Piłka nożna Prasówka
Media po meczu z Motorem: Taka GieKSa bez problemu dojedzie do pucharów!
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu GKS Katowice – Motor Lublin 3:2 (3:1).
dziennikwschodni.pl – Meczycho w Katowicach, GKS zatrzymał Motor
GKS Katowice to ostatnio gwarancja emocji i goli. Drużyna Rafała Góraka w dwóch poprzednich meczach remisowała 4:4 i 3:3. W piątkowy wieczór pokonała za to Motor Lublin 3:2. Przy okazji przerwała świetną passę żółto-biało-niebieskich, którzy przegrali po raz pierwszy od 15 lutego.
Już w dziewiątej minucie gospodarze wypracowali sobie pierwszą szansę na gola. Ilia Shkurin świetnie zgrał piłkę z „pierwszej”, a chociaż Eman Marković miał dalej do piłki, to prześcignął Herve Matthysa. Na koniec strzelił jednak tuż obok słupka.
W 14 minucie goście dostali drugie ostrzeżenie. Marković znalazł w polu karnym Shkurina, ten odegrał przed szesnastkę do Bartosza Nowaka, który w dobrej sytuacji fatalnie jednak spudłował.
Za chwilę „Gieksa” sunęła z kolejnym atakiem. Kapitalnie w środku pola zachował się Damian Rasak. Przyjęciem minął rywala i zagrał prostopadle do Shkurina. Wydawało się, że Brighe Ede wybije piłkę jednak skiksował. Próbował jeszcze naprawić swój błąd, naciskał napastnika i ten nie zdołał oddać strzału. Upadając na murawę, spadł jednak prosto na Ivana Brkicia, który doznał urazu żeber. Chorwat musiał opuścić murawę, a zastąpił go Gasper Tratnik.
Golkiper ze Słowenii nie zdążył jeszcze zaliczyć żadnej interwencji, a po rzucie rożnym musiał od razu sięgnąć do siatki. Centrę wybił Ede, ale wprost na nogę Markovicia, który huknął z woleja w gąszczu zawodników obu drużyn.
Mimo trudnej sytuacji Motor pokazał charakter i błyskawicznie wyrównał. Ivo Rodrigues przedarł się lewym skrzydłem, dograł do Bradly van Hoevena, a Holender wrzucił piłkę na głowę do Karola Czubaka, który wiedział co z nią z robić – posłać do siatki. Napastnik zaliczył szesnaste trafienie w sezonie, a spotkanie zaczynało się od początku.
Goście mieli swój moment i potrafili zdominować GKS. Celne strzały oddali: Filip Luberecki i Czubak. W 39 minucie zrobiło się jednak 2:1. Gospodarze wyprowadzili kontrę po… rzucie rożnym rywali.
W pierwszym tempie szybki atak udało się zatrzymać. „Gieksa” nadal miała jednak piłkę. Alan Czerwiński z prawej flanki dograł w piątkę, gdzie między obrońcami idealnie znalazł się Nowak, który huknął pod poprzeczkę.
Ten sam gracz za chwilę skiksował z ostrego kąta, a zmarnowana okazja mogła się zemścić. W 42 minucie po podaniu Rodriguesa sam na sam z Dawidem Kudłą był Czubak. Niestety, uderzył prosto w bramkarza.
W trzeciej dodatkowej minucie gry miejscowi zaliczyli trzecie trafienie. Akcję rozegrali od swojego bramkarza. Na koniec Marcin Wasielewski zagrał pod bramkę, a tam był Marković, który z bliska podwyższył na 3:1.
Lublinianie wyszli na drugą połowę z mocnym postanowieniem poprawy. I szybko złapali kontakt. Już w 49 minucie po wrzutce Lubereckiego ręką zagrał Lukas Klemenz. Wszyscy stanęli w oczekiwaniu na gwizdek, ale nie Bartosz Wolski, który uderzył do siatki z pola karnego.
Motor miał swój moment i w 54 minucie mógł wyrównać. Van Hoeven dograł do Jacquesa Ndiaye, ale „Jacek” uderzył za lekko i prosto w bramkarza.
W kolejnych minutach GKS opanował sytuację i zdecydowanie zdominował rywali. Było sporo sytuacji, aby zamknąć mecz, ale zostało 3:2. W końcówce żółto-biało-niebiescy nie byli w stanie na poważnie zagrozić bramce rywali i ostatecznie po siedmiu meczach bez porażki, nie dopisali do swojego konta ani jednego punktu.
kurierlubelski.pl – Motor przegrał, Brkić pojechał do szpitala, a Czubak dostał czerwoną kartkę
[…] W starciu dwóch rewelacji sezonu dużo lepszy początek zanotowali gospodarze. Najpierw pojedynek biegowy z Herve Matthysem wygrał Eman Markovic, ale z okolic linii pola karnego posłał piłkę obok słupka – pierwsze ostrzeżenie dla gości.
Drugim ostrzeżeniem było uderzenie Bartosza Nowaka z podobnej odległości, który przymierzył jednak zbyt wysoko. Trzeci raz Katowiczanie zagrozili bramce Ivana Brkicia, gdy błąd w przyjęciu piłki popełnił Bright Ede. Efekt? Ilya Skhuryn stanął oko w oko z golkiperem Motoru. Nie oddał jednak strzału, a pod presją Ede z impetem wpadł w Brkicia…
Chorwat długo leżał na boisku. Przerwa trwała osiem minut, po których został zniesiony na noszach i z urazem żeber odwieziony do szpitala.
[…] Grę z narożnika wznawiali piłkarze GieKSy, a dośrodkowanie głową wybijał ją Ede. Futbolówka spadła na nogę Markovicia, który efektownym wolejem z ok. piętnastego metra dał w 23. minucie swojej drużynie prowadzenie.
To mogło podłamać gości, ale tak się nie stało. Ci szybko wyprowadzili cios, po którym mieliśmy remis. Delikatną podcinką piłkę do Karola Czubaka wrzucił Bradly van Hoeven, a „Czubi” mocno zbił ją głową tak, że Damian Kudła nawet nie drgnął na linii.
Lublinianie przeszli do ofensywy. Uderzeń próbowali Filip Luberecki i Czubak, lecz bez konkretów. Te były po stronie rywali. Chwilę po szansie Motoru z bliska Tratnikowi nie dał szans Nowak, a tuż przez przerwą, także z bliska a 3:1 podwyższył Markovic.
– Szybko wyrównaliśmy, ale przegrywamy 1:3. Musimy coś zmienić. Mam sytuację, nie trafiam, fatalnie – mówił Czubak przed kamerami Canal+ Sport, wracając do sytuacji sam na sam z Kudłą, z 42. min. – Musimy się otrząsnąć, bo nie wyglądamy w tym meczu jakoś tragicznie. Tylko GieKSa co miała, to nam strzeliła – dodawał lider klasyfikacji strzelców Ekstraklasy (16 goli).
I Motor się otrząsnął. W 49. minucie świetnie zachował się Bartosz Wolski. Gdy jego koledzy protestowali, zgłaszając zagranie rękę we własnym polu karnym Lukasa Klemenza, ten po prostu skupił się na piłce i grał dalej. Huknął wolejem z ok. jedenastu, trafiając do siatki.
Żółto-biało-niebiescy mieli swoje okazje: między innymi bliski gola po strzale głową był Van Hoeven. Atakowali również Katowiczanie: strzał Arkadiusza Jędrycha z linii wybił Ivo Rodrigues. W innych dwóch przypadkach gości Motor ratował bramkarz – Tratnik.
Na przestrzeni całej drugiej połowy działo się dużo więcej, ale wynik zmianie nie uległ. Goście kończyli mecz w dziesiątkę, bo już w doliczonym czasie gry drugą żółtą, a w konsekwencji czerwoną kartkę, obejrzał Czubak.
weszlo.com – Taka GieKSa bez problemu dojedzie do pucharów!
GKS Katowice spędził zimę w strefie spadkowej. Ten sam GKS Katowice zrównuje się właśnie punktami z Jagielllonią i Górnikiem, pokonując inną wiosenną rewelację – Motor Lublin. Drużyna Góraka zmierza do europejskich pucharów. I nie widzimy żadnych przeciwskazań, by się w nich znalazła. Dobrze dla polskiej piłki, dobrze dla Europy i przede wszystkim sprawiedliwie.
Czy to była Ekstraklasa? Naprawdę spotkały się ze sobą dwie drużyny, które są w formie i tak po prostu rozegrały świetny do oglądania mecz? Żaden z dwóch trenerów nie chciał zamknąć spotkania i wejść w klincz, bo lepsze pewne 0:0 niż wysoki wynik, który może pójść w dwie strony?
To naprawdę niesłychane, ale jak widać można grać w tej lidze w piłkę. I jako Weszło po prostu dziękujemy za takie podejście, bo świetnie bawiliśmy się w to piątkowe popołudnie. Jeszcze czujemy w kościach trudy zeszłej kolejki Ekstraklasy i ogólnie całego sezonu, więc tym bardziej doceniamy, że na otwarcie obecnej serii gier otrzymaliśmy spotkanie, które zupełnie nie pasuje do typowych piątków o osiemnastej.
Po pierwszej połowie Motor schodził z boiska niezwykle poobijany. Mamy na myśli głównie metaforyczny wydźwięk tego słowa (w końcu otrzymał trzy gole w plecy), ale też dosłowny, bo stracił bramkarza (ten pojechał do szpitala z podejrzeniem złamania żeber). Sam przebieg meczu nie wyglądał aż tak jednostronnie, jak wskazywałby na to suchy wynik.
Motor popełniał jednak znacznie więcej błędów z tyłu – i właśnie w takim meczu, otwartym i szybkim, mocno wyszło to na wierzch. W tym aspekcie „królował” Bright Ede i jak tak dalej pójdzie, trudno będzie za niego skasować choćby sto tysięcy euro (a niedawno miał kosztować ponad dziesięć milionów). Młody obrońca wyglądał tak źle, że aż nie wyszedł na drugą połowę, na co wpływ miała też żółta kartka.
To Ede asystował przy otwierającym golu Markovicia. Wybił piłkę tak, że ta spadła akurat na nogę rywala, który niby nie miał dużo miejsca, a strzelił rewelacyjnie. Lublinianie szybko wyrównali, konkretnie zrobił to Czubak, który pokazał niezwykły kunszt – odkleił się od obrońców, wymusił zagranie na głowę i idealnie zmieścił piłkę będąc w sytuacji, w której połowa napastników w tej lidze nie oddałaby nawet celnego strzału.
W wywiadzie w przerwie Czubak nie podniecał się jednak tym wykończeniem i przede wszystkim był wkurzony na siebie, że w innej akcji, stojąc oko w oko z bramkarzem, dał się przeczytać.
Jeszcze bardziej wkurzony był w samej końcówce, gdy popełnił faul, za który wyleciał z boiska wskutek dwóch napomnień. Ewidentnie był to wyraz frustracji.
Wracając do chronologii, w pierwszej odsłonie trafiali za to katowiczanie. Obie akcje wyglądały w ostatniej fazie podobnie – po zagraniach z bocznej strefy okazywało się, że w szesnastce Motoru jest za dużo wolnej przestrzeni, z czego korzystali najpierw Nowak, a potem Marković. Swoją drogą, Norweg znowu kończy z doppelpackiem, a na przestrzeni ostatnich dziesięciu dni ma na koncie pięć bramek. Piłkarz, który był w cieniu, wreszcie eksplodował. GKS potrzebował kogoś takiego, kto odciążyłby w ofensywie Nowaka.
Po zmianie stron mecz nam lekko wyhamował, ale tempo nie spadło na tyle, byśmy mieli jakiekolwiek powody do narzekania. To nadal były kozackie zawody. Mimo że presja była na Motorze, znacznie więcej okazji na gola stworzyli sobie gospodarze, ale…
Szkurin zmarnował sam na sam (chciał przelobować Tratnika, ten świetnie zostawił rękę)
strzał Jędrycha wybito z linii bramkowej
Najemski dał sobie zabrać piłkę w szesnastce, ale Nowak nie skorzystał z prezentu
Zrelak próbował piętą, został zablokowany.
A propos Szkurina, do zmarnowanych sytuacji należy doliczyć jeszcze jedną z pierwszej połowy, gdy wychodząc sam na sam postanowił szukać rzutu karnego. Od kiedy napastnicy szukają jedenastek, a nie bramek? To był kompletny absurd, bo przecież Białorusin miał wystarczająco dużo miejsca, żeby kończyć akcję. Zamiast tego wdał się w drybling, licząc, że zostanie przewrócony, ale nie został, a później jeszcze spowodował kontuzję Brkicia.
Piłkarze GieKSy w rolę sędziów weszli też przy drugim golu lublinian. Klemenz zagrał ręką w szesnastce, więc wszyscy stanęli uznając, że sędzia i tak się nad nimi nie zlituje. Wszyscy poza Wolskim, który skorzystał z prezentu i strzelił obok wrytych w ziemię zawodników, wlepiając im karę za gapiostwo.
Motor zrobił jednak za mało, by pokonać dziś GieKSę, która nie kalkulowała nawet w końcówce i nie grała na wynik (w tym sensie, że nie cofnęła się, by bronić). Wręcz przeciwnie, atakowała do samego końca, skończyła z xG na poziomie 2,96 i dała nam dużo radości. Taką piłkę chcemy oglądać!
dziennikzachodni.pl – Pięć gorących wniosków po meczu GKS Katowice – Motor Lublin: Nikt nie gra tak efektownie jak GieKSa
[…] Piłkarze GKS Katowice odnieśli efektowne zwycięstwo pokonując na swoim stadionie Motor. Zawodnicy Rafała Góraka cały czas walczą o miejsce na podium PKO Ekstraklasy i zakwalifikowanie się do europejskich pucharów.
Zobacz pięć gorących wniosków po meczu GKS Katowice – Motor Lublin
GKS Katowice to w tej chwili najbardziej efektownie grająca polska drużyna. Na spotkaniach Katowiczan nie sposób się nudzić. Piłkarze trenera Góraka grają ofensywnie i strzelają dużo bramek, a po ich akcjach ręce same składają się do oklasków.
Świetna forma Emana Markovicia. Norweg w drugim meczu z rzędu zdobył dwa gole dla swojej drużyny. Po dublecie w spotkaniu z Lechem w Poznaniu teraz dwukrotnie pokonał bramkarza Motoru. Kolega Erlinga Haalanda wpisał się na listę strzelców także w pucharowej potyczce z Rakowem, więc w sumie w trzech ostatnich spotkaniach zdobył pięć bramek.
Bartosz Nowak ciągnie grę Katowiczan. „Nowy” nie otrzymał powołania do reprezentacji Polski na baraże o finały MŚ, ale wciąż prezentuje reprezentacyjną formę. W piątkowym meczu nie tylko strzelił gola, ale też obsługiwał kolegów z drużyny znakomitymi podaniami wypracowując im sytuacje strzeleckie.
Gra obronna Katowic wymaga poprawy. W tej beczce miodu musi się jednak znaleźć także łyżka dziegciu. Katowiczanie strzelają dużo bramek, ale też bardzo łatwo je tracą. W trzech ostatnich meczach dali sobie wbić aż dziewięć goli i to z pewnością jest coś nad czym muszą popracować.
Cała GieKSa razem. Piłkarzy w meczu z Motorem świetnie dopingowali kibice Katowiczan, ale do gorącej atmosfery na Nowej Bukowej w ciągu ostatniego roku już zdążyliśmy już przywyknąć. W przerwie spotkania na zielonej murawie pojawili się jednak także hokeiści klubu z Katowic prezentując puchar za wicemistrzostwo Polski i również zostali bardzo ciepło przyjęci przez fanów, którzy nagrodzili ich gromkimi brawami.
ekstraklasa.org – GKS Katowice 3:2 Motor Lublin – Doskonały początek
To była godna inauguracja 29. kolejki 2025/2026. W starciu GKS Katowice z Motorem Lublin padło 5 goli.
W 3 ostatnich meczach między tymi drużynami padło 17 goli. Nie możemy być rozczarowani początkiem kolejki w Katowicach, bo znów świetną formę zaprezentowali bohatowie 2026 roku. Bartosz Nowak zdobył swój 9. punkt w klasyfikacji kanadyjskiej w rundzie wiosennej, a Karol Czubak strzelił 16. gola w tym sezonie. Kolejny dublet natomiast ustrzelił Eman Marković.
sport.tvp.pl – GKS Katowice pokonał Motor Lublin i liczy się w walce o europejskie puchary
W meczu inaugurującym 29. kolejkę PKO BP Ekstraklasy piłkarze GKS-u Katowice pokonali na własnym stadionie Motor Lublin 3:2. Taki wynik sprawił, że drużyna Rafała Góraka pozostaje w walce o europejskie puchary. Na razie jest piąta.
[…] TAK PADŁY GOLE:
23′ (1:0) – gospodarze jako pierwsi zadali cios. Po dośrodkowaniu Bartosza Nowaka z rzutu rożnego futbolówka została wybita w okolice szesnastego metra, gdzie znajdował się pozostawiony bez opieki przez rywali Eman Marković. Norweg świetnie przymierzył bez przyjęcia i zapewnił swojej drużynie prowadzenie.
29′ (1:1) – przyjezdni dość szybko odpowiedzieli wyrównującym trafieniem. Bradly van Hoeven urwał się lewym skrzydłem i posłał precyzyjną centrę w kierunku Karola Czubaka, a ten strzałem głową przy bliższym słupku pokonał bezradnie interweniującego Dawida Kudłę.
39′ (2:1) – znakomity kontratak zespołu Rafała Góraka. W jego finałowej fazie Bartosz Nowak wykorzystał płaskie podanie z prawej flanki od Alana Czerwińskiego i płaskim uderzeniem z bliskiej odległości nie dał szans Gasperowi Tratnikowi, który chwilę wcześniej zastąpił między słupkami kontuzjowanego Ivana Brkicia.
45+3′ (3:1) – tuż przed przerwą miejscowi odskoczyli gościom na dwa gole. Znów w roli głównej wystąpił Eman Marković. 26-latek bardzo dobrze odnalazł się w polu bramkowym i po zagraniu Marcina Wasielewskiego skutecznym uderzeniem z czterech metrów skompletował dublet.
49′ (3:2) – podopieczni Mateusza Stolarskiego złapali kontakt. Filip Luberecki posłał wrzutkę z lewej strony boiska, piłka następnie trafiła w rękę Lukasa Klemenza, ale sędzia nakazał kontynuować grę. Do piłki błyskawicznie dopadł Bartosz Wolski, który mocnym strzałem skierował ją do siatki.
PODSUMOWANIE:
Dzięki wygranej GKS Katowice wykonał ważny krok w kierunku europejskich pucharów. Aktualnie plasuje się na piątej lokacie, mając tyle samo punktów na koncie, co trzecia Jagiellonia Białystok oraz czwarty Górnik Zabrze. Obie te ekipy rozegrały jednak jedno spotkanie mniej. Motor poniósł pierwszą porażkę w Ekstraklasie od 15 lutego (3:4 z Lechią Gdańsk). Na razie zajmuje ósmą pozycję w tabeli.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Felietony Piłka nożna
Post scriptum do meczu z Pogonią
Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.
1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.
2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊
3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.
4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.
5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.
6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.
7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.
8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.
9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.
10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.
11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.
12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.
13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.
14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.
15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.
16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.
17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.
18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.
19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.
20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.
21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.
22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.
23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.
24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.
25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.
26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.
27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.
28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.
29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.
30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.
31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.
32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.
33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.
34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.
35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊
36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.
37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.
38. GieKSa w Europie!







































Najnowsze komentarze