Dołącz do nas

Piłka nożna

Sprintem przez rundę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Za nami aż 20 jesiennych meczów. GKS Katowice rozegrał w tym sezonie 17 spotkań rundy jesiennej, 2 mecze awansem z rundy wiosennej i w nieco „zamierzchłej przeszłości” była jeszcze potyczka w Pucharze Polski. Teraz piłkarze powoli szykują się do odpoczynku, na pewno ten odpoczynek mają kibice. Sztab szkoleniowy natomiast poszukuje i miejmy nadzieję, że te poszukiwania będą owocne. Przyjrzyjmy się, jak wyglądała  jesień 2016 w pigułce w wykonaniu GieKSy.

Falstart w Radomiu
GKS Katowice startował do nowego sezonu meczem w Pucharze Polski z Radomiakiem.  To był mecz w którym po pierwsze musieliśmy sobie radzić bez pauzujących za kartki Alana Czerwińskiego czy Grzegorza Goncerza, po drugie – startowaliśmy z wieloma nowymi zawodnikami – aż sześcioma w pierwszej jedenastce. Nie wypaliło – GKS zagrał bardzo słaby mecz i po szybkiej bramce z karnego już się nie pozbierał. Puchar Polski przeszedł do historii szybciej niż się nam pojawił.

Falstart na Bukowej
O ile jednak porażkę pucharową mogliśmy przełknąć, tak przegrana na początek z Wigrami Suwałki była już bardzo przykrą sprawą. Poważny błąd w obronie doprowadził do utraty bramki, a fakt, że nie potrafiliśmy w stanie gola zdobyć spowodował utratę kompletu punktów. Marnym pocieszeniem było to, że Wigry okazały się rewelacją rozgrywek, bo po kilku kolejkach… nie potrafili wygrać przez dziesięć kolejnych spotkań.

Najważniejsze zwycięstwo?
Może to brzmi przewrotnie, ale wygrana w Głogowie w drugiej kolejce była być może najważniejszym triumfem w całym sezonie – zarówno pod kątem czysto piłkarskim, jak i mentalnym. Umówmy się – GKS nie był w najwyższej formie i straty punktów w pierwszych dwóch kolejkach mogłyby być brzemienne w skutkach. Pamiętajmy, że na obecny dorobek punktowy składa się także zwycięstwo w tamtym trudnym momencie. Po drugie – nastroje kibiców – w przypadku drugiej porażki w lidze (plus puchar) – mogłoby się zrobić nerwowo już na starcie. Nowi – Abramowicz i Zejdler – załatwili sprawę, strzelając bramki.

Obraz poprzednich sezonów
Mecz z Chojniczanką był dość toporny – choć GKS zdobył szybko bramkę, równie szybko ją stracił. Nie było widać jednak wielkiej jakości, gra GKS przypominała bicie głową w mur z poprzednich sezonów. Oczywiście patrząc na wyczyny Chojniczanki z całego sezonu wynik z perspektywy czasu należy uznać za przyzwoity, wówczas jednak nie mogliśmy być specjalnie zadowoleni. Postawa naszych zawodników nie wyglądała specjalnie optymistycznie.

Przełom w Olsztynie
To właśnie po meczu ze Stomilem złapaliśmy optymizm i to przez duże O. GKS szybko stracił bramkę, ale potem zaczął dominować i tak naprawdę stłamsił Stomil. Gol padł co prawda w kuriozalnych okolicznościach, ale katowiczanie często przedostawali się pod bramkę rywala, a gdyby nie pech, to w 90. minucie Mateusz Kamiński zdobyłby zwycięską bramkę. Ten mecz pokazał coś bardzo pozytywnego w naszym zespole.

Pechowo-szczęśliwie z Sosnowcem
Mecz z Zagłębiem Sosnowiec był jednym z najważniejszych – wiadomo było, że obie ekipy mogą bić się o awans. GKS zagrał dobry mecz, stworzył sobie sporo sytuacji, ale zawodziła skuteczność, ostatnie podanie, wykończenie. Nasz zespół był lepszy od Zagłębia Jacka Magiery i powinniśmy byli to spotkanie wygrać. Kilka minut przed końcem to goście mieli jednak rzut karny, ale Sebastian Dudek strzelił nad bramką. Ostatecznie jednak trzeba było ten punkt cenić.

50. gol Goncerza
Mecz ze Zniczem nie był wybitny, ale ostatecznie okazał się jednym z najspokojniejszych w tym sezonie. Do przerwy prowadziliśmy 2:0 po golach Grzegorza Goncerza i Tomasza Foszmańczyka. Dla Gonza to był jubileuszowy gol, po którym wręczyliśmy zawodnikowi pamiątkową antyramę. Katowiczanie zgarnęli trzy punkty i w dobrych nastrojach mogliśmy udać się do Bielska.

Ekstraklasa na boisku i trybunach
Kapitalnym – najlepszym w tym sezonie meczu z Podbeskidziem – GKS dał całej Polsce sygnał, że w tym sezonie walczymy o ekstraklasę. Nasz zespół zagrał (zwłaszcza w drugiej połowie) dojrzale i efektownie,a gdyby lepsza skuteczność – można by było wygrać znacznie wyżej. Świetnie pokazali się kibice i to była prawdziwa piłkarsko-kibicowska jedność. Poziom ekstraklasowy!

Horror z happy endem
Wszyscy z niecierpliwością oczekiwaliśmy kolejnego spotkania – z Wisłą Puławy. Tymczasem goście podeszli do tego meczu bez kompleksów i nie dość, że szybko zdobyli bramkę, to jeszcze raz po raz bardzo groźnie kontrowali i naprawdę robiło się gorąco. Dodatkowo w ofensywie nie istnieliśmy i nie wyglądało to dobrze. Na szczęście zryw katowiczan, fantastyczna moment Grzegorza Goncerza doprowadził do dwóch bramek w ciągu trzech minut i katowiczanie wygrali to spotkanie. I mimo uderzenia rywala w doliczonym czasie w poprzeczkę – mogliśmy na koniec zrobić – uff…

Charakter katowiczan i pech
W meczu w Legnicy mieliśmy odwrotną sytuację, co z Zagłębiem. GKS przegrywał już 0:2 i na dobrą sprawę w większości poprzednich sezonów w takich sytuacjach było już pozamiatane. Z Miedzią katowiczanie się nie załamali tylko po prostu szybko odrobili straty, a potem do końca meczu mieli jeszcze wiele sytuacji na wyjście na prowadzenie. Można było ten mecz przegrać ze względu na dwubramkowy debet. Ale tym razem to nam na sam koniec nie sprzyjało szczęście – w samej końcówce bowiem Grzegorz Goncerz nie wykorzystał rzutu karnego. Niedosyt po tym pojedynku pozostał wielki.

Szybki strzał i na tym koniec
W meczu ze Stalą Mielec szybko, bo już w 3. minucie GKS objął prowadzenie. To jednak nie był dobry mecz, zwłaszcza w drugiej połowie. Goście – okupujący przecież dolne rejony tabeli – grali bez kompleksów i wcale to zwycięstwo katowiczan nie było pewne. To był jeden z meczów na styku w tej rundzie, ale na szczęście po końcowym gwizdku mogliśmy się cieszyć.

Perfekcja Radzewicza
Mecz derbowy z Tychami był słaby z obu stron. Taka raczej drugoligowa kopanina, bez wielu sytuacji, sporo walki i chaosu na boisku. Niestety w meczu dwóch słabych drużyn lepsza o tę jedną bramkę okazała się ekipa GKS Tychy, która zdobyła gola po perfekcyjnym, ale bardzo szczęśliwym strzale Marcina Radzewicza. Szkoda było utraty punktów, ale pocieszeniem było to, że przeciwnicy – również je tracili.

Wytrzymali ciśnienie
Na Bukową przyjechała mocna w tym sezonie Pogoń Siedlce. Rywal pokazał sporą jakość piłkarską, ale dobrze grający defensywnie katowiczanie nie dali się zaskoczyć. W końcu jedna szybka akcja w drugiej połowie, mądre zachowanie Mikołaja Lebedyńskiego i wykończenie Pawła Mandrysza dały bardzo ważne trzy punkty naszemu zespołowi.

Grande Mateusz
Mecz z Sandecją był jednym z najtrudniejszych i najbardziej szczęśliwych. Niestety najpierw Gonzo znów nie wykorzystał karnego i przypomniał się przegrany 0:4 mecz z poprzedniego sezonu. Tym razem jednak wyszliśmy na prowadzenie po dalekim wrzucie Dawida Abramowicza i samobójczej bramce gospodarzy. Potem Sandecja cisnęła i raz po raz miała sytuacje bramkowe, ale fenomenalne interwencje zaliczał Mateusz Abramowicz. To dzięki golkiperowi GieKSa zgarnęła cenne zwycięstwo.

Śląski Klasyk – bardziej na trybunach
Mecz z Górnikiem był kolejnym z gatunku bardzo trudnych. To piłkarze z Zabrza byli lepsi w pierwszej fazie meczu i szybko objęli prowadzenie. Wielkim szczęściem było to, że udało się szybko wyrównać, bo równie dobrze mogło być 0:2. GieKSie zabrakło nieco jakości, ale w końcówce mogliśmy wygrać – Tomasz Foszmańczyk nie wykorzystał bardzo dobrej sytuacji. Cenny punkt – jak mawiają trenerzy. I skoro meczu nie da się wygrać, trzeba go było zremisować.

Pełna dominacja w Kluczborku
W starciu z outsiderem GKS był zespołem zdecydowanie lepszym i wygrana nie podlegała dyskusji. Nasz zespół zagrał spokojnie, pewnie i strzelił dwie bramki, choć ta Łukasz Zejdlera była dość kuriozalna. Katowiczanie pokazali jak należy grać z zespołem słabszym, co nie było regułą w poprzednich sezonach. Pewne trzy punkty.

Mamy lidera
O ile po meczu w Nowym Sączu GKS „na chwilę” wdrapał się na szczyt tabeli, to po meczu z Olimpią i całej kolejce nasz zespół był samodzielnym liderem. Spotkanie z Olimpią było trudne i jednobramkowe, ale udało się dociągnąć jakże cenną wygraną do końca. Swojego gola zdobył Dawid Abramowicz po błędzie bramkarza, który „zawoźniakował”. Mamy lidera!

Arktyczne warunki i wynik
W Bytowie GKS został zaskoczony szybkimi atakami Bytovii od początku spotkania. Szybko straciliśmy gola, ale potem po stałych fragmentach stworzyliśmy sobie całe multum sytuacji. Pech – to najlepiej obrazowało fakt, że nie zdobyliśmy bramki. W drugiej połowie umiejętności zostały niestety w szatni i nie mieliśmy atutów. GKS przegrał swoje trzecie spotkanie i nie został mistrzem jesieni.

Dziurawy skład i defensywa
W wyjazdowej potyczce z Wigrami GKS grał osłabiony brakiem Bartłomieja Kalinkowskiego. Ze składu wypadli młodzieżowcy – Damian Garbacik i Paweł Mandrysz. Trener kombinował, kombinował i… przekombinował. O ile kilka zmian było uzasadnionych, to niestety wystawienie np. Łukasza Pielorza na prawej obronie okazało się niewypałem. GKS tracił kuriozalne bramki po kuriozalnych błędach w środku boiska. Zawodnicy byli pogubieni i to był najgorszy defensywnie mecz GieKSy na jesieni, a może i w całym roku 2016.

Grande, grande, grande!
O ile mecz z Sandecją Abramowicz wybraniał nam przy stanie 1:0, to z Chrobrym bronił setki przy stanie 0:0. Gdyby nie Mateusz to tego meczu byśmy nie wygrali, to co wyprawiał w bramce było fantastyczne. A pozostałe aspekty tego meczu? Walczyliśmy i w końcu wpadło. Ale najważniejszy był charakter po utracie gola – kapitalne parcie do przodu i efektem drugi gol. Rok zakończyliśmy zwycięstwem!

GieKSa miała bardzo udaną jesień, ale wiele meczów było stykowych. Większość z nich udało się jednak wygrać – dzięki żelaznej defensywie, super bramkarzowi czy szczęściu. To była bardzo fajna dla kibiców runda – wiele radości, euforii po końcowych gwizdkach. Oby to samo w rundzie wiosennej – najlepiej z wyższymi i pewniejszymi zwycięstwami!

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Irishman

    6 grudnia 2016 at 11:42

    Ta runda pokazała, jak bardzo złudne były nasze nadzieje na awans w poprzednich sezonach gdy graliśmy drużyną, która… chyba przyzwyczaiła się do walki o miejsce w środku stawki.
    Im odważniej trener zaczął stawiać na nowych zawodników tym gra była lepsza, a za tym przyszły w końcu i wyniki. Kluczowe było tu oczywiście uporządkowanie naszej gry w środku, przed naszym polem karnym, co było naszą piętą achillesową od początku naszych występów w I lidze.

    Z drugiej strony, nawet czytając tylko to podsumowanie trzeba zauważyć, że nie wszystko jeszcze funkcjonuje jak powinno – na miarę faworyta do awansu. To miejsce w tabeli jest PIĘKNE i oczywiście wspaniale wypracowane przez drużynę ale też w jakiejś mierze „podarowane” przez rywali, którzy solidarnie tracili punkty.
    Na wiosnę już tak łatwo nie będzie, więc jeśli nie znajdziemy się w gronie drużyn, które od początku będą regularnie punktować, to ewentualne straty mogą szybko stać się nie do odrobienia.

    Podsumowując jest wspaniale ale niech to będzie tylko zachęta do tego, aby zrobić wszystko, żeby było jeszcze lepiej.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga