Felietony Kibice Piłka nożna
[FELIETON KIBICA] 5 powodów, dlaczego jesteśmy znowu w tunelu
… a światełka, które gdzieś tam widzimy, to jest nadjeżdżający pociąg.
1. Niekonsekwencja
Kiedy w klubie zatrudniono dyrektora Bartnika, a później trenera Paszulewicza, który sezon wcześniej wygrał z Olimpią Grudziądz klasyfikację PRO-JUNIOR plan był prosty – należy przewietrzyć szatnie, bardziej zdecydowanie oprzeć ją wzorem Górnika Zabrze na młodszych piłkarzach z niższych klas. Trzeba było ją także zmniejszyć, po poprzedniku, który szukając odpowiednich zawodników zbyt ją rozbudował pod względem osobowym. Mówiono o tym w wywiadach, a zresztą taki kierunek wyznaczył sam właściciel klubu, ustami prezydenta Krupy jeszcze w ubiegłorocznym, wrześniowym wywiadzie dla „Sportu”.
Przed bieżącym sezonem mieliśmy kolejne zapewnienia, że będziemy kontynuować ta obraną strategię – tym razem ustami prezesa Janickiego, który stwierdził, że stawia na spokojne podnoszenie jakości drużyny, która w końcu osiągnie taki poziom, że w konsekwencji zrobi ten awans, bo niejako nie będzie innego wyjścia. Z kolei trener Paszulewicza stwierdził w wywiadzie, że ponieważ przerwa letnia jest bardzo krótka, będziemy poszukiwać piłkarzy grających w swoich klubach, mających dobre statystyki, czyli generalnie gotowych do gry od zaraz.
No i początkowo wszystko było robione właśnie zgodnie z tą dobrą, nakreśloną wcześniej strategią. Pożegnaliśmy bardzo wielu piłkarzy, którzy wcześniej zawodzili, a w ich miejsce przyszli w większości młodzi, wybijający się piłkarze z niższych lig. Oczywiście przyszło też, czy zostało w klubie kilku doświadczonych zawodników, ale dzięki temu w drużynie był zachowany taki dobry balans pomiędzy rutyną a młodością. I co najważniejsze zaczęło przynosić to efekty! Oczywiście wyniki, czy gra nie była idealne (szczególnie w pierwszym meczu z Podbeskidziem), ale z czasem zaczęło to się zmieniać na lepsze. Był widoczny progres, moim zdaniem znakomity, jak na tą ilość zmian w kadrze.
I nagle wszystko odwróciło się o 180 stopni! No po prostu jakby ktoś nagle rzucił jakiś czar na osoby decyzyjne w GieSie, które zaczęły postępować całkowicie niekonsekwentnie, dokładnie odwrotnie w stosunku do tego, co zapowiadały i co robiły, a co zaczynało się sprawdzać. Dosłownie w kilka dni zniweczyliśmy swój kilkomiesięczny trud i doprowadziliśmy do katastrofy!
2. Rozrzutność
Niestety dziś w związku z fatalną polityką transferową i personalną poza rozwaloną pod względem sportowym sekcją piłkarską (mężczyzn), jesteśmy też prawdopodobnie pod ścianą pod względem finansów. Musimy przecież opłacać trenera Mandrysza, trenera Paszulewicza, znów bardzo rozbudowaną kadrę piłkarzy, pomimo, że kilku po prostu jest bezużytecznych, gdyż są bez formy albo mają kontuzje. Jak, a dokładniej za co, w tej sytuacji zatrudnić dobrego trenera, który mógłby ogarnąć kryzys, w który wpadliśmy, a tym bardziej dokonać jakichkolwiek korekt w drużynie, które wydają się niezbędne?
No, a przecież miasto też nie będzie skore do wyłożenie kolejnych pieniędzy w sytuacji, gdy te dotąd zainwestowane zostały tak zmarnowane. Może być wręcz odwrotnie i to będzie cała pełnia tragedii, która może się dopiero rozegrać.
3. Brak doświadczenia
Z cała pewnością nie można zarzucić poszczególnym osobą w naszym klubie brak dobrej woli czy pracowitości. Nie, zrobili dużo…, a właściwie może nawet paradoksalnie niestety zbyt dużo – tak jeśli chodzi o trening piłkarzy, jak i transfery. I dlatego efekt mamy całkowicie odwrotny do zamierzonego. Ale czy mogło być inaczej skoro niedoświadczony w samodzielnej pracy prezes zatrudnia niedoświadczonego dyrektora, który z kolei stawia na trenera, dopiero na dorobku? No mogło, ale tylko fartem, bo obok pracowitości, potrzebna jest jeszcze wiedza i doświadczenie, tym bardziej jeśli chodzi o tak zaawansowany projekt, jak awans do ekstraklasy z takim klubem jak GKS Katowice solidnie finansowanym przez bogate miasto!
4. Lekkomyślność
Czy powierzylibyście swoje życie w ręce ambitnego ale niedoświadczonego chirurga, w przypadku jakiejś bardzo trudnej operacji? Albo czy powierzylibyście swoje oszczędności w ręce pracowitego, ale niedoświadczonego maklera, który dopiero uczy się grać na giełdzie? A tak się właśnie dzieje w naszym klubie. Przecież tam ostatnimi czasy nie było i nadal nie ma wśród osób decyzyjnych kogoś doświadczonego, kto mógłby jakoś doradzić, wpłynąć na resztę. To znaczy rok temu był trener Mandrysz (cokolwiek można by mówić o jego sympatiach klubowych, stylu bycia itp.) ale został wyrzucony, nawet nie w połowie drogi.
5. Brak cierpliwości i stabilizacji
Oczywiście nie dzisiaj! Może kilka, kilkanaście miesięcy temu powinniśmy o tym mówić (może nawet jeszcze kilka tygodni temu, do feralnego końca okienka transferowego?), ale obecnie te dwa słowa powinny w ogóle zniknąć ze słownika, mając na uwadze sytuacje, w jakiej się znaleźliśmy. Niemniej będę się upierał, że tego nam często brakowało. Już w jednym z poprzednich felietonów pisałem, że u nas od momentu awansu do I ligi, średni czas pracy trenera I drużyny to średnio trochę ponad 9 miesięcy. Tak nie da się zbudować solidnej drużyny, szczególnie gdy co jakiś czas dotykają ją kolejne „wietrzenia szatni” i to niekoniecznie zbieżne z zatrudnieniem nowego szkoleniowca.
Irishman
Felietony kibiców to nowa seria, którą wprowadziliśmy na stronę GieKSa.pl. Nasz portal tworzą oczywiście sami trójkolorowi fani, ale gdy stają się członkami redakcji, to może umyka im zwykły głos trybun. Dlatego w tym sezonie wyszliśmy z taką inicjatywą i każdy z Was może zmieścić tutaj tekst – wystarczy wysłać do nas maila na gieksainfo[at]gmail.com. Teksty najlepiej przesyłać do nas w Wordzie w formacie .doc lub .docx. Zastrzegamy sobie prawo poprawiania, skracania lub niepublikowania, ale… jeszcze nam się to nie zdarzyło. Robimy jedynie delikatną korektę. Felietony docelowo chcemy publikować w każdą środę, w którą nie gra GieKSa.pl. Optymalnie byłoby, abyście swoje teksty nadsyłali do nas do poniedziałku wieczora. Jeśli ich treść jest ponadczasowa, to może to być dowolnie wybrany dzień.
Felietony Piłka nożna
21 sekund mistrzowskich akcji
Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.
No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.
Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.
Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.
Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.
I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.
Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.
Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.
To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.
Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.
Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.
Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.
W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.
Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.
W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.
No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…
Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.
Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.
Piłka nożna
Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę
Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.
Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.
Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.
Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.
Piłka nożna
Post scriptum do Rakowa i Lecha
Dwa wyjazdowe mecze za nami. Zapraszamy więc do tradycyjnego post scriptum. A potem już tylko Motor.
1. Na mecz z Rakowem, który miał być najważniejszym spotkaniem od dawna wybraliśmy się w 4 osoby – ja, Misiek, Kazik, Flifen. Jako że nie był to daleki wyjazd, mogliśmy wyjechać stosunkowo późno. Wiadomo – godzinka drogi i jesteśmy na miejscu.
2. Ciekawa zawsze jest to droga – wiadomo, najpierw autostrada, a potem jakieś lokalne drogi. Zawsze zastanawia się czy na tę ulicę Spalonienko czy jakoś tam wjeżdżają te wszystkie autoary przewożące piłkarzy.
3. Chyba nam ta mobilizacja mocno się udzieliła i organizm zareagował… odwrotnie. Bo dużo było… ziewania na trasie. Może tak czasem być, taka paradoksalna reakcja organizmu.
4. Ogólnie to widzieliśmy autokar Rakowa dojeżdżający na stadion. Oni też nie wiedzieli, w jakim widowisku przyjdzie im uczestniczyć.
5. O ile na poprzednich meczach w Częstochowie byliśmy dużo wcześniej, tym razem było to „zaledwie” jakieś półtorej godziny przed meczem. To spowodowało, że musieliśmy się z pewnymi ważnymi rzeczami sprężać.
6. Kazik chciał odpalić drona, żeby zrobić efektowne zdjęcia stadionu i pętli. Niestety jakieś zakłócenia w eterze spowodowały, że dron nie ruszył i musieliśmy zadowolić się zdjęciami naziemnymi. Potem drony latały nad stadionem i zrzucały piłki. Ciekawy pomysł.
7. Chcieliśmy szybko przemieścić się do budki z akredytacjami, ale… policja zablokowała główną ulicę. Casus podobnie jak na Cracovii. Bo zaraz mieli przyjechać kibice gości. Dlatego nie można było poruszać się wzdłuż ulicy.
8. Dodatkowo po przejściu na drugą stronę ulicy, też nie można było przejść. Policja więc kierowała przez jakiś park, potem przez jakieś domki i byliśmy naprzeciwko przejścia. Czekaliśmy, a wkrótce autokary z kibicami przejechały.
9. Szybko odebraliśmy akredytacje i mogliśmy wejść na stadion. Nie kombinowaliśmy już z VIP-ami tylko od razu udaliśmy się na nasze prawowite miejsca.
10. To znaczy, zanim poszliśmy na prasówkę, udaliśmy się do sklepiku klubowego. A potem już był jeden cel – tzw. gięta. Wiedzieliśmy, że przy jednym sektorze jest taka fajna krojona, z cebulką. Mieliśmy taki plan już od grudnia. Ale na następny sezon. Na Raków trafiliśmy jednak w Pucharze Polski.
11. W tym celu obeszliśmy ten stadion. Nie naśmiewając się, bo sami mamy nowy obiekt od niedawna, niektóre miejsca za trybunami wyglądają, jakby były przytwierdzone na trytytki. Ale są to trytytki mocne. Mnie się ostatecznie ten stadion podoba. W dobie tych wszystkich nowy – daje powiew dawnych czasów.
12. Obeszliśmy więc. Na koniec musieliśmy się wylegitymować, żeby wejść na miejsce sektorowe. I znaleźliśmy się pod kiełbasą.
13. No panie, powiem ci – klasyczek. Półtorej (?) chyba kiełby i mnóstwo cebulki takiej zgrillowanej, w duuuużych kawałach. Musztarda, bułeczka. Smakowite. Minusem był ogórek kiszony, który ani trochę nie był kwaśny.
14. Skierowaliśmy się z powrotem – już na sektor prasowy. To pierwszy stadion od powrotu do ekstraklasy, na którym zawitaliśmy po raz trzeci. Wiedzieliśmy więc co i jak – czym to się je. Nagrywka przedmeczowa i zajęliśmy miejsca. Takie bez stolików, ale z większą przestrzenią. Więc komputer wylądował na kolanach.
15. Najgorsze było podłączanie do kontaktu. Trzeba było uklęknąć i się schylić, co na tej kracianej posadzce przyprawiało o ból kolan. Ale dało radę i byliśmy podpięci.
16. Czekaliśmy na mecz. Gdzieś tam w międzyczasie mijałem Mateusza Borka i Grzegorza Mielcarskiego, którzy mieli komentować to spotkanie. Jeszcze nie wiedzieli, jakie emocje będą także ich udziałem.
17. Jakiż to był mecz. Mecz, który zapamiętamy na lata. To była wielka piłka. Dramaturgia, zwroty akcji i dla postronnego widza kapitalny mecz do oglądania. Objęliśmy prowadzenie po golu Jirki, a potem Jędrych podwyższył z rzutu karnego.
18. W przerwie więc mieliśmy dobre humory, ale czujność musiała być zachowana. To jeszcze przecież nie znaczyło, że meldujemy się w finale. Kibice Rakowa mieli się z pyszna. Ale ciągle wierzyli.
19. Początek drugiej połowy był jak nóż w serce. Jeszcze nie wybiła 49. minuta, a już mieliśmy wyrównanie. Stadion przy Limanowskiego w euforii, my nosy spuszczone na kwintę. Nadal jednak przecież to był remis, czyli dla obu stron podobna sytuacja. Ale morale lepsze miał Raków.
20. Wkrótce gospodarze mieli rzut karny. Przez chwilę byliśmy w radości, gdy Dawid Kudła obronił. Ale szybko Diaby-Fadiga dobił ten strzał. Sędzia VAR-ował tę kontrowersyjną sytuację i przy okazji potem poznaliśmy absurdalny przepis o niepostawieniu nogi na murawie. Nie znając go – widzieliśmy potężną kontrowersję.
21. To już był dramat. Przegrywaliśmy 2:3. Wydawało się, że w sposób bardzo frajerski przegramy ten półfinał. Ale Adam Zrelak w samej końcówce doprowadził do wyrównania i wprawił nas w euforię. To był drugi mecz z rzędu, kiedy strzeliliśmy gola w doliczonym czasie.
22. Dogrywka zapowiadała kolejne wielkie emocje. W drugiej połowie znów pokarał nas Rocha, choć ostatecznie okazało się, że to samobój Alana. Ale już ultra katem w tym sezonie jest dla nas Brunes, który w każdym z trzech meczów trafił do siatki.
23. I jeszcze raz wyrównaliśmy. Eman się nie certolił, tylko przywalił precyzyjnie z dystansu. Mateusz Borek godnie oddał to w komentarzu, fenomenalna euforyczna sytuacja i Eman ekspresyjnie cieszący się pod sektorem gości. Cudowny moment. Przyznam, że mimo porażki, potem oglądałem to wielokrotnie.
24. No i te nieszczęsne karne, które okazały się dla nas bezbarwne. Dwa pudła, a Raków strzelił wszystko. Odpadliśmy, a gospodarze cieszyli się z awansu do finału.
25. Zebraliśmy manatki, nagrałem nagrywkę i poszliśmy na konferencję prasową. Teraz inna droga prowadzi na salę konferencyjną, więc pani nie chciała nas wpuścić. Ale akurat przechodził Wojciech Cygan, który „po starej znajomości” pozwolił nam tędy przejść.
26. Na konferencji przynajmniej można było się posilić zupą i jakimiś przekąskami. Marne to było pocieszenie. Straciliśmy tak wielką szansę, było tak blisko i nasi piłkarze zrobili wszystko. Szkoda była wielka.
27. Wypowiedzieli się obaj trenerzy, a my po konferencji jeszcze zrobiliśmy swoje materiały. Internet huczał od kontrowersji. Pożegnał się z nami drugi trener Rakowa oraz rzecznik. Oni byli przeszczęśliwi.
28. Mieliśmy problem z wyjściem, bo brama była zamknięta. Jakiś gościu powiedział, że trzeba nacisnąć jakiś guzik, żeby otworzyła się furtka. Doszliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic.
29. W stolicy Górnego Śląska byliśmy gdzieś przed północą. Nie tym razem Narodowy. Ale czekał nas za trzy dni kolejny mecz. Bardzo ważny i bardzo trudny.
—–
30. Do Poznania to już większa logistyka. Wiadomo, trzeba wyjechać rano, a wrócić w nocy. Ale na szczęście nie bardzo rano. Dlatego też wyjazd mieliśmy zaplanowany na 11. Ostatecznie ruszyliśmy nieco spóźnieni.
31. Mecz opracowywaliśmy w cztery osoby: ja, Misiek, Kazik i Marcin, który dojechał we własnym zakresie i działał na miejscu.
32. Droga przebiegała spokojnie, ładna była pogoda, tylko trochę zimno, gdy wiało. Zrobiliśmy ze dwa postoje, by coś małego przekąsić i napić się herbaty lub kawy. Na większą szamkę upatrzyliśmy sobie jedną z knajpek nieopodal Bułgarskiej.
33. Mijaliśmy znów Tarczyński Arena we Wrocławiu. Czy dane nam tam będzie zawitać w przyszłym sezonie? Jest to całkiem możliwe, bo Śląsk spisuje się w pierwszej lidze bardzo dobrze.
34. W Poznaniu byliśmy przed 15, mieliśmy więc jak na nas czasu i dużo i mało. Ale zjeść było trzeba. Padło więc na „Burger Lokalnie”. Chłopaki wzięli loaded frytki, ja skusiłem się na burgera. Dość dziwny sposób płatności – blik przez telefon. Wiem oczywiście o takim sposobie, ale przyznam, że pierwszy raz się z tym spotkałem w knajpie.
35. Mieli dużo zamówień, więc trochę musieliśmy poczekać. Ponad pół godziny. Na telewizorze leciał mecz Parma – Napoli, a za oknem przejeżdżały zielone tramwaje. Cały czas miałem wrażenie, że to autokar GieKSy przejeżdża, a przecież jak wiemy – bardzo często go spotykamy na swojej drodze.
36. Po nasyceniu się ruszyliśmy do auta i udaliśmy się na stadion. Zapowiadana frekwencja ponad 35 tysięcy powodowała, że zastanawialiśmy się, czy uda nam się ominąć korki.
37. Jak się okazało, nie było żadnych problemów, ot jedne dłuższe światła na kilka razy i już byliśmy na ulicy Ptasiej, od której jest wjazd na parking. No to wjechaliśmy.
38. Kazik odpalił drona, który tu już nie odmówił posłuszeństwa. Ja przyznam, że pierwszy raz widziałem taką akcję, z patrzeniem się na obraz na żywo. Absolutnie fenomenalna sprawa i niesamowity widok oraz szybkość poruszania. Dzięki temu mamy z większości stadionu tak efektowne ujęcia.
39. Udaliśmy się po odbiór akredytacji. Poszło szybko i sprawnie, po czym mogliśmy pójść do bramy wejściowej już stricte na stadion. Jeść nie można.
40. Pamiętałem obiekt przy Bułgarskiej z poprzedniego sezonu, więc tu nie było żadnego błądzenia. Wiedzieliśmy, co jest gdzie. Najpierw więc poszliśmy do pomieszczenia pracy dziennikarzy i fotoreporterów. Były ciastka, nachosy i napoje. Chciałem zrobić herbatę, ale woda była letnia. Więc olałem.
41. Rozdzieliłem się z chłopakami i pojechałem windą na prasówkę. No i wyszedłem na trybuny i znów – wielkie wrażenie. No to jest potężny stadion. Wysokie trybuny, rozległe, a jednak bardzo dobrą widocznością. Piękny czterdziestotysięcznik. A jeszcze miał być niemal zapełniony.
42. Nagrałem więc przedmeczową nagrywkę, a zanim zająłem miejsce musiałem ogarnąć tę… herbatę. Tutaj znowu był wrzątek, ale nie było saszetek. Co prawda w drugim werniku była gotowa herbka, ale to nie to samo. Zjechałem więc na dół po szaszetki i wróciłem.
43. Warunki do pracy na Lechu są doskonałe. Widoczność to raz. Stanowiska – kapitalne. Duże blaty, dużo kontaktów, świetny internet. Pracowanie na tym obiekcie to czysta przyjemność. Wszystko się tam zgadza.
44. Trybuny powoli się wypełniały, a piłkarze rozgrzewali. Była siedemnasta, więc światło dzienne. Ostatnio byliśmy tu już tylko przy sztucznym oświetleniu.
45. Ale pamiętamy przecież ten stadion bardzo dobrze. Graliśmy tutaj przecież kilka razy z Wartą Poznań. Dla nas swego czasu świętem było uczestnictwo w takim spektakularnym meczu Zielonych, gdy dowodziła nimi pani Łykomska-Pyżalska. Wtedy kilkanaście tysięcy Warciarzy zrobiło show. Kibice GKS również. Wówczas przegraliśmy, ale tylko na takie „święta” mogliśmy liczyć. Z Wartą przy Bułgarskiej też wygrywaliśmy 1:0 czy remisowaliśmy 2:2 i… 3:3.
46. Mecz poprzedziła minuta ciszy ku czci Jacka Magiery. Była cisza i szacunek. A przecież ani z Lechem, ani z GKS Jacek Magiera nie był związany. Podoba mi się to trzymanie szalików w górze podczas takich upamiętnień. Jest to dla mnie wyraz absolutnego szacunku jako społeczność.
47. Potem już zaczęło się wielkie granie. Zastanawialiśmy się jak to będzie wyglądało po Częstochowie. Niepotrzebnie. GieKSa zaprezentowała się po prostu kapitalnie. Nie ustrzegając się błędów w defensywie. Ale dzięki temu mieliśmy świetny mecz. Kibice też swoje zaprezentowali.
48. Naprawdę ten uśmiech Markovića z rozciętym łukiem brwiowym jest epicki. Jego towarzysze również z jednej strony gratulujący, z drugiej troszczący się. Ranny wojownik na bitwie, ale święcący swój triumf. Można powiedzieć, że to bardzo pierwotne. Archetypowe.
49. Czy nie do tego została stworzona piłka nożna i sport w ogóle? Żeby te pierwotne instynkty związane z walką i rywalizacją rozwiązywać w uzgodniony i cywilizowany sposób? Używamy takich słów: taktyka, strategia, walka. Zwycięstwo i porażka.
50. W przerwie udałem się zobaczyć, co tam ciekawego do jedzenia w kuluarach. Jakaś meksykańska zupka była i kanapki. Też sympatycznie, można było lekko się posilić. Coś tam konsumowali też Mateusz Borek z Grzegorzem Mielcarskim, którzy drugi raz z rzędu mieli okazję komentować kapitalne widowisko z udziałem GieKSy.
51. Druga połowa to był już cios za cios. Poznański Kocioł przeżywał swoje euforie po wyrównujących bramkach i frustracje po golach straconych. A nasz sektor jeszcze dwukrotnie wybuchał radością po golach – najpierw Ilji, a potem Emana.
52. Co ciekawe, dla Ilji Szkurina nie była to pierwsza bramka w tym sezonie przy Bułgarskiej. Zawodnik trafił przecież w Superpucharze jeszcze w barwach Legii, gdy Wojskowi wygrali w Poznaniu 2:1. Strzelił na tę samą bramkę. Trochę ładniej – ale liczy się efekt.
53. Eman na razie strzela tylko na wyjeździe. Dublet w Niecieczy, gol w Częstochowie i teraz dwa trafienia w Poznaniu. Czekamy na pierwsze trafienie Norwega na Nowej Bukowej.
54. Ogólnie mecz przy 35 tysiącach kibiców to już naprawdę europejskie widowisko. A jeśli jeszcze piłkarze obu drużyn stworzyli spektakl, to trudno się dziwić zachwytom. Jeśli GieKSa gra w meczach, które są wizytówką ekstraklasy, to wiedz, że w Katowicach dzieje się coś dobrego.
55. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:3. Piłkarze GKS i kibice podziękowali sobie wzajemnie. Kibice Lecha wsparli swoich piłkarzy – docenili tę gonitwę.
56. Nagrywka i na konferencję prasową. Była ona wyjątkowo długa, bo trwała ponad 40 minut, zwłaszcza maglowali dziennikarze trenera Nilsa Frederiksena, z niebywale posępną miną. Szkoleniowiec nie był zadowolony po tym spotkaniu. Natomiast Rafał Górak mówił o pewnym niedosycie, ale też z szacunkiem podchodził do jednego punktu.
57. Jedynie tutaj pan podający mikrofon trochę wywierał presję, bo tak stał nad człowiekiem i po zadaniu pytania już sięgał, żeby mu oddać mikrofon. Powiedziałem mu więc, że jeszcze jedno pytanie chcę zadać. W sumie myślałem, żeby zadać cztery, ale stwierdziłem, że skoro stosuje taki wysoki pressing, to poprzestanę na dwóch.
58. Porobiliśmy jeszcze swoje materiały i w końcu zebraliśmy się. Czekała nas kilkugodzinna podróż powrotna do domu. Przejście przez lochy stadionu Lecha jest ciekawe.
59. Jeszcze zahaczyliśmy o kurczaki we Wrocławiu. Pierwszy raz spotkałem się w takim miejscu z tym, że wychodzi obsługa i mówi, co jeszcze jest dostępne, bo niedługo zamykają. Ale przynajmniej było świeżutkie, świeżo usmażone.
60. W Katowicach byliśmy o drugiej. Widzieliśmy, jak pod stadion wjeżdża autokar z naszymi piłkarzami.
61. To był bardzo intensywny dwumecz. Nim się jednak nie obejrzymy, to już w piątek zagramy z Motorem. Kupujcie bilety i dopingujemy tę kapitalną drużynę.



































































Luk
3 października 2018 at 16:26
Zatrudnijmy nazot Mandrysza. Przynajmniej kasa na jego pensje nie będzie wypłacana za nic nie robienie. Tak pół żartem pół serio. Ale teraz widać dokładnie jakim błędem było jego zwolnienie. Może nie zrobiłby awansu (chociaz kto wie, patrząc na ubiegły sezon i awans sosnowca) ale na pewno nie bylibyśmy w takiej czarnej dupie. A Mandryszowi niech pensje wypłaca Bartnik ze swojego portfela skoro go zwolnił. A nowy trener musi być na JUŻ bo inaczej przyszły sezon też będzie zmarnowany! Z Dziółką to my ze strefy spadkowej nie wyjdziemy do końca rundy i potem niepotrzebna nerwówka na wiosnę. Nowy trener musi mieć dużo czasu na wprowadzenie swojej filozofii, ten sezon jest stracony, więc niech będzie wykorzystany na eksperymenty, tak, żeby od 1 kolejki nowego realnie grać o awans.
Ale w co ja wierzę… Dogonił nas już ŁKS, za rok dogoni nas Widzew. Jeszcze chorzowskie się odrodzą i nas przescigna.. Albo Zawisza z 6 ligi.
A może my walczymy o 1 miejsce w tabeli wszechczasów I ligi ???
Mecza
3 października 2018 at 17:32
Stanowisko Dyrektor Sportowy na rynku jest duża posucha. Ci medialni się nie nadają bo skakają z kwiatka na kwiatek kasując grubą kasę a efekty mizerne (Żewłakow itp) W Płocku jest robota skuteczna i pracują po cichu bez rozgłosu (chyba Masłowski) Co do trenera – tak trzeba dać czas 2,3 lata ale nie na naukę a na wykonywanie roboty która się potrafi. Niestet Kaczmarka nam sprzątnęli, nie widzę za bardzo na rynku tych którzy się na tym znają i są wolni. Zając? Pracował u nas, zna cały warsztat Nawałki, jest młody i chętny do pracy ale to znowu będzie eksperyment podobnie jak z Góralczykiem.
abel
3 października 2018 at 17:35
Śmiać mi sie chce jak czytam to. Autor odkryl teraz amerykę. Kumaci pisali o tym juz dawno dawno temu. Autor twierdzil wtedy co innego. Diagnoze po fakcie to kazdy potrafi opisac. Dokonac takiej oceny na dlugo przed faktem tylko nieliczni. Artykul bez jakiejkolwiek wartosci a wrecz nie wiarygodny bo autor na forach znany jest z wyjatkowej naiwnosci i braku zdolnosci do empirycznej oceny.
PanGoroli
3 października 2018 at 19:48
@abel, nie trolluj.
Maks
3 października 2018 at 19:54
Maciej Bartoszek jest chyba wolny….obiło mi się coś o uszy że jest w kręgu zainteresowań Pana Bartnika…
abel
3 października 2018 at 20:35
PanGoroli nie myl pojec ja tylko stwierdzam fakt. Poczytaj sobie wstecz tego czlowieka a potem sie wypowiadaj
q2
3 października 2018 at 21:42
@Abel 100% racji, tab było.
Mecza
4 października 2018 at 08:27
Ja odbieram ten wpis zupełnie inaczej, to jest właśnie piguła tego co Irishman pisał przez blisko ostatni rok, zaczynając od zwolnienia Mandrysza. On pisał o potrzebie stabilizacji, braku doświadczenia, rozrzutności a przeciwnicy chcieli wszystko wywrócić do góry nogami a teraz piszą że o tym że nawoływali do stabilizacji.
Irishman
4 października 2018 at 10:24
@Mecza, masz racje, obaj jako nieliczni byłyśmy przeciw zwolnieniu Mandrysza. I to przecież nie z jakiejś sympatii, czy antypatii ale po prostu tak na logikę, nie zwalnia się takiego fachowca, na wysokim kontrakcie, który trafia na bardzo trudny okres (drużyna rozbita po porażce, kibice wkurzeni na maksa, dyrektor sportowy myślami w Lubinie), a mimo to z trudem bo z trudem ale zaczyna ogarniać sytuacje. I to po połowie roku!!! Przecież poza stratą pieniędzy, jak to świadczy o klubie, który robi takie rzeczy! To naprawdę trzeba było mieć bardzo mocne argumenty, bardzo dobrego następcę, żeby coś takiego zrobić. A tymczasem to było ryzyko i to jeszcze nie trafione, za które dzisiaj płacimy.
Ewentualnie, gdyby także po solidnie przepracowanej zimie wyniki nadal były nie satysfakcjonujące (w co nie wierzę), to należało to zrobić latem, spokojnie przygotowując się do tego przez kilka tygodni, zatrudniając nowego trener wraz z nową („jego”) szatnią.
Z drugiej strony, stało się jak się stało, przyszedł nowy trener, a ja zawsze uważam, że trzeba dać ludziom szansę. Tak samo teraz uważam, że zatrudnienie znowu kogoś dopiero na dorobku, w sytuacji bardzo poważnego kryzysu, pociągnie nas na dno. Ale jak taki przyjdzie to będę go wspierał i ściskał za niego kciuki, bo moje racje, moje ego totalnie się nie liczy, jeśli chodzi o dobro klubu.
No ale wracając do tego co było, to oczywiście, że chwaliłem i trenera Paszulewicza, i dyrektora Bartnika jeśli to co robili miało sens. A przecież, to co robili prawie przez całe okienko transferowe było wręcz genialne! Gdyby na koniec okienka transferowego zatrudniony został jedynie Woźniak (ale jako alternatywa dla Rumina!), gdyby nie przewrócona została do góry nogami defensywa, gdyby trener trzymał się tego co sam zbudował przez okres przygotowawczy i pierwsze mecze, to dziś bylibyśmy w zupełnie innym miejscu!!! I do tego ciągle mielibyśmy rezerwę budżetową żeby zima wzmocnić się na kluczowych pozycjach!
I dlatego to tak boli, i tak wkurza, że to co tak dobrze zaczynało wyglądać zostało tak zmarnowane! I stąd ten mój tekst. A jeśli ktoś uważa inaczej, to przecież łamy naszego portalu stoją otworem.
PS.
Zapomniałem wspomnieć we felietonie o Volasie, a to też przecież bardzo dziwna sprawa z tym jego transferem.
PanGoroli
4 października 2018 at 11:43
Po prostu – koncepcja była znakomita, ale wykonanie tragiczne. Zabrakło umiejętności, doświadczenia. No, i poza tym nieswoje pieniądze, to się lekko wydaje.
I tu wydaje mi się, że mamy potężny problem organizacyjny – KONTROLA. Najpierw Cygan, który się nie znał i piłkarze mu zrobili z sekcji burdel. Zupełnie nie miał kontroli nad tym, co się w sekcji działo. Swoje też dorzucił kilkoma szokująco idiotycznymi decyzjami,jak chociaż likwidacja rezerw.
A teraz mamy prezesa. który się nie zna, ale szefuje Bartnikowi, który nie umie i się u nas uczy. I taki układ daje nam tzw. SPoF, 'single point of failure’, 'pojedynczy punkt awarii’. Co to znaczy? W każdyn systemie, układzie, bardzo złe rzeczy. A mianowicie, jakakolwiek usterka, awaria w spof, powoduje katastrofę całego systemu. U nas spof, to Bartnik. Jego szef się nie zna, więc w praktyce ma wolną rękę. Jeśli Bartnik robi głupoty, to nie ma komu go zastopować, gdyż jego bezpośredni zwierzchnik nie ma wiedzy, by móc ocenić, czy Bartnik, to geniusz, czy idiota bawiący się w FIFĘ w realu. Taki układ skazany jest na katastrofę. I efekty mamy. Orgia transferowa, nieobsadzone kluczowe stanowisko, niskie kwalifikacje podwładnych. W tej chwili ciężko znaleźć słabsze kluby w tej lidze.
PanGoroli
4 października 2018 at 11:43
W każdym razie, o Bartniku już powiedziano wiele. To jest bardzo prosta decyzja, by usunąć go z klubu. Potrzeba już teraz nowego dyrektora sportowego, by ogarnął sytuację i by miał odpowiednio dużo czasu, by przygotować się do zimowego sezonu transferowego.
Osobna kwestia, to Janicki. Za nim przemawiają wyniki pozostałych sekcji. Jednak, ocena menedżera, to nie statystyka. Jeśli chirurg po pijaku zaszyje rękawiczki w czyjejś głowie, to go zwalniamy, nawet, jeśli wcześniej miał tysiące świetnych operacji. W chwili obecnej, OBOWIĄZKIM Janickiego jest zwolnienie Bartnika. Za nieudolność, niegospodarność i liczne złe decyzje niosące katastrofalne skutki. Jeśli tego nie zrobi, oznacza to, że powinien odejść razem z Bartnikiem.
Irishman
4 października 2018 at 12:12
@PanGoroli, też niestety dochodzę do takich wniosków!
Irishman
4 października 2018 at 12:13
Ale boję się, że tak się nie stanie i tego co z tego może wyniknąć….. 🙁
Mecza
4 października 2018 at 12:36
Panowie a ja się boję hasła „zimowy sezon transferowy” Przecież z tak niegospodarnymi ludźmi pójdziemy z torbami. Przypomniała mi się sprawa Kupca, wypatrzyli go (?) podpisali kontrakt a po 4 tygodniach był pomysł że chcą z nim rozwiązać umowę. Może to plotka ale jeśli Bartnik lekką ręką wydaje kasę na rozwiązanie kontraktu ze sztabem Mandrysza i kilkoma innym zawodnikami to zaraz będzie bez zawodników i bez funduszy a nowych. Przecież z trenerem tak to właśnie wygląda, opcja ekonomiczna. Najlepiej rezygnacja Bartnika i jego pensję przeznaczyć na dobrego trenera i póki co bez tego stanowiska. Rozpisać konkurs.
Luk
4 października 2018 at 15:47
Spaść nie spadniemy. Udawało się utrzymać w czasach kiedy nie było na wypłaty, a miałoby się nie udać teraz, gdy jesteśmy „hegemonem finansowym” tej ligi? Jest kilka dużo słabszych zespołów, choćby Stomil, Warta, Garbarnia, także w spadek nie wierzę. Grunt tylko, żeby w efekcie tego straconego sezonu, kolejny również nie był stracony. Dlatego NOWY TRENER NA JUŻ! Niech ma 2/3 tego sezonu na poskładanie tego rozwalonego zespołu. Im dłużej Dziółka trenuje, tym trudniej będzie to wszystko naprawić.
pablo eskobar
4 października 2018 at 16:47
Czyli stomil oprowadzi dziolka marazmu ciag dalszy
Irishman
4 października 2018 at 19:43
A ja tam taki pewny już nie jestem. Jeszcze kilka porażek i będziemy musieli punktować lepiej niż za Nawałki na wiosnę, żeby się utrzymać.