Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska krótka przesunięta – Kiepski mecz w wykonaniu siatkarzy GKS-u w Warszawie

Avatar photo

Opublikowany

dnia

STATYSTYKI MECZOWE GKS-u

Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z Politechniką trwał 89 minut, z czego I set 28 min. – II set 26 min. – III set 35 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 22

Ilość zdobytych punktów – GKS 43: Butryn 9, Kapelus 7, Van Walle 7, Krulicki 5, Pietraszko 5, Kalembka 3, Falaschi 2, Błoński 2, Sobański 2, Fijałek 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 14: Van Walle 3, Butryn 2, Kapelus 2, Kalembka 2, Krulicki 1, Falaschi 1, Błoński 1, Pietraszko 1, Fijałek 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 12: Butryn 6, Krulicki 5, Kapelus 4, Pietraszko 4, Falaschi 1, Van Walle 1, Kalembka -2, Błoński -3, Sobański -4.

Ilość zagrywek – GKS 66: Kapelus 10, Kalembka 10, Butryn 8, Falaschi 7, Błoński 6, Pietraszko 6, Sobański 6, Van Walle 5, Krulicki 4, Fijałek 2, Stelmach 2.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 13: Kalembka 3, Van Walle 3, Błoński 2, Sobański 2, Falaschi 1, Pietraszko 1, Fijałek 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 5:  Kapelus 2, Kalembka 1, Pietraszko 1, Van Walle 1.

Ilość przyjęć – GKS 67: Sobański 26, Mariański 13, Kapelus 11, Błoński 8, Kalembka 5, Stelmach 4.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 1:  Kapelus 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 52%: Stelmach 75%, Kapelus 64%, Mariański 62%, Kalembka 60%, Błoński 50%, Sobański 38%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 28%: Kapelus 45%, Kalembka 40%, Mariański 38%, Błoński 25%, Sobański 19%, Stelmach 0%.

Ilość ataków – GKS 97: Butryn 21, Van Walle 19, Kapelus 17, Sobański 15, Błoński 8, Kalembka 8, Krulicki 4, Pietraszko 4, Stelmach 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 10: Butryn 3, Van Walle 2, Sobański 2, Błoński 1, Kapelus 1, Kalembka 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 7: Błoński 2, Sobański 2, Kapelus 1, Kalembka 1, Van Walle 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 32: Butryn 9, Van Walle 6, Kapelus 5, Krulicki 4, Pietraszko 3, Błoński 2, Sobański 2, Kalembka 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 33%: Krulicki 100%, Pietraszko 75%, Butryn 43%, Van Walle 32%, Kapelus 29%, Błoński 25%, Kalembka 13%, Sobański 13%, Stelmach 0%.

Ilość bloków punktowych – GKS 6: Falaschi 2, Krulicki 1, Kalembka 1, Pietraszko 1, Fijałek 1.

 

Pierwszy set GKS zaczął z Van Walle, Pietraszko oraz Błońskim w składzie i od początku katowiczanie nie mogli złapać odpowiedniego rytmu gry, co od razu przełożyło się na niekorzystny wynik. Zaczęło się od prowadzenia Politechniki 3:0 i do stanu 13:11 nasi siatkarze nie potrafili zniwelować tej straty. W tym momencie utknęliśmy w jednym ustawieniu i gospodarze zdobyli aż 6 punktów z rzędu (19:11), co ustawiło przebieg końcówki seta. Skuteczność w ataku była procentowa o wiele lepsza dla warszawian – GKS miał 36%, a Politechnika 48% – ale nie miało to dużego przełożenia na wynik punktowy, bo tylko 10:12 na korzyść Inżynierów. W asach i blokach mieliśmy przewagę – 5:2, czyli po własnych akcjach wygraliśmy punktację 15:14! Seta przegraliśmy błędami własnymi – GKS miał aż 11 (w tym 6 w zagrywce i 5 w ataku) przy tylko 4 błędach na zagrywce Politechniki. Przyjęcie dokładne lepsze, ale perfekcyjne słabsze, tak to „dziwnie” wyglądało w tym secie – dokładne na poziomie 43% do 38%, a perfekcyjne na poziomie 19% do 38%. W ataku starał się „trzymać” wynik Belg Van Walle, który zdobył 7 punktów, przy 46% skuteczności.

Drugą partię zaczęliśmy w takim samym składzie osobowym i skończyliśmy z podobnym skutkiem. Politechnika już na początku odskoczyła z wynikiem (4:1) i przy stanie 4:3 znów utknęliśmy w jednym ustawieniu i gospodarze ponownie zdobyli aż 6 punktów z rzędu (10:3). Katowiczanie fatalnie spisywali się w ataku, a bez tego elementu trudno marzyć o odrabianiu strat punktowych. Po asie serwisowym Kapelusa udało się dojść rywali na dwa oczka straty (16:14) i to wszystko na co było stać w tym secie naszych siatkarzy. Skuteczność w ataku była bardzo słaba w naszym zespole – GKS miał zaledwie 25% (na 28 ataków skończonych zaledwie 7 piłek!), a Politechnika 55% – w punktach wyliczono 7:17, katastrofalny wynik! W asach i blokach był remis po 3, więc w sumie po własnych akcjach przegraliśmy z gospodarzami aż 10:20! Błędy własne, tym razem lepiej po naszej stronie – GKS tylko 5, a Politechnika 10 – ale to nie mogło zatrzeć fatalnego wyniku z ataku. Przyjęcie zdecydowanie lepsze w GKS-ie – dokładne na poziomie 68% do 32%, a perfekcyjne na poziomie 35% do 24% – ale nijak nie miało to przełożenia na wynik tej partii. Przy zdobyciu zaledwie 10 punktów w secie, trudno kogokolwiek wyróżnić za grę.

 

W trzecim secie Piotr Gruszka powrócił do podstawowej szóstki siatkarzy, czyli wystawił znów Butryna, Krulickiego oraz Kapelusa i miało to przełożenie na bardziej wyrównanego seta. Mimo tych zmian, Politechnika znów na początku odskoczyła z wynikiem (7:3) i ponownie katowiczanie musieli odrabiać straty. Udało się nawet na chwilę wyjść na prowadzenie (13:14), ale gospodarze szybko wrócili do swej przewagi dwu lub trzypunktowej (18:16 i 22:19) i mieli nawet dwie piłki meczowe (24:22) których nie wykorzystali. Koniec końców Inżynierowie zamknęli mecz przy piątej piłce meczowej. Skuteczność w ataku procentowo słabsza – GKS miał 37%, a Politechnika 45% – ale wynikowo wyszliśmy na malutki plus 15:14. W asach i blokach znów remis po 3, więc po własnych akcjach wygraliśmy punktację 18:17! Jak łatwo się domyśleć set został przegrany błędami własnymi – GKS 11, Politechnika 8 – choć mimo wszystko większe znaczenie miała słabsza skuteczność w  ataku. Przyjęcie ponownie lepsze w naszym zespole – dokładne na poziomie 48% do 17%, a perfekcyjne na poziomie 33% do 13% – ale znów nie miało to przełożenia na skuteczność naszego ataku. Atak starali się trzymać Butryn (7 oczek) oraz Krulicki (5 oczek).

Ogólnie wyszedł bardzo przeciętny występ katowiczan, wystarczy wspomnieć, że GKS prowadził w tym meczu tylko dwa razy! a miało to miejsce w trzecim secie przy wynikach 0:1 oraz 13:14. Zmiana podstawowych (trzech) szóstkowiczów pokazała w pierwszych dwóch setach sporą różnicę w poziomie gry, choć powrót do podstawowego składu w ostatniej partii, przy trochę lepszej grze, nie przełożył się na jej wygranie. Skuteczność w ataku w całym spotkaniu była bardzo słaba – GKS miał 33%, a Politechnika 49% – w punktach wyszło 32:43 na naszą niekorzyść, to spora różnica jak na trzysetowe spotkanie. W asach serwisowych 5:1 dla GKS-u, a w blokach punktowych 6:7. Łącznie punktacja po skończeniu własnych akcji to 43:51 na korzyść Inżynierów. Błędy własne – GKS aż 27, przy 22 Politechniki – podarowanie za darmo jednego seta rywalom to zdecydowanie za dużo w tak krótkim spotkaniu. Przyjęcie o dziwo lepsze w naszym zespole – dokładne na poziomie 52% do 28%, a perfekcyjne na poziomie 28% do 23% – ale nie miało to żadnego przełożenia na końcowy wynik, co w siatkówce zdarza się dość często. Najwięcej punktów w naszym zespole zdobył Butryn, ale tylko 9, grając praktycznie dwa pełne sety (od stanu 9:3 w drugiej partii), przy skuteczności 43%. Nie wykorzystał swej szansy Van Walle (7 oczek przy 32% skuteczności) to przeciętny wynik. Po takim spotkaniu trudno kogokolwiek wyróżnić. Teraz czekają nas dwa kolejne mecze w tym samym przeciwnikiem i aby myśleć o wygraniu i zajęciu 9 lokaty na koniec sezonu, trzeba wrócić do swej normalnej dyspozycji, zaprezentowanej w kilku ostatnich meczach.

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 30 meczach  (119 setów)

Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u z trwały 3078 minut, z czego I set 792 min. – II set 788 min. – III set 808 min. – IV set 466 min. – V set 224 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 778: zagrywka 477, atak 195, siatka + inne 106.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 789: zagrywka 483, atak 221, siatka 29, inne 56.

Ilość zdobytych punktów – GKS 1839: Butryn 460, Kapelus 365, Sobański 252, Kalembka 198, Krulicki 183, Van Walle 156, Błoński 91, Pietraszko 64, Falaschi 46, Fijałek 13, Stelmach 11.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 617: Butryn 154, Kapelus 96, Kalembka 85, Sobański 76, Krulicki 67, Van Walle 42, Błoński 36, Pietraszko 24, Falaschi 21, Fijałek 9, Stelmach 7.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 1222: Butryn 306, Kapelus 269, Sobański 176, Krulicki 116, Van Walle 114, Kalembka 113, Błoński 55, Pietraszko 40, Falaschi 25, Fijałek 4, Stelmach 4.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 738: Butryn 243, Kapelus 187, Krulicki 105, Van Walle 79, Kalembka 71, Sobański 53, Falaschi 16, Pietraszko 15, Błoński 9, Stelmach 4, Fijałek -3, Mariański -16, Stańczak -25.

Ilość zagrywek – GKS 2623: Kalembka 395, Kapelus 355, Krulicki 352, Butryn 342, Sobański 332, Falaschi 307, Van Walle 162, Pietraszko 147, Błoński 136, Fijałek 72, Stelmach 23.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 483: Kalembka 91, Sobański 73, Butryn 71, Krulicki 51, Pietraszko 43, Kapelus 40, Błoński 38, Van Walle 31, Falaschi 26, Fijałek 15, Stelmach 4.
Ilość asów serwisowych – GKS 159: Butryn 35, Kalembka 28, Sobański 22, Kapelus 22, Krulicki 11, Van Walle 11, Pietraszko 11, Błoński 9, Falaschi 7, Fijałek 2, Stelmach 1.

Ilość przyjęć – GKS 2192: Sobański 698, Kapelus 602, Stańczak 307, Mariański 257, Błoński 244, Stelmach 29, Kalembka 17, Krulicki 14, Falaschi 10, Pietraszko 7, Butryn 5, Fijałek 2.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 141: Sobański 46, Kapelus 35, Stańczak 25, Mariański 16, Błoński 11, Falaschi 3, Krulicki 2, Kalembka 1, Butryn 1, Stelmach 1.
Przyjęcie negatywne – GKS 558: Sobański 199, Kapelus 146, Stańczak 74, Błoński 62, Mariański 54, Stelmach 9, Falaschi 5, Krulicki 4, Kalembka 2, Butryn 1, Pietraszko 1, Fijałek 1.
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 440: Sobański 150, Kapelus 100, Mariański 75, Stańczak 66, Błoński 39, Kalembka 4, Krulicki 3, Stelmach 3.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 20%: Mariański 29%, Kalembka 24%, Sobański 21%, Stańczak 21%, Krulicki 21%, Kapelus 17%, Błoński 16%, Stelmach 10%, Butryn 0%, Falaschi 0%, Pietraszko 0%, Fijałek 0%.

Ilość ataków – GKS 3084: Butryn 786, Kapelus 740, Sobański 514, Van Walle 312, Kalembka 224, Krulicki 208, Błoński 185, Pietraszko 58, Falaschi 40, Stelmach 13, Fijałek 4.
Ilość błędów w ataku – GKS 221: Butryn 69, Kapelus 44, Sobański 35, Kalembka 21, Van Walle 19, Błoński 16, Krulicki 12, Pietraszko 5.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 256: Butryn 76, Kapelus 59, Sobański 45, Van Walle 27, Błoński 17, Kalembka 14, Krulicki 13, Stelmach 2, Pietraszko 1, Fijałek 1, Falaschi 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 1396: Butryn 377, Kapelus 313, Sobański 203, Van Walle 135, Krulicki 114, Kalembka 112, Błoński 75, Pietraszko 41, Falaschi 19, Stelmach 5, Fijałek 2.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 45%: Pietraszko 71%, Krulicki 55%, Kalembka 50%, Fijałek 50%, Falaschi 48%, Butryn 48%, Van Walle 43%, Kapelus 42%, Błoński 41%, Sobański 39%, Stelmach 38%.

Ilość bloków punktowych – GKS 284: Kalembka 58, Krulicki 58, Butryn 48, Kapelus 30, Sobański 27, Falaschi 20, Pietraszko 12, Van Walle 10, Fijałek 9, Błoński 7, Stelmach 5.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 29: Sobański 6, Krulicki 6, Kalembka 5, Błoński 4, Butryn 3, Pietraszko 2, Falaschi 1, Van Walle 1, Stelmach 1.
MVP – GKS 13: Butryn 4, Kapelus 4, Sobański 2, Błoński 1, Kalembka 1, Falaschi 1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga