Dołącz do nas

Piłka nożna

[WYWIAD] Bartnik: „Pamiętam kibiców w najtrudniejszym momencie dla tego klubu”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Dyrektor sportowy Tadeusz Bartnik pojawił się w GieKSie na początku listopada 2017 roku. Kibice z ciekawością przyglądali się poczynaniom byłego piłkarza w nowej roli. W pewnym momencie pojawiło się zniecierpliwienie brakiem transferów i… wtedy Bartnik wyciągnął prawdziwego asa z rękawa – zwolnił trenera Piotra Mandrysza.

Nasz redaktor Błażej niedawno spotkał się z dyrektorem i podczas prawie godzinnej rozmowy poruszył wiele tematów. Z wywiadu dowiecie się, jak współpracowało się Bartnikowi z Mandryszem, skąd pomysł na zmianę szkoleniowca, czy możemy spodziewać się nowych transferów, co zadecydowało o tym, że Spicic nie został naszym zawodnikiem i wiele innych. Ba, zajmiemy się także kwestią filmu ze zgrupowania, na którym widać piłkarzy źle technicznie wykonujących ćwiczenia na siłowni. Zapraszamy do lektury.

GieKSa.pl: W jednym z wywiadów mówił pan o kilkudziesięciu celach, które postawiliście sobie z prezesem Janickim. Ile z tego udało się zrealizować?

Tadeusz Bartnik: Te cele to były rzeczy, które trzeba było załatwić w ciągu jednego, dwóch tygodni, a niektóre z nich w dłuższej perspektywie czasowej. Część z nich dopiero przed nami. Realizujemy po kolei rzeczy, które sobie założyliśmy. Priorytetem było stworzenie drużyny, co do której będziemy przekonani, że podoła ona walce o najważniejszy cel, jaki jest oczekiwany przez miasto i kibiców. Pierwsza drużyna była priorytetem, ale ważnymi elementami były sprawy bieżące w zależności od cyklu, w jakim klub się znajduje. Takim elementem było np. zamknięcie roku finansowego 2017 i budżet na 2018, stworzenie wniosków o dofinansowanie, czy też omówienie warunków funkcjonowania „Akademii Młodej GieKSy” w połączeniu z pierwszą drużyną seniorów.

Coś pana jeszcze zaskakuje w klubie, czy już na spokojnie ze wszystkim się pan zapoznał?

Bardziej bym powiedział, że my codziennie odkrywamy nowe rzeczy. Uczymy się na bieżąco, a każde problemy są dla nas wyzwaniem, które na bieżąco chcemy regulować. Jestem już chyba zbyt dojrzały, by mówić, że coś mnie zaskakuje.

W jakim stopniu wasze plany w obrębie pierwszej drużyny pokryły się z tym, co mamy teraz?

Przy zmianie trenera nastąpił okres, który spowolnił nasze działania. Trener chciał każdego zawodnika zweryfikować i sprawdzić w założeniach, które były wymagane. Pewne rzeczy przez taką sytuację były dla nas niewiadomą nawet w dużej mierze do powrotu z obozu. Okres weryfikacji musiał trwać trochę dłużej, trener poznawał zespół, odkrywał karty i wytyczał nam cele w działaniu. W odpowiedzi na to dokonaliśmy dwóch transferów, pracujemy nad jeszcze jednym i chcemy zrealizować go do końca okienka transferowego. Pracujemy również nad tym, by kadra nie była nadmiernie rozbudowana. Okres weryfikacji był mocno spóźniony i jasne jest, że pewne rzeczy nie były przeprowadzone tak, jakbyśmy tego chcieli. Na bieżąco dostosowywaliśmy się do okoliczności, które nas spotykały.

Zmiana trenera – wiele osób twierdzi, że była zbyt późno przeprowadzona.

Jeżeli ma być dokonana zmiana, to dla mnie musi ona przekonywać wszystkich, to nie mogą być kosmetyczne zmiany pod publiczkę. Taka decyzja musi pomóc spełniać koncepcję, jaką sobie założyliśmy. Czas zmian nie był złośliwością w stosunku do trenera Mandrysza. Zmiana nastąpiła w momencie, gdy pojawiła się osoba, która może nam pomóc w realizacji naszej wizji prowadzenia klubu i zespołu. Wiem, że zmiana była bolesna dla trenera, bo również i dla mnie nie była to łatwa sprawa. Decyzja, która została podjęta, nie miała być popularna, ale ma się obronić w dłuższej perspektywie czasu. Podjęliśmy ryzyko i będziemy za nie w pełni odpowiadać.

