Felietony Klub
Marketing w GKS Katowice
Dziś zapraszamy do kolejnego felietonu Leszka Góreckiego, który w swoim ostatnim tekście (tutaj) pochylił się nad organizację w klubie GKS Katowice. Dziś na tapet wziął marketing. Kolejny raz jest bardzo obszernie. Przypominamy także, że czekamy na Waszą twórczość na mailu gieksainfo[at]gmail.com.
Wracam do Was z nowym tekstem, tym razem nie będzie on o boiskowych sprawach, a o tym, czym GKS mógł się chwalić, czyli marketing. Moje teksty, mimo że mogą urazić pewne osoby odpowiedzialne za omawiane przeze mnie zagadnienia, mają zupełnie odwrotny cel. Ja, jak i cała społeczność, chciałbym dla naszego klubu jak najlepiej! Czasem inny punkt widzenia, może pozwolić spojrzeć z innej perspektywy. Wobec tego zapraszam do lektury. Wierzę, chociaż mam coraz mniej na to dowodów, że w klubie są osoby umiejące spojrzeć krytycznie na swoje działania i nie blokować się w żaden sposób na pomysły z zewnątrz.
Marketing w obecnym świecie czy to biznesu, czy to sportu jest rzeczą nieodzowną, a często nawet priorytetową, bo wiadomo, że jak cię widzą, tak cię piszą. W biznesie oczywistą sprawą jest, że duże koncerny „jadą” na marketingu i renomie bardziej niż na samej jakości produktu, bo pewnie każdy z nas spotkał się z produktem czy usługą dużej marki o średniej jakości i dużo droższym niż lokalny odpowiednik. Sport szeroko rozumiany też nie może przejść obojętnie obok tego tematu. Tournée klubów pokroju Barcelony, Manchesteru, Realu czy PSG po USA, Australii czy dalekim wschodzie, to nic innego jak właśnie sprzedawanie marki na innych rynkach niż tych, na których działają na co dzień. Wyżej wymienione kluby mają kibiców na całym świecie, a podróże w tamte strony to przede wszystkim okazja do zarobienia dużej kasy, pośrednio przez sprzedaż koszulek, gadżetów itd. lub bezpośrednio otrzymując spore kwoty za organizacje obozów w danym miejscu. Wyjątkiem tutaj może być Australia, do której angielskie kluby latają ze względu na swoich fanów, potomków angielskich kolonizatorów. O innych aspektach tej dziedziny myślę, że też nie ma co się zbytnio rozpisywać, bo tam każda z koszulek na dany sezon ma swoją kampanię, kolekcja sprzętu dla piłkarzy jest przedstawiana jako ciuch life stylowy, żeby zachęcić do jak największych zakupów. Szereg akcji świątecznych, urodzinowych czy charytatywnych robiony jest z ogromnym rozmachem i przywiązuję się do nich ogromną wagę.
Światowy sport i wielkie kluby to wydaje się jednak odległa kraina. Szczególnie gdy spojrzymy na to z perspektywy polskiego, a zwłaszcza katowickiego podwórka. No, ale czy faktycznie? Tutaj oczywiście nie można spojrzeć jednoznacznie, ponieważ trudno oczekiwać, że GKS Katowice grający od 18 lat w pierwszej lidze, w dodatku z dwuletnią przerwą na trzeci poziom rozgrywkowy, pojedzie na tournée po Azji. Natomiast wiele pomysłów niewymagających dużej kasy, można, a wręcz powinno się wykorzystywać w naszych realiach. Wiele dobrego mówiło się latami o marketingu w GieKSie. Warto zadać pytanie, czy słusznie? Ocenie poddam tutaj okres pocentrozapowy, gdyż właśnie wtedy dobrze mówiło się o tym zagadnieniu zwłaszcza w czasie obecności wiceprezesa, a później prezesa, Marcina Janickiego.
Marketing, a GKS
Warto zadać sobie pytanie, co ma dać klubowi sportowemu marketing? Pierwsze myśli to na pewno sponsorzy zarówno ci duzi, jak i mniejsi, budowanie frekwencji, ponadto oczywiście budowa świadomości marki, obecność w social mediach czy w szeroko pojętej przestrzeni publicznej. Jak to faktycznie z tym jest? A może jednak raczej było, ponieważ sporo rzeczy zostało zaoranych przez prezesa Szczerbowskiego. No i cóż może się narażę, ale warto postawić pytanie, czy jego decyzje były słuszne? Jak wiemy, patrzył on na te sprawy w sposób zero-jedynkowy, i jeśli widział, że coś nie przynosi korzyści to, to ciął. Oczywiście marketing to wartość nie do policzenia, a bardziej zobaczenia (co też w wielu przypadkach da się przeliczyć na kliki, lajki, wyświetlenia, subskrypcje itd.). Natomiast należy spojrzeć czy działania marketingowe przełożyły się bezpośrednio na frekwencje? Czy przyciągnęły do klubu sponsorów, co pozwoliło się w jakimś stopniu uniezależnić się od łaski Urzędu Miasta?
Niestety, ale obydwie odpowiedzi na to pytanie są negatywne. Frekwencja przy Bukowej wyraźnie spadła i utrzymuje się na wstydliwie niskim poziomie, tylko od święta wypełniając trybuny. O hali w Szopienicach nie ma co wspominać, bo jak na Mekkę polskiej, a w zasadzie to i światowej siatkówki, jaką jest Spodek, to najmniejsza frekwencja w lidze już zupełną porażką. Jedynie na hokeju hala wygląda przyzwoicie, ale tutaj potwierdza się, że najlepszym marketingiem są wyniki, a poza tym ilość miejsc na lodowisku jest śmiesznie niska, przez co nie wymaga specjalnych starań o kibiców. Piłka kobiet to dosyć specyficzna dyscyplina, skierowana często do innego widza niż piłka mężczyzn czy hokej. W każdym razie w sezonie mistrzowskim stadion solidnie zapełnił się tylko raz – na meczu, który mógł zadecydować o zdobyciu Mistrzostwa Polski. W kolejnym sezonie również nie widać zbyt dużej zmiany.
Jeśli chodzi o sponsorów, to trudno oczekiwać, by osoby odpowiedzialne za akcje z dzieciakami, brały udział z poważnymi podmiotami w sprawie sponsoringu za duże kwoty, natomiast dział sprzedaży, jak to fachowo nazywa się w naszym klubie, to też działania z zakresu marketingu, a osoby za to odpowiedzialne to zazwyczaj marketingowcy z wykształcenia. Oczywiście należy pamiętać o umowie sponsorskiej z AASA, co niewątpliwie było sukcesem, ale to jeden poważny sponsor całkowicie z zewnątrz, który trafił do klubu do czasu STS-u w obecnym roku. Oczywiście zazwyczaj „na klacie” pojawiało się logo jakiejś firmy, ale zazwyczaj były to firmy powiązanego z Urzędem Miasta. Gdy spojrzymy na zespoły siatkarskiej Plus Ligi, to koszulki meczowe przypominają słupy reklamowe, niestety w naszym przypadku wygląda to słabo. Bandy reklamowe też nie są wypełnione w jakiejś ogromnej ilości. W piłce kobiecej podczas transmitowanych meczów w TVP Sport klub również nie potrafi postarać się o większą od standardowej ilości reklam na bandach LED – koszt takiej reklamy jest relatywnie niski w porównaniu do ilości odbiorców.
Wiele akcji przeprowadzonych przez dział marketingu to naprawdę świetna robota. Ponadto wiele z nich trwa cały czas, mimo zmieniających się ludzi odpowiedzialnych za marketing. Zagraj na Bukowej – ta wieloletnia akcja okazała się rewelacyjna pod wieloma względami, o szczegółach nie ma co pisać, przez 10 lat każdy ją poznał. Oby wróciła! Rozdawanie prezentów mikołajkowych przez sportowców w Centrum Zdrowia Dziecka, super sprawa dla dzieciaków w szpitalu, wielokrotne spotkania w szkołach, przedszkolach, regularna obecność na rozpoczęciu roku szkolnego, stanowisko podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, akcje w Centrum Krwiodawstwa.
Sami widzicie, że wiele z tych akcji to nie jest potężny koszt, a bardziej pomysł i działanie. Wiadomo, że wypada rozdać jakieś gadżety, czy słodki upominek, ale na takie akcje fundusze muszą się znaleźć, a i o darczyńców też łatwo. Ten tekst nie powstałby, gdyby było tak dobrze, jak wszystkie te akcje, które wymieniłem. Myślę, że potencjał klubu jako marki jest zdecydowanie większy, potencjał ten zwiększa się ze względu na wielosekcyjność, Katowice jako miasto to również wartość dodana, z jednej strony górniczy charakter, z drugiej miasto zmienia się w nowoczesną metropolię. Dlatego ten tekst będzie bardziej o rezerwach, szansach czy możliwościach, które są, bądź których ktoś mógł nie wykorzystać, jak należy. Co mam na myśli? Przeczytajcie sami.
Głośne nazwiska
Wykorzystanie głośnych nazwisk w promocji klubu. Jak ważne są duże nazwiska wywodzące się z klubu, bądź jemu kibicujące wiedzą w naszych zaprzyjaźnionych klubach: w Zabrzu – Podolski, w Ostravie – Milan Baros, Marek Jankulovski, czy David Pastrnak (gracz NHL), w Trnavie – Martin Skrtel. W Rozwoju Katowice regularnie mogą przywoływać nazwisko Arkadiusza Milika. Szombierki Bytom to Jakub Kamiński – tam za dużo marketingowo z tego jeszcze nie korzystają, bo to też klub o ograniczonych strukturach, ale za to mają korzyść finansową z jego transferu. Jeśli ekipa filmowa Premier League przyjeżdża do Zabrza, przeprowadza rozmowy z Lukasem, trenerem i nagrywa trening i obiekty klubowe, to chyba wystarczająco mówi, ile takie nazwisko daje klubowi. Wartość marketingowa samych klików jest ogromna, a co dopiero gdy odpowiednio się to wykorzysta. Nie wszyscy jednak potrafią korzystać z wizerunku takich osób. Konkretnym tego przykładem będzie Kamil Glik i GKS Jastrzębie, niewiele wspólnych działań tych dwóch stron widać, mimo że Kamil deklaruje się jako kibic Jastrzębian. Oczywiście takich nazwisk na próżno szukać w otoczeniu naszego klubu, bo niewielu naszych wychowanków gra w Ekstraklasie, o reprezentacji czy zagranicznych klubach, nie wspominając. Natomiast czy faktycznie nie ma nikogo, kto mógłby pomóc wypromować klub za granicą?
Pomyślmy… Fajnym przykładem może być tutaj Tomasz Zdebel, podobnie jak Jan Furtok dużo bardziej kojarzony jest w Niemczech niż w Polsce, bo tam spędził praktycznie całą karierę. No ale skąd wyjechał młodziutko wówczas Zdebel? Z Katowic, a dokładnie z GKS-u. Czy kibicuje naszemu klubowi? Oddajmy głos samemu zainteresowanemu: Pochodzę z Katowic, tam się urodziłem, chodziłem do szkoły i grałem w piłkę. To ostatnie stało się dla mnie bardzo ważne. Moim pierwszym klubem był Rozwój, oczywiście jeszcze trampkarskie czasy. Gdy tylko nadarzyła się okazja, przeniosłem się do GKS-u Katowice. Wtedy GieKSa liczyła się w Polsce, miała świetnych, szybkich i dobrych technicznie piłkarzy. Trudno było się nie zachwycać Jankiem Furtokiem albo Markiem Koniarkiem. Cała liga czuła przed nimi respekt, a my, chłopaki z trampkarskich drużyn, patrzyliśmy w tych charakternych gości, jak w święte obrazki. Szanowałem ich, ale największym idolem był dla mnie Andrzej Rudy. Pamiętam taki mecz na Stadionie Śląskim w Pucharze UEFA, GieKSa grała z Glasgow Rangers (2:4). Stałem za bramką i podawałem piłki. Byłem zachwycony, że z tak bliska mogę oglądać znakomitych piłkarzy, ale przede wszystkim widziałem Rudego, właściwie nie spuszczałem go z oka (źródło).
Oczywiście nie jest to jasna deklaracja, że GKS-owi kibicuje, natomiast wspominając o tym i pamiętając dość szczegółowo odległe czasy, można założyć, że może tak być.
Kolejny przykład jest podobny do powyższego. Eugen Polański — wrzucony do worka farbowanych lisów Franciszka Smudy na EURO 2012, chyba nieco przesadnie, bo urodził się w Polsce, posługiwał się językiem polskim. Co łączy go z GieKSą? Jakiś czas temu trafiłem na wypowiedź tego wtedy jeszcze zawodnika Hoffenheim: Jestem z Katowic i lubię GKS. Kiedyś śledziłem ich wyniki regularnie, jak byłem piłkarzem Borussii Mönchengladbach. Kumplowałem się wówczas z Czechem Vaclavem Sverkosem, były graczem Baniku Ostrawa. GKS z Banikiem mają zgodę, ich kibice się lubią. Razem kibicowaliśmy swoim drużynom. Dziś robię to rzadziej, ale włączę czasem Internet, żeby zobaczyć, co się dzieje z drużyną.
Kibicom Sverkosa przedstawiać nie trzeba, bo to wielki kibic Banika, ma tatuaż z herbami GieKSy i Banika. Można łatwo zweryfikować te słowa, a najlepiej zaprosić ich wspólnie.
Niedawno mieliśmy okazję oglądać transfer Sonny’ego Kittela do Rakowa, w jednym z wywiadów powiedział, że jego mama i dziadkowie są z Katowic i możemy założyć, że w Katowicach bywał – oczywiście to też nie oznacza, że sympatyzuje GieKSie (źródło).
W każdym razie te trzy przypadki można spróbować wykorzystać do promocji, budowania społeczności i to bez większych nakładów finansowych. Jakim kosztem stricte finansowym jest wysłanie listu, a w nim koszulki meczowej, miejskiego wydana słynnej gry Monopoly i zaproszenia na mecz? Oczywiście umówić się przy tym na rozmowę, poproszenie o wrzucenie jakiejś fotki na prywatne social media? Ja bym to zrobił w momencie przeczytania, czy wysłuchania takiego wywiadu. Musimy pamiętać o tym, że Niemcy lubią gadżety piłkarskie, a nasze koszulki zazwyczaj są ładne i wpadają w oko. A nóż któryś z niemieckich kolekcjonerów zechce takie coś kupić? Nie wspominając nawet o potencjalnych followersach itd. Czy jest szansa, żeby odwiedzili Katowice i stadion GKS? Skoro Martin Max przyjechał na jubileusz Rodła Górniki (Górniki to malutka dzielnica Bytomia), ściągając przy tym stare legendy Schalke 04, to myślę, że mamy warunki, żeby pomyśleć o takich gościach – zwłaszcza w perspektywie otwarcia nowego stadionu.
Skupiłem się tutaj na piłce nożnej a GKS to także zapasy, hokej i siatkówka. Czy przy tych dyscyplinach jest, gdzie uderzyć, żeby skorzystać ze słynnych nazwisk? Oczywiście, że tak.
Przez 2 lata naszych barw bronił Matias Lehtonen — każdy kibic docenia umiejętności tego hokeisty, przecież mocno przyczynił się do dwóch Mistrzostw Polski, ale to i tak niewiele przy karierze jego brata Mikko. Starszy z braci jest dwukrotnym mistrzem świata (2019, 2022) oraz mistrzem olimpijskim. To duża sprawa w hokejowych warunkach. Czy można być ten wątek mocniej pociągnąć przez nasze media? Myślę, że tak skoro była nawet okazja do rywalizacji dwóch braci w hokejowej Lidze Mistrzów. Aż prosiło się wtedy o dłuższą, nieco ekskluzywną rozmowę z dwoma hokeistami. Matthias Płachta, syn Jacka naszego trenera, to znów w hokejowym świecie poważne nazwisko – gwiazda DEL – hokejowej Bundesligi, do tego srebrny medalista Igrzysk Olimpijskich w 2018, a także uczestnik Mistrzostw Świata elity. W przypadku gdy jego ojciec jest naszym trener z dużymi sukcesami, pochodzi Katowic i to nasz człowiek, to logicznym wydaje się, żeby wykorzystać te powiązania, bo do tej pory niczego takiego nie było. Zostając w wątku hokeja, to chyba każdy z nas widział Davida Pastrnaka z Boston Bruins w koszulce GieKSa&Banik na wyjeździe w Pradze. Fajnym przykładem, jak można pewne rzeczy wykorzystać, to obecność Jaromira Jagra na finale play-off w 2022 roku. Rzucił pierwszy krążek, otrzymał koszulkę, do tego jakiś gadżet i… wystarczy. Od takich rzeczy można zaczynać.
Kiedy myślimy o siatkówce i Katowicach to pierwsza rzecz, jaka z tym się kojarzy to oczywiście Spodek, Mekka siatkówki. Myślę, że miejscy włodarze liczyli na to, że siatkarska GieKSa będzie przedłużeniem tego, co w Spodku dzieje się podczas meczów reprezentacji. Jak bardzo przestrzelone to były rokowania, świadczy to, że na hali w Szopienicach wieje wiatr, a większa ilość widzów jest wtedy, gdy przyjadą kibice gości z Kędzierzyna, Zawiercia czy Jastrzębia. Mecze GieKSy w Spodku zdarzają się od święta i to niestety dosłownie (jak w Wielkanoc), zazwyczaj z mało medialnymi rywalami. W każdym razie znów możemy zapytać: czy jest kogo wykorzystać, żeby zrobiło się bardziej medialnie? Obecnym kapitanem naszej drużyny jest Jakub Jarosz — wielokrotny reprezentant Polski z sukcesami, a ja śledzący dosyć regularnie social media klubowe, nie pamiętam jakiejś obszernej rozmowy z tym siatkarzem. Mam na myśli tutaj rozmowę szerszą i dłuższą aniżeli omówienie spotkania, okresu przygotowawczego itd. Ponadto jest Grzegorz Kosok, wychowanek naszego klubu, co prawda w piłce nożnej, natomiast to również świętujący sukcesy w lidze czy reprezentacji siatkarz, który też mógłby poopowiadać o siatkówce, o mieście, klubie itd.
Zapasy swego czasu to była wizytówka naszego klubu, regularni olimpijczycy, a także medaliści, to zawodnicy naszego klubu. Andrzej Supron to srebrny medalista z Moskwy, ponadto wielokrotny medalista Mistrzostw Świata, Europy i Polski. Zapaśnik ten to bardzo medialna postać i, co warte podkreślenia, często pojawia się przy okazji promocji zapaśniczego GKS-u, wręcza nagrody na zawodach. Robi to często w naszym dresie i zawsze ciepło wypowiada się o naszym klubie – świetnie! O to w tym chodzi.
Jak powyżej można przeczytać, wiele jest punktów zaczepienia, z których trzeba próbować korzystać. Jasną sprawą jest, że nie każdy będzie zainteresowany, ale tego się nie dowiemy, dopóki nie spróbujemy.
Imprezy międzynarodowe
Przejdźmy dalej, bo przecież jako klub mieliśmy okazje organizować imprezy międzynarodowe na naszych arenach. Europejskie puchary w hokeju i piłce kobiet to kolejna sprawa, którą można było odpowiednio wykorzystać, żeby pokazać się za granicami kraju jako drużyna, miasto, kibice i organizacja.
Hokejowa Liga Mistrzów
Szansa została zaprzepaszczona na samym początku, kiedy nie podjęto starań organizacji spotkań w Spodku. Hala na pewno przyciągnęłaby wielu fanów hokeja, którzy przyszliby dla samej dyscypliny, a przy odpowiedniej mobilizacji byłaby w stanie wypełnić się dosyć mocno. Finalnie skończyło się na Jantorze, który wiadomo, gdzie się znajduje. Osobną sprawą był bojkot, który spowodował, że hala nie była wypełniona ani razu w 100 proc., nie mówiąc o zyskach, bo ciężko o nie, kiedy 1/3 biletów została rozdana, a obowiązkowo na mecze musiały stawić się drużyny piłkarzy, piłkarek i siatkarzy. Pamiętajmy też, że taki turniej to koszt sam w sobie, do którego federacja nie dokłada. Klub oczywiście próbował stworzyć atmosferę święta, ale klimat był przy tym ciężki, więc rewelacji być nie mogło. Natomiast też nie uważam, by zalewała nas jakaś niesamowita liczba materiałów promujących wydarzenie. Wydano kilka gadżetów okolicznościowych, jak kubki, mini koszulki, mini kije, wyroby szalopodobne (sam nie wiem, jak to coś nazwać), a także smycze, które raczej wykorzystywane były do akredytacji czy identyfikatorów podczas imprez, a nie codziennego noszenia. Wydano również napoje typu energy-drink. Zabrakło zwykłych koszulek, a przede wszystkim programów meczowych poświęconych całemu turniejowi CHL w formie skarbu kibica, z tabelami do wpisywania wyników, zdjęciami drużyn, kadr zespołów i po prostu ciekawostek. Takie wydania często wartość zyskują po latach. Czy to był zbyt duży koszt? Z pewnością nie, a potencjalni sponsorzy czy partnerzy do takie wydawnictwa na pewno by się znaleźli.
Sprawa Ligi Mistrzów została na starcie przegrana przez brak gry w Spodku, co znacząco mogłoby pomóc w tym, żeby i w tym roku Mistrz Polski grał w CHL. Reszta działań to wykorzystanie tego, co pozostało, natomiast brakowało tutaj fachowego podejścia do zagadnienia.
Turniej eliminacyjny kobiecej Ligi Mistrzów
Od bardzo dawna nie było nam dane gościć europejskich pucharów przy Bukowej. Czy ktokolwiek po słynnym eurowpierdolu (być może pierwszym w historii kraju) z Cementarnicą Skopje, spodziewał się, że kolejna taka szansa przyjdzie za 20 lat, a w dodatku będzie to drużyna kobiet? Dodatkowym bodźcem do śledzenia tego wydarzenia było także to, że najprawdopodobniej to ostatnia szansa na międzynarodowe widowisko na Bukowej. Jeśli chodzi o organizacje, to na pewno było łatwiej, z tego względu, że UEFA wykładała środki, a Bukowa też nie wymagała dodatkowych inwestycji. Zasady turnieju zakładały cztery mecze. O aspektach sportowych nie ma co się rozpisywać, bo nie tego dotyczy ten tekst.
Całe to wydarzenie można ocenić dwojako. Opinia zewnętrzna ocenia to całkiem dobrze, chwaląc otoczkę, promocję wydarzenia — ilość akcji, klipów, ulotek, bannerów czy reklam był naprawdę spory. Filmik w języku angielskim z Nicole Zając, jako lektorem, to również super sprawa, bo jej biegłość w posługiwaniu się tym językiem wyszła w tym przypadku bardzo dobrze. Piłkarki bywały na rynku czy na meczach piłkarzy rozdając zaproszenia na mecz. Klub uznał, że to odpowiedni czas, żeby na mecze piłkarek wprowadzić bilety. Cena 10 zł była tutaj jak najbardziej na miejscu. Na spotkaniu z Anderlechtem było nas 1965. Organizacja samego turnieju również wypadła dobrze, były punkty gastronomiczne na meczach. Fajnie opakowano to w mediach klubowych, były transmisje z kilku kamer, dwóch komentatorów. Co do gadżetów okolicznościowych klub nie mógł za bardzo podziałać ze względu na brak możliwości użycia oficjalnego logo Champions League.
Sama frekwencja to średni wynik — osoby odpowiedzialne za promocję wydarzenia z klubu uważały, że być może potrzebne będzie otwarcie Blaszoka. Można było liczyć na dużo lepszy wynik, gdyby odpowiednio zmobilizowano kibiców, skoro ci raptem kilka dni wcześniej potrafili pojechać do Bielska-Białej w ponad 3000 osób. Nie udało się pobić rekordu frekwencji na klubowym meczu piłki nożnej kobiet w Polsce, a to już porażka. Miejmy na uwadze, że to mogła być jedna z ostatnich szans na bicie takiego rekordu. Pogoń Szczecin ma dużo większe zaplecze kibicowskie niż my, Lech Poznań powoli wspina się po szczeblach ligowych, a w ich przypadku kilka tysięcy nie będzie większym problemem. Zwieńczeniem imprezy były obszerne kulisy z całego turnieju. Podsumowując — impreza została bardzo fajnie opakowana, natomiast w mojej ocenie promocja skupiła się bardziej na eksponowaniu miasta czy klubu niż samego turnieju w postaci meczów piłkarskich. Podobnie jak w przypadku hokejowej Ligi Mistrzów zabrakło programu turniejowego z kadrami zespołów i rysem historycznym. Brak wydania w formie papierowej to jedno, ale na próżno było szukać kadr zespołów na klubowych socialach. Wideo poturniejowe było obszerne, ale też praktycznie nie było tam rozmów z zawodniczkami drużyn przyjezdnych, a to też wypadałoby w takie materiały wrzucić.
Puchar Kontynentalny
O organizacji samego turnieju niestety nie możemy nic napisać, bo klub ani miasto nie zdecydowały się na organizację imprezę. Jak mantrę powtarza się, że w Spodku taka impreza jest ciężka do zorganizowania, bo trzeba sprawę załatwić odpowiednio wcześniej ze względu na napięty terminarz. Koszt takiej zabawy również nie jest mały. W każdym razie chciałoby się, żeby miasto poszło czasem Va Banque i zdecydowało się zarezerwować Spodek w odpowiednim terminie i podjęło się organizacji takiego turnieju w Katowicach. Jak już przy samym turnieju jesteśmy, jak najbardziej należy pochwalić obecność klubu w Cortinie. GieKSik chodzący po mieście i częstujący śląskimi słodyczami, rozdawano broszury promujące miasto i widać było, że robiło to wrażenie na mieszkańcach włoskiego kurortu. Turniej finałowy odbył się w walijskim Cardiff. Nasz klub zgłosił kandydaturę i co ciekawe wyznaczono do tego Satelitę, natomiast brak oficjalnej wzmianki o chęci kandydatury wiele mówił o „staraniach”.
Mecz pucharowy z Górnikiem Zabrze
To wydarzenie to zdecydowanie mniejsza skala wydarzenia, niż te powyższe, ale widownia, która była, a raczej powinna być, powoduje, że mecz ten znalazł miejsce w tym zestawieniu. Brak kompletu na takim meczu to bardzo duży kamień do ogródka osób za to odpowiedzialnych. Oczywiście, pora meczu nie była idealna, bo 21.00 dla ludzi, którzy pracują od 6:00 kolejnego dnia, równała się urwaniem części nocy. Ale to jednak mecz derbowy, do tego z naszą zgodą. Nie dopisali również goście, bo ich liczba też nie była żadną rewelacją, ale patrzmy na siebie. Klipy i posty promujące ten mecz, mimo że wykonane dobrze, wypuszczane zostały dopiero w poniedziałek na 2 (!) dni przed meczem, a przecież poprzedni mecz u siebie graliśmy w piątek, 12 (!) dni wcześniej z Zagłębiem Sosnowiec. Tak naprawdę od soboty klub powinien był ruszyć ze wzmożoną promocją tego spotkania. Była orkiestra górnicza, fajnie wpisująca się w historię obydwu klubów. Polityka biletowa na to spotkanie to też sporo błędów. Bilety w pakiecie de facto okazały się dwoma biletami kupionymi razem, bez żadnej promocji cenowej. Wejście na Blaszok w cenie biletów na Trybunę Główną — sami przyznacie, że można było to zrobić lepiej. W efekcie wielu ludzi bardzo mocno żyjących klubem nie czuło klimatu zbliżającego się święta. Dla kibiców Górnika czekał dodatkowy punkt cateringowy w okolicach sektora 6, co należy pochwalić. Niestety nie mieli, gdzie usiąść, a i na to miejsca by przecież wystarczyło. Bez komentarza pozostawię fotkę rzecznika prasowego z Janem Urbanem i żartem o liczbie meczów w La Liga. Przegraliśmy 0-4 w meczu derbowym, a część ludzi chyba zapomniała, że mimo zgody takie mecze chcemy wygrywać…
Social Media
Dużym zainteresowaniem cieszą się klubowe media. Dotyczy to zarówno naszego klubu, jak i większości klubów sportowych w zasadzie na całym świecie. Spójrzmy więc, jak wygląda to na naszym podwórku. Klub jest bardzo aktywny w sieci — wspólne konto na YouTube i Instagramie, oddzielne konta dla sekcji na Twitterze (X) i Facebooku. Pomysł ten uważam za całkiem rozsądny, ponieważ kibic szukający informacji o konkretnej sekcji ma wszystko w jednym miejscu. Co do YouTube wspólne konto pozwala na większy zasięg filmów. Instagram to głównie zdjęcia i relacje, więc rozdzielanie kont dla każdego zespołu mijałoby się z celem.
Facebook, Instagram czy Twitter prowadzony jest na dobrym poziomie. Ilość i częstotliwość postów jest regularna, ale też nie nachalna, posty są stosunkowo czytelne i treściwe. Grafiki uważam, że przygotowywane są na wysokim poziomie. Mamy odniesienia do meczów historycznych, przypomnienia o urodzinach naszych legend. W tygodniu przypominane są ciekawe wydarzenia z weekendu. Bardzo fajnym pomysłem jest przygotowanie grafik jako motywów przewodnich na topowe mecze jak derby z Ruchem czy Górnikiem. Podobnie do tego ma się kwestia profili sekcji. Piłka nożna to kolor żółty, siatkówka – zielony, hokej znów na czarno. Do czego można, a w zasadzie należy się przyczepić, to ostatnimi tygodniami wkurzająca wręcz liczba postów reklamujących sklep czy ofertę tego sklepu. Uważam, że sklep powinien mieć osobny profil, a na sportowych profilach od czasu do czasu mógłby znaleźć się odnośnik. Na pewno nie w takiej liczbie, jak ma to miejsce obecnie. Często wrzucane są też krótkie klipy z treningów, jednak dobór tych filmików mógłby być lepszy — wybrać bardziej dynamiczne ujęcia, gdzie padają bramki, są parady bramkarzy, a nie rozgrzewka. Galerie z meczów wrzucane są regularnie, a jakość ich również stoi na wysokim poziomie, dzięki czemu Instagram wygląda bardzo dobrze. Bywa wesoło, bywa poważnie, jak dla mnie wszystko jest na odpowiednim poziomie, relacje również przyciągają. Działalność na Twitterze to tak naprawdę skrócona długość postów z Facebooka, bo taka też jest specyfika tego portalu. Brakuje krótkich form wyjaśniających daną sytuację, np. dla uspokojenia opinii publicznej. Przykładem niech będzie tutaj komunikacja podczas zimowych kolejek z Arką i Miedzią. Nie każdy wie, w jaki sposób działa podgrzewana murawa, co dzięki niej można zyskać, a z czym sobie nie poradzi. Myślę, że gdyby klub wrzucił odpowiednią informację, ucięłoby się spekulacje, domysły.
Zwieńczeniem mediów społecznościowych naszego klubu jest oczywiście profil na YouTube. Uważam, że ilość i jakość przygotowywanych filmów to dobry poziom na tle tego, co możemy oglądać w polskich mediach klubowych. Zerkam od czasu do czasu na kanały YouTube innych zespołów, jak chociażby Górnika Zabrze i porównując ich klipy do naszych, to wypadamy lepiej. Oczywiście każdy ma swój odrębny styl, natomiast patrząc pod kątem jakości ujęć i montażu, to jest naprawdę dobrze. Coraz więcej jest ciekawych pomysłów na kulisy meczowe, jak np. w poprzednich sezonach pokazanie przygotowania do meczów poprzez fizjoterapeutów czy kierowników piłki nożnej, hokeja. Kibic mógł zobaczyć, jak wygląda tło tego, co widzimy na tafli czy boisku. Filmy z kulisami zdobycia mistrzostwa przez hokeistów czy piłkarki, to też naprawdę kapitalna robota i oglądało się to świetnie. Natomiast nie byłbym sobą, gdybym do czegoś się nie doczepił. O samej jakości tych klipów można wypowiadać się tylko i wyłącznie bardzo dobrze, ale w mojej ocenie można doczepić się do treści samych klipów. Widoczny jest brak rozeznania, znajomości ludzi związanych z dyscypliną czy nawet samej dyscypliny, ale też samego czucia tego, w którą stronę poprowadzić rozmowę. Podczas meczu z Wisłą Płock rzecznik rozmawiał z dziennikarzem z Japonii o Shibacie, aż się prosiło, żeby wspomnieć, że mamy w klubie hokeistę z tego samego kraju. Przykładem tego może być rozmowa z jednym z kibiców przed meczem piłkarzy, którym okazał się Jacek Furtok – syn Jana. Niestety rozmowa wyglądała tak, że… nie zdawano sobie sprawy, z kim się rozmawia. Brakuje rozmów z naszymi byłymi zawodnikami, gdy gramy z obecnymi drużynami. Przyjechał Bartłomiej Spałek – fizjoterapeuta Górnika, syn naszego wieloletniego fizjo – Wojciecha, a przede wszystkim nasz kibic, a nikt z nim nie porozmawiał. W tym samym meczu grał także Paweł Olkowski, który seniorską karierę rozpoczynał w Katowicach. Takich okoliczności jest naprawdę dużo, a takich rozmów niestety nie ma. Fajnym pomysłem jest obecny format kulis hokejowych, jako rozmów z zawodnikiem jako tło samego meczu, tyle że te rozmowy są miałkie, niewiele w nich hokejowych smaczków, a pytania są dość standardowe. Igora Smala należało wypytać o jego przygodę w Szwecji, bo wiemy, co to oznacza w świecie hokeja, nie mówiąc już o tym, że można było go zapytać o wyjazd z kibicami do Bielska. Jak wyżej napisałem — w obecnym sezonie mamy nie lada gratkę w postaci dwóch Japończyków w klubie —Shun Shibata i Shigeki Hitosato. Przecież to samograj — możliwości nagrania wspólnego wywiadu, przygotowania tradycyjnego sushi itd. Finalnie skończyło się na… jednej fotce, bo Hitosato przyszedł na mecz piłkarzy i sam zszedł na murawę, by zapoznać się z piłkarzem. Skoro można wykorzystać Christiana Alemana do tworzenia filmów opisujących nasz stadion, co stoi na przeszkodzie na szerszy materiał z naszymi dwoma sportowcami z kraju Kwitnącej Wiśni? A przecież chyba każdy z nas wie, jak pozytywny oddźwięk może mieć taki materiał w samej Japonii, a to znów lajki, wyświetlenia itd.
Osobną kwestią są wywiady przeprowadzane przez rzecznika czy inne osoby za to odpowiedzialne. Pytania są formułowane w taki sposób, że albo od razu sugerują odpowiedzieć, albo pytany musi sam wydedukować, o co został zapytany. Ponadto są to pytania najbardziej oczywiste, jakie można by zadać, np. „wygraliśmy 1-0, co możesz powiedzieć o spotkaniu?” Ręce opadają… Część kibiców zrezygnowała z oglądania takich rozmów, bo są nudne i przewidywalne. Co gorsze mam wrażenie, że i sami rozmówcy nie za bardzo chcą odpowiadać. Kolejną kwestią, którą warto przemyśleć to podcasty. Klub ma sporo zawodników, by stworzyć cykl dłuższych rozmów, które kibic mógłby sobie odtwarzać w dowolnym momencie, bez potrzeby patrzenia w ekran, jak ma to miejsce w kulisowych rozmowach.
Koszulki meczowe
W tekście wspominałem już o koszulkach meczowych. Śmiało możemy stwierdzić, że zazwyczaj trykoty przygotowane są bardzo starannie. Szczególnie te hokejowe charakteryzują się świetnymi pomysłami, a co warte dodatkowego podkreślenia, to nawiązanie do historycznych strojów, tradycji naszego klubu czy miasta. Dzieje się tutaj naprawdę dużo, więc nic tylko przyklasnąć. Piłkarki grają w takich samych modelach, co piłkarze, co też wygląda dobrze. W piłkarskich koszulkach jest sporo pomysłu, mieszanie między pasiakami a koszulkami jednolitymi, pojawiają się nowe elementy, odnośniki do tradycji, ale co najważniejsze nie ma w tym wszystkim przesady i zawsze jest przygotowane to zgodnie z barwami. Kapitalnym pomysłem i wykonaniem okazały się ostatnie koszulki na derby z Ruchem, nawiązujące do rywalizacji w finale Pucharze Polski z Niebieskimi.
GieKSik
Chyba każdy pamięta, jak latami mówiło się o braku maskotki klubowej. Ktoś wpadł na pomysł by taką maskotką była postać trochę podobna do bohaterów bajki Bolek i Lolek. Wybór padł na GieKSika. Mimo obaw pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Uśmiechnięta buzia powoduje sporo radości wśród dzieciaków, a i dorosły też się uśmiechnie. Oczywiście wypełnienie tej maskotki przez lata się zmieniało. Natomiast osoby, które robiły to zazwyczaj też dobrze się w tej roli czuły, co przekładało się na pełen obraz GieKSika. Maskotkę widać przy większości wydarzeń, tworzone są maskotki, koszulki i różne gadżety z tym związane. Zazwyczaj ubiera też koszulkę zgodnie z meczem danej sekcji, a gdy trzeba to garnitur. Dzisiaj już nikt nie wyobraża sobie, by mogło go kiedyś zabraknąć. Dużą wtopą ze strony marketingu był GieKSik bez koszulki w Bielsku. Wyszło to fatalnie. Myślę, że wiele osób ze mną się zgodzi, że lepiej by było, gdyby nie było go wcale. W myśl zasady — jak coś robisz, rób to dobrze. O obecności tego dżentelmena we Włoszech pisałem powyżej – ubiór też był odpowiedni.
Podsumowanie
Marketing w naszym klubie ma już określoną renomę, przez co i wymagania kibiców są coraz większe. Po rządach poprzedniego prezesa, który wyciął cały dział, czas na odbudowę i pobudkę ze snu zimowego. Podstawy są solidne, a materiału i narzędzi do pracy też nie brakuje. Wchodzimy w rok z bardzo dużym wydarzeniem w historii klubu. Pracujmy od dziś, aby zapełnić nowy stadion. Czas ucieka bardzo szybko, a działań nie ma zbyt wiele. Choć nie można nie zauważyć pewnej odwilży w postaci nowych osób w dziale marketingu.
Chciałbym, żeby ktoś przemyślał temat wspólnej burzy mózgów z kibicami. Sympatycy naszego klubu odwiedzają hale, stadiony czy lodowiska w Europie. Ktoś inny być może interesuje się takimi zagadnieniami i ma wiele pomysłów, które warto wprowadzić również w Katowicach. Może warto wprowadzić jakiś panel w dowolnej formie, by podsyłać pomysły do osób za to odpowiedzialnych?
Pozdrowienia!
Leszek Górecki
Piłka nożna Wywiady
Okiem rywala: kibicowski boom na GieKSę zachwyca
W ostatnich tygodniach relacje z Częstochowy zdominowały czołówki serwisów sportowych w Polsce. Sprawcą zamieszania był przede wszystkim trener Marek Papszun, ale forma sportowa Medalików również jest godna podkreślenia. Jak w tym wszystkim odnajdują się kibice pod Jasną Górą? Zapytałem Roberta Parkitnego ze stowarzyszenia „Wieczny Raków”, który po raz drugi odpowiedział na nasze zaproszenie. Jednocześnie zachęcam do lektury naszej poprzedniej rozmowy, w której poruszyliśmy wiele tematów związanych z historią Rakowa i naszych pojedynków.
Meczem w Częstochowie otwieramy rundę rewanżową. Jak podsumujesz postawę Rakowa w pierwszej części sezonu?
Na początku Raków stracił, ale później odrobił i teraz nasze miejsce jest mniej więcej takie, jak należy. Natomiast z kilku względów była to dla nas ciężka runda, stąd wiele osób wyraża się o Rakowie negatywnie, nie mając pełnej wiedzy o tym, co tak naprawdę dzieje się w klubie. Ja nie mam potrzeby mówić i pisać o wszystkim tylko po to, aby zebrać dodatkowe lajki. Przede wszystkim kadra nie była odpowiednio zestawiona, aby łapać punkty na wszystkich frontach. Niektórzy powiedzą, że doszły duże nazwiska, takie jak Bulat, Diaby-Fadiga czy Konstantópoulos, mimo to na początku nie grało to, jak należy. Moim zdaniem drużyna potrzebowała czasu, aby wszystko mogło się zazębić. Zmian w kadrze było dużo, do tego doszły kontuzje, dlatego początek sezonu był ciężki. W pewnym momencie pojawiały się nawet głosy nawołujące do zwolnienia trenera, ale kryzysy trzeba przezwyciężać i cała sztuka polega na tym, aby w takich momentach karta się odwróciła. Nam się to udało i dziś idziemy jak burza w Europie, a w lidze też wyglądamy coraz lepiej. Uważam, że tę rundę zakończymy jeszcze dwoma zwycięstwami, niestety m. in. waszym kosztem. Koniec końców runda jesienna w naszym wykonaniu była dobra, natomiast jako kibic polecam krytycznie podchodzić do informacji podawanych w Internecie. Czasem spotykam się z opiniami, że ktoś nie pamięta tak słabego meczu, odkąd kibicuje Rakowowi – wtedy wiem, że nie mamy o czym rozmawiać, bo sam doskonale pamiętam ciężkie czasy w naszej całkiem niedawnej historii.
A co sądzisz o formie GieKSy?
Wydaje się, że ten sezon jest dla was cięższy niż poprzedni, w roli beniaminka. Z drugiej strony takie mecze jak pucharowy z Jagiellonią pokazują, że w waszej drużynie jest potencjał i gdybyś zapytał mnie o kandydatów do spadku, to nie wskazałbym w tym gronie GieKSy. Myślę, że te niegdyś „ulubione” przez was pozycje 8-12 w 1. lidze są teraz w waszym zasięgu, jeśli chodzi o Ekstraklasę. Natomiast z zachwytem obserwuję kibicowski boom na GieKSę, spowodowany m.in. nowym stadionem. Miałem okazję być w waszym sklepie „Blaszok”, który wygląda okazale, co chwilę przychodzili ludzie nie tylko na zakupy, ale też pogadać i zapytać o bieżące sprawy. Gdyby taki stadion jak wasz powstał w Częstochowie, to również byłby to dla nas impuls do kibicowskiego rozwoju.
Pytając o GKS w tym sezonie, przeważały opinie, że głównym powodem słabszej formy na początku sezonu był transfer Oskara Repki. Jak ten zawodnik odnalazł się pod Jasną Górą?
Pierwsze wejście Repki do zespołu było bardzo dobre. Z czasem nieco przygasł, być może z tego względu, że Marek Papszun wymaga więcej niż w większości innych klubów, nie tyle w kwestii samego zaangażowania na boisku, ale przede wszystkim całej otoczki. Była taka sytuacja po naszym meczu z Górnikiem, przegranym u siebie 0:1, który był chyba najsłabszy w całej rundzie: gra była fatalna i gdy po meczu trener nie przebierał w słowach, to mocno oberwało się m. in. Repce. Oskar wylądował na ławce i było to trudne zderzenie z rzeczywistością Marka Papszuna. Być może w GieKSie wyglądało to inaczej – po porażce trener reagował w inny sposób, jak przystało na beniaminka, natomiast w Rakowie wylicza się każdy błąd. Sam nie zwracam dużej uwagi na aspekty piłkarskie, ale czytałem opinie, że w ostatnim meczu ze Śląskiem Repka był jednym z naszych najsłabszych ogniw. Dla mnie jest to piłkarz z ogromnym potencjałem, pozostaje jednak pytanie, czy na dłuższą metę dopasuje się do naszego stylu gry. Z drugiej strony za chwilę w Rakowie będzie nowy trener, więc rola Repki też może się zmienić.
Jest też piłkarz, który kiedyś próbował podbić Częstochowę, a dziś nie wyobrażamy sobie bez niego GieKSy. Uważasz, że patrząc na obecną formę Bartosza Nowaka, odpuszczenie go przez Raków było błędem?
Przede wszystkim Bartek jest fajnym człowiekiem – otwartym, uśmiechniętym, radosnym. Widać, że gra sprawia mu przyjemność. Trudno uważać jego transfer za błąd. Kiedyś przygotowałem dla trenera statystykę zawodników, którzy nie sprawdzili się w Rakowie – większość wylądowała w 2. lub 3. lidze. Tacy jak Nowak są wyjątkami, ale nie znam dokładnie kulis jego odejścia – może sam na to nalegał, a może naciskał agent. Ja widziałbym Bartka w Rakowie, ale w tamtym czasie rywalizacja na jego pozycji była ogromna. Ponadto czasem po prostu tak jest, że w jednym klubie zawodnik gaśnie, a gdzie indziej, przy innym trenerze rozkwita i taki transfer okazuje się strzałem w dziesiątkę.
„Gdy pojawiła się informacja, że Papszun wraca, miałem mieszane uczucia, zastanawiając się, czy jest szansa po raz drugi napisać tę samą historię” – to twoje słowa z naszej poprzedniej rozmowy. Wszystko wskazuje na to, że twoje obawy były słuszne.
Mimo całego zamieszania, jakie od kilku tygodni trwa w Częstochowie, z Markiem Papszunem wciąż mam dobre relacje. Po jednym z ostatnich meczów porozmawiałem trochę dłużej z trenerem i poznałem jego punkt widzenia oraz odczucia co do obecnej sytuacji w klubie. Dlatego teraz, gdy spotykam się z innymi kibicami i słucham niepochlebnych opinii na temat trenera, to staram się tonować nastroje. Trener Papszun nie jest idealny ani bezbłędny, ale takie sprawy często mają drugie dno i nie inaczej jest w tym przypadku.
Po ewentualnym odejściu Marek Papszun zachowa status legendy?
Pod koniec jego pierwszej kadencji byłem wśród inicjatorów uroczystego pożegnania trenera w naszym kibicowskim lokalu, wręczyliśmy mu też piłkę z napisem „trener – legenda”. Żegnaliśmy go jak króla, tymczasem niedługo później on wrócił. To dowód na to, że zarząd nie był przygotowany na jego odejście, decydując się na Dawida Szwargę. Poza tym nastroje byłyby inne, gdyby w poprzednim sezonie Raków zdobył mistrzostwo. Nie każdemu pasuje praca z Markiem Papszunem, ale trzeba pamiętać, że w tym, co robi, jest profesjonalistą i nawet w sytuacji, gdy jedną nogą jest w Legii, to jego piłkarze wychodzą na boisko przygotowani i wygrywają kolejne mecze. Po pamiętnej konferencji wielu w to zwątpiło – pojawiły się głosy, że piłkarze będą grać przeciwko trenerowi. Z kolei po wysokich zwycięstwach z Rapidem i Arką ci sami ludzie mówili: wygrali, bo chcieli zrobić na złość Papszunowi. Można oszaleć…
Po deklaracji trenera o chęci trenowania Legii studziłeś na Twitterze gorące głowy częstochowskich kibiców. Jakie uczucia dominują – zawód czy zrozumienie?
Zdecydowanie negatywnie odebrano tę wypowiedź trenera, przede wszystkim co do miejsca i czasu. Natomiast ja patrzę na to w inny sposób. Owszem, trener mógł to rozegrać inaczej, ale z drugiej strony, gdyby tego nie zrobił, a niedługo później wypłynęłaby informacja o jego przejściu do Legii, to spotkałby się z zarzutem, że nas zdradził i ukrywał prawdę. Wszyscy wiemy, że Papszun jest Legionistą, warszawiakiem i prowadzenie stołecznych zawsze było jego marzeniem. W Częstochowie zrobił kawał dobrej roboty, dlatego nie widzę w jego słowach aż tak dużej sensacji, jak przedstawiają to media.
Kwestia „transferu” Papszuna do Legii jest już oficjalna?
Nie mam pojęcia. Oficjalne jest porozumienie Rakowa z Łukaszem Tomczykiem – trenerem Polonii Bytom. Było już wiele wersji rozwoju sytuacji, natomiast jeśli miałbym obstawiać, to moim zdaniem Papszun zostanie w Częstochowie do końca rundy (kilka godzin później taką informację podał Tomasz Włodarczyk w serwisie meczyki.pl – przyp. red.).
W ostatnich tygodniach forma zarówno Rakowa, jak i GKS-u wyraźnie poszła w górę. To, co jeszcze nas łączy, to lanie od ostatniego w tabeli Piasta Gliwice. Jak do tego doszło w Częstochowie?
Na ten temat nie powiem zbyt wiele, bo choć w ciągu ostatnich 18 sezonów opuściłem zaledwie siedem domowych meczów Rakowa, to właśnie z Piastem był jeden z nich. Ani go nie oglądałem, ani też nie analizowałem tej porażki. Po pierwsze, Daniel Myśliwiec jest dobrym trenerem i szybko odcisnął swoje piętno na drużynie, a po drugie liga jest mega wyrównana i nawet tak niskie miejsce w tabeli jak Piasta nie znaczy, że nie potrafią się odgryźć. Inna sprawa, że Rakowowi zawsze lepiej gra się z drużynami z czołówki – nie wiem, czy to kwestia motywacji, czy czegoś innego. Mimo że Piast zdobył 6 punktów z naszymi drużynami, to uważam, że w końcowym rozrachunku znajdzie się mimo wszystko w trójce spadkowiczów.
Jeśli natomiast chodzi o czołówkę ligi, to wielokrotnie podkreśla się w mediach postawę Jagiellonii, która dobrze prezentuje się we wszystkich rozgrywkach. Tymczasem Raków radzi sobie równie dobrze, o ile nie lepiej, bo w przeciwieństwie do Jagi nadal ma szansę na Puchar Polski. Cele na ten sezon pozostają niezmienne?
Zdecydowanie. Zarówno trener, jak i piłkarze zarabiają takie pieniądze, że nie ma innego celu jak mistrzostwo. Pochwały dla Jagiellonii przypominają mi laurki dla Rakowa przy okazji marszu z 1. ligi do Ekstraklasy – jak to wszystko było doskonale poukładane. Jaga wygląda nawet lepiej – ogromny stadion, odpowiednie zaplecze infrastrukturalne i kibicowskie. Z kolei Raków jest w Polsce wyśmiewany przede wszystkim za brak stadionu. Mieliśmy swoje pięć minut zachwytów w mediach, a teraz każdy gorszy moment jest dodatkowo rozdmuchiwany. Nic się jednak nie zmienia: zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski są dla nas mega ważne. Do tego jak najdłuższa gra w Lidze Konferencji. Po to sztab liczy tylu ludzi, by odpowiednio przygotować zespół do wszystkich rozgrywek, a wyniki muszą przyjść. Tym bardziej że w Pucharze robi się powoli autostrada do finału.
Musicie tylko uważać, by nie utknąć na bramkach z napisem „GKS Katowice”, ale przy odpowiednim zrządzeniu losu być może jeszcze będzie okazja o tym porozmawiać. Tymczasem skupiacie się na lidze i rozgrywkach europejskich. Czujecie się już w Sosnowcu jak u siebie?
W żadnym wypadku. Nie było tak ani w Bełchatowie, ani teraz w Sosnowcu. Trzeba być wdzięcznym włodarzom obu miast, że Raków miał gdzie grać, ale nie da się czuć dobrze poza Częstochową. Niby to tylko 60 kilometrów, ale każdy mecz w Sosnowcu bardziej przypomina bliski wyjazd niż mecz u siebie. Ciężko przyciągnąć tłumy na takie mecze, szczególnie tych najmłodszych – w Częstochowie byłoby to dużo prostsze. Sam stadion jest kapitalny do oglądania meczu, natomiast u siebie będziemy tylko w Częstochowie, choć na ten moment jest to nierealne. I pewnie w ciągu najbliższych lat się to nie zmieni.
Mimo że spodziewam się odpowiedzi, to i tak zadam ci to samo pytanie, co ostatnio: co nowego dzieje się w sprawie stadionu dla Rakowa?
Odpowiadam tak samo: nic się nie dzieje. Jakieś rozmowy się toczą, ale dopóki nie zobaczymy łopat na terenie budowy, to nie uwierzymy w żadne obietnice. Nie da się ukryć, że blokuje to rozwój klubu i Marek Papszun musi czuć to samo. Za każdym razem słyszy od prezesa, że rozmowy z Miastem są w toku – po pięciu czy sześciu latach można mieć już tego dość.
W poprzednim sezonie typowałeś gładkie 3:0 dla Rakowa w Częstochowie, tymczasem mecz potoczył się zupełnie inaczej.
Rzeczywiście, mój typ się nie sprawdził i po meczu śmiałem się w duchu, co ze mnie za znawca. Moim zdaniem tym meczem przegraliśmy mistrzostwo Polski, więc po czasie zabolało podwójnie. Szczególnie nie lubię przegrywać z Legią, Widzewem czy Lechem, a tutaj przyszła porażka z beniaminkiem. Mówi się trudno, bo takie wpadki się zdarzają. Myślę, że w najbliższą niedzielę 3:0 dla nas już musi być. Raków jest w gazie, a GieKSa będzie delikatnie podmęczona pojedynkiem z Jagiellonią, który musiał was sporo kosztować. Raków też co prawda grał ze Śląskiem, ale moim zdaniem wyglądało to trochę tak, jakby grał na pół gwizdka. Dlatego forma fizyczna będzie działać na naszą korzyść.
Wiem, że byłeś na Nowej Bukowej w pierwszej kolejce tego sezonu. Jak wrażenia?
Jak wspominałem w naszej poprzedniej rozmowie, tylko raz miałem okazję być na starej Bukowej – załapałem się na ostatni wyjazd w ubiegłym roku. W tym sezonie wiedziałem, że z powodu narodzin dziecka będę musiał odpuścić część wyjazdów, dlatego ucieszyłem się, że do Katowic jechaliśmy na samym początku i zdążyłem się do was wybrać. Miałem podobne odczucia jak z meczu w Lublinie – imponujący stadion, wszyscy ubrani na żółto, mnóstwo ludzi i kapitalny doping. Wielokrotnie podkreślałem, że doping ekip ze Śląska, takich jak GieKSa czy Górnik, to ścisły top w Polsce. Co do samego meczu to nie powiem za wiele, bo nie należę do tych, którzy szczególnie skupiają się na analizie boiskowych wydarzeń, najważniejsze było zwycięstwo 1:0. Cały wyjazd wspominam więc bardzo dobrze, z wyjątkiem incydentu z rozpylonym gazem, który wprowadził trochę zamieszania.
Felietony Piłka nożna
Plusy i minusy po Rakowie
Po meczu z Rakowem można było odnieść wrażenie, że ktoś przewinął taśmę o kilka kolejek wstecz i z powrotem wrzucił GieKSę w tryb „mecz do ukłucia, ale nie do wygrania”. To nie był występ fatalny, ale zdecydowanie taki, który pozostawia po sobie uczucie niedosytu.
Kilka naprawdę obiecujących momentów w pierwszej połowie, trzy sytuacje, które aż prosiły się o lepsze ostatnie podanie lub dokładniejszy strzał, a jednocześnie za mało konsekwencji, by z Częstochowy wywieźć choćby punkt. Raków – drużyna w formie, w gazie, z szeroką kadrą – przycisnął po przerwie i to wystarczyło na jedno trafienie. Problem w tym, że my nie wykorzystaliśmy swoich szans wtedy, gdy mieliśmy ku temu przestrzeń. Zapraszam na plusy i minusy po meczu z Rakowem.
Plusy:
+ Pomysł na mecz w pierwszej połowie
Raków nie dominował od początku. GieKSa bardzo dobrze wyglądała w pressingu i w szybkim wyprowadzaniu piłki. Były momenty, w których to katowiczanie wyglądali dojrzalej – szczególnie do 30. minuty. Szkoda tylko, że z tego pomysłu nie udało się „wcisnąć” bramki.
+ Jędrych i Klemenz
W pierwszych 30 minutach GieKSa miała sytuacje… po stałych fragmentach i dobitkach właśnie środkowych obrońców. Jędrych dwa razy huknął z powietrza tak, że gdyby piłka zeszła, choć o pół metra, mielibyśmy kandydata do gola kolejki. Klemenz czyścił kluczowe akcje Rakowa – chociażby Makucha z 19. minuty. Solidny występ tej dwójki, szczególnie w pierwszej połowie.
Minusy:
– Niewykorzystane setki
To jest największy grzech tego meczu. Sytuacja 3 na 1 w 37. minucie – Zrel’ák mógł strzelić albo wystawić, a nie zrobił… niczego. W drugiej połowie Marković z pięciu metrów trafił w poprzeczkę, mając przed sobą pół bramki. W takim spotkaniu, jeśli masz 2-3 okazje, to musisz coś z nich zrobić, jeśli chcesz myśleć o wygranej.
– Statyczna reakcja przy straconej bramce
To był gol, którego można było uniknąć, bo sama akcja nie była wybitnie skomplikowana. Niestety Galan był spóźniony, a Brunes zupełnie niekryty. Raków przyspieszył w drugiej połowie, ale to nie był jakiś huragan – po prostu konsekwentna i cierpliwa gra.
– Głęboko i chaotycznie w drugiej połowie
Po 60. minucie w zasadzie przestaliśmy utrzymywać piłkę. Oderwane akcje, straty, chaos, brak wyjścia do pressingu. Raków to wykorzystał i zamknął GieKSę na długie minuty. Paradoksalnie – nie tworzyli sytuacji seryjnie, ale całkowicie przejęli inicjatywę. A my nie potrafiliśmy odpowiedzieć.
Podsumowanie:
GKS nie zagrał w Częstochowie meczu złego. Zagrał mecz… do wzięcia. I właśnie dlatego jest tyle rozczarowania.
To spotkanie nie zmienia obrazu całej jesieni. Wręcz przeciwnie – potwierdza, że ta drużyna gra dobrze. 6 zwycięstw w 7 ostatnich meczach przed Rakowem to nie przypadek. 20 punktów po jesieni w tak spłaszczonej tabeli to naprawdę solidny wynik. GieKSa po fatalnym starcie wróciła do ligi z jakością.
Ten mecz można było zremisować. Można było nawet wygrać. Nie udało się – ale też nie ma tu powodu, by bić na alarm. Przy takiej dyspozycji, jak z Motoru, Korony, Niecieczy, Jagiellonii, Pogoni czy w pierwszej połowie z Rakowem – GKS będzie punktował. Wiosna zacznie się praktycznie od zera, bo cała dolna połowa tabeli wciągnęła się w walkę o utrzymanie.
GieKSiarz
Piłka nożna
Widzew rywalem GieKSy
Dziś w siedzibie TVP Sport odbyło się losowanie ćwierćfinałów Pucharu Polski. GKS Katowice zmierzy się w tej fazie z Widzewem Łódź. Mecz odbędzie się w Katowicach, a 1/4 Pucharu Polski zaplanowano na 3-5 marca.
Widzew obecnie zajmuje 13. miejsce w Ekstraklasie, mając w dorobku 20 punktów, czyli tyle samo co GKS. Na 18 meczów piłkarzy Igora Jovicevića (a wcześniej Żelijko Sopića i Patryka Czubaka) składa się 6 zwycięstw, 2 remisy i 10 porażek (bramki 26-28). We wcześniejszych rundach Widzew wyeliminował trzy drużyny z ekstraklasy: Termalikę, Zagłębie Lubin i Pogoń Szczecin.
Zanim dojdzie do pojedynku pucharowego, obie drużyny zmierzą się w lidze (także w Katowicach), w kolejce, która odbędzie się 6-8 lutego.
Pozostałe pary tej fazy to:
Lech Poznań – Górnik Zabrze
Zawisza Bydgoszcz – Chojniczanka Chojnice
Avia Świdnik – Raków Częstochowa


Pablo1983
3 lutego 2024 at 07:06
Powiem tak zrobiłeś artykuł na 10 minut czytania co kompletnie nie trzyma się dupy i w większości jest słaby.Jestem 35 lat kibicem Gieksy za każdym razem na meczu u siebie (nie licząc ostatnie pół roku bo stwierdziłem jak jest górak nie zobaczą mnie tam).Piszesz o frekwencji a jaka ma być jak widzisz piłkarzyków koło 30 co mają wszystko w dupie…do tego klub podnosi ceny biletów na tzw mecze VIP tłumacząc się że to jest wina organizora i policji.Teraz płacisz 30 zł jedziesz oglądasz drużynę której nie dość że się nie chcę to po prostu umiejętnościami jest za słaba.Chcesz się napić piwa i zjeść to jak chcesz usiąść to patrzysz na toy toy i ludzi wokół i to pakiet za 30 zł.Na sam koniec 25 lat temu nie trzeba było reklamy wizerunkowej tego klubu bo wystarczyło jechać i zobaczyć Ledwonia Krzysia Maciejewskiego Borawskiego itd to umierali za ten klub…
dzbanek
16 lutego 2024 at 11:25
Fajny artykul.
Widac,ze cos sie zmienia na plus w marketingu,jednakże poziom gry też musi się zmienić na lepszy bo bez tego dobijemy do pewnego poziomu(niekoniecznie wysokiego) i to bedzie koniec calej zabawy.