnowanych i jakby pogodzonych z losem. Owszem, podrywali się do walki, ale ostatecznie to goście wygrywali kluczowe momenty meczu.
Piotr Hain już trenuje, ale jeszcze nie był gotowy do gry. Natomiast przerwa Jakuba Lewandowskiego z powodu naderwanych więzadeł potrwa od 4 do 6 tygodni. W tej sytuacji w trybie awaryjnym działacze rozglądają się za środkowym i jak nas zapewnili, być może już w najbliższym czasie pojawi się zawodnik, który uzupełni lukę na tej pozycji. W meczu z Radomiem w roli środkowego wystąpił atakujący Damian Domagała, który przez 2 dni trenował na tej pozycji. W 1. secie dziełem tego zawodnika były 2 bloki. Do tego dołożył asa serwisowego oraz punkt z ataku. To dorobek więcej niż przyzwoity jak na środkowego z konieczności, ale – jak się później okazało – były to jego jedyne punkty.
Jeszcze kibice dobrze nie usadowili się na miejscach, a już goście prowadzili 5:1 i trener Grzegorz Słaby był zmuszony poprosić o przerwę. Przy stanie 1:7 boisko opuścił Gonzalo Quiroga, a jego miejsce zajął Tomas Rousseaux i pozostał na nim dość długo; w kolejnych odsłonach Argentyńczyk powrócił na parkiet. Po tej zmianie gra zmieniła oblicze i gospodarze zbliżyli się na odległość zaledwie dwóch „oczek” (8:10). Zatliła się iskierka nadziei na wyrównaną partię. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo goście szybko powiększyli przewagę do 5 pkt (16:11), cały czas trzymali gospodarzy na dystans i nie mieli większego problemu z wygraniem 1. partii. Siatkarze z Radomia osiągneli to, podejmując spore ryzyko w polu serwisowym, ale właśnie dzięki temu wypracowali solidną przewagę.
W 2. secie gospodarze prowadzili 5:1 i 6:3, ale potem stracili 5 „oczek” i ich entuzjazm został mocno utemperowany. Co prawda belgijski rozgrywający Rousseaux doprowadził do remisu 20:20 i pojawiła się nadzieja, lecz znów gra GKS-u się posypała. Zaczęło się od błędu serwisowego Domagały, a potem autowego ataku oraz udanego bloku po ataku Kani. Goście wyszli na prowadzenie 24:20, a zatem i tę odsłonę trzeba było zapisać po stronie strat. Gospodarzom brakowało błysku, jaki im zawsze towarzyszy podczas meczów w szopienickiej hali.
Kolejna odsłona znów zaczęła się obiecująco dla GKS-u – od prowadzenia 6:2 i 9:4. Ale goście grali cierpliwie, krok po kroku odrabiali straty, a po ataku Piotra Lipińskiego wyszli na prowadzenie 13:12. I od tego momentu rozgorzała twarda walka o każdy punkt. Prowadzenie się zmieniało, tyle że goście sprawiali wrażenie nieco pewniejszych w swoich poczynaniach zarówno ofensywnych, jak i defensywnych. Znów był remis 20:20, ale potem goście odskoczyli na 3 pkt. Przy stanie 24:22 mieli pierwszą piłkę meczową, ale po udanym ataku Jakuba Szymańskiego oraz bloku gospodarze doprowadzili do remisu 24:24. Rozpoczęła się gra na przewagi, w której minimalnie lepsi okazali przyjezdni. Wygrana Czarnych jest w pełni zasłużona, bowiem byli zespołem bardziej dojrzałym, umiejętnie rozgrywającym końcówki poszczególnych setów.
GKS Katowice – Cerrad Enea Czarni Radom 0:3 (21:25, 21:25, 28:30)
siatka.org – Dzień tie-breaków zakończył podział punktów w Lublinie
[…] Goście już na początku meczu za sprawą ataków Szymańskiego odskoczyli na dwa oczka. Na 6:6 zagrywką wyrównał Konrad Stajer. Problemy z przyjęciem miał jednak Wojciech Włodarczyk, co pozwoliło katowiczanom, ustawić szczelny blok. Oba zespoły jednak były w kontakcie punktowym 9:7. LUK Lublin szybko wyrównał, a przy zagrywce Nicolasa Szerszenia odskoczył na 14:11.
Zagrywką szybko odpowiedział Sebastian Adamczyk (13:14). Po ataku Jakuba Szymańskiego na tablicy był remis 15:15, ale dobrze w bloku radził sobie Jan Nowakowski (19:17). Po raz kolejny znakomicie zagrywką popracował też Szerszeń i podopieczni Dariusza Daszkiewcza przeważali 23:19 i byli bliżej zwycięstwa w tym secie. Premierową odsłonę atakiem ze środka zakończył Stajer.
Lublinianie lepiej weszli w seta numer dwa (2:0), po obu stronach nie brakowało prostych błędów. Na 4:4 wyrównał Tomas Rousseaux. Gra toczyła się punkt za punkt, żadna z ekip nie była w stanie odskoczyć (15:15). Po autowym ataku Szerszenia to GKS miał dwupunktowy zapas (17:15), na 18:18 atakiem wyrównał Jan Nowakowski. Siatkarska wojna trwała w najlepsze i doszło do walki na przewagi. Dobrze spisywał się po stronie katowickiej Rousseax, ale to błąd w ataku GKS-u sprawił, że w meczu było 2:0 dla LUK.
Po indywidualnych akcjach blokiem Jakuba Szymańskiego było 7:4 dla GKS w trzeciej części spotkania. Dobra postawa tego zawodnika w połączeniu z niezawodnym Jakubem Jaroszem dała katowiczanom już wynik 12:7. Siatkarze GKS-u przejęli kontrolę nad wydarzeniami, wykorzystywali błędy rywali i prowadzili już 15:10. Gra LUK Lublin zupełnie się posypała, po ataku Jarosza przegrywali oni już 14:21. Wynik seta na 25:16 ustalił atakiem ze środka Marcin Kania.
Po powrocie na boisko obraz gry nie uległ zmianie dobra postawa Tomasa Rousseaux w ataku i Jakuba Jarosza na zagrywce sprawiła, że było 4:1 dla GKS. Lublinianie poderwali się do walki i zbliżyli się na dwa oczka, ale kiedy zadziałał blok, dodatkowo zagrywkę dołożył Jarosz i było już 12:7. Katowiczanie zmierzali ku tie-breakowi (17:11). Był to w tym momencie meczu zespół zdecydowanie lepszy w każdym elemencie (19:13). Po udanym zbiciu Rousseaux GKS miał wynik 24:19. Przy zagrywce Marcina Komendy siatkarze z Lublina obronili dwa setbole, ale ostatnią akcją seta był atak Jakuba Jarosza.
Decydująca partia od początku była zacięta. Po stronie gospodarzy dobrze spisywał się Wachnik, po drugiej stronie nie zawodził duet Jarosz-Rousseaux. Na 12:10 dla GKS zapunktował Adamczyk. Piłki meczowe katowiczanom dał z kolei autowy atak Szerszenia (14:11). Wynik meczu na 3:2 dla gości ustalił atakiem Jakub Szymański.
MVP: Jakub Szymański
LUK Lublin – GKS Katowice 2:3 (25:20, 27:25, 16:25, 21:25, 12:15)
HOKEJ
sportdziennik.com – Superpuchar dla GKS-u Katowice!
9. edycja Superpucharu Polski pomiędzy GKS-em Katowice i Comarch Cracovią w „Satelicie” stała na wysokim poziomie i mogła zadowolić nie tylko kibiców zgromadzonych na trybunach, ale również tych przed telewizorami.
Obrońcy mistrzostwa Polski okazali się zdecydowanie lepsi od zdobywców Pucharu Polski i po raz pierwszy w historii klubu sięgnęli po to cenne trofeum! To pierwszy skalp GKS-u w tym sezonie, ale, jak twierdzą fani tej drużyny, nie ostatni. Oba zespoły, jak na ironię losu, już w piątek spotkają się w tej samej hali w potyczce o ligowe punkty.
Hampsun Olsson, rosły szwedzki napastnik, imponuje dobry przeglądem gry i nie raz udowodnił, że można na niego liczyć. Olsson w tym meczu odegrał jedną z kluczowych ról, ponieważ ustrzelił hat-tricka. Najpierw idealnie podał do niego Japończyk Sigeki Hitosato i Szwed nie miał problemów z pokonaniem Davida Zabolotnego. Na początku 2. tercji, gdy gospodarze grali w przewadze, Marcin Kolusz przekazał krążek do Bartosza Fraszki, a ten niewiele się namyślając, posłał go na bramkę. A przed zabolotny stanął Olsson i spokojnie przekierował go do siatki. Ponownie Zabolotny nie miał nic do powiedzenia. A pod koniec meczu trafił po raz 3. i trudno się dziwić, że zdobył miano MVP tego spotkania.
Gdy Jirzi Gula zdobył kontaktowego gola, „Pasy” ruszyły do przodu. Pod bramką Johna Murraya było gorąco, ale status quo zostało zachowane. Krakowianie w najmniej oczekiwanym momencie stracili gola. Maciej Kruczek wielce doświadczony defensor zdecydował się na indywidualną akcję i z ostrego kąta posłał krążek do siatki obok zdezorientowanego Zabolotnego. A ostatnia odsłona była popisem drugiego Szweda Christiana Blomqvista, który zdobył 2. bramki. Najpierw wykorzystał podanie Patryka Krężołka, a potem tak skutecznie zaatakował bramkarza i wepchnął krążek do siatki. A wspomniany Olsson dołożył swoją cegiełkę. To był już nokaut. Goście próbowali atakować, ale już bez większej wiary.
Hokeiści GKS-u zdominowali „Pasy” w tym meczu i zasłużenie sięgnęli po to trofeum.
Marsz obrońców tytułu mistrzowskiego!
W środę meczu o Superpuchar, zaś dwa dni później mecz o ligowym punkty GKS-u Katowice z Comarch Cracovią. Końcowy efekt ten sam, czyli wygrana gospodarzy.
Tym razem znacznie skromniejsza, bo „tylko” 3:1, ale w pełni zasłużone. To już 3. wygrana GKS-u nad „Pasami” w 1. spotkaniu ligowym również wygrali 3:1, a potem wysoka wygrana w minioną środę.
Od początku oglądaliśmy ciekawy mecz i wiele składnych akcji. W 1. tercji zabrakło goli, choć okazji ku temu były. Patryk Krężołek trafił w słupek(16 min), a nieco wcześniej i nieco później Brandon Magee miał okazję pokonać Roka Stojanovicia, który między słupkami zastąpił Davida Zabolotnego. W 18 min Mateusz Michalski był w bezpośrednim sąsiedztwie bramki Johna Murraya, ale ostatecznie nie skierował krążka do siatki.
Również sporo się działo w 2. odsłonie, ale wynik nadal się nie zmienił. W 35 min do boksu kar powędrował, a niewiele później Mateusz Rompkowski. Gospodarze grali 3. przeciwko 5. rywalom. Jednak „Pasy” jednak tej znakomitej sytuacji nie potrafili wykorzystać. Bronili się niezwykle rozsądnie, a pondto Murray, podobnie jak w poprzednich potyczkach, mocno wsparł kolegów. W 39 min znakomitą okazję zmarnował Sigeki Hitosato, który nie potrafił wykorzystać okazji sam na sam. Tak więc ostatnia tercja zapowiadała się niezwykle interesująco. Japończyk na początku tercji miał 2. okazje, ale je zmarnował. W końcu doczekaliśmy się bramek. Brandon Magee strzelił inauguracyjnego gola i asystował przy 2. Grzegrza Pasiuta. Jednak w międzyczasie Roman Rac wykorzystał osłabienie rywala (Olsson w boksie kar) i doprowadził do remisu. Jednak wspomniany Pasiut, lider i kapitan drużyny, po podaniu Magge wyprowadził swój zespół na prowadzenie. A potem skierował krążek do pustej bramki, bo 10 sek. wcześniej Stojanović zjechał z lodu.
To nie był łatwy mecz dla gospodarzy, ale wykazali się niezwykłą konsekwencją oraz cierpliwością. To dla obrońców tytułu mistrzowskiego niezwykle ważne zwycięstwo, przybliżających ich do finałowego turnieju o Puchar Polski.
hokej.net – Wysokie zwycięstwo katowiczan nad „Stalowymi Piernikami”. Czyste konto Miarki
W ramach 15. kolejki Polskiej Hokej Ligi GKS Katowice na własnej tafli pokonał KH Energę Toruń 5:0, dzięki czemu przynajmniej chwilowo znaleźli się na pozycji lidera, a Maciej Miarka zachował czyste konto. Do tego spotkania katowiczanie przystępowali bez kontuzjowanych Matiasa Lehtonena i Marcina Kolusza. Ponadto trener Jacek Płachta postawił w bramce na Macieja Miarkę, który debiutował w tym sezonie PHL.
W mecz znacząco lepiej weszła GieKSa, która już po 86 sekundach wyszła na prowadzenie. Joona Monto celnie wypatrzył przed bramką Shigeki Hitosato, a ten nie pomylił się i trafił tuż pod poprzeczkę.
Na kolejne trafienie także nie było nam dane długo poczekać. Padło ono dokładnie 110 sekund po trafieniu Japończyka. Maciej Kruczek dobrze wypatrzył na środku tafli Grzegorza Pasiuta, który pognał pomiędzy obrońcami i został w sytuacji sam na sam, w której okazał się lepszy od Ervīnsa Muštukovsa. Liczebną przewagę na zdobycz bramkową zdołał jeszcze w tej samej tercji zamienić Brandon Magee. Warto także zaznaczyć, że to trafienie poskutkowało zmianą w bramce torunian.
Patrząc na dalsze losy meczu Teemu Elomo może żałować, że dopiero wtedy postawił na Mateusza Studzińskiego. 25-letni golkiper znakomicie prezentował się w toruńskiej bramce, a katowiczanie mieli spory problem, żeby go pokonać.
Najlepszą okazję do tego miał Bartosz Fraszko w 32. minucie, gdy był w sytuacji sam na sam i próbował po lodzie przy słupku posłać gumę, ale dostawił tam parkan bramkarz torunian i to on wyszedł górą z tego starcia.
Katowiczanie dopięli jednak swojego niespełna minutę później. Wówczas na ławce kar siedziało łącznie trzech zawodników, co skutkowało przewagą gospodarzy 4/3. Na bramkę tę przewagę zamienił Bartosz Fraszko, który dołożył łopatkę kija przed bramką po dograniu Brandona Magee.
Trzecia tercja tego spotkania stała pod całkowitą kontrolą katowiczan. Torunianie wychodzili z kontrami, ale w bardzo dobrej dyspozycji był dzisiaj Maciej Miarka, który także zaliczył czyste konto w tym meczu.
Ostatnia bramka w tym spotkaniu padła w 52. minucie, a jej zdobywcą był Piotr Ciepelewski, który skutecznie wykorzystał dobre podanie od Jakuba Wanackiego i zdobył swoją pierwszą bramkę w tym sezonie.
W Katowicach bez niespodzianek. GieKSa pokonuje STS
W ramach 16. kolejki Polskiej Hokej Ligi GKS Katowice pokonał na własnym lodzie Marmę Ciarko STS Sanok 3:1. Dla podopiecznych Jacka Płachty było to trzecie ligowe zwycięstwo z rzędu.
Pierwsza odsłona tego spotkania była niezwykle zacięta. Wyglądało to tak, że katowiccy zawodnicy przystąpili do spotkania z nadzieją, że mecz sam się wygra. Okazało się to złudne, bo sanoczanie rozpoczęli agresywnie i dynamicznie. Na dodatek w 5. minucie wynik spotkania otworzył Ville Heikkinen, który – po wrzutce Aleksandra Pawlenki – zbił gumę do bramki strzeżonej przez Johna Murraya. Podopieczni Jacka Płachty dostali przysłowiowy kubeł zimnej wody na głowę i wrzucili wyższy bieg. Od tego momentu nie pozwalali już sanoczanom wyprowadzać akcji ofensywnych.
Początek drugiej tercji wyglądał podobnie, ale ze swoich obowiązków dobrze wywiązywał się Dominik Salama. W 29. minucie na ławkę kar trafił Aleksandr Pawłenko, a hokeiści ze stolicy województwa śląskiego dobrze rozegrali zamek. Hampus Olsson zachował zimną krew pod sanocką bramką i dobił gumę wprost do siatki. Po około 30 minutach spotkania na tablicy wyników widniał rezultat remisowy i mecz zaczynał się od nowa.
Od kary Pawłenki minęło siedem minut, a sanoczanie ponownie grali w osłabieniu. Karę za trzymanie przeciwnika otrzymał Juho Mäkelä. Katowice potrzebowały zaledwie 27 sekund, aby zdobyć następnego gola i wyjść na prowadzenie w tym meczu. Brandon Magee podał za bramki do nadjeżdżającego Bartosza Fraszki, który oddał potężny strzał pod poprzeczkę, notując drugie trafienie dla GieKSy. Zawodnicy Mikki Elomo starali się wyprowadzać niebezpieczne kontry, które mogły przynieść im zdobycze bramkowe. John Murray czujnie i pewnie interweniował, wiele razy ratując swoich kolegów z pola gry.
Podczas trzeciej tercji tego starcia obie drużyny grały bardzo spokojnie i z rozwagą podchodziły do każdej kolejnej wyprowadzonej akcji ofensywnej. Każdy, nawet minimalny, błąd mógł skutkować utratą bramki co w takim spotkaniu w mgnieniu oka mogło przerodzić się w korzystny wynik dla jednej, jak i drugiej ekipy. Pod koniec ostatniej odsłony tego meczu trener Mikka Elomo zdecydował się na manewr z wycofaniem bramkarza. Nie przyniósł on jednak zamierzonego efektu, bo gumę w pustej bramce umieścił Grzegorz Pasiut. Pełna pula została w „Satelicie”.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Felietony Piłka nożna
Trudność w podejściu do średniawki
Aaaa qrwa jego mać…
To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.
Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.
Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.
O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.
Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.
Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.
Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.
Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.
Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.
Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.
Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.
Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.
Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.
Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.
Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.


Najnowsze komentarze