Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: siedzieć cicho i spokojnie budować

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Rundę jesienną zamykamy pojedynkiem z Pogonią Szczecin, która mimo odważnych zapowiedzi dosyć niespodziewanie walczy o wydostanie się z dolnych rejonów tabeli. O przyczyny takiego stanu rzeczy zapytaliśmy Dawida Zielińskiego z podkastu „Skazani na Pogoń”.

Kiedy przed sezonem życzyłem sobie, żeby na półmetku mieć podobną liczbę punktów co Legia, niekryjący mocarstwowych planów Widzew czy właśnie Pogoń, to nie do końca chodziło mi o to, co obecnie widzimy w tabeli. Wy też chyba inaczej wyobrażaliście sobie te rozgrywki.
Gdybyś przed sezonem zapytał fana Pogoni, jakiego miejsca w tabeli oczekuje, to chyba każdy odpowiedziałby, że walczymy o puchary. Ambicją zarówno kibiców, jak i właściciela jest powrót do europejskich rozgrywek, a sam Alex Haditaghi deklarował nawet, że zadowoli go tylko miejsce na podium. Rzeczywistość szybko sprowadziła nas na ziemię, moim zdaniem także przez to, że za dużo było nas w mediach. Nauczeni przeszłością, a przede wszystkim faktem, że nasza gablota wciąż świeci pustkami, wolelibyśmy siedzieć cicho i spokojnie budować, zamiast chodzić po piłkarskich salonach i obiecywać złote góry. Tymczasem w Szczecinie ostatnio dzieje się wiele – sami żartujemy, że czasem aż strach iść spać, bo można się obudzić w zupełnie innych realiach.

Kibice wolą ciszę, ale z pewnością nie lubi jej właściel i prezes – Alex Haditaghi. Mówi i pisze dużo, szczególnie w social mediach, gdzie albo toczy wojenki, albo snuje sny o potędze.
Niestety, Ekstraklasa szybko zweryfikowała słowa prezesa. Początek sezonu był słaby, za co posadą zapłacił trener Kolendowicz. Zdaniem kibiców nie dostał on odpowiedniego wsparcia ze strony klubu w walce o najwyższe cele. Owszem, przeprowadzono transfery, ale ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Na dziś jednego czy dwóch zawodników można zweryfikować pozytywnie, natomiast pozostali mają więcej minusów niż plusów. Stąd słaba postawa drużyny i gdyby nie ostatnie zwycięstwo z Zagłębiem, to na dobre urządzilibyśmy się w dolnych rejonach tabeli. Z drugiej strony różnice nie są duże i wiele może się jeszcze zmienić.

Jak więc ocenić styl zarządzania Pogonią w wykonaniu Haditaghiego?
Trudno oceniać go zero-jedynkowo. Nie można mu zarzucić, że nie dokłada pieniędzy do klubowej kasy, bo sukcesywnie spłaca długi. Z drugiej strony, jak mówi powiedzenie, krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje. Myślę, że prezes uczy się, że warto czasami trzy razy pomyśleć, zanim powie się coś w wywiadzie lub napisze w social mediach. Kibice Pogoni są bardzo wyczuleni na to, co się im obiecuje, a jaki produkt ostatecznie dostają. Przed sezonem Alex Haditaghi opowiadał w mediach, że buduje potęgę – dziś się z tego śmiejemy, bo rzeczywistość okazała się inna. Zwracaliśmy uwagę, że drużyna potrzebuje wzmocnień, bo z jednej strony konkurencja się zbroi, a z drugiej w Szczecinie pożegnano kilkunastu piłkarzy. Tymczasem nie udało się ani poszerzyć, ani nawet uzupełnić kadry na odpowiednim poziomie, w porównaniu z ubiegłym sezonem.

Medialny obraz potężnej Pogoni budowanej przez Haditaghiego opierał się na transferach wielkich nazwisk, takich jak doświadczony w Premier League Sam Greenwood czy francuski mistrz świata Benjamin Mendy. Z dużej chmury mały deszcz?
Na ten moment tak to wygląda. Sam Greenwood zaczyna się budzić, co daje nadzieję na przyszłość, ale jeśli dziś zapytałbyś kibica Pogoni o największy transferowy flop, to większość wskazałaby właśnie jego. Jego problemem może być fakt, że nowy sztab zmienił system gry na 4-4-2, w którym nie ma pozycji, do której Greenwood pasowałby w stu procentach. To typowa dziesiątka, choć w meczu z Zagłębiem zagrał na prawym skrzydle i zdobył gola. Mam nadzieję, że to go odblokuje. Jeśli natomiast chodzi o Mendy’ego, to w debiucie zagrał pięć minut z Jagiellonią, a tydzień później wcale nie wyszedł na boisko. Nie wiemy, w jakiej jest formie i czy w ogóle jest w stanie pomóc drużynie, gdy wypadnie np. Koútris. Bardziej niż na boiskach Ekstraklasy pokazuje się na razie na Instagramie. Podkreślano, że jest to zawodnik do odbudowy, natomiast wciąż czekamy na efekty sportowe tego transferu.

Czy Rajmund Molnár jest w stanie zastąpić Efthymiosa Koulourisa?
Mocno krytykowałem Molnára, bo odnosiłem wrażenie, że jest napastnikiem tylko z nazwy. Ciężko mu było odnaleźć się w parze z Kamilem Grosickim – częściej wchodzili sobie w paradę niż współpracowali na boisku. Po meczu z Zagłębiem sam Rajmund przyznał, że ostatnie tygodnie w jego wykonaniu były po prostu słabe i dopiero uczy się Ekstraklasy, która jest dużo lepsza niż liga węgierska, a wiele rzeczy jest dla niego nowych. Poznaje drużynę, system gry i schematy, więc jego zdaniem z każdym tygodniem będzie wyglądał coraz lepiej. Z Zagłębiem zdobył dwa gole i mam nadzieję, że ostatecznie przełamał strzelecką niemoc. Natomiast moim zdaniem nie sposób zastąpić takiego napastnika jak Koulouris, bo był to zawodnik, który przerastał Ekstraklasę i cały Szczecin za nim tęskni, mimo że jego rozstanie z Pogonią nie przebiegało harmonijnie.

Spośród piłkarzy, którzy latem opuścili Szczecin, dwóch obrało kierunek na Katowice. Jakie odczucia towarzyszyły kibicom Pogoni w związku z pożegnaniem Marcela Wędrychowskiego i Kacpra Łukasiaka?
W Szczecinie da się wyczuć przywiązanie do wychowanków, tym bardziej, że ostatnio nie było ich w kadrze zbyt wielu. Kacper wrócił do nas z wypożyczenia do Łęcznej i szybko wywalczył sobie podstawowy skład. W ubiegłym sezonie spisywał się bardzo dobrze i był ważnym elementem drużyny. Rozmawiałem z nim po jednym z meczów i wszystko wskazywało na to, że nie będzie przeszkód w przedłużeniu kontraktu. Zarówno on, jak i Marcel, mieli przygotowane oferty nowych umów, natomiast po zmianie władz klubu zostały one wycofane, ponieważ ich zdaniem były za wysokie. Nie było sentymentu do wychowanków, dlatego nie dziwię się, że obaj zawodnicy nie chcieli zostać w Szczecinie. Uważam, że wybrali bardzo dobre miejsce do dalszego rozwoju, a jedyne, czego dziś się obawiam, to klątwa, która w przypadku Pogoni często daje o sobie znać – nasi wychowankowie w barwach innych klubów zwykle strzelają nam bramki. Osobiście żałuję, że musieliśmy ich pożegnać, bo bardzo ich lubiłem, dlatego życzę im wszystkiego, co najlepsze – no, może oprócz sobotniego meczu.

Mówi się, że suma szczęścia w futbolu zawsze wychodzi na zero. Jesteście tego doskonałym przykładem, patrząc na wasze ostatnie mecze z Jagiellonią i Zagłębiem.
Trzeba pochwalić drużynę, że wzięła sobie do serca wydarzenia z meczu z Jagiellonią. Było widać, że zawodnicy są przybici, bo powinni byli zapakować Jadze wór bramek i odesłać do Białegostoku. Tymczasem w ostatniej minucie to goście przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę. Z kolei zwycięstwo 5:1 z Zagłębiem w żaden sposób nie odzwierciedla przebiegu tego pojedynku. Uważam, że było to jedno z gorszych spotkań Pogoni w tym sezonie. Los oddał jednak sprawiedliwość nie tylko za Jagiellonię, ale także za mecz pierwszej kolejki z Radomiakiem, kiedy obijaliśmy słupki i poprzeczki, a gospodarze trafiali do siatki i skończyło się 5:1 dla nich. W poniedziałek, mimo że to Zagłębie przejęło inicjatywę, to nasi zawodnicy z chirurgiczną precyzją wykorzystywali każdą nadarzającą się okazję. Gra, szczególnie w pierwszej połowie, powinna być dużo lepsza, natomiast ostatnie pół godziny przebiegało już pod nasze dyktando. Taką Pogoń chcemy oglądać – utrzymującą się przy piłce i agresywnie atakującą bramkę rywala.

W przeszłości nasze drogi kilkukrotnie krzyżowały się poza Ekstraklasą. Masz jakieś szczególne wspomnienia z tamtych pojedynków?
Kiedy my graliśmy w pierwszej lidze, nie była ona tak dostępna i opakowana jak dzisiaj, kiedy każdy mecz można zobaczyć w telewizji. Z tego powodu jednen z naszych pojedynków z GieKSą zapamiętałem szczególnie, bo w czasie bierzmowiania razem z kuzynem słuchaliśmy relacji w kościele w ostatniej ławce. Wiadomo, że bierzmowanie jest ważne, ale mecz ukochanej drużyny również.

Za to w Katowicach często wspominamy mecz z 2010 roku, który udało nam się wygrać w dramatycznych okolicznościach.
Tego spotkania wolałbym nie pamiętać. Nie byłem wtedy na stadionie, ale śledząc je w internecie, przez ostatnie pięć minut ilość wypowiedzianych przeze mnie niecenzuralnych słów z pewnością była rekordowa. Nie do wiary, że udało się przegrać taki mecz, tracąc trzy gole w samej końcówce. Z drugiej strony za to kochamy piłkę nożną, bo dostarcza nam emocji – czasem pozytywnych, a czasem negatywnych.

Spotkaliśmy się także w Pucharze Polski w sezonie 2018/2019 – dla nas pamiętnym, bo zakończonym spektakularnym spadkiem do 2. ligi. Sam mecz z Pogonią był jednak okazją do zetknięcia się z Ekstraklasą – wykorzystaną, bo w tym spotkaniu to my byliśmy górą.
Bardzo się wtedy irytowałem, bo mieliśmy mnóstwo sytuacji, które powinniśmy byli zamienić na bramki i spokojnie awansować. Doszło jednak do karnych, które przegraliśmy. Swoją drogą mam same negatywne wspomnienia związane z rzutami karnymi w Pucharze, bo jeszcze za czasów Macieja Skorży graliśmy z Bytovią i tam również przegraliśmy po karnych. A to, co działo się po meczu, włącznie z kibicami, którzy próbowali przedostać się na boisko i wyjaśniać coś piłkarzom Pogoni – nie są to miłe wspomnienia.

Generalnie zestawienie „Pogoń” i „Puchar Polski” może jeżyć włos na głowie szczecińskich kibiców. Czy ostatnim zwycięstwem z Legią udało się na dobre odegnać pucharowe demony?
Nie. Jeśli zapytasz kibica Pogoni, którego stadionu nie cierpi najbardziej, to każdy powie to samo: PGE Narodowy. Mówiąc jednak poważnie, to ścieżka pucharowa jest dla nas bardzo ważna, by po pierwsze wygrać wreszcie trofeum, a po drugie załapać się na europejskie puchary. W lidze bywa różnie, bo forma raz idzie w górę, a raz w dół. W ubiegłym sezonie graliśmy dwa finały: ten na Narodowym oraz bezpośredni mecz ligowy z Jagiellonią o miejsce w pierwszej trójce. Oba przegraliśmy i było to dużym rozczarowaniem. Przegrany finał z Legią przyjęliśmy i tak na chłodno, ze względu na rangę przeciwnika, natomiast pamiętny mecz z Wisłą będzie się nam śnił do końca życia. Tej traumy prędko nie wyleczymy. Dziś, po wyeliminowaniu Legii, niektórzy kibice z optymizmem spoglądają w stronę Narodowego, natomiast sam przestrzegam przed hurraoptymizmem, bo akurat nas piłkarscy bogowie nie oszczędzają. Przed nami mecz z Widzewem, który ma swoje problemy, ale z drugiej strony pracują tam ludzie, którzy nie tak dawno byli w Szczecinie, a więc były dyrektor sportowy Dariusz Adamczuk czy Mariusz Fornalczyk, który będzie się chciał przypomnieć szczecińskim kibicom.

W kontekście Widzewa mówiło się niedawno o możliwym transferze Kamila Grosickiego. Ile w tym prawdy?
Trochę na pewno, między innymi właśnie z powodu Dariusza Adamczuka, który sprowadzał Kamila do Szczecina po jego przygodzie w Anglii. Wiem, że rozmowy były i propozycja dla Kamila została przedstawiona. Mówimy o transferze latem jako wolny zawodnik, po wypełnieniu kontraktu w Pogoni. Grosik dostał również ofertę przedłużenia kontraktu i sprawa jest otwarta. Sam zawodnik deklaruje chęć pozostania w Szczecinie i ma nadzieję na pozytywny finał negocjacji co do nowej umowy. Kamil jest niekwestionowaną legendą naszego klubu i wydaje mi się, że duma nie pozwoliłaby mu odejść z Pogoni bez wygrania choćby jednego trofeum. Z takim zamiarem wracał przecież do Szczecina – zakończyć temat „pustej gabloty” i zerwać z Pogoni łatkę wiecznych przegranych. Nieraz sam ciągnął tę drużynę do kolejnych zwycięstw, szczególnie gdy w klubie nie działo się najlepiej. Trudno sobie dziś wyobrazić Pogoń bez niego, dlatego wszyscy tutaj mamy nadzieję, że wkrótce w prezencie pod choinką znajdziemy informację o nowym kontrakcie dla Kamila.

W ubiegłym sezonie w naszych pojedynkach zgodnie wygrywali gospodarze.
Mocno nas bolała porażka w Katowicach, bo mieliśmy duże ambicje, które pozostały niespełnione. Z jakiegoś powodu nie radzimy sobie dobrze z beniaminkami – tak było w poprzednim sezonie i tak jest obecnie. Po naszym meczu mocno po głowie dostała cała linia obrony, a słowo „pozorant” było najłagodniejszym określeniem kierowanym w stronę defensorów. Trener Kolendowicz stwierdził po meczu, że nie poznawał swojej drużyny, bo zupełnie nie realizowała przedmeczowych założeń. Z kolei w rewanżu oglądaliśmy taką Pogoń, jaką dobrze znaliśmy ze spotkań domowych – grającą ofensywnie, z polotem, nie zatrzymującą się po pierwszym golu. Za ten mecz drużyna zebrała same pochwały.

Wasz wyjazdowy dorobek pozostawia w tym sezonie wiele do życzenia. W Katowicach może być inaczej?
Nie po raz pierwszy wyjazdy są naszą bolączką, bo w poprzednim sezonie było podobnie. Mimo wszystko oczekiwania wobec drużyny są duże, a na kolejne pojedynki patrzymy przede wszystkim przez pryzmat naszych możliwości. Mam nadzieję, że trener Thomasberg skutecznie odwróci ten trend słabych spotkań wyjazdowych i w Katowicach zapunktujemy. Kibice bardzo licznie stawią się w sektorze gości – stowarzyszenie poinformowało, że wykorzystano wszystkie bilety przeznaczone dla nas już na etapie przedsprzedaży. Ciśnienie jest spore, także z powodu nowego stadionu, na którym jeszcze nie byliśmy. Sam wybieram się na ten mecz i jestem ciekawy, co się wydarzy. Termin jest idealny, podróż samochodem ze Szczecina zajmie nie więcej niż pięć godzin, więc w sobotę zobaczymy się w Katowicach.

Z powodu nadmiaru żółtych kartek w składzie Pogoni zabraknie Danijela Lončara. Czy to duże osłabienie?
Lončar od ponad miesiąca gra najgorszy futbol jaki w życiu widziałem i jest krytykowany ze wszystkich stron. Wiemy na co go stać, bo potrafił być najlepszym defensorem Pogoni, jednak ostatnio popełnia masę błędów, podając piłkę rywalowi na tacy. Dlatego jego brak to zła wiadomość, ale dla was, bo obecnie jest naszym najsłabszym punktem, ponadto nie radzi sobie w grze pod pressingiem. Widzę dwa warianty na sobotę: albo wróci Marian Huja i zagra w parze z Dimítrisem Keramítsisem, który jest liderem naszej defensywy, albo to miejsce zajmie Linus Wahlqvist.

Jaki wynik przewidujesz na sobotę?
Liczę na ciekawe spotkanie i dużo emocji dla kibiców. Obstawiam 2:1 dla Pogoni.

A bramkę dla GieKSy zdobędzie…
Kacper Łukasiak.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Pogonią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.

1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.

2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊

3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.

4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.

5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.

6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.

7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.

8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.

9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.

10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.

11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.

12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.

13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.

14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.

15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.

16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.

17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.

18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.

19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.

20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.

21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.

22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.

23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.

24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.

25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.

26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.

27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.

28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.

29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.

30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.

31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.

32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.

33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.

34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.

35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊

36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.

37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.

38. GieKSa w Europie!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga