Hokej Piłka nożna Piłka nożna kobiet Prasówka Siatkówka
Tygodniowy przegląd mediów: GieKSa melduje się w półfinale!
Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów z ostatnich dziesięciu dni, które dotyczą sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie. Prezentujemy najciekawsze z nich.
Dzisiaj o 18:00 w ćwierćfinale Pucharu Polski Kobiet nasza drużyna zmierzy się na wyjeździe z Legią Ladies. Transmisja będzie dostępna na kanale YouTube Legia Ladies. W trakcie ostatniego meczu, pucharowego ze Ślęzą Wrocław, kontuzji doznała Klaudia Maciążka. Korzystając z przerwy w meczach o punkty piłkarki wygrały 12:0 sparing z pierwszoligową Polonią Środa Wielkopolska.
Piłkarze we wspomnianym okresie rozegrali trzy spotkania – wszystkie zwycięskie. Pokonaliśmy: Górnik 3:1 (prasówka TUTAJ), Widzew po rzutach karnych w Pucharze Polski (prasówka TUTAJ) oraz Radomiak 1:0 (prasówka TUTAJ). W półfinale Pucharu Polski zmierzymy się na wyjeździe z Rakowem. Następny mecz rozegramy na Arenie Katowice w sobotę 14 marca o 17:30 z Lechią.
W ostatnim meczu ligowym siatkarze wygrali w hali Areny Katowice z PZL LEONARDO Avią Świdnik, 3:0. Najbliższe spotkanie rozegramy na wyjeździe w czwartek 12 marca o 20:00 z Karton-Pak Astra Nowa Sól.
Wczoraj hokeiści zakończyli mecze w ¼ play off, w których pokonali Cracovię w stosunku 4:2. W kolejnych spotkaniach padały wyniki 11:1, 2:3, 1:2 (pd), 4:1, 3:0 oraz 5:1. W półfinale rywalem GieKSy będzie zwycięzca z pary Unia Oświęcim – Energa Toruń (ostatni mecz tego ćwierćfinału zostanie rozegrany jutro w Oświęcimiu). Początek rywalizacji w półfinałach zaplanowano na niedzielę 15 marca.
PIŁKA NOŻNA
kobiecyfutbol.pl – Klaudia Maciążka podczas meczu ze Ślęzą Wrocław doznała urazu obojczyka
Klaudia Maciążka podczas spotkania 1/8 finału Orlen Pucharu Polski ze Ślęzą Wrocław doznała urazy obojczyka – poinformował klub na mediach społecznościowych.
24-letnia zawodniczka w spotkanie ze Ślęzą rozpoczęła w podstawowym składzie, a w 89. minucie ustaliła wynik meczu ,zdobywając drugiego gola dla mistrzyń Polski (w 85. minucie wynik otworzyła Nicola Brzęczek). Kilkadziesiąt sekund później Maciążka została zmieniona przez Oliwię Malesę.
Podczas spotkania we Wrocławiu napastniczka doznała urazu obojczyka, który wymagał przeprowadzenia zabiegu.
„Przewidywany czas przerwy Maciążki od gry i treningów wynosi kilka tygodni” – możemy przeczytać na oficjalnej stronie GKS-u Katowice.
W trwającym sezonie 24-latka wystąpiła w dziewięciu spotkaniach Orlen Ekstraligi i zdobyła w nich dwa gole. W rozgrywkach Orlen Pucharu Polski Maciążka rozegrała dwa mecze i zdobyła w nich jednego gola.
gol24.pl – Wskazaliście zdobywcę STS Pucharu Polski. Podsumowanie naszej sondy
Zaraz po losowanie par półfinałowych STS Pucharu Polski zapytaliśmy Was, kto w 2026 roku sięgnie po trofeum rozgrywek. Do wyboru były 4 możliwości: Raków Częstochowa, Górnik Zabrze, Zawisza Bydgoszcz oraz GKS Katowice. Wytypowaliście, że po puchar sięgnie drużyna, która po raz ostatni taki sukces świętowała bardzo dawno temu!
Przypomnijmy, że w półfinałach STS Pucharu Polski zmierzą się Raków Częstochowa z GKS Katowice oraz trzecioligowy Zawisza Bydgoszcz z Górnikiem Zabrze. Według Was, najmniejsze szanse na triumf w rozgrywkach ma wcale nie zespół z czwartego poziomu, ale popularna GieKSa, która na ten moment (wtorek, 10 marca) otrzymała 14% głosów. Zawisza Bydgoszcz ma o 1 punkt procentowy więcej.
Połowa głosujących wskazała, że w maju tego roku po puchar sięgnie Górnik Zabrze, który po raz ostatni po to trofeum sięgnął 54 lata temu! Natomiast ostatni triumfator tych rozgrywek spośród uczestników półfinałów, czyli Raków Częstochowa, zgarnął 21% głosów.
Oto wyniki naszej sondy:
Górnik Zabrze – 50%
Raków Częstochowa – 21%
Zawisza Bydgoszcz – 15%
GKS Katowice – 14%
Jeśli wciąż nie oddaliście głosu w naszej sondzie, dalej jest na to szansa! Do wielkiego finału na stadionie PGE Narodowy w Warszawie pozostało jeszcze sporo czasu.
Spotkania półfinałowe STS Pucharu Polski na ten moment są zaplanowane na 7 i 8 kwietnia. Jednak w przypadku ewentualnego awansu Rakowa Częstochowa do ćwierćfinału Ligi Konferencji, termin spotkania z GKS Katowice może ulec zmianie. Wszystko przez fakt, że pierwsze mecze 1/4 finału tych europejskich rozgrywek zaplanowane są na 9 kwietnia.
Rezerwowy termin to 1 kwietnia, czyli tuż po zgrupowaniach kadr narodowych. Z dużym prawdopodobieństwem zwłaszcza w ekipie Medalików mogą być zawodnicy, którzy jeszcze nie zdążą wrócić do klubu, gdyż będą tuż po meczach w barwach swoich reprezentacji.
Wielki finał STS Pucharu Polski standardowo zostanie rozegrany 2 maja na stadionie PGE Narodowy w Warszawie. W tym roku ta data przypada w sobotę.
SIATKÓWKA
dziennikwschodni.pl – PZL Leonardo Avia Świdnik gorsza od GKS Katowice
W spotkaniu 26. kolejki PZL Leonardo Avia przegrała na wyjeździe z GKS Katowice 0:3.
Gospodarze rozpoczęli od prowadzenia 2:0, po atakach Michała Superlaka i Gonzalo Quirogi. Świdniczanie odpowiedzieli atakiem Dawida Sokołowskiego i blokiem Jaromira Orlicza (2:2). W kolejnej akcji punkt z zagrywki zdobył dla Avii Konrad Machowicz (2:3). Spadkowicz z PlusLigi próbował przejęć inicjatywę i narzucić gościom swój styl. GKS Katowice prowadził 10:6, 12:8, 14:9. Karol Rawiak zakończył atak na 16:12.
Miejscowi powoli zbliżali się wygrania partii otwarcia. Avia przegrywała 18:23. Krzysztof Pigłowski skończył atak na 23:19. W kolejnej akcji zapunktował Karol Rawiak (23:20). W odpowiedzi atak skończył Quiroga, na 24:20. Ostatni punkt w pierwszym secie katowiczanie zdobyli za sprawą zepsutego ataku Rawiaka (25:20).
Po porażce w partii otwarcia w kolejnej świdniczanie nastawili się na walkę o zwycięstwo. W wyjściowym składzie pojawił się rozgrywający Krzysztof Pigłowski w miejsce Jaromira Orlicza. Od początku to „żółto-niebiescy” przejęli inicjatywę. PZL Leonardo Avia prowadziła już 4:1. Przy wyniku 6:2 dla gości o przerwę w grze poprosił szkoleniowiec gospodarzy Emil Siewiorek.
Miejscowi odrobili część strat i zbliżyli się na 6:9. Kolejne minuty przyniosły remis 10:10. Atak Krzysztofa Rykał dał, po raz kolejny, prowadzenie przyjezdnym 11:10. Kolejne akcje przyniosły już punkty gospodarzom (13:11). Avia bardzo szybko odrobiła straty (15:15). Od tego momentu zespoły grały punkt za punkt, częstym wynikiem był remis:17:17, 19:19, 20:20, 22:22.
Po zepsutym ataku Dawida Sokołowskiego katowiczanie objęli prowadzenie 23:22. Natychmiast o przerwę w grze poprosił szkoleniowiec świdniczan Jakub Guz. W kolejnej akcji, po ataku znanego w naszym regionie Wojciecha Włodarczyka, miejscowi wygrywali 24:23. Pierwszą piłkę setową zepsuł po zagrywce Quiroga. Przerwą w grze odpowiedzieli katowiczanie. Chwilę później było już po secie. Kolejny atak skończył Włodarczyk (25:23).
Przegrana w końcówce drugiej partii wpłynęła demobilizująco na gości. W trzecim secie świdniczanie nie potrafili przejąć inicjatywy. Od początku to gospodarze dyktowali warunki. GKS prowadził 2:1, 6:4, 7:5, 10:5 po bloku Włodarczyka. Avia niewiele mogło zwojować. Katowiczanie spokojnie budowali przewagę punktową. Superlak zablokował Rawiaka i było już 13:6 dla GKS. Konrad Machowicz zmniejszył straty na 13:9. Spadkowicz z PlusLigi bardzo szybko odbudował bezpieczne prowadzenie (15:10, 17:12).
Miejscowi powoli zmierzali do wygrania meczu. Damian Domagała skończył atak na 21:14. Po kolejnym ataku rezerwowego atakującego miejscowi prowadzili już 23:17. Ostatecznie zwyciężyli 25:17, a w meczu 3:0. Tym samym Avii nie udał się rewanż za przegraną w pierwszej rundzie w Świdniku, również 0:3.
HOKEJ
hokej.net – Goleada w Katowicach! Mistrzowie fazy zasadniczej pewnie rozpoczynają rywalizację w play-off
W pierwszym ćwierćfinałowym starciu fazy play-ff, GKS Katowice podjął Comarch Cracovię. Już w pierwszej minucie gospodarze otworzyli wynik spotkania, w kolejnych minutach tylko potwierdzali widoczną różnicę klas, zdobywając aż 10 bramek.
Pierwsze spotkanie fazy play-off w Katowicach przyniosło prawdziwy festiwal bramek. GKS Katowice od pierwszych sekund narzucił rywalom swoje warunki gry i ostatecznie w efektownym stylu pokonał Comarch Cracovię, dominując szczególnie w drugiej tercji.
Już w 1. minucie Grzegorz Pasiut zaskoczył Santeriego Lipiainena strzałem z pierwszego krążka, otwierając wynik meczu. Katowiczanie nie zwalniali tempa – kolejne minuty przyniosły szybkie ataki i następne trafienia. Jedną z gwiazd spotkania był Jakub Hofman, który zdobył bramkę decydującą, na raty pokonując bramkarz Pasów.
Cracovia odpowiedzieć z sprawą bramki Eetu Mäkiego, który precyzyjnym strzałem zaskoczył przesuwającego się Eliassona. Dwubramkowe prowadzenie dla Katowic odzyskał Sam Coatta, który wykorzystał podanie Hoffmana.
Druga odsłona była popisem ofensywnej siły gospodarzy. Katowiczanie seryjnie trafiali do siatki – na listę strzelców wpisywali się m.in. Wronka, McNulty, Runesson i Dupuy. Po kolejnych golach trener gości zdecydował się na zmianę bramkarza, ale również Klimowski nie zdołał zatrzymać rozpędzonej GieKSy. Cracovia próbowała odpowiedzieć, jednak świetnie dysponowany Eliasson był niemal bezbłędny. Katowiczanie wykorzystywali tempo, wygrywali pojedynki jeden na jeden i skutecznie punktowali w przewagach oraz po wygranych wznowieniach.
W trzeciej tercji emocji również nie brakowało – pojawiły się przepychanki i kary meczu po starciu Toussainta z Dupuy. Między tymi zawodnikami iskrzyło od początku spotkania, jednak górą w tych starciach był bardziej doświadczony Kanadyjczyk.
GKS dorzucił jeszcze jedno trafienie po świetnej akcji Pasiuta i wykończeniu Lundegarda, a gospodarze spokojnie kontrolowali przebieg wydarzeń do ostatniej syreny, tym samym prezentując prawdziwy pokaz siły.
Play-offowe czary-mary. Odmieniona Cracovia i bezbłędny Damian Kapica
Ile znaczą 24 godziny w fazie play-off, przypomnieli nam hokeiści Comarch Cracovii. Po wczorajszej, sromotnej porażce podopieczni Krystiana Dziubińskiego przeszli metamorfozę i na blisko 57 minut zamurowali dostęp do własnej bramki. Do wyłonienia zwycięzcy potrzeba było rzutów karnych, a w wojnie nerwów lepsi okazali goście, za sprawą bezbłędnego w tym elemencie Damiana Kapicy. Zwycięstwo Comarch Cracovii 3:2 nad GKS-em Katowice sprawiło, że obie ekipy przeniosą się pod Wawel przy stanie 1:1.
Mäki bohaterem Pasów! Cracovia pokonuje GieKSę po dogrywce
Dopiero po dogrywce zakończyło się trzecie starcie ćwierćfinałowe pomiędzy Comarch Cracovią a GKS-em Katowice. Tym razem po przeniesieniu rywalizacji do Małopolski, zwycięsko z tego pojedynku wyszli Krakowianie, triumfując 2:1 po dogrywce. Złotego gola dla Pasów zdobył Eetu Mäki, który został bohaterem Cracovii.
Pierwsza tercja upłynęła pod znakiem ostrożnej gry i udanychinterwencji obu bramkarzy. Jesper Eliassoni SanteriLipiäinennie dali się zaskoczyć mimo kilku groźnych prób, chociaż mieli też trochę szczęścia. Próba Jeana Dupuya zatrzymała się na słupku, a blisko szczęścia byli też Alexis Toussaint czy Olli Valtola
o przerwie tempo wyraźnie wzrosło. Katowiczanie dopięli swego w 26. minucie, kiedy to Stephen Anderson objechał bramkę, zagrał gumę na przedpole bramkowe, skąd od siatki trącił ją Patryk Wronka. Sędziowie pokusili się jednak o analizę wideo, która wyjaśniła te sytuację – „Wronczes” skierował łyżwą krążek do bramki, przez co gol został anulowany.
Co się odwlecze, to jednak nie uciecze i tym samym w32. minucie Travis Verveda huknął z dystansu pod poprzeczkę i wyprowadził gości na prowadzenie. Pasyzdołały natomiast odpowiedzieć tuż przed syreną kończącą drugą tercję – szybka, dwójkowa kontra, podanie Damiana Kapicy i precyzyjne wykończenie Henry’ego Karjalainena dały wyrównanie do szatni.
W trzeciej odsłonie przewagę optyczną mieli goście, którzy notorycznie zagrażali krakowskiej bramce. Lipiäinen dwoił się i troił, broniąc m.in. uderzenia Pasiuta czy Jonasza Hofmana, a Krakowianie cierpliwie czekali na swoją szansę. Trafienia w tej tercji jednak nie oglądaliśmy, a więc przyszedł czas na dodatkową grę.
Dogrywka rozpoczęła się od czterominutowej kary dla Katowiczan i to był moment zwrotny. W 62. minucie Mäki przymierzył z lewego bulika, a krążek prześlizgnął się między parkanami Eliassona, kończąc to niezwykle intensywne widowisko. Cracovia wykorzystała przewagę 4 na 3 i postawiła kolejny krok w stronę półfinału.
Remis w ćwierćfinale. Wronka czarował. Kraków w końcu zdobyty!
Comarch Cracovia uległa na własnym lodowisku GKS-owi Katowice 1:4 w czwartym meczu ćwierćfinału play-off. Katowiczanie, po bardzo dojrzałej i skutecznej grze, przełamali krakowską twierdzę, wyrównując stan rywalizacji do czterech zwycięstw na 2-2. Niekwestionowanym bohaterem spotkania został Patryk Wronka, który maczał palce przy trzech z czterech trafień dla gości.
Początek spotkania opóźnił się nieznacznie z powodu problemów technicznych z jedną z bramek, ale gdy tylko krążek spadł na lód, do ataku ruszyli goście. Zaledwie w 83. sekundzie meczu Patryk Wronka udowodnił, dlaczego jest jednym z najbardziej nieszablonowych graczy ligi. Dynamicznym dryblingiem między dwoma obrońcami wypracował sobie pozycję i precyzyjnym strzałem w lewy dolny róg pokonał Santeriego Lipiainena.
Krakowianie po stracie bramki mieli ogromne problemy ze skonstruowaniem płynnych akcji, co potęgowały kary łapane już w pierwszych minutach (m.in. za nadmierną liczbę graczy na lodzie). GKS kontrolował przebieg gry, narzucając własne warunki w tercji neutralnej.
Druga odsłona przyniosła najwięcej emocji. W 29. minucie ponownie dał o sobie znać duet Wronka – Dupuy. Polski napastnik związał obronę, dograł na drugą flankę, a Jean Dupuy bezlitośnie wykończył akcję, podwyższając na 2:0.
Odpowiedź Cracovii była niemal natychmiastowa. Niespełna minutę później Alexis Toussaint po szybkiej akcji i celnym strzale z nadgarstka zdobył bramkę kontaktową – swojego pierwszego gola w barwach Pasów. Gdy wydawało się, że gospodarze wrócą do gry, GieKSa bezlitośnie wykorzystała przewagę fizyczną i taktyczną:
W 34. minucie Mateusz Michalski wygrał walkę na bandzie, a Juho Koivusaari obsłużył idealnym podaniem Mateusza Bepierszcza, który z bliska pokonał bramkarza. Gra w przewadze w 38. minucie sprawiła, że Bartosz Fraszko zagrał w tempo pod bramkę do wjeżdżającego Juho Koivusaariego, który ustalił, jak się później okazało, ostateczny wynik spotkania na 4:1.
Trzecia tercja to popis defensywy gości i frustracji gospodarzy. Cracovia miała swoje szanse, szczególnie w 52. minucie, gdy przez 31 sekund grała w podwójnej przewadze (5 na 3) po przewinieniu Travisa Vervedy, który uderzył w twarz Fabiana Kapicę. Podopieczni trenera Pasów nie potrafili jednak rozmontować defensywy katowiczan, a co więcej – omal nie stracili bramki po błędzie, kiedy to Bartosz Fraszko zmarnował sytuację sam na sam w osłabieniu.
Nerwowa atmosfera sięgnęła zenitu w 59. minucie. Olli Valtola podczas próby zasłaniania widoczności wpadł z impetem w Jespera Eliassona, trafiając szwedzkiego golkipera GKS-u łokciem w głowę. Bramkarz padł zamroczony na lód, a w jego obronie natychmiast stanął Zack Hoffman, co wywołało na lodzie spore zamieszanie i poskutkowało obustronnymi wykluczeniami.
Zapasy, wykluczenia, błędy przy zmianach! Katowice wychodzą na prowadzenie w serii
GKS Katowice pokonał u siebie Comarch Cracovię 3:0 w piątym meczu ćwierćfinału play-off. Katowiczanie, po bardzo dojrzałej i skutecznej grze wyszli na prowadzenie w serii 3:2. Mecz obfitował w błędy Cracovii przy zmianach, drużyna gości kilkukrotnie złapała nadmierną liczbę graczy na lodzie, co skutecznie wykorzystywali gospodarze, utrzymując przewagę i kontrolując grę przez większość spotkania. Wielką zasługę w zwycięstwie miał Eliasson, który zachował czyste konto i kilkukrotnie ratował swój zespół przed groźnymi sytuacjami.
Pierwsza tercja przebiegała pod wyraźne dyktando gospodarzy z Katowic, którzy od początku częściej utrzymywali się przy krążku i budowali kolejne akcje ofensywne. Cracovia miała tylko nieliczne ataki i rzadko potrafiła zagrozić bramce rywali. Pierwszy gol padł w 6. minucie, gdy Katowice zdobyły bramkę w osłabieniu, po szybkiej kontrze krążek trafił do Dupuy, który pewnym strzałem pokonał bramkarza. W kolejnych minutach gospodarze nadal przeważali, a ich przewaga została potwierdzona w 15. minucie podczas gry w przewadze. Wtedy Patryk Wronka dobrze rozegrał krążek, podał do Pasiuta, a ten podwyższył wynik. Po pierwszej tercji Katowice prowadziły 2:0.
Druga tercja rozpoczęła się od kilku groźnych akcji Cracovii, jednak dobrze w bramce Katowic spisywał się Eliasson. Z czasem gospodarze przejęli inicjatywę i coraz częściej zamykali rywali w ich tercji. Najlepszą okazję miał Dupuy, który trafił w słupek, a po stronie Cracovii bliski gola był Michalski, lecz przegrał pojedynek z bramkarzem. Goście mieli też problemy ze zmianami i dwukrotnie zostali ukarani za nadmierną ilość graczy na lodzie (w całym meczy ten błąd przydarzył się Cracovii trzy razy). Po drugiej tercji wynik nie uległ zmianie.
Trzecia tercja była bardzo nerwowa i obfitowała w kary. Cracovia próbowała wrócić do gry, jednak mimo kilku groźnych sytuacji m.in. po strzałach Jaśkiewicza czy Szkrabowa świetnie spisywał się bramkarz Katowic Eliasson, który kilkukrotnie ratował swój zespół.W 47. minucie doszło także do spięcia między zawodnikami, Runesson i Valtola stoczyli pojedynek zapaśniczy i zostali odesłani do szatni. W końcówce Cracovia zaryzykowała grę bez bramkarza, jednak nie przyniosło to efektu. Na minutę przed końcem krążek do pustej bramki skierował Lundegard, ustalając wynik spotkania. W samej końcówce Cracovia grała jeszcze w przewadze 5 na 3, ale do końca meczu pozostało już tylko kilka sekund.
Dzielna Cracovia rozbita! GieKSa melduje się w półfinale!
W rywalizacji pomiędzy drużynami Comarch Cracovii i GKS Katowice, wygrali goście aplikując krakowianom pięć bramek! Efektowne zwycięstwo sprawiło, że GKS Katowice dołączył do grona półfinalistów tegorocznej fazy play-off.
Spotkanie od samego początku nie toczyło się w imponującym tempie, jednak obie drużyny próbowały narzucić rywalom swój rytm gry. W 9. minucie Mateusz Bepierszcz wykorzystał dużo miejsca w obronie Cracovii i pewnym strzałem pokonał Santeriego Lipiainena. Goście kontrolowali wydarzenia na lodzie i pod koniec pierwszej odsłony dorzucili kolejną bramkę za sprawą Juho Koivusaariego, który najlepiej zachował się pod bramką Pasów pokonując Lipiainena.
Druga odsłona zaczęła się od naporów gospodarzy, którzy już w 25. minucie doprowadzili do zdobycia bramki kontaktowej. W dość niespodziewanej sytuacji znalazł się Jakub Michalski, który nie zastanawiając się pewnie pokonał interweniującego Eliassona. Katowiczanie szybko jednak odzyskali kontrolę nad meczem. W 29. minucie Zack Hoffman mocnym strzałem odzyskał dla gości dwubramkowe prowadzenie. Kilka minut później świetną akcję rozegrali Patryk Wronka i Grzegorz Pasiut, a kapitan GKS-u pewnym strzałem podwyższył wynik na 4:1. Do końca tercji goście stwarzali więcej okazji, ale świetnie bronił Lipiainen.
W trzeciej części meczu Katowice kontrolowały tempo gry i częściej zagrażały bramce gospodarzy. W 52. minucie Mateusz Michalski wykorzystał zamieszanie pod bramką Cracovii i zdobył kolejną bramkę dla GieKSy, choć chwilę później jedna z bramek została anulowana po analizie wideo. W 57. minucie formalności dopełnił Anderson. Po stracie krążka przez Seana Montgomery’ego krążek przejął napastnik GieKSyi skierował go do pustej bramki, rozstrzygając losy spotkania. W końcówce Ian McNulty miał jeszcze dobrą okazję, ale świetnie interweniował Lipiainen.
Katowice zakończyły zmagania w ćwierćfinale i pozostaje im czekaćna zwycięzcę rywalizacji KS Unia Oświęcim – KH Energa Toruń, z którym zmierzą się w półfinale.
Felietony Piłka nożna
Projekt GKS Katowice
Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.
Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.
Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.
Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.
Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.
Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.
Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.
Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.
Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.
Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.
Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.
W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.
Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.
Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.
Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.
Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.
A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.
GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.
Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.
Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.
Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.
Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.
W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.
Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.
Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.
Piłka nożna
Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy
Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.
Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.
Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.
Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.
Felietony Piłka nożna
Felieton o Zagłębiu Lubin
„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.
Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.
Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.
Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.
We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.
Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.
Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.
I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.
W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.
Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…
Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.
Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.
Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.
Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.
Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.
Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.


Najnowsze komentarze