Czy może Pan potwierdzić, że GieKSa szykowała się do tej zmiany już wcześniej i była po zaawansowanych rozmowach z trenerem Marcinem Kaczmarkiem na koniec 2017 roku?

Przyglądaliśmy się różnym opcjom i to nie dlatego, że miała koniecznie nastąpić zmiana za trenera Mandrysza. Wychodzę z założenia, że klub na pewne sprawy powinien być przygotowany. Naszkicowaliśmy koncepcję i byliśmy gotowi do ewentualnych zmian, ale nie było w tamtym okresie osoby, która by nam pasowała. Gdyby taka osoba się nie pojawiła, to takich zmian byśmy nie przeprowadzali na siłę. Wybór trenera Paszulewicza pokazuje, że wcześniejsze tematy nie były na tyle interesujące albo dla naszego klubu, albo dla drugiej strony. Przy tej zmianie chcieliśmy zachować minimum moralności i nie rozmawiać z trenerem w momencie, gdy miał kontrakt w Grudziądzu.

Zmiana trenera według niektórych plotek miała być również efektem słabych relacji na linii trener Mandrysz – dyrektor Bartnik. Jakie były relacje między wami?

Muszę temu zaprzeczyć, bo rozmowa z trenerem była od początku konstruktywna, ze zrozumieniem podchodziliśmy do swoich argumentów. Sam aspekt konfliktu nie wchodzi w grę. Z mojego punktu widzenia do samego końca moje relacje z trenerem były dobre. Trener może mieć inne zdanie i może czuć się zawiedziony moją osobą, ale ja żadnych zarzutów do trenera nie mam. Trener dał mi się poznać, jako osoba bardzo otwarta, a współpracę z nim bardzo sobie cenię. W pełni akceptowałem punkt widzenia trenera Mandrysza w ramach jego koncepcji prowadzenia drużyny. Jego wybory były logiczne i wspierałem je.

Ile prawdy jest w plotkach, że klub wybierał pomiędzy kosztami: zwolnienia trenera lub rozwiązania kontraktu Grzegorza Goncerza?

Ciężko ująć to w takie zero-jedynkowe parametry. Rozwiązanie umowy, czy to z trenerem, czy zawodnikiem wiąże za sobą koszty. Byli zawodnicy, którzy byli postawieni poza nawias drużyny i myśleliśmy nad tym, kogo możemy pożegnać w momencie, gdy taki zawodnik nie będzie funkcjonować w drużynie. Poza tym nawiasem byli zawodnicy, którzy wydają się wartościowi na papierze. Zobaczymy, czy opinia trenera Mandrysza pokryje się z opinią trenera Paszulewicza. Grzegorz Goncerz nie dostał propozycji rozwiązania kontraktu z naszej strony.

Skoro jesteśmy przy kontraktach, to jaki jest plan na lato i przerwę gdzie ¾ piłkarzy ma koniec kontraktu?

Na pewno jest już czas, by o tym myśleć. Pracujemy w kilku płaszczyznach i jedną z nich jest kadra zespołu w nowym sezonie. Trzeba jednak pamiętać, że jest wiele zmiennych i niewiadomych, wiec nie da się w 100 proc. teraz określić drogi, jaką będziemy chcieli podążać. Chcieliśmy, by trener miał pełny przegląd kadry i by każdy miał szansę u nowego szkoleniowca. Nowi zawodnicy na pewno już są dobierani pod nowego trenera i nowy sezon. Rewolucji w tym momencie nie mogło być, a też chcielibyśmy przygotować zawodników do funkcjonowania w koncepcji nowego trenera i runda wiosenna będzie ostateczną weryfikacją dla większości zawodników. W mojej ocenie podstawą sukcesu jest stabilność i robienie 8-10 zmian w tym okresie, na pewno takiej stabilności nie zapewni.

Kibice powiedzą w odpowiedzi na te słowa: „Dlaczego trzymamy zawodników, którzy przez wiele lat tego sukcesu nie osiągali, a ostatnio koncertowo przegrali swoją szansę, posiadając dużo lepszą pozycję wyjściową w tabeli?”

Dlatego, że okres rozliczenia nastąpi w czerwcu. Teraz musimy uniknąć kosztów związanych z rozwiązaniem kontraktów oraz zobaczyć, jak poszczególni zawodnicy będą funkcjonować w systemie gry trenera Paszulewicza.

Zgodzi się pan z opinią, że na razie działa pan trochę zachowawczo? Niejako na alibi, jeśli chodzi o kadrę i przeprowadzane zmiany?

Według mnie ta teza się nie broni. Gdyby tak było, to dla mnie najbezpieczniej było pozostawić na stanowisku trenera Mandrysza i zgodzenie się na jego plany transferowe, a następnie mówienie, że przecież to nie ja zatrudniałem trenera Mandrysza i w sumie nie ja odpowiadam za wynik. Podjąłem największe możliwe ryzyko. W takiej sytuacji chyba nie ma żadnego działania na alibi. Do tego dochodzi kwestia transferów. Mamy koncepcję, jacy zawodnicy są nam potrzebni. Rozmawialiśmy z wieloma zawodnikami, ale ci, którzy pasowali nam pod koncepcję i umiejętności, jakich potrzebujemy, niekoniecznie wpisywali się w ramy finansowe, jakimi dysponujemy. Musimy brać odpowiedzialność za budżet. Nie stać nas na to, by na przełomie rund dokonywać zmian, które pokazałby większą odwagę w kwestii transferów i nowych zawodników. Musimy też pamiętać, że wybór zawodników w zimie jest mocno ograniczony. Przede wszystkim chyba niewielu zdaje sobie sprawę z tego, ile kosztuje rozwiązanie umów z zawodnikami. Stabilność kontraktowa daje zawodnikom bardzo silną pozycję przy równocześnie bardzo słabej pozycji klubu.

Sporo kontrowersji wśród kibiców wywołał filmik ze zgrupowania w Turcji, gdzie piłkarze ćwiczyli na siłowni i zdaniem wielu technika wykonywania ćwiczeń nie sprzyjała budowaniu formy, a wręcz mogła prowadzić do kontuzji.

Nie oglądałem tych filmików, bo nie funkcjonuję na poziomie mediów społecznościowych, mam sporo innej pracy. Uznaje, że skoro wybraliśmy trenera i zaufaliśmy mu, to on dobiera sposób pracy i jest to robione właściwie. Obciążenia są monitorowane i odpowiednio dobierane przez profesora Jastrzębskiego. Co do sposobu wykonania i techniki, to wydaje mi się, że trzeba by było wejść szerzej, a nie patrzeć jedynie na filmik. Jeśli jednak jest ktoś, kto ma wiedzę na temat ćwiczeń i techniki ich wykonania, to zapraszam do kontaktu. Chętnie skonfrontuję tę wiedzę i wysłucham, co taka osoba ma do powiedzenia, bo wiem, że nie jesteśmy nieomylni. Okres przygotowawczy przeszliśmy bez żadnego urazu i wszyscy zawodnicy są gotowi zajęć.

Marchewka, Tabiś i Kunka z Rozwoju trenowali z GieKSą. Proszę powiedzieć, jak wygląda sytuacja z tymi zawodnikami, jeśli chodzi o ewentualne zakontraktowanie ich w GieKSie?

Rozmowy o ich kontrakcie w GieKSie, jak i rozmowy z Rozwojem mogą toczyć się teraz, a mogą również w czerwcu. Jeżeli są zawodnicy, których poziom indywidualny ociera się o reprezentację ich rocznika bądź też są w tej reprezentacji, to uważamy, że warto się im przyjrzeć. Zależy nam na współpracy z klubami z regionu i chcemy sprawdzać takich zawodników w ramach drużyny o wyższym poziomie. Dzięki temu możemy zbadać potencjał tych zawodników i wybrać dla nich najlepszą drogę. Jeśli zawodnik gra na poziomie II ligi i łapie dużo minut, to dla niego na ten moment lepiej będzie grać w Rozwoju, ale nie jest powiedziane, że za trzy miesiące najlepszą dla nich decyzją nie będzie podpisanie kontraktu z GKS-em. Przyjęcie takiego zawodnika do naszej drużyny, teraz gdy nie posiadamy rezerw minimum na poziomie III ligi, byłoby niewłaściwym krokiem w rozwoju tych chłopaków. Chcemy się im przyjrzeć, by zobaczyć, czy oni są gotowi na rywalizację w drużynie I ligowej, jaki jest ich potencjał i ewentualnie, jak szybko mogliby zacząć funkcjonować w pełni w nowej drużynie.

Czy były jakieś rozmowy między klubami? Jak teraz pan ocenia takie rozmowy, bo w przeszłości różne były relacje?

Rozmowy z Rozwojem są prowadzone niezależnie od zawodników. Chcemy znaleźć odpowiednią formę współpracy, która będzie korzystna dla obu stron. Pokłosiem tych rozmów są właśnie treningi dla młodzieży Rozwoju.

Co dalej z brakiem rezerw?

Z uwagi na okres, w jakim jesteśmy, to ewentualną reaktywację rezerw musimy wstrzymać do wakacji. Mam nadzieję, że w większym stopniu uda nam się teraz ruszyć z planem organizacji meczów w trakcie sezonów. Takie spotkania pozwolą na to, by utrzymać zawodników w grze.

Dalibor Volas według informacji prasowej był już wcześniej na celowniku GieKSy. Dlaczego trafił więc tak późno do zespołu?

Mieliśmy konkretne rozmowy wcześniej z tym zawodnikiem. Pasował nam pod względem umiejętności od początku, ale nie udało nam się znaleźć porozumienia finansowego. Porozumienie znaleźliśmy na początku lutego i dlatego zawodnik do nas trafił.

Komunikat na temat Spicicia był lakoniczny. Dlaczego mu podziękowano?

Dlatego, że najlepsza weryfikacja dla zawodnika jest wtedy, gdy możemy go zaobserwować na tle naszej grupy w treningu i w grze sparingowej. Ma wtedy narzucone przez trenera pewne zadania i założenia taktyczne. Zawodnik pokazał się z dobrej strony w sparingu, jeśli chodzi o ofensywę, ale dla nas najważniejsza jest w tej chwili defensywa. Kilka argumentów zadecydowało o tym, że zawodnika nie ma w klubie.

Dlaczego w okresie przerw GKS nie robi treningów dla zdolnej młodzieży z innych klubów tak jak np. w Górniku Zabrze?

Pracowaliśmy nad taką koncepcją już w zeszłym roku. Na ten moment nie udało nam się tego wdrożyć z różnych względów. Na teraz skupiliśmy się nad przeglądem naszej kadry młodzieżowej w akademii i to był nasz priorytet. Mamy wyselekcjonowaną grupę zawodników, których chcemy mieć pod obserwacją przez tę rundę. Zorganizujemy w przerwie letniej testy w klubie dla tej grupy. Plan mamy przygotowany, jak to zrobić. Nie chcieliśmy robić jednak tego w sposób „sztuka dla sztuki”, a tak mogłoby to wyglądać w tym momencie ze względu na dużą ilość innych spraw, które były ważne dla nas. Na tę chwilę nie da się w ogóle zestawić GKS-u i Górnika pod kątem możliwości wykorzystania tego instrumentu. Górnik ma do dyspozycji centralną ligę juniorów oraz rezerwy w III lidze, a do tego jest w ekstraklasie. Zainteresowanie zawodników będzie szło w kierunku klubów, które mają przygotowaną organizację. My musimy do tego wrócić, by pokazać, że jesteśmy konkurencyjni, ale do tego potrzebujemy albo awansu do ekstraklasy, albo ogromnych inwestycji. Potrzebujemy stworzyć odpowiednie mechanizmy do rozwoju zawodników, którzy zechcą kształtować świadomie umiejętności w klubie. Pamiętajmy, że teraz dany zawodnik ma do wyboru – szkółki z ekstraklasy, bardzo dobre szkółki lokalne, a nawet opcje wyjazdu za granicę.

Jakie to jest dla pana doświadczenie, gdy dyrektor spotyka w szatni Dawida Plizgę, z którym wcześniej grał na boisku?

Na pewno dla mnie osobiście jest to trudna relacja. Trzeba zbudować teraz relację zawodową, a nie koleżeńską. W stosunku do zawodników, których się znało i było na innej stopie, jest to drobna trudność, ale trzeba sobie umieć z tym radzić.

Przed nami nowa runda czego się pan spodziewa?

Na pewno będzie to trudna runda, szczególnie po zmianach, jakie dokonaliśmy z trenerem. To ja najbardziej odpowiadam za kształt tego, co będziemy oglądali. To będzie najtrudniejszy okres w moim życiu. Osobiście oczekuję od zawodników na boisku większej agresji i dyscypliny w defensywie. Uważam, że te rzeczy będą zauważalne w naszej grze na wiosnę. Najważniejsze będzie dla mnie przekonanie się, realizujemy kierunek, jaki wybraliśmy.

Pana zaskoczyły zmiany u rywali?

Jeśli chodzi o ścisłą czołówkę, to zmiany pokazują, jaki potencjał jest w niektórych klubach, jeśli chodzi o finanse. To się przekłada na aktywność transferową i sięganie po ciekawszych zawodników.

Chciałby pan coś przekazać kibicom?

Dla mnie kibice mogą być tym elementem, który może bardzo pomagać nam, a odbierać bardzo wiele przeciwnikom. Pamiętam kibiców w najtrudniejszym momencie dla tego klubu. Zachowywali się wtedy wspaniale i mieli ogromne zrozumienie dla sytuacji. Mam nadzieje, że na wiosnę właśnie w taki sposób będą nam pomagać, że zauważą elementy, które przywrócą im większą nadzieję w tę drużynę.

Rozmawiał: Błażej.

7 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

7 komentarzy

  1. Avatar photo

    Mecza

    26 lutego 2018 at 20:07

    Uważam że nie ma dużej różnicy w poziomie 1 i 2 ligii co najlepiej pokazują beniaminkowie dlatego lepiej wstawić od razu do 11 młodego z Rozwoju i niech gra zamiast czekać aż nam najlepszych ktoś sprzątnie. Oni nie czekają tylko na GKS. Oni mogą grać tylko lepiej w przeciwieństwie do 50% naszej kadry. Jestem ciekawy tej żelaznej defensywy której małolaci wklepali 3 bramki w sobotę. Pytanie o poziom sparingpartnerów w Turcji lub też się okaże że zaczniemy grać w maju bo na śniegu i w błocie nie potrafią a takie będą warunki w najbliższych tygodniach.

  2. Avatar photo

    Koko

    26 lutego 2018 at 20:26

    Ktos by sie jeszcze przydal

  3. Avatar photo

    Irishman

    27 lutego 2018 at 09:10

    „Podjąłem największe możliwe ryzyko.”
    Nie! Największe możliwe ryzyko to byłoby wyczyszczenie szatni już teraz! Wiem, że zimą to trudne ale jeśli chcemy coś w końcu osiągnąć, to nie możemy ciągle powielać tych samych błędów licząc naiwnie, że może w końcu się uda. A takim błędem, powtarzanym od lat są te letnie rewolucje w składzie.

  4. Avatar photo

    Irishman

    27 lutego 2018 at 09:18

    Jeśli gangrena toczy organizm, to zmiana lekarza niewiele da bez pozbycia się chorej tkanki.
    A to właśnie zrobił dyrektor Bartnik. I nie jest to żadne ryzyko z jego strony! Bo łatwiej rozwiązać jeden kontrakt niż kilka, a latem zawsze będzie mógł powiedzieć – nie mogłem nic zrobić, nie było nas stać na rozwiązanie kontraktów z piłkarzami.

    I naprawdę z całego serca chciałbym się mylić w tej mojej ocenie!

  5. Avatar photo

    Mecza

    27 lutego 2018 at 11:04

    @Irishman, ale to prawda. Rozwiązanie kontraktu np. z Goncerzem to jego pensja x 18 bo niby dlaczego ma zrezygnować z kasy która mu się należy. Do tego wykupienie zawodnika np. Marchewki i pensja dla niego. Licząc lekko robiąc wymianę 1 zawodnika na innego zawodnika to koszty około 800tys a ty chcesz zrobić wietrzenie natychmiast dużej ilości zawodników przy budżecie 7mln na cały rok. Policz to sobie. Do tego nie ma żadnej pewności że przyjdą lepsi, to nie FM.

  6. Avatar photo

    Irishman

    27 lutego 2018 at 17:33

    @Mecza, kontrakt Goncerza to jest akurat jeden z „kwiatków”, pozostawionych w klubie przez poprzedników (tak jak np. rozwiązanie rezerw). Nic z tym nie zrobisz, więc trzeba po prostu przeczekać jak grypę.
    Ale tez niech dyrektor Bartnik nie gada, że pożegnanie Mandrysza to było „maksymalne ryzyko”!!! Odwrotnie, właśnie pozostawienie Mandrysza to byłoby ryzyko, a jeszcze spełnienie jego postulatów transferowych to właśnie maksymalne! Ale kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa! Tymczasem my moim zdaniem wywiesiliśmy biała flagę. I spokojnie dyrektor wybroni się z tej decyzji, mówiąc, ze nie miał innego wyjscia, ze tego przecież chcieli kibice itp. itd.

    I powtórzę raz jeszcze – bardzo chciałbym się tu mylić! BAAARDZO!!!!!

  7. Avatar photo

    qqqq2

    2 marca 2018 at 12:15

    Już się bałem, że Irishman nie skomentuje, uff

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga