Felietony
[POMECZOWO] Przegląd kadr przy Bukowej
Meczu ze Stalą Mielec na pewno nie będziemy długo wspominać. Typowe spotkanie – zagrać, wygrać, zapomnieć. Katowiczanie akurat w tym konkretnym meczu nie pokazali nic, co mogłoby przestraszyć kolejnych rywali, ale szanujmy punkty i pamiętajmy, że wielokrotnie w poprzednich sezonach tego typu spotkania remisowaliśmy lub przegrywaliśmy.
Przed meczem podawaliśmy statystykę, wedle której średnia ilość punktów zdobywana przez nasz zespół nie wystarczyłaby do awansu w żadnym z poprzednich sezonów. Obecnie mając 19 punktów po 10 kolejkach, średnia wynosi 1,9 punktu na mecz, co dałoby nam na koniec ilość 64,6 oczek, a taki dorobek dawał co najmniej drugie miejsce w sześciu z poprzednich dziewięciu sezonów. Można więc powiedzieć, że grając poszczególne dziesiątki meczów i cztery ostatnie tak jak do tej pory – statystycznie mamy 66 procent szans na awans. To czysta matematyka, ale… kibice to lubią 😉
Dużo poważniejszą sprawą jest to, że notujemy najlepszy start w lidze od początku gry na zapleczu ekstraklasy, czyli od 9 lat. Dotychczas naszym najlepszym dorobkiem było 17 punktów trzy sezony temu. A potrafiliśmy w tej fazie sezonu mieć nawet 10 lub 8 oczek i pamiętamy, że już wtedy marzenia o awansie nam uciekały tak szybko, jak się pojawiły. Dodajmy, że w sezonie trzecioligowym po 10 kolejkach mieliśmy tylko 15 punktów! A ostatnią tak długą jak teraz serię meczów bez porażki – aż dziewięć – notowaliśmy za Kazimierza Moskala. UWAGA! Seria ta została przerwana w wyjazdowym spotkaniu z GKS Tychy! Ta historia nie może się powtórzyć.
Statystyki są po naszej stronie, GieKSa wygrała ze Stalą i tym samym zrównaliśmy się punktami z Chojniczanką, a do liderującego Zagłębia Sosnowiec tracimy już tylko dwa oczka. Sam mecz ze Stalą dał nam jednak sporo materiału do przemyśleń i mamy nadzieję, że takowy dał również trenerowi. Dalecy jesteśmy oczywiście od pesymizmu, bo w klubie i zespole dzieje się bardzo dobrze, ale spotkanie z przybyszami z Mielca nie mogło nam się podobać. No dobra, pierwsza połowa tak, było to widowisko na w miarę wysokim poziomie, ale po przerwie wyglądaliśmy kiepsko, nie potrafiliśmy stworzyć jednej sensownej akcji, kompletnie od gry odcięci byli Goncerz i Lebedyński, traciliśmy piłkę i popełnialiśmy proste błędy w podaniach i opanowaniu piłki. Fatalnie spisywał się Prokić, który nie zrobił krzywdy swoim byłym kolegom. Na domiar złego coraz częściej zaczęliśmy dopuszczać przeciwników pod własne pole karne i zachodzi obawa, że gdyby ten mecz potrwał jeszcze z 10 minut – doprowadziliby oni do wyrównania. Kubeł zimnej wody na rozpalone głowy kibiców. Miejmy nadzieję, że piłkarze chłodną głowę zachowują, a ta postawa po przerwie była tylko wypadkiem przy pracy.
Ta gra nie wzięła się jednak z niczego. Wszystko zaczęło się od żółtych kartek, które w Legnicy obejrzeli Zejdler i Czerwiński, dwie kluczowe postaci w naszym zespole. Za Zejdlera w środku pola pojawił się Duda i mimo że nie zagrał jakoś źle, to jednak do poziomu Łukasza sporo mu brakuje. To było widać, brakowało nam spokoju w środkowej strefie. Ale to jeszcze pół biedy. Gorzej, że trochę sami pozbawiliśmy się atutu, jakim była gra skrzydłami. O ile zastąpienie Alana Pielorzem było zrozumiałe (nie mamy innego nominalnego prawego obrońcy, więc musiał tam zagrać nasz etatowy ostatnio „zapchajdziura”), to posadzenie na ławce Mandrysza i gra Foszmańczykiem na skrzydle nie za bardzo nam przypadła do gustu. Po pierwsze tracimy Fosę ze środka, gdzie jednak wydaje się, że czuje się lepiej. Po drugie zawodnik ten nie ma takiej szybkości i błysku, żeby rozpędzić się bocznym korytarzem. W związku z tym mieliśmy na bokach boiska – ultradefensywnego Pielorza (który nie jest stworzony do szybkiej gry skrzydłami), właśnie Fosę, a po drugiej stronie Abramowicza, który ma problem z celnym dośrodkowaniem oraz wybitnie nie w formie niedzielnego wieczoru Andreję Prokića. Trener pozbawił nas możliwości szybkich ataków skrzydłami, ale – o zgrozo – trwało to prawie przez cały mecz. Naprawdę przecieraliśmy oczy ze zdumienia patrząc, że na boisko wchodzi Wołkowicz, a potem Bębenek, a Mandrysz cały czas się rozgrzewa. Oczywiście Paweł jeszcze nam nie błysnął w tym sezonie, a gdy wszedł na ostatni kwadrans, również niewiele pokazał – ale trzeba było mu dać szansę może od 60. minuty, bo było widać, że ta gra nam wybitnie nie idzie. Naprawdę trzeba było być niepoprawnym optymistą, żeby liczyć na to, iż Wołek czy Bębenek odmienią nam losy meczu. Jeszcze wątpliwe jest ustawienie Wołka w środku boiska – tu też się dziwiliśmy, bo byliśmy przekonani, że Krzysztof pójdzie na skrzydło, a do środka powędruje Foszmańczyk. Całość wygląda tak, jakby szkoleniowiec miał plan taktyczny – Panowie, wszystko, tylko nie gra skrzydłami. Nie możecie atakować bokiem, to jest zabronione…
Być może trener chciał zrobić przegląd kadr w spotkaniu ze słabszym rywalem. Znów zagrał więc bramkarz Abramowicz (to akurat wskutek kontuzji Nowaka) i spisał się bardzo dobrze. Prażnovskyego zastąpił Garbacik i również nie mamy zastrzeżeń. O Dudzie pisaliśmy – było OK, ale na pewno nie wygryzie Zejdlera. Wołkowicz i Bębenek natomiast pokazali, że na ten moment są po prostu za słabi na pierwszą jedenastkę czy nawet osiemnastkę. Mecz z ich udziałem przypominał tę 9-letnią gehennę z poprzednich sezonów. Wołek jeszcze coś tam się starał i mu nie wychodziło, Maciej natomiast po wejściu prawie znokautował rywala, dostał żółtą kartkę i tyle go widzieliśmy. Ludzie – przecież im szansa na pokazanie się spadła jak gwiazdka z nieba, a Maciej sobie przechodził pół godziny, natomiast Wołek miał problem z zaliczeniem udanego zagrania. Tak – jeśli szkoleniowiec zrobił wspomniany przegląd kadr, to chyba uzyskał kilka odpowiedzi.
W ogóle całe to zestawienie pierwszej jedenastki plus zmiany było mocno eksperymentalne i należy cieszyć się, że mimo wszystko nasz zespół odniósł zwycięstwo. Dobrze, że snajper Gonzo przypomniał sobie jak się strzela braki i zapewnia nam punkty. Natomiast taki skład osobowy nie ma racji bytu. I dzięki Bogu za tydzień wrócą do jedenastki Zejdler i Czerwiński i będziemy mogli cieszyć się z dobrej gry, szybkich akcji skrzydłami i generalnie gry z polotem, jak choćby w drugiej połowie meczu z Miedzią.
W żadnym wypadku nie chcemy wyjść na malkontentów, staramy się rzeczowo oceniać nasz zespół i doceniamy walkę o wygraną – walkę zakończoną sukcesem. Nie ma piłkarzy, trenerów i całych zespołów, które są bezbłędne, zawsze grają idealnie i nie ma o co się przyczepić. Zdajemy sobie sprawę z tego, że słabsze mecze czasem po prostu się zdarzają, a tym lepiej, jeśli się je wygrywa. Dlatego napisaliśmy, co myśleliśmy, nadal mamy wielką wiarę i optymizm przed kolejnymi meczami. Wszystko zmierza w dobrym kierunku i jeśli ten mecz pomoże nam w eliminacji błędów i jeszcze poprawie poziomu – to świetnie, że się wydarzył. Dużo chyba racji ma trener Brzęczek mówiąc, że to są najlepsze zwycięstwa.
I niech tak będzie, kibice szczęśliwi, materiał do przemyśleń jest, seria bez porażki utrzymana, wysokie miejsce w tabeli. Teraz nic tylko czekać na derby z Tychami. To będzie mecz!
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Scifo
26 września 2016 at 22:59
Co do oceny piłkarzy: Prokic nie zagrał aż tak słabo, jak piszesz. Dziurę jak Berlin mieliśmy w środku pola. Dla Dudy nie ma miejsca w 1 składie, gość nie potrafi celnie podać piłki, robi proste straty, jak by grał pierwszy raz z zespołem. Brakowało Zejdlera, to najbardziej wartościowy piłkarz jaki do nas przyszedł. Foszmańczyk już grywał na skrzydle, ale rzeczywiście przesuwanie go na bok, kiedy nie ma kto rozegrać w środku, to trochę dziwna decyzja. Dla Bębenka i Wołkowicza GKS, to za wysokie progi, nie ma co komentować, bo nie wnieśli niczego. Zwracam uwagę na grę obronną w drugiej połowie. Stal wykonuje rzut rożny a cała nasza drużyna stoi w 16-tce i po odzyskaniu piłki nie ma do kogo podać. Jak na grę z outsiderem, to trochę dziwne. Nie wiem, czy Brzęczek nie ma instynktu zabójcy, może żal mu sympatycznej Stali, ale trzeba dożynać krwawiącego przeciwnika, bo inaczej potrzebne punkty odjadą.
Zakładam, że trener eksperymentuje, ze słabszym przeciwnikiem, tylko trochę szkoda, że dla kibiców i budowania frekwencji, drużyna nie walczy o kolejne bramki. Znamienne było jak w drugiej połowie, kiedy zdarzył się mały zryw do przodu, Gonzo spowalniał gościa z wykonaniem autu…
Dawid
27 września 2016 at 08:33
Mnie osobiście bardzo podobał się Abramowicz w bramce. Szczerze mówiąc w trzech meczach tego sezonu w których grał nie popełnił żadnego błędu. Chłopak broni bardzo pewnie a w ostatnich minutach meczu uratował nas od kompromitującego remisu. Garbacik na środku obrony też bardzo pewny. Nie bawił się z piłką jak Praznovsky tylko czyścił aż miło. Jak będzie dalej tak grał Oli może na dłużej zaprzyjaźnić się z ławką. Foszmańczyk jest bardzo dobrym grajkiem ale musi grać w środku bo na skrzydle po prostu brakuje mu szybkości i kondycji. Prokić jak by nie grał i tak jest lepszy od Bębenka i Wołkowicza, którzy nadają się do rezerw a zimą niech szukają sobie klubu typu Polonia Bytom albo ROW Rybnik. I tu kwestia o której pisałem już kilka tygodni temu-wąska kadra. Kto ma wejść za słabszego w meczu Prokicia, Mandrysza albo zmęczonego Fosę? Kto ma zagrać jak ktoś z pomocników pauzuje za kartki? Jeśli nie Bębenek i Wołkowicz to trzeba zerknąć do rezerw. I tu przykra niespodzianka brak jakichkolwiek talentów. Oglądałem ostatni mecz z Radzionkowem i wyglądało to dramatycznie. Oprócz Zejdlera i Czerwińskiego nikt nie potrafił prosto kopnąć piłki. Bardzo słabo wyglądali mający już kontakt z I składem Szołtys i Stanik. Bez wartościowych zmienników i szerszej kadry nie będziemy walczyć o awans. Sami widzieliśmy spadek jakości gry bez Zejdlera i Czerwińskiego. Wisła Płock i Arka Gdynia w zeszłym sezonie miały kadry po 20 równorzędnych zawodników a u nas jak ktoś wypada to od razu jest problem.
wlodek
27 września 2016 at 11:20
Dawid zgadzam się z tobą brakowało tylko 2 zawodników z podstawy a jak braknie 4 to będzie tragedia .Zima tuż tuż okienko transferowe się otworzy a jest paru zawodników klasowych i napewno znajdą się chętni ich zatrudnić .Pytanie na dziś kto za nich jak nie ma rezerw?WwW
kibic bce
27 września 2016 at 16:52
Brawo koledzy. Narescie kto ze zdrowym rozsadkiem podchodzi do 2 iego skladu Gieksy.
Dobrze ze zaczyna sie rozmowa o tym. Pisalem juz predzej o tym. To byly odpowiedzi ze sie czepiam i ze jestem malkontentem.
Czas aby wlodarze klubu tez sie tym zainteresowali. Musimy miec wartosciowych zmiennikow. Tam tez musi byc walka w kazdym meczu!!!
Moze trener powinnien tez prowadzic jakies treningi z drugim sklade. I wyluskiwac tych co sa najblizej 1wszego skladu.
Dziekuje.
KruchY
28 września 2016 at 15:22
Co by tu nie pisać, prochu nie wymyślimy.Mija rok Brzeczka na B1 tylko Bóg wie gdzie będziemy za rok o tej samej porze.