Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: wkrótce wrócimy na właściwe tory
Niespełna rok temu z przytupem otwieraliśmy nowy stadion w Katowicach, a pierwszym gościem był derbowy rywal z Zabrza. W najbliższą sobotę rozegramy kolejny „Śląski Klasyk” na Nowej Bukowej, a okoliczności znów będą szczególne, ze względu na przypadające w piątek urodziny GieKSy. Jak zaprezentuje się Górnik Zabrze? O co trójkolorowi walczą w tym sezonie? Co jest ważniejsze – puchar czy liga? I kto jest zabrzańskim Bartkiem Nowakiem? Na te i inne pytania odpowiedział Sikor z podkastu „Czwarta Trybuna”.
Kiedy w sierpniu GieKSa przyjeżdżała do Zabrza, po pięciu kolejkach Górnik zajmował czwarte miejsce w tabeli, z 4-punktową stratą do lidera. Dziś sytuacja jest analogiczna, a na ten moment strata punktowa nawet mniejsza. O ile na progu sezonu Górnik napędzony szybkimi transferami i dobrą postawą w sparingach rozpalał nadzieje fanów, to ile tego entuzjazmu jest dzisiaj, gdy nie udaje się wykorzystać kolejnych szans, by mocniej rozepchnąć się w ścisłym topie?
Nie ulega wątpliwości, że jesienią Górnik prezentował się bardzo dobrze, a przez pewien czas byliśmy nawet liderem Ekstraklasy. Moim zdaniem było to efektem pewnego powiewu świeżości, jaki przyniosła zmiana trenera. Ligowi rywale jeszcze nie do końca wiedzieli, jaki pomysł na zespół ma Michal Gašparík, natomiast dziś wydaje się, że drużyna wpadła w mały dołek, a poszczególni piłkarze są w gorszej formie niż jesienią. W tym roku zdobyliśmy tylko 4 punkty – powinno być ich znacznie więcej. Z drugiej strony liga jest niezwykle wyrównana i różnice nie są duże – wciąż są takie ekipy, które równie dobrze mogą powalczyć o puchary, co spaść z ligi. Za wcześnie więc na euforię, że jesteśmy blisko sukcesu, bo może się tak zdarzyć, że wyprzedzą nas jeszcze drużyny z dołu tabeli. Mimo wszystko jako kibice Górnika mamy nadzieję, że obecny kryzys szybko przezwyciężymy, piłkarze złapią formę i wrócimy na ścieżkę, którą kroczyliśmy jesienią. Być może trener Gašparík nieco namiesza w ustawieniu czy schematach taktycznych – ostatnio nie wychodzą nam np. stałe fragmenty gry, które jesienią były naszą mocną stroną.
Wiadomo, że za mistrzostwo jesieni pucharów nie wręczają, natomiast zawsze miło przez całą zimę spoglądać z góry na resztę stawki. Wy na ostatniej prostej daliście się jednak wyprzedzić Wiśle Płock, której wystarczyło do tego pięć remisów w ostatnich meczach.
Jak wcześniej wspomniałem, nie pamiętam równie wyrównanego sezonu, a w zasadzie wszystkie drużyny mają większe lub mniejsze wahania formy. My byliśmy w o tyle dobrej sytuacji, że nasz dołek przypadł na sam koniec rundy. O ile na ten moment wciąż nie wygrzebaliśmy się z niego na sto procent, to prędzej czy później wrócimy na właściwe tory. Pozostaje pytanie, czy nie będzie wtedy za późno, aby walczyć o mistrzostwo albo chociaż puchary. Z drugiej strony, gdybyś przed sezonem powiedział kibicowi Górnika, że w połowie sezonu będziemy się kręcić w okolicach podium, to większość brałaby to w ciemno, a niektórzy ironicznie pytaliby, czy chodzi o trzy miejsca licząc od dołu. Generalnie po zmianie władzy w Mieście, która pociągnęła za sobą zmiany w klubie, wzrosło zaufanie do ludzi odpowiedzialnych za losy Górnika. Być może małymi krokami, ale wciąż idziemy do przodu.
O co gra Górnik w tym sezonie? Co ci podpowiada kibicowskie serce?
Z tego co wiem, to nawet w szatni mówi się o europejskich pucharach – konkretny cel to może za dużo powiedziane, ale wszyscy w otoczeniu klubu mają nadzieję na te puchary. Stąd kadra budowana jest solidnie, ławka jest dość szeroka i trener ma duże pole manewru. Być może jest to element przygotowań do kolejnego sezonu, kiedy ewentualnie meczów będzie więcej. Poza tym występy w Europie zapewniają dodatkowy przypływ gotówki, na co w klubie też mocno liczą. Puchary wydają się więc naturalnym celem na ten sezon, pozostaje jedynie pytanie, czy dojdziemy do nich przez ligę, czy przez Puchar Polski.
Górnik jest jednym z aktywniejszych klubów w zimowym okienku. Jak oceniasz bilans przeprowadzonych ruchów, gdy po stronie ubytków jest m.in. Ousmane Sow, natomiast na liście wzmocnień m.in. Lukáš Sadílek, Michał Rakoczy czy Brandon Dominguès, którzy dostają już swoje szanse na boisku.
Jeśli chodzi o samego Sowa, to spośród wymienionej trójki może go zastąpić jedynie Dominguès. Jest to jednak zupełnie inny typ skrzydłowego: Ousmane bazuje na sile fizycznej, szybkości, umiejętności przepychania się i zdobywania przestrzeni. Brandon jest zawodnikiem filigranowym, który lepiej się czuje z piłką przy nodze i trzeba dostosować styl gry do charakterystyki tego piłkarza. Z kolei Sadílek pokazuje niesamowity charakter i jestem pewien, że będzie walczył o każdą piłkę. Zastanawiam się tylko, czy pozycja numer 10, na której obecnie jest ustawiany, jest dla niego optymalna, czy jednak docelowo nie będzie walczył o miejsce w składzie z Patrikiem Hellebrandem i Jarkiem Kubickim. Zobaczymy, jaki pomysł na niego będzie miał trener. Za to Michał Rakoczy jest dzisiaj wielką niewiadomą. Pamiętam go jeszcze z Cracovii, jak wyróżniał się w Ekstraklasie, a niektórzy przymierzali go nawet do reprezentacji. Po nieudanej przygodzie w Turcji wrócił do Polski i będzie chciał się odbudować w Zabrzu. Wkrótce się przekonamy, ile będzie w stanie dać Górnikowi, ale na dzisiaj jest to największa zagadka spośród wszystkich transferów.
W sportowych mediach przebiła się ciekawostka o sprowadzeniu do Zabrza młodego napastnika, który wyróżnia się nie tylko piłkarsko, ale też atletycznie, bo trenuje skok wzwyż, a na swoim koncie ma rekord 2,13 m.
Mateusz Posmyk został wyskautowany w niższych ligach i sprowadzony do Zabrza głównie z myślą o rezerwach. Rozmawiałem kiedyś z Pawłem Bochniewiczem, który zwracał uwagę, że młodzi sportowcy powinni rozwijać się w wielu dyscyplinach, aby ćwiczyć poruszanie i koordynację, co przydaje się później na boisku. Takie wytrenowanie na pewno zaprocentuje, tym bardziej że w skoku wzwyż ćwiczy się rozpęd na krótkim dystansie i skoczność, które również są atutami napastnika. W Górniku nie raz udowodnili, że potrafią wynajdować młodych, obiecujących piłkarzy, wyróżniających się w niższych ligach. Będziemy obserwować tego chłopaka i niewykluczone, że prędzej czy później dostanie szansę debiutu w pierwszym zespole.
Wspomniany Paweł Bochniewicz wrócił do Zabrza po poważnej kontuzji. Jest już gotowy, aby stanowić o sile waszej obrony?
Paweł jest w treningu, gotowy do gry, natomiast najpierw musi wywalczyć sobie miejsce w składzie. Nie będzie to jednak łatwe, bo zarówno Janicki, jak i Josema są ostatnio w dobrej formie. Trener Gašparík preferuje grę dwoma stoperami, z których każdy ma inną nogę wiodącą, tym samym naturalnym rywalem lewonożnego Bochniewicza jest Josema, który jesienią prezentował się nawet lepiej niż Janicki. W ostatnim meczu z Pogonią przydarzył mu się błąd, który przełożył się na rzut karny i w konsekwencji porażkę. Jest to jednak solidny obrońca, który za darmo miejsca Bochniewiczowi nie odda. Z kolei Paweł, jako były reprezentant Polski, ma wysokie umiejętności i myślę, że dostanie swoją szansę, którą na pewno wykorzysta.
Trafiłem ostatnio na informację, że inny rekonwalescent z historią w Górniku jest przymierzany do transferu do Zabrza. Czy Łukasz Milik namówi swojego brata do powrotu na stare śmieci?
Nie chcę mówić, że ten powrót jest nieunikniony, ale z pewnością oczekiwany i możliwy do dopięcia. Raczej jeszcze nie dzisiaj, bo Arek będzie jeszcze próbował odbudować się na zachodzie, ale wkrótce spodziewam się takiego ruchu. Sam Arek wspominał, że chciałby zakończyć karierę w klubie, z którego wypłynął na szerokie wody i raczej nie chodzi o piłkarską emeryturę – zagrać trzy mecze i odejść z kwiatami. Zakładam, że ten powrót prędzej czy później się wydarzy.
Obserwatorzy Ekstraklasy jednym głosem podkreślają rolę Bartka Nowaka jako niekwestionowanego lidera GieKSy. Kto jest takim „Nowakiem” w Zabrzu?
Zdecydowanie Patrik Hellebrand, który jest architektem praktycznie każdej akcji ofensywnej Górnika – piłka zawsze musi przejść przez niego. Kiedy on ma słabszy dzień, to automatycznie cała drużyna gra poniżej swojego poziomu.
Jak sam wspomniałeś, początek rundy w wykonaniu Górnika nie jest wymarzony. Czego brakuje, aby wkroczyć na ścieżkę zwycięstw?
Przede wszystkim szczęścia i skuteczności. Z Piastem zawsze gra się trudno, bo rywale zawsze mocno się na nas mobilizują i widać na murawie tę determinację. Z kolei Lech pokazał swoje umiejętności i uważam, że ich forma będzie rosła, bo ważni piłkarze wracają po kontuzjach. W tym pojedynku byliśmy słabsi i Mistrz Polski wygrał zasłużenie. Za to wynik z Termalicą jest skrajnie niesprawiedliwy, bo należał nam się rzut karny po faulu na Kubickim. Z drugiej strony, gdybyśmy wykorzystali swoje okazje, to ta sytuacja nie miałaby już znaczenia. Zabrakło jednak skuteczności i podobnie było z Pogonią, która bardzo dobrze ustawiała się w defensywie, zostawiając nam mało przestrzeni. Brakowało indywidualnego błysku któregoś z piłkarzy, co pozwoliłoby przedrzeć się przez szyki obronne Portowców. Był tylko słupek i poprzeczka Chłania, który w tym meczu grał wyraźnie na siebie, co też nie pomogło drużynie wygrać.
Wspominasz o piłkarskim szczęściu, natomiast śledząc „żabskiego Twittera” rzuciła mi się w oczy dyskusja o klątwie pewnego tekstu w serwisie Roosevelta81.pl – niektórzy twierdzą, że od tej publikacji Górnik przestał grać.
Sam mocno krytykowałem ten artykuł. Tezy w nim zawarte są dla mnie totalną abstrakcją i trudno go nawet traktować z przymrużeniem oka, bo został on napisany zupełnie na serio. Jego styl jest dość arogancki i jeśli istnieją piłkarscy bogowie i ich klątwy, to być może w tym przypadku zainterweniowali i chcą, żeby – nawiązując do tytułu tego artykułu – znowu się z nas śmiano. A mówiąc już poważnie, ten materiał był zupełnie niepotrzebny i źle, że został opublikowany.
Analizując tabelę widzimy, że Górnik zdecydowanie lepiej prezentuje się w Zabrzu niż na wyjazdach. Z czego to wynika?
Piłkarze często podkreślają, że przy Roosevelta niosą ich trybuny, natomiast nie dostrzegam zbyt wielu różnic między sposobem gry u siebie i na wyjazdach. Nie jest to dla nas taki problem jak w Gdyni i poza Arką nie ma innej drużyny, dla której własne boisko byłoby aż takim atutem. Obecnie na większości stadionów murawy są średniej jakości. W Zabrzu nie jest inaczej – płyta boiska jest dosyć stara i powinna zostać wymieniona jak najszybciej.
Mimo wszystko przewaga własnego boiska była kluczowa w ostatnich pojedynkach GieKSy z Górnikiem. Jak to jest, że w obydwu naszych meczach GKS nie potrafił ugrać nawet sztycha w Zabrzu?
W poprzednim sezonie, w pierwszych minutach meczu zastanawialiśmy się, czy aby GieKSa nie zleje nas za mocno, bo wasi piłkarze wyszli bojowo nastawieni i prezentowali się bardzo dobrze. Szybko zdobyta przez Podolskiego bramka ostudziła jednak te zapędy, tuż po przerwie padł drugi gol i wszystko się posypało. W sierpniu wyglądało to trochę inaczej i nie było widać po waszej stronie aż takiej woli walki. GieKSa ma charakter, ale czasem potrzebuje impulsu, aby go pokazać. Czasem jest to impuls z trybun, a czasem błysk któregoś z zawodników. Często oglądam wasze mecze i podoba mi się, że zawsze jesteście gotowi do walki, mimo że czasem nie wychodzi.
Nasz mecz w rundzie jesiennej mógł spokojnie zakończyć się w 64. minucie, po kuriozalnym golu zdobytym do spółki przez Dawida Kudłę i Märtena Kuuska. Widziałeś kiedyś coś równie absurdalnego?
Chyba tylko w piłkarskim pokerze.
Śpiewacie o sobie, że „u nas zawsze jest kultura”. Chciałbym to docenić, bo jako drużyna i kibice zachowaliście się z klasą na ostatnich urodzinach Rafała Góraka i nie popsuliście mu świętowania.
Dla nas jest to niezbyt przyjemne wspomnienie, ale w pełni rozumiemy waszą radość. Zwycięska bramka padła w doliczonym czasie gry, była więc feta i otwarcie nowego stadionu w wielkim stylu. Był to czas, kiedy pewna grupa ludzi pozwalała nam się przyjaźnić, więc trudno wyobrazić sobie większe piłkarskie święto: mecz przyjaźni, na dodatek wygrany. Wielu naszych kibiców, o ile nie większość, nadal sympatyzuje z GieKSą i śledzi wasze losy. Sam, jeśli tylko mam możliwość, oglądam wasze mecze.
Tym razem znowu przyjeżdżacie na urodziny – już nie trenera, ale całej GieKSy. Prezent w postaci trzech punktów już przyszykowany?
Szczerze mówiąc mam nadzieję, że sobotni mecz w naszym wykonaniu będzie sygnałem, że wyszliśmy z kryzysu. Sami mieliście okazję, aby rozpocząć świętowanie tydzień wcześniej – szybko objęliście prowadzenie w Gdyni i sam nie wiem, co stało się potem. Zobaczymy, jak ułoży się nasz mecz i czyje atuty okażą się decydujące. Wspominałeś o Bartku Nowaku, którego osobiście uważam za najlepszego piłkarza w lidze. Stąd wiem, że nie będzie nam lekko.
Jaki przebieg i wynik sobotniego meczu przewidujesz?
Myślę, że Górnik zacznie spokojnie i będzie chciał wybadać nastawienie GieKSy. Wydaje mi się, że to wy od początku ruszycie do ataku, podrażnieni porażką w Gdyni. Nie bez znaczenia są też okoliczności, o których wspominałeś i piłkarze będą chcieli sprawić prezent kibicom. Mimo wszystko waszym obrońcom zdarza się popełniać błędy, co będziemy próbowali wykorzystać. Dzięki temu Górnik może wywieźć z Katowic trzy punkty, ale spodziewam się, że to wy pierwsi strzelicie bramkę. Stawiam więc na zwycięstwo Górnika 2:1.
Przerwa od meczów będzie krótka, bo nasze ekipy w następnym tygodniu zagrają o awans do półfinału Pucharu Polski. Wylosowaliśmy rywali z Ekstraklasy, choć można było trafić nawet 3-ligowca. Jak oceniasz nasze szanse?
Michal Gašparík jest specjalistą od krajowych pucharów, bo ma już na swoim koncie trzy takie trofea zdobyte w Słowacji, ponadto, jak sam podkreślał, jest to najkrótsza droga do rozgrywek europejskich. Moim zdaniem wylosowaliśmy trudniejszego rywala niż wy i możecie mieć łatwiej, tym bardziej, że niesamowita presja ciąży na piłkarzach Widzewa. Na naszej drodze stoi Mistrz Polski, którego forma rośnie i szczerze mówiąc liczę, że kumulacja meczów w LKE i w Ekstraklasie trochę ich „przeora” fizycznie, przez co w środę będą w słabszej dyspozycji. Trzeba spróbować to wykorzystać, bo dla mnie większym priorytetem jest zdobycie Pucharu Polski niż wynik ligowy dający przepustkę do Europy.
Kto wie, być może w maju to właśnie z nami powalczycie na Narodowym…
Byłaby to piękna historia i chciałbym to przeżyć. Sam wyjazd byłby czymś niesamowitym, gdyby pół województwa wybrało się na majówkę do Warszawy.
Zostawiając na boku kwestie piłkarskie, na koniec zapytam o temat, który od dłuższego czasu jest na ustach całego Zabrza: kiedy skończy się telenowela związana z prywatyzacją Górnika?
Z powodów zawodowych mam wiele okazji do kontaktu z przedstawicielami Urzędu Miasta w Zabrzu. W ostatnim czasie zaszły tam naprawdę duże zmiany, kiedy władza zmieniała się wielokrotnie – kolejne panie prezydent, potem komisarz i następne wybory. Takie zawirowania nie pozostały bez wpływu na prywatyzację klubu. Co więcej, radni Zabrza wybitnie nie pomagają, bo np. określanie wartości klubu na podstawie wycen piłkarzy publikowanych na transfermarkcie jest delikatnie mówiąc niepoważne. Dziś wydaje się, że proces prywatyzacji jest wreszcie na ukończeniu, bo klub nie wykonywałby tylu ruchów transferowych, gdyby nie spodziewał się, że zmiany właścicielskie są nieuchronne. Jedno jest pewne – bez prywatyzacji Górnik nie zrobi kolejnego kroku do przodu.
Felietony Piłka nożna
#SzacunekDlaArbitra
Jakoś tak się składa, że w swojej niemal 30-letniej „karierze” na GieKSie, gdy myślę o „skręconych” przez sędziów meczów na niekorzyść naszej drużyny – to do głowy przychodzą mi dwa spotkania… z Legią Warszawa.
Pierwszy, w 1996 roku, gdy katowiczanie do przerwy prowadzili przy Łazienkowskiej po golu Artura Adamusa, ale Legia ostatecznie wygrała 2:1. W bardzo kontrowersyjnych okolicznościach. Bramka Cezarego Kucharskiego padła po ewidentnym spalonym, a GieKSa nie dostała rzutu karnego za faul Piotra Mosóra na Janie Furtoku. Oprócz jedenastki zawodnik Legii powinien wylecieć z boiska. Decyzje niekorzystne dla GKS podejmował tego dnia sędzia Julian Pasek.
– Możemy mieć pretensje do siebie, że nie pokaraliśmy Legii wcześniej, bo wiadomo było, że tego wyniku 1:0 nie dowieziemy do końca – pomstował trener GKS Piotr Piekarczyk.
– Sędzia pasek powinien dostać paska – wtórował mu Kazimierz Węgrzyn.
Drugie spotkanie to mecz z 2001 roku, również w Warszawie. Tam GKS przegrał 0:1. Po golu z rzutu karngo, podyktowanego za to, że Adam Majewski potknął się o własne nogi. Z drugiej strony Maciej Murawski sfaulował Krzysztofa Gajtkowskiego w polu karnym, ale jedenastki Ryszard Wójcik nie podyktował. I choć faul był ewidentny, to Gajtek dostał drugą żółtą za symulowanie i wyleciał z boiska.
Oba te mecze zostały tak ordynarnie skręcone, że naprawdę rzadko się to spotyka. Ale to tylko taki historyczny wstęp. W tamtych czasach nie było VAR-u. Gdyby wówczas ta technologia obowiązywała – GKS prawdopodobnie wygrałby oba te mecz. No chyba, że sędziowałby sędzia Sylwestrzak.
Ciągle trudno przejść obojętnie obok piątkowego meczu, choć mam nadzieję, że trener i drużyna już wyrzucili z głowy to spotkanie i skupiają się na meczu z Arką. Ja jednak muszę wrócić do tego, bo wzburzenie pozostaje żywe. Już nie dlatego, że stało się, jak się stało. Tylko dlatego, że taki Sylwestrzak nie poniesie żadnych konsekwencji i wszystko zostanie zamiecione pod dywan.
W każdym programie, w każdym magazynie prześwietlono sytuacje z meczu. Dodatkowo nałożyły się na to sędziowskie błędy z innych spotkań w tej kolejce. I naprawdę trudno uwierzyć, że w dobie VAR, takie byki są ciągle popełniane.
Adam Lyczmański przed rundą mówił o kolejnych, nowych już pierdyliardowych wytycznych odnośnie zagrania ręką. I co? I g…no. Ciągle sędziowie gwiżdżą jak chcą – nomen omen arbitralnie podchodzą do sprawy. Tu gwizdnie jakąś dziwną rękę po główce Bergiera, tu nie podyktuje ewidentnego karnego dla Jagiellonii. No i u nas, Kun – spryciula – tak niby chowa rękę, że intencjonalnie blokuje łokciem strzał. Ale żeby było, że niby cofa. Nie ma karnego.
Dodam tylko, że ta sytuacja miała miejsce bardzo krótko przed tym, jak Legia strzeliła gola…
Nad Szkurinem nie będę się już dłużej rozwodził. Zdania są podzielone, ale raczej przeważa opinia, że karnego nie powinno być. Ja tam widzę, że Tobiasz lewą ręką popycha Ilję i w dynamicznej sytuacji wytrąca go z biegu. Ale rozumiem argumenty drugiej strony.
No dobra, karny, nie karny – sędzia popełnił jeden lub dwa błędy, zdarza się. VAR powinien go zawołać, przynajmniej do tej ręki. Nie zawołał.
Natomiast ta sytuacja z Pankovem i Nowakiem to jest przecież przepotężny skandal, który prawdopodobnie zaraz ucichnie. Bo pokrzywdzonym zespołem jest tylko GieKSa. A przecież ten błąd jest naprawdę tak wielkiej rangi, jak brak czerwonej kartki w meczu Górnik – Jagiellonia. Ale pamiętamy co było wtedy – zaraz po meczu wielkie oburzenie, hurr durr, Frankowski tłumaczący się przed kamerą i wywalony na zbitą buzię przez Marcina Szulca. Choć i tak Frankowski wkrótce cichaczem wrócił. Szybko.
Natomiast tutaj? Cisza. A prześledźmy jeszcze raz, co tam się wydarzyło.
Bo tak, jak mówię. Błędy wynikające z niejasności interpretacji, miękkości faulu (tak jak niby ze Szkurinem) – jestem w stanie zrozumieć. Taka trochę jest piłka – nieewidentna, choć w przypadku rąk, to mam wrażenie, że te przepisy raz po raz zmienia jakieś kółko pijaków na rauszu. A potem i tak nikt nie egzekwuje wytycznych.
Czyli Pankov wjeżdża w nogi Nowaka. Z impetem, wyprostowaną nogą, korkami. Na złamanie nogi. Bandyckie wejście. I znów powiem – gdyby nie było VAR, powiedziałbym – trudno, sędzia nie widział dokładnie.
Tyle że Sylwestrzak podbiegł do monitora i mógł spokojnie, na obrazku, kilka razy zobaczyć, co tam się wydarzyło. Mógł zobaczyć, jak wygląda szkoleniowy faul na poważną kontuzję. Jak wygląda szkoleniowy faul na czerwoną kartkę, który powinien być pokazywany na kursach sędziowskich.
I nie zmienił swojej decyzji. Utrzymał wycenienie tego wejścia na żółtą kartkę.
Szczerze mówiąc, to się nie mieści w głowie. I naprawdę tego nie można w żaden sposób zrozumieć. Niestety – powtórzę – wtórował mu Kamil Kosowski, co jeszcze bardziej zwiększyło rangę absurdu tej sytuacji (w Lidze+Extra Kosa już nie był taki hardy w swojej pierwotnej wersji). Adam Lyczmański uznał tę sytuację za oczywistą czerwień. No ale ostatecznie nikt nie pochylił się nad tym, że jakkolwiek brak czerwonej kartki w pierwszym momencie to był błąd, ale brak zmiany decyzji po VAR-ze to po prostu jeden wielki skandal i kompromitacja sędziego.
Niektórzy próbowali to jakoś głupio tłumaczyć, że Pankov podwinął nogę w ostatniej chwili. Nie – w ostatniej chwili to nogi podwinął Nowak. Bo gdy zobaczył, że wpierdala się na niego z całą petą lokomotywa, to instynktownie próbował zrobić wszystko, żeby uniknąć czołowego zderzenia. Dobrze powiedział Paweł Paczul w Lidze Minus, że te teorie o podwinięciu nogi przez Pankova, to trochę jakby samochód przypierdzielił w ścianę, a kierowca potem pokazywał na zgnieciony przód i mówił „ale przecież hamowałem”.
No i tak to się kula w tej naszej kopanej. Z jednej strony sędziowie raz lepiej sędziują, raz gorzej, ale szkoda, że choć sprawa z błędami z piątkowego meczu stała się medialna, to i tak wszyscy o niej zapomną, a Sylwestrzak dalej sobie będzie sędziował w najlepsze.
A mecz ten zapisze kolejny rozdział w historii sędziowie przeciw GKS w potyczkach z Legią.
Felietony
Duma i wściekłość
Zdania po wczorajszym meczu były raczej zgodne. Z gry GKS wszyscy byli zadowoleni, ale pozostawał niedosyt, że nie udało się tego spotkania wygrać. Katowiczanie znów zaprezentowali się dynamicznie, bardzo walecznie, pokazali też swoje atuty piłkarskie. Zabrakło „tego czegoś”, co dałoby naszemu zespołowi trzy punkty.
Przed meczami z Widzewem – patrząc na formę naszych nadchodzących rywali – wymyśliłem sobie zestaw punktów i moje ustosunkowanie do nich. Mieliśmy się bowiem zmierzyć z rywalami, którzy są w różnego rodzaju rozsypce – Widzew ze zbieraniną gwiazd i trenerem stand-uperem, gadającym takie banialuki na coraz to kolejnych konferencjach, że szkoda gadać. Oraz Legią, pogrążaną w kryzysie, której kibice krzyczą, że jak Legia spadnie, to ich „zajebią”. Tak więc ten zestaw punktów wyglądał następująco: „2 – chujowe minimum, 3 – minimum, 4 – dobrze, 6 – idealnie”.
Przy okazji wybaczcie, że dziś nie będę wykropkowywał przekleństw, ale im dalej od meczu, to zamiast się uspokajać, coraz się bardziej wkurwiam. Ale o tym później.
Wracając do punktów. Trochę słabo by to wyglądało, gdybyśmy z tą zbieraniną z Łodzi i zdołowaną Legią zdobyli jedno czy dwa oczka. Ale po Widzewie były już trzy, więc to minimum zostało wykonane. To nie oznaczało jednak, że gdybyśmy przegrali z Legią, byłbym zadowolony. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wszystkich meczów wygrać się nie da. Więc jeśli nie da się – to przynajmniej zremisujmy po dobrej grze. A to miało miejsce wczoraj. Więc wyszedł moduł „4 punkty – dobrze”.
Oczywiście ta moja tabelka punktów odnosiła się TYLKO do dorobku punktowego. On się zgadza – i to jest super. Bo jakbym miał spojrzeć na samą postawę zawodników – to już bym powiedział, że było znakomicie. O meczu z Widzewem pisałem. Jeśli chodzi o Legię, to naprawdę nasz zespół znów spisał się bardzo dobrze. Obawiałem się, czy po aż tak „wojennym” meczu jak z Widzewem, katowiczanie będą potrafili na tej samej intensywności z Legią zagrać. Okazało się, że potrafią, więc surowe mięso jak widać jest najlepszej jakości. Do tego widać, że piłkarsko nasz zespół naprawdę ma swoją jakość, próbuje tę piłkę rozgrywać, przesuwa akcje do przodu, gramy krótko, a czasem długo (i celnie!). Brakuje czasem trochę ogarnięcia z przodu, jakiegoś dobrego rozwiązania. Eman Marković hasa na skrzydle, ale mógłby lepiej czasem dograć. Wierzę jednak, że ta efektywność w ofensywie przyjdzie, bo przyjść musi. Nie da się grać idealnie i błędy zawsze będą. I mimo, że właśnie wymieniam tu Emana w kontekście rozwiązywania sytuacji, to i tak uważam, że jego zmiany były bardzo dobre.
GieKSa trochę dała pograć Legii w pierwszej połowie. Z naciskiem na „trochę”. Legioniści też byli dynamiczni i waleczni, jakby naprawdę chcieli wyjść z tego swojego kryzysu. Więc podchodzili pod to nasze pole karne, raz kapitalnie interweniował Rafał Strączek po strzale głową Kuna. Ale nawet i tu – mimo, że przed przerwą było trochę gorzej z naszym pressingiem – GKS z samej gry miał więcej niż w pierwszej połowie meczu z Widzewem. Po przerwie Legia nie miała już praktycznie nic. Defensywne działania GKS zaczynają się już daleko od naszego pola karnego i Legia w dużej mierze została zneutralizowana. Co prawda był krótki moment chaosu w okolicach 70. minuty, ale z grubsza, cała ta połowa była bardzo dobra.
Musimy ten remis cenić też z innego powodu. GieKSa ten mecz przegrywała i wcale nie było oczywiste, że doprowadzimy do wyrównania. Sam gol – to błędy po naszej stronie, ale też trzeba docenić piękną akcję Legii. Poklepali i rozegrali to kapitalnie. Końcowa faza to wiadomo – dośrodkowanie i dał się Lukas Klemenz wyprzedzić małemu Biczachczjanowi, co raczej nie powinno mieć miejsca. Czy Strączek miał szansę odbić tę piłkę? Oczywiście, że miał, bo przecież widać, że próbował trafić dłonią w piłkę, ale nie trafił. Nie wiem, czy to błąd, ale kompletnie się tu golkipera nie czepiam. Było blisko, czas reakcji krótki, więc myślę, że w takiej sytuacji jak piłka przysłowiowo „śmiga koło ucha”, czyli dłoni, to jest w tym też element bramkarskiego szczęścia.
No ale do 45. minuty było 0:1 i na przerwę mogliśmy schodzić na debecie. Tymczasem Bartek Nowak i Borja Galan zrobili coś, co odmieniło losy tego meczu, a bramka miała znaczenie nie tylko wynikowe. Dając takiego „pancza”, jak mówi trener Igor Jovicević, siadło Legii na morale na całą drugą połowę. I Legia już nie była tą samą drużyną, o czym po meczu mówili trener Marek Papszun i Bartosz Kapustka. Gol był na wagę złota.
W tym sezonie to nam strzelano bramki do szatni. Swego czasu przez wiele meczów – co mecz. Wyliczaliśmy to, bo było to irytujące. Sytuacja jednak się zmieniła. My już tych goli do szatni nie tracimy, a na domiar dobrego – sami je strzelamy. I tak było i z Widzewem, i z Legią. Na przerwy dwóch ostatnich meczów schodziliśmy w wyśmienitych nastrojach.
Znów swoje zrobiły stałe fragmenty gry. Znów fenomenalnie wykonuje je Bartosz Nowak. Zawodnik ma fenomenalne liczby w tej rundzie. Brał udział przy każdej z czterech bramek. Jedną zdobył, a trzy razy tak bił rzuty rożne czy wolne, że koledzy zdobywali bramki. Absolutnie fenomenalne. I choć ja bym powiedział, że Bartek chce czasem coś zrobić… za ładnie, za elegancko i nie zawsze to wyjdzie, to stwierdzam, że… może, bo to nasz wybitny zawodnik.
Przejdźmy do spraw mniej przyjemnych i już chyba domyślacie się, o co chodzi. Przyznam szczerze, że sam jestem bardzo ostrożny w ocenianiu decyzji arbitrów – ostrożny w tym sensie, że chyba mam już tyle lat, że jak czarne jest czarne, to nie udaję, że jest białe. Oczywiście będąc kibicem mojego klubu wiadomo, że mam ulgę, gdy sędzia podjął błędną decyzję na korzyść mojej drużyny. Taki to już kibicowski szowinizm. Ale nie będę udawał czy ściemniał, że tego błędu nie popełnił. Miałem swoje zdanie na temat pewnych derbów Trójmiasta i decyzji sędziego w końcówce. Ale wyszło jak wyszło – i bardzo szczęśliwie dla nas.
W ekstraklasie de facto przez te półtora sezonu nie miałem jakichś uwag do sędziów. W naszych meczach wielkich kontrowersji nie było. Nie przypominam sobie meczu, w którym mogliśmy mieć pretensje. Raczej kontrowersje, które się przewijały w przestrzeni medialnej, dotyczyły decyzji sędziów na naszą korzyść. Pamiętamy gol N’Diaya z meczu z Motorem w poprzednim sezonie (tam faktycznie chyba powinien być uznany) czy wyrównująca bramka dla Radomiaka w obecnym.
Ale to co się odjebało wczoraj, to już było po prostu słabe. Ze stadionu tego aż tak nie widziałem, ale później oglądając sobie powtórki, złość zaczęła narastać. I dziś rano zamiast wstać spokojniejszym – było wręcz przeciwnie.
Trzy sytuacje. Pierwsza to łokieć Patryka Kuna przy próbie dośrodkowania Marcina Wasielewskiego. Sytuacja nietypowa i można ją różnie rozpatrywać. Przede wszystkim łokieć wystaje zdecydowanie poza obrys sylwetki Kuna, a zawodnik obraca się w taki sposób, że tę rękę wykorzystuje do zablokowania piłki. Wydaje się, że intencjonalnie. I osiągnął z tego korzyć.
Druga to sytuacja Tobiasza z Ilją. Przecież bramkarz centralnie lewą ręką popycha napastnika w plecy, gdy ten jest przed pustą bramką. Jeszcze na szybko puszczając powtórkę na meczu mogłem się zgodzić z komentatorami, że jest to „za miękkie” na karnego. Ale wygląda na to, że Kacper przeszkodził ewidentnie Ilji w zdobyciu gola.
O ile jednak te dwie sytuacje można jeszcze rozpatrywać interpretacyjnie, choć dziwi mnie, że sędzia nie podchodził do monitora, to jest jeszcze trzecia sytuacja. I tutaj uważam, że to jest kompletny skandal. Pankov niemal łamie nogi Nowakowi, sędzia jeszcze ogląda tę sytuację na VAR-ze i utrzymuje żółtą kartkę.
Powtórzmy to jeszcze raz – Pankov WPIERDALA się prostą nogą i korkami w nogi Nowaka i grozi naszemu pomocnikowi poważną kontuzją. I teraz komentatorzy Kamil Kosowski i Adam Marchliński wili się, żeby zawodnika Legii tłumaczyć – że podwinął nogę w ostatniej chwili. I bardzo chwalili sędziego za utrzymanie w mocy kartki żółtej. Przecież to jest niepojęte. Nawet jeśli Pankov minimalnie ugiął nogę w ostatniej chwili to zrobił to i tak zdecydowanie za późno. To jest tak ewidentna czerwona kartka, że tu nawet nie ma co dyskutować. I naprawdę śmiem twierdzić, że jeśli ktokolwiek bezstronny uważa, że żółta kartka to dobra decyzja – to świadomie lub nie, ale faworyzuje Legię.
Powiem tak, bo idealnie napisał Mariusz Polak na Twitterze: „Ciekawy mecz w Katowicach. Coś mi podpowiada, że większość kibiców w Polsce trzyma kciuki za gospodarzami, a większość dziennikarzy sportowych za gośćmi”.
Nic dodać, nic ująć. Daleki jestem od teorii spiskowych, ale nie zdziwię się, jak zaraz zacznie wyciąganie Legii za uszy ze strefy spadkowej. GieKSie wczoraj należał się z tych dwóch sytuacji przynajmniej jeden rzut karny. A czerwona kartka dla Pankova jest bezdyskusyjna. Niepokazanie jej, to było przyzwolenie na boiskowy bandytyzm.
Szkoda tego meczu, bo naprawdę można go było wygrać. W pewnym sensie przełamaliśmy fatum, w końcu nie przegraliśmy z Legią, która nam nie leżała w końcówce lat 90. i na początku lat 2000, nie leżała nam i teraz. W końcu w całości zagraliśmy mecz, jak równy z równym. Zabrakło tylko kropki nad i.
Miło, że przyczyniliśmy się do pobicia przez Legię niechlubnego rekordu 12 meczów z rzędu bez zwycięstwa w lidze. GKS kiedyś był często klubem na przełamanie dla innych. Teraz to już nie ma miejsca.
Katowiczanie dalej idą łeb w łeb z poprzednim sezonem, a konkretniej – z początkiem roku. Rok temu też w pierwszych trzech meczach wiosny mieliśmy 7 punktów. Tyle że rok temu trzeci mecz to była wojna, ale mało piłki z Piastem u siebie, a teraz wojna, z dobrą piłkarską kwestią.
Możemy być dumni z piłkarzy, spisali się na medal. Mamy piękną drużynę. Kibice też wczoraj zaprezentowali się kapitalnie – komplet, wspaniały doping, wszyscy nakręceni. Kolorytu oczywiście dodał wypełniony sektor gości i kibice Legii, którzy również świetnie dopingowali. To było kolejne piłkarskie święto na Nowej Bukowej.
Czekamy na Arkę. Wracamy do miejsca wielkiego triumfu. To jest historia, piękna historia. Ale teraz czas napisać kolejny jej rozdział.
Piłka nożna Wywiady
Czerwiński: To my graliśmy lepiej
Po zremisowanym meczu z Legią porozmawialiśmy z Alanem Czerwińskim o atmosferze w klubie i na murawie, kontrowersjach sędziowskich, a także jego roli w szatni. Nie zabrakło również pytania o ulubionego krepla, a po odpowiedzi zapraszamy do lektury.
Ostatnie dwa mecze to twoje dwa udane strzały. Do trzech razy sztuka?
Alan Czerwiński: Mam taką nadzieję, dobrze się z przodu odnajduję. Szkoda, że obydwa strzały były na lewej nodze i nie mogłem pokazać mojej prawej, która jest dużo dokładniejsza. Naprawdę szkoda, że dzisiaj ta bramka nie wpadła, bo byłaby takim stemplem. To był idealny mecz na takiego gola, bo to byłoby po prostu piękne trafienie i szkoda, że nie wpadło.
Grałeś kilka meczów z dolegliwościami. Już wszystko w porządku?
Tak, dochodzę do siebie i jest coraz lepiej. W mojej głowie tak naprawdę nie ma tego urazu. Gdybym wychodził na mecz zastanawiając się, czy wszystko jest okej, miałbym spory problem. Dużo pracuję mentalnie nad przygotowaniami do meczu. W myślach nie mam żadnego urazu, nie kalkuluję nic, gram na 100% i to jest dla mnie najważniejsze w przygotowaniach. Gdy gram na 100%, mogę pokazać wszystkie umiejętności i to, co mam najlepsze.
Za twojego poprzedniego pobytu w Katowicach Legia walczyła w Lidze Mistrzów, a teraz drży o utrzymanie. To zmieniło podejście do tych spotkań?
Mecz z Legią zawsze wzbudza większe emocje wśród zawodników i kibiców. Atmosfera dzisiaj była… no fantastyczna. Nie ma co ukrywać, u nas kibice są tym dwunastym zawodnikiem. W poprzednim meczu żyli tym meczem, tak samo dzisiaj. Bardzo fajnie grać dla nich i zostawiać zdrowie dla kibiców, bardzo za to dziękujemy i to doceniamy. Co do Legii, są w fazie przebudowy, ale dalej mają dobrych zawodników i trochę jakości.
Ale tylko trochę?
Myślę, że to my dzisiaj graliśmy lepiej. Zasłużyliśmy na trzy punkty, taka jest moja opinia. Szanujemy ten remis i jeden punkt, ale staraliśmy się, a kibice też to myślę widzieli – nie grać na remis i powalczyć o trzy punkty. Walczyliśmy do końca, stworzyliśmy kilka sytuacji i zabrakło jedynie centymetrów.
Lukas Klemenz ostatnio powiedział piękne słowa, że zaangażowania i takiej zgranej ekipy nie da się po prostu kupić.
Charakterologicznie jest to świetnie dobrane. Trener sobie to układa i to się dobrze zazębia. Mam nadzieję, że będziemy to trzymać, bo przed nami trudne mecze. Będziemy potrzebować wsparcia kibiców jak dzisiaj, czy tydzień temu z Widzewem. To nas niesie i razem możemy walczyć w każdym meczu o punkty.
Kogo nie spytać, wyróżni Alana Czerwińskiego jako tego, który coś potrafi powiedzieć w szatni.
Generalnie staram się nie mówić za dużo, rozluźniać atmosferę. Nie jestem spiętym zawodnikiem, ale nie boję się wygłaszać swojego zdania. Zawsze chcę pomóc młodym chłopakom, ze starszymi zawodnikami mam dobre relacje. Po prostu nie boję się powiedzieć swojego zdania, w piłce przeżyłem już bardzo dużo. Zagrałem wiele poważnych meczów o sporym ciśnieniu, w Lidze Europy czy Konferencji. Jeden błąd waży tam bardzo dużo. Nie boję się wypowiadać, oczywiście słucham też innych chłopaków – wymieniamy się poglądami i to jest fajne. Nie zamykam się na ich zdanie, a oni na moje. Doskonale to wszystko funkcjonuje. Jeżeli chodzi o odzywanie się w szatni, bardzo to lubię. Rozluźniam atmosferę, żartem czy też dobrym słowem do naszej kochanej młodzieży.
Masz jakieś sposoby na kontrowersyjne decyzje sędziego, czy już się po prostu tym nie przejmujesz?
Totalnie nie, na mnie to już nie wpływa. Dostałem żółtą kartkę i musiałem grać ostrożnie, bo czasem to przypadek decyduje o tym, czy obejrzysz drugi kartonik. Kontrowersje sędziowskie? Pewnie jakieś były, tak mi się wydaje. Wydaje mi się, że nawet mogliśmy dostać rzut karny?
Można było dopatrzeć się nawet trzech potencjalnych jedenastek.
No to naprawdę szkoda, taki karny by nam dzisiaj bardzo pomógł. W tej szesnastce się kotłowało, a to z kolei świadczy o tym, że dochodziliśmy do sytuacji. Legia miała dzisiaj z nami problem.
Było widać przy jednej z ostatnich akcji, że instynktownie chciałeś odpychać rywala, a później cofnąłeś ręce.
Tak, tak. Wyszedłem bardzo wysoko, on sobie dzióbnął tę piłkę. W pierwszym odruchu normalnie bym akcję od razu kasował, bo wolę dostać żółtą kartkę. W ostatnim momencie, naprawdę ostatnim, zaświeciła mi się lampka i odsunąłem ręce. Przybiłem sobie brawo za tę decyzję, bo czerwona kartka mogłaby zupełnie zmienić oblicze meczu w samej końcówce.
Końcówki na Arenie Katowice faktycznie należą do was, łapiecie flow z kibicami. Mocniejszy doping to lepsza akcja i odwrotnie.
Dokładnie tak, w meczu z Widzewem to bardzo mocno odczułem. Jeden z nas zrobił wślizg, trybuny się jeszcze bardziej ożywiły i to nas dalej napędzało. Dawno nie miałem tak, by kibice żyli z drużyną, a drużyna z kibicami. Mega mi się to podoba, to naprawdę pomaga.
Jak radzą sobie nowi zawodnicy?
System nie jest najłatwiejszy, ale mamy taką drużynę, że od razu czują się bardzo dobrze. Jesteśmy otwarci. Kiedyś nie widziałem takich rzeczy, gdy przychodził nowy zawodnik, jak mu pomóc czy doradzić. Teraz staramy się, ja się staram, być bardzo dobrym kolegą. Służyć żartem, pomocą, żeby jak najszybciej się odnaleźli i dobrze czuli. Całej drużynie to wychodzi na dobre, że szybko się wkomponowują. Warunek jest jeden: będziesz się czuł dobrze, jeśli dasz z siebie 100%. Jeśli nie dasz z siebie wszystkiego, będziesz się tu czuł źle i tyle.
Tłusty czwartek za nami, jaki twój ulubiony pączek? Lukier czy cukier puder?
Zdecydowanie lukier. Ulubiony z czekoladą, jadłem z moją córką. Ja sobie takiego sprawiłem i jej też takiego przywiozłem, bardzo takie lubi. Polany czekoladą i z czekoladą w środku, nie odmówiłem sobie (śmiech).


Najnowsze komentarze