Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska krótka przesunięta extra – GieKSa zagrała lepiej niż w meczu ligowym w Bełchatowie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

STATYSTYKI MECZOWE GKS-u z meczu w Pucharze Polski

Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u ze Skrą trwał 88 minut, z czego I set 24 min. – II set 20 min. – III set 24 min. – IV set 20 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 35

Ilość zdobytych punktów – GKS 50: Butryn 11, Błoński 9, Kalembka 8, Pietraszko 7, Van Walle 6, Kapelus 4, Sobański 3, Falaschi 2.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 15: Butryn 4, Pietraszko 3, Kapelus 2, Kalembka 2, Van Walle 2, Falaschi 1, Błoński 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 2: Butryn 7, Kalembka 3, Błoński 2, Pietraszko -1, Stelmach -1, Kapelus -2, Stańczak -2, Sobański -4.

Ilość zagrywek – GKS 86: Błoński 17, Pietraszko 17, Falaschi 16, Kalembka 13, Butryn 8, Kapelus 6, Sobański 5, Van Walle 4.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 19: Pietraszko 5, Kalembka 4, Sobański 3, Błoński 2, Kapelus 2, Van Walle 2, Falaschi 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 3: Butryn 1, Kapelus 1, Pietraszko 1.

Ilość przyjęć – GKS 74: Błoński 23, Stańczak 20, Sobański 16, Kapelus 11, Falaschi 2, Kalembka 1, Pietraszko 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 7: Stańczak 2, Falaschi 1, Błoński 1, Kapelus 1, Pietraszko 1, Sobański 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 41%: Kalembka 100%, Sobański 50%, Kapelus 45%, Błoński 39%, Stańczak 35%, Falaschi 0%, Pietraszko 0%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 20%: Sobański 38%, Stańczak 20%, Błoński 17%, Kapelus 9%, Falaschi 0%, Kalembka 0%, Pietraszko 0%.

Ilość ataków – GKS 96: Butryn 21, Błoński 20, Van Walle 15, Kalembka 11, Pietraszko 10, Sobański 9, Kapelus 8, Falaschi 1, Stelmach 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 10: Butryn 2, Kapelus 2, Pietraszko 2, Sobański 2, Błoński 1, Van Walle 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 12: Błoński 3, Van Walle 3, Butryn 2, Kapelus 1, Kalembka 1, Stelmach 1, Sobański 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 42: Butryn 9, Błoński 8, Kalembka 7, Pietraszko 6, Van Walle 5, Kapelus 3, Sobański 3, Falaschi 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 44%: Falaschi 100%, Kalembka 64%, Pietraszko 60%, Butryn 43%, Błoński 40%, Kapelus 38%, Van Walle 33%, Sobański 33%, Stelmach 0%.

Ilość bloków punktowych – GKS 5: Butryn 1, Falaschi 1, Błoński 1, Kalembka 1, Van Walle 1.

 

Był to bez wątpienia o wiele lepszy występ GKS-u w starciu ze Skrą, niż to spotkanie ligowe z listopada zeszłego roku. Oczywiście taka nierówna gra, nie mogła wystarczyć na pokonanie jednego z najlepszych zespołów w Polsce, ale przynajmniej podjęta została walka. Jak powszechnie wiadomo „każdy kij ma dwa końce” a po sportowemu „gra się tak jak przeciwnik pozwala” i stąd też taki, a nie inny obraz tego spotkania. Należy się plusik za wygranie seta w Bełchatowie, czas na szybkie wyciągnięcie wniosków, bo już w niedzielę wracamy do obowiązków ligowych.

Pierwszy set był bardzo wyrównany, z lekką przewagą GKS-u w jego początkowej fazie (7:10). Gospodarze rozkręcali się z czasem, wychodząc na dwu lub trzypunktowe prowadzenie, którego nie oddali już do samego końca, mimo ambitnej postawy naszych siatkarzy, chcących zniwelować tę stratę punktową. Gdyby nasza skuteczność w ataku była lepsza to i wynik mógłby się odwrócić – 52% do 37% na korzyść Skry, a wynikowo wyszło 14:11. Asów serwisowych nie było wcale, a bloki 4:2 dla bełchatowian. Błędy własne – 9 Skry i 7 GKS-u – a więc sporo. Przyjęcie o dziwo lepsze po stronie naszych siatkarzy, ale jak widać nie zawsze przekłada się to na korzystny wynik – dokładne na poziomie 47% do 57%, a perfekcyjne na poziomie 37% do 33%. Zabrakło lidera w naszym zespole, który by wziął na swe barki zdobywanie punktów.

 

Początkowa faza drugiej partii to zmieniające się kilkukrotnie prowadzenie. Taki stan rzeczy utrzymywał się do stanu po 13. Potem nasza gra przestaje już być tak skuteczna, GKS miał problemy z wykończeniem własnych akcji, co tak doświadczony zespół z Bełchatowa wykorzystał to od razu. Gospodarze ponadto sami znacznie podwyższyli jakość swojej gry. Skuteczność tym razem znów na korzyść gospodarzy – 56% do 44% – a punktów zliczono 10:8, to bardzo słaby wynik z obu stron. Asy i bloki przegrane wyraźnie – 6:2 dla Skry. Błędy własne na remis, bo po 9, dalej za dużo. Przyjęcie? katastrofa po naszej stronie –  dokładne na poziomie 62% do 28%, a perfekcyjne na poziomie 38% do 11%. Gdy zdobywa się tylko 10 oczek po własnych akcjach, a tak było w GKS-ie, to trudno tu kogokolwiek wyróżnić, ale… Z tych dziesięciu punktów aż 6 zdobyli środkowi, więc gdzie byli przyjmujący i atakujący?

Trzeci, wygrany set to był prawdziwy rollercoaster, ponieważ obie ekipy grały małymi falami. Jak tylko GKS miał małą przewagę dwu lub trzypunktową, to równie szybko ją tracił. I tak aż do samego końca, na szczęście z happy endem dla naszej drużyny. Skuteczność w ataku o wiele lepsza po naszej stronie – 36% do 46% – a punktowo wyszło 8:13. Asy i bloki znów przegrane, tym razem 5:3. Błędy własne ponownie po 9 z obu stron, więc wygraliśmy seta lepszym atakiem. Nasze przyjęcie to jakaś parodia wyszła w liczbach – dokładne na poziomie 78% do 18%, a perfekcyjne na poziomie 42% do 12% –  ale jak widać nie przeszkodziło to GKS-owi w odniesieniu zwycięstwa, taka to przewrotna gra ta siatkówka. W tym secie grę w ataku załatwił Karol Butryn – na 10 ataków skończył aż 7, do tego dorzucił blok i asa, co dało w sumie 9 punktów z ogólnej liczby 16 oczek zdobytych po własnych akcjach.

 

Czwarta partia bardzo wyrównana do stanu 18:17, gdy cały czas była walka punkt za punkt, choć to GKS cały czas musiał gonić wynik. Wtedy nasza gra posypała się kompletnie, zdobyliśmy tylko dwa oczka z ataku własnego, a na dodatek siatkarze gospodarzy przestali rozdawać prezenty w postaci błędów własnych. W ataku wróciło do normy i Skra rządziła w tym elemencie – skuteczność na poziomie 65% do 50%. a punktów zliczono 15:10. Asy i bloki tradycyjnie na korzyść gospodarzy 4:1. Błędy własne 8:6, ale w najważniejszym momencie seta bełchatowianie wiedzieli, że trzeba je wyeliminować. Przyjęcie dobre, ale jakoś nie pokazał tego wynik tej partii – dokładne na poziomie 63% do 56%, a perfekcyjne na poziomie 38% do 22%. W ataku zaciął się Karol i nie było nikogo kto przejąłby jego rolę z poprzedniego seta – na 7 ataków skończył zaledwie 2 (29%).

W całym meczu skuteczność w ataku lepsza oczywiście dla Skry – 52% do 44% – a wynikowo wyszło 47:42. Asy serwisowe 7:3, a bloki punktowe 12:5, to tutaj ponieśliśmy największe straty. Błędów własnych zliczono bardzo dużą ilość, bo 35 Skrze oraz 31 GKS-owi, obie ekipy psuły zagrywki na potęgę – 22 Skra oraz 19 GKS. To jak na czterosetowy mecz o wiele za dużo. Przyjęcie w miarę dobre jak na nasze standardy, ale i tak gorsze – dokładne na poziomie 61% do 41%, a perfekcyjne na poziomie 39% do 20%. Punkty zdobyte po własnych akcjach – 66:50 – tu też widać sporą różnicę w jakości gry. Indywidualnie najwięcej punktów zdobył Butryn, bo 11 grając praktycznie tylko w dwóch setach – na 21 ataków skończył 9 (43%) co nie jest jakimś oszałamiającym wynikiem. Można za to spotkanie wyróżnić naszych środkowych, ponieważ Kalembka i Pietraszko zdobyli łącznie 15 oczek. W przyjęciu dość dobrze radził sobie tym razem Sobański – 50% dokładnego (też tylko za dwa sety, bo miał problemy w ataku) – więc piłki kierowano na Błońskiego oraz Stańczaka, a potem i Kapelusa – odpowiednio 39%, 35% oraz 45% dokładnego.

 

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga