Dołącz do nas

Siatkówka

Z kim gra GieKSa? – AZS Częstochowa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kto chciałby sobie przypomnieć lub zapoznać się z historią klubu z Częstochowy, może to zrobić tutaj.

AZS Częstochowa już przed sezonem był wymieniany jako żelazny kandydat do walki o uniknięcie baraży. Kłopoty organizacyjno-finansowe klubu nie wróżyły dobrze już przed startem rozgrywek. Powtórzenie 11 miejsca w lidze z zeszłego sezonu graniczyło z cudem. I niestety dla częstochowskich kibiców prognozy sprawdziły się co do joty. Akademicy po 18 kolejkach zajmują ostatnie miejsce w tabeli z dorobkiem zaledwie 9 punktów oraz trzech zwycięstw. Już pierwsze trzy kolejki  przegrane pokazały, że łatwo nie będzie. Niespodziewanie w następnych czterech seriach gier AZS odniósł aż trzy wygrane (z Łuczniczką Bydgoszcz 3:2, z Politechniką Warszawską 3:1 na wyjeździe oraz z BBTS-em Bielsko-Biała 3:2) co dawało wtedy częstochowianom 13 miejsce i lekkie podstawy do optymizmu. Od tego momentu siatkarze z Częstochowy przegrali 11 meczów z rzędu, zdobywając tylko dwa punkty za porażki w tie-breakach z MKS-em Będzin oraz Espadonem Szczecin. Szczególnie ostatnia przegrana z innym maruderem z Bydgoszczy musiała mocno zaboleć. Na razie nie widać symptomów na poprawę wyników, więc będzie czekać AZS twarda i ciężka walka, aby uniknąć zajęcia ostatniej lokaty w lidze.

Jedynym siatkarzem z Częstochowy, który walczy i się nie poddaje jest przyjmujący Rafał Szymura, mający prawie we wszystkich statystykach najlepsze wyniki spośród całej drużyny. 235 zdobytych punktów stawia go w gronie dwudziestu najlepiej punktujących zawodników ligi. Oczywiście o tym wiedzą wszystkie pozostałe drużyny, więc Szymura jest systematycznie ostrzeliwany zagrywką, tak aby zmęczyć siatkarza i jak najwięcej utrudnić mu zbieranie się do ataku. Dobre momenty mieli też atakujący Paweł Adamajtis, czy najlepiej blokujący, środkowy Michał Szalacha, ale jak widać to wszystko jest stanowczo za mało. Stara się co tylko może rozgrywający Tomasz Kowalski, który najlepiej spisuje się w polu zagrywki, mając 17 asów. Na pewno więcej liczono zatrudniając dwóch ukraińskich siatkarzy, Grebeniuka i Moroza, którzy jednak dopiero uczą się polskiej ligi.

 

BILANS MECZÓW „U SIEBIE”; 8 spotkań – 5 punktów – w setach 10:22 – małe punkty 668:742 – 2 zwycięstwa (dwa po tie-breaku) i 6 porażek (jedno po tie-breaku)

BILANS MECZÓW „NA WYJEŹDZIE”; 10 spotkań – 4 punkty – w setach 8:28 – małe punkty 756:868 – 1 zwycięstwo i 9 porażek (jedno po tie-breaku)

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE  AZS-u Częstochowa

Czas trwania spotkań – Częstochowa 1718;;
Ilość rozegranych setów – Częstochowa 68;  A. Kowalski 68, Szymura 67, T. Kowalski 62, Polański 56, Adamajtis 51, Szalacha 49, Moroz 43, Buniak 39, Janus 39, Buczek 38, Wawrzyńczyk 34, Grebeniuk 34, Szlubowski 24, Ociepka 3.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – Częstochowa 437;

Ilość zdobytych punktów – Częstochowa 987;  Szymura 235, Adamajtis 185, Grebeniuk 109, Moroz 93, Szalacha 88, Buniak 61, Polański 60, Wawrzyńczyk 54, Szlubowski 47, T. Kowalski 30, Janus 21, Buczek 4.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – Częstochowa 306;  Szymura 56, Adamajtis 48, Szalacha 31, Moroz 30, Grebeniuk 27, Wawrzyńczyk 26, T. Kowalski 25, Szlubowski 19, Polański 18, Buniak 17, Janus 6, Buczek 3.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – Częstochowa 681;  Szymura 179, Adamajtis 137, Grebeniuk 82, Moroz 63, Szalacha 57, Buniak 44, Polański 42, Wawrzyńczyk 28, Szlubowski 28, Janus 15, T. Kowalski 5, Buczek 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – Częstochowa 342;  Szymura 112, Grebeniuk 60, Adamajtis 53, Szalacha 49, Buniak 38, Polański 35, Moroz 15, Janus 10, Wawrzyńczyk 6, Ociepka -1, T. Kowalski -3, Buczek -5, Szlubowski -12, A. Kowalski -15.

Ilość zagrywek – Częstochowa 1438;  Szymura 203, T. Kowalski 185, Polański 168, Adamajtis 148, Szalacha 131, Moroz 122, Buniak 96, Grebeniuk 85, Janus 78, Buczek 76, Szlubowski 75, Wawrzyńczyk 71.
Ilość błędów na zagrywce – Częstochowa 251;  Adamajtis 48, Szymura 40, T. Kowalski 29, Szalacha 22, Szlubowski 21, Moroz 19, Wawrzyńczyk 18, Polański 17, Grebeniuk 13, Buniak 11, Buczek 9, Janus 4.
Ilość asów serwisowych – Częstochowa 82;  T. Kowalski 17, Szlubowski 12, Szymura 11, Polański 8, Szalacha 8, Adamajtis 8, Moroz 6, Wawrzyńczyk 5, Buniak 2, Grebeniuk 2, Janus 2, Buczek 1.

Ilość przyjęć – Częstochowa 1336;  Szymura 408, A. Kowalski 352, Moroz 269, Wawrzyńczyk 157, Szlubowski 123, Polański 8, Szalacha 8, T. Kowalski 4, Buniak 3, Ociepka 2, Grebeniuk 1, Janus 1.
Ilość błędów w przyjęciu – Częstochowa 80;  Moroz 22, Szymura 18, A. Kowalski 15, Wawrzyńczyk 12, Szlubowski 8, T. Kowalski 2, Buniak 1, Ociepka 1, Grebeniuk 1.
Przyjęcie negatywne – Częstochowa 396;  Szymura 123, A. Kowalski 87, Moroz 86, Wawrzyńczyk 53, Szlubowski 39, Szalacha 3, T. Kowalski 1, Polański 1, Buniak 1, Ociepka 1, Janus 1.
Przyjęcie perfekcyjne – Częstochowa 361;  A. Kowalski 124, Szymura 99, Moroz 66, Szlubowski 35, Wawrzyńczyk 34, T. Kowalski 1, Polański 1, Buniak 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – Częstochowa 27%;  A. Kowalski 35%, Buniak 33%, Szlubowski 28%, T. Kowalski 25%, Moroz 25%, Szymura 24%, Wawrzyńczyk 22%, Polański 13%, Szalacha 0%, Ociepka 0%, Grebeniuk 0%, Janus 0%.

Ilość ataków – Częstochowa 1726;  Szymura 439, Adamajtis 398, Grebeniuk 225, Moroz 173, Szalacha 102, Wawrzyńczyk 94, Szlubowski 87, Buniak 83, Polański 76, Janus 27, T. Kowalski 16, Buczek 6.
Ilość błędów w ataku – Częstochowa 138;  Adamajtis 34, Szymura 34, Moroz 18, Grebeniuk 14, Szlubowski 11, Wawrzyńczyk 8, Szalacha 8, Polański 4, Janus 4, Buniak 3.
Ilość ataków zablokowanych – Częstochowa 176;  Adamajtis 50, Szymura 31, Grebeniuk 21, Moroz 19, Szlubowski 19, Wawrzyńczyk 10, Szalacha 9, Buniak 8, Polański 4, Janus 3, T. Kowalski 2.
Ilość zdobytych punktów w ataku – Częstochowa 757;  Szymura 200, Adamajtis 162, Grebeniuk 97, Moroz 75, Szalacha 52, Buniak 44, Polański 42, Wawrzyńczyk 39, Szlubowski 31, Janus 11, T. Kowalski 3, Buczek 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – Częstochowa 44%;  Polański 55%, Buniak 53%, Szalacha 51%, Szymura 46%, Moroz 43%, Grebeniuk 43%, Wawrzyńczyk 41%, Adamajtis 41%, Janus 41%, Szlubowski 36%, T. Kowalski 19%, Buczek 17%.

Ilość bloków punktowych – Częstochowa 148;  Szalacha 28, Szymura 24, Adamajtis 15, Buniak 15, Moroz 12, T. Kowalski 10, Polański 10, Wawrzyńczyk 10, Grebeniuk 10, Janus 8, Szlubowski 4, Buczek 2.
Ilość błędów dotknięcia siatki – Częstochowa 25;  Polański 6, Moroz 4, Szymura 3, Grebeniuk 3, Szalacha 2, Adamajtis 2, Janus 2, Wawrzyńczyk 1, Buniak 1, Szlubowski 1.
Ilość tie-breaków (wygrany do przegranego) – Częstochowa (2-2);
MVP meczów – Częstochowa 3;  Adamajtis 2, Grebeniuk 1.

 

Klub Sportowy AZS Częstochowa Sportowa Spółka Akcyjna
barwy: biało-zielone
data założenia: 8 marca 1945 roku
adres: ul. Żużlowa 4, 42-202 Częstochowa
hala: WHS w Częstochowie, ul. Żużlowa 4, 42-200 Częstochowa

przydomek: Akademicy
Prezes: Roman Lisowski
V-ce prezes Zarządu: Adam Szlempo
Rada nadzorcza: Ryszard Bosek, Karol Pilchowiec, Tomasz Tobijański, Piotr Stolarski

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga