Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska krótka przesunięta – znów słaba postawa GieKSy w meczu ligowym

Avatar photo

Opublikowany

dnia

STATYSTYKI MECZOWE GKS-u

Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z Jastrzębskim trwał 92 minuty, z czego I set 22 min. – II set 28 min. – III set 22 min. – IV set 20 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 21

Ilość zdobytych punktów – GKS 55: Kapelus 13, Sobański 10, Butryn 9, Van Walle 8, Krulicki 7, Kalembka 4, Falaschi 1, Błoński 1, Pietraszko 1, Fijałek 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 14: Kapelus 3, Sobański 3, Krulicki 2, Butryn 2, Van Walle 2, Kalembka 1, Pietraszko 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 7: Kapelus 9, Krulicki 4, Falaschi 1, Mariański -1, Kalembka -2, Fijałek -2, Stańczak -2.

Ilość zagrywek – GKS 77: Krulicki 17, Sobański 13, Kapelus 10, Kalembka 8, Fijałek 7, Van Walle 7, Butryn 6, Falaschi 4, Pietraszko 4, Błoński 1.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 20: Van Walle 5, Kalembka 4, Fijałek 3, Sobański 3, Butryn 2, Krulicki 1, Błoński 1, Pietraszko 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 5: Krulicki 1, Kapelus 1, Van Walle 1, Pietraszko 1, Sobański 1.

Ilość przyjęć – GKS 85: Sobański 47, Kapelus 15, Mariański 11, Stańczak 7, Błoński 2, Butryn 1, Falaschi 1, Kalembka 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 6: Sobański 3, Stańczak 2, Mariański 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 42%: Kalembka 100%, Kapelus 47%, Sobański 47%, Mariański 45%, Stańczak 14%, Błoński 0%, Butryn 0%, Falaschi 0%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 12%: Mariański 18%, Stańczak 0%, Sobański 13%, Kapelus 13%, Błoński 0%, Butryn 0%, Falaschi 0%, Kalembka 0%.

Ilość ataków – GKS 101: Kapelus 24, Sobański 22, Butryn 19, Van Walle 17, Krulicki 9, Kalembka 8, Błoński 1, Fijałek 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 9: Sobański 3, Kapelus 2, Krulicki 1, Butryn 1, Kalembka 1, Van Walle 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 13: Butryn 6, Kapelus 2, Van Walle 2, Krulicki 1, Sobański 1, Kalembka 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 38: Kapelus 11, Sobański 7, Butryn 6, Van Walle 6, Krulicki 4, Kalembka 3, Błoński 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 38%: Błoński 100%, Kapelus 46%, Krulicki 44%, Kalembka 38%, Van Walle 35%, Butryn 32%, Sobański 32%, Fijałek 0%.

Ilość bloków punktowych – GKS 12: Butryn 3, Krulicki 2, Sobański 2, Falaschi 1, Kapelus 1, Kalembka 1, Fijałek 1, Van Walle 1.

 

Widać bardzo wyraźnie, że trudy sezonu dają się już we znaki siatkarzom GieKSy. Drugi z kolei przeciętny występ, trzecia z rzędu porażka, a tu trzeba jeszcze rozegrać jedno spotkanie u siebie z Politechniką. Oj przyda się ta świąteczna, króciutka przerwa, na reset psychiczny, zaleczenie ran, oj przyda. Potem, jeszcze przed sylwestrem rozpocznie się runda rewanżowa, czyli kolejnych, trudnych trzech miesięcy rywalizacji na parkietach PlusLigowych.

Pierwszy set meczu w Jastrzębiu był wyrównany tylko do stanu po 12. Potem gospodarze robili co chcieli na boisku i nasi siatkarze zdobyli do końca seta już tylko 3 oczka. Skuteczność obu ekip nie była jakaś rewelacyjna, ale i tak lepszą zaprezentowali jastrzębianie – 35% d0 25% – a punktowo wyszło 11:6. Blok punktowy lepszy w GKS-ie – 2:5, ale za to rozstrzelali nas zagrywką notując aż 5 asów (w tym 3 Oliva), przy żadnym GieKSy. Błędy własne na korzyść Jastrzębskiego 4:7. Przyjęcie też obie drużyny miały nie najlepsze, ale nasze… jeszcze gorsze – dokładne na poziomie 36% do 39%, a perfekcyjne na poziomie 27% do 9%, Butryn oraz Sobański próbowali trzymać nasz atak, ale na osiem prób, skutecznie zakończyli zaledwie po dwie (czyli marne 25%). U gospodarzy wyróżniali się Strzeżek i Oliva, którzy łącznie zdobyli 13 punktów.

W drugiej partii gospodarze od początku uzyskali trzy lub czteropunktową przewagę, którą siatkarze GKS-u, raz z lepszym skutkiem, a raz z gorszym, starali się niwelować. I taka sytuacja miała miejsce prawie do końca, prawie… ponieważ przy wyniku 24:23, wszedł na zagrywkę Pietraszko i mówiąc kolokwialnie, uratował dupę swoim kolegom z drużyny, serwując trzy razy na tyle dobrze, że gospodarze nie zdobyli już żadnego punktu, co dało GKS-owi wygranie tego seta. W ataku poprawiły się obie drużyny i to znacznie – 56% do 44% – a punktowo 15:14. Blok też minimalnie dla jastrzębian 4:3, ale tym razem to GKS miał moc na zagrywce serwując 4 asy, przy ani jednym gospodarzy. Błędy własne na remis po 5. Przyjęcie ciutkę lepsze po stronie GieKSy – dokładne na poziomie 39% do 41%, a perfekcyjne na poziomie 13% do 14%, Najwięcej punktów dla GKS-u zdobył Kapelus, bo 6, dobrze zagrali też środkowi zdobywając razem 7 punktów. Zaciął się Butryn w ataku – na 6 akcji skończył zaledwie 1 (17%), zastąpił go Van Walle, ale jakoś znacznie jakości ataku nie podniósł – na 5 ataków skończył tylko 2 (40%). Dla Jastrzębskiego zdobywanie punktów rozłożyło się na całą drużynę.

Trzeci set wyrównany był tylko w początkowej jego fazie (do wyniku 6:6). Później gospodarze szybko odskoczyli z wynikiem i nie pozwolili już na wiele naszym siatkarzom, spokojnie dociągając wynik do zwycięskiego końca. W ataku rysowała się coraz większa różnica – 63% do 39% – w punktach 12:9. Punktowych bloków oraz asów w tej partii były tylko śladowe ilości, nie mogące robić żadnej różnicy. Za to błędów własnych zdecydowanie za dużo na koncie GKS-u – 7:11 – z tego aż 8 z zepsutej zagrywki. Przyjęcie mieliśmy procentowo lepsze, ale trzeba brać pod uwagę, że nie dawaliśmy zbyt dużo szans na wykazanie się gospodarzom w tym elemencie – dokładne na poziomie 8% do 45%, a perfekcyjne na poziomie 0% do 5%, Ciężko kogokolwiek wyróżnić za grę w ataku, zaledwie trzy punkty Kapelusa oraz dwa Van Walle, no to co tu komentować?

Ostatnia partia tego meczu miała taki sam przebieg jak poprzednia, z tym że traciliśmy dystans punktowy do przeciwnika jeszcze szybciej. Szesnaście punktów w secie to slaby wynik i tyle. Skuteczność w ataku na poziomie – 59% do 41% – punktowo wyszło 13:9. Blok lepszy dla gospodarzy – 6:2, asów nie było wcale. Błędy własne 5:6 na korzyść jastrzębian, ale to skutecznością własnych akcji przegraliśmy tego seta. W tym elemencie 19:11 dla Jastrzębskiego, to mówi wszystko. Przyjęcie? równe, ale nie miało już takiego znaczenia dla wyniku – dokładne na poziomie 45% do 45%, a perfekcyjne na poziomie 27% do 20%, Karol Butryn wchodząc w trakcie gry za Van Walle próbował jeszcze coś tam ratować – na 5 ataków skończył 3 (60%), ale to był już tylko łabędzi śpiew.

Łącznie w całym spotkaniu różnica skuteczności w ataku była już spora – 52% do 38% – a w punktach zdobytych 51:38. Punktowy blok i asy z zagrywki prawie na remis – 13:12 oraz 6:5. Błędy własne na korzyść gospodarzy – 21 do 29. O wiele za dużo w GKS-ie, w tym aż 20 zepsutych zagrywek! Przyjęcie na prawie równym poziomie, ale nie było decydującym czynnikiem tego spotkania – dokładne na poziomie 33% do 42%, a perfekcyjne na poziomie 16% do 12%, Prócz błędów różnicę zrobiła skuteczność własnych akcji – w punktach zliczono 70:55 – to zbyt duża różnica aby myśleć o wyrównanej grze. Indywidualnie można w GieKSie wyróżnić tylko Kapelusa, który zdobył 13 punktów, ale nie był to jakiś jego wybitny występ. Wśród gospodarze znów najlepiej punktował Oliva (20 oczek), ale to Strzeżek (17 punktów) zastępujący Muzaja został wybrany na MVP spotkania.

W sobotę ostatni mecz domowy w 2016 roku GKS-u i oby zakończony pozytywnym rezultatem.

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 14 meczach  (50 setów)

Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u z trwały 1301 minut, z czego I set 366 min. – II set 377 min. – III set 379 min. – IV set 143 min. – V set 36 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 329: zagrywka 208, atak 70, siatka + inne 51.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 348: zagrywka 221, atak 101, siatka 11, inne 15.

Ilość zdobytych punktów – GKS 776: Kapelus 171, Butryn 161, Sobański 97, Kalembka 91, Van Walle 91, Krulicki 79, Błoński 43, Falaschi 25, Pietraszko 15, Fijałek 2, Stelmach 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 251: Butryn 57, Kapelus 43, Kalembka 33, Krulicki 29, Sobański 29, Van Walle 26, Błoński 19, Falaschi 8, Pietraszko 5, Stelmach 1, Fijałek 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 525: Kapelus 128, Butryn 104, Sobański 68, Van Walle 65, Kalembka 58, Krulicki 50, Błoński 24, Falaschi 17, Pietraszko 10, Fijałek 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 258: Kapelus 82, Butryn 76, Van Walle 44, Krulicki 33, Kalembka 30, Falaschi 14, Błoński 7, Pietraszko 3, Stelmach 0, Sobański -1, Fijałek -6, Stańczak -11, Mariański -13.

Ilość zagrywek – GKS 1108: Kapelus 175, Krulicki 165, Kalembka 164, Sobański 139, Butryn 120, Falaschi 118, Van Walle 105,  Błoński 65, Pietraszko 34, Fijałek 20, Stelmach 3.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 221: Kalembka 40, Sobański 38, Butryn 33, Krulicki 28, Van Walle 18, Kapelus 17, Błoński 17, Pietraszko 11, Falaschi 10, Fijałek 8, Stelmach 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 67: Butryn 14, Sobański 11, Kalembka 9, Kapelus 8, Błoński 7, Krulicki 7, Van Walle 6, Pietraszko 3, Falaschi 2.

Ilość przyjęć – GKS 956: Sobański 326, Kapelus 285, Mariański 146, Błoński 94, Stańczak 90, Krulicki 4, Kalembka 4, Falaschi 4, Butryn 2, Pietraszko 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 74: Sobański 23, Kapelus 20, Mariański 13, Stańczak 11, Błoński 4, Krulicki 2, Falaschi 1.
Przyjęcie negatywne – GKS 241: Sobański 92, Kapelus 66, Mariański 32, Błoński 24, Stańczak 21, Falaschi 3, Krulicki 1, Kalembka 1, Butryn 1.
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 164: Sobański 59, Kapelus 40, Mariański 34, Stańczak 22, Błoński 9.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 17%: Stańczak 24%, Mariański 23%, Sobański 18%, Kapelus 14%, Błoński 10%.

Ilość ataków – GKS 1329: Kapelus 351, Butryn 264, Sobański 202, Van Walle 178, Kalembka 107, Krulicki 97, Błoński 83, Falaschi 27, Pietraszko 17, Stelmach 2, Fijałek 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 101: Butryn 24, Kapelus 21, Kalembka 14, Van Walle 12, Sobański 12, Krulicki 9, Błoński 8, Pietraszko 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 122: Kapelus 31, Butryn 28, Sobański 25, Van Walle 17, Błoński 7, Kalembka 7, Krulicki 7.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 588: Kapelus 148, Butryn 130, Van Walle 78, Sobański 72, Kalembka 57, Krulicki 47, Błoński 33, Falaschi 13, Pietraszko 9, Stelmach 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 44%: Kalembka 53%, Pietraszko 53%, Stelmach 50%, Butryn 49%, Krulicki 48%, Falaschi 48%, Van Walle 44%, Kapelus 42%, Błoński 40%, Sobański 36%.

Ilość bloków punktowych – GKS 121: Kalembka 25, Krulicki 25, Butryn 17, Kapelus 15, Sobański 14, Falaschi 10, Van Walle 7,  Pietraszko 3, Błoński 3, Fijałek 2.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 11: Sobański 4, Błoński 3, Krulicki 2, Falaschi 1, Kalembka 1.
MVP – GKS 6: Butryn 2, Kapelus 2, Błoński 1, Sobański 1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga