Piłka nożna Prasówka
Media o meczu: Podbudowany GKS czy pogrążony w kryzysie Widzew?
Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wieczornego pucharowego spotkania GKS Katowice – Widzew Łódź.
dziennikzachodni.pl – Piłkarze GKS Katowice piszą nową historię. We wtorek zagrają o awans i pieniądze. Tylko ta godzina…
We wtorek o 20.45 na Nowej Bukowej rozpocznie się mecz ćwierćfinałowy Pucharu Polski GKS Katowice – Widzew Łódź.
Piłkarze GKS Katowice po raz ostatni w ćwierćfinale rozgrywek o Puchar Polski grali w edycji 2003/04. Uporali się wówczas z Amicą Wronki (3:0 u siebie i 1:1 na wyjeździe), dzięki czemu awansowali do półfinału, w którym przegrali z Lechem Poznań 1:2 i 2:4.
Był to ostatni sukces klubu z Bukowej, nad którym zbierały się już czarne chmury. Dwa lata później GKS spadł z Ekstraklasy, a ze względu na bankructwo finansowe rozpoczął odbudowę od czwartej ligi. Do elity powrócił dopiero po blisko dwóch dekadach, jesienią 2024. W beniaminkowym sezonie zespół Rafała Góraka w Pucharze dotarł do 1/16, teraz już zameldował się w ćwierćfinale pokonując po drodze u siebie po dogrywce Wisłę Płock (4:2), na wyjeździe ŁKS Łódź (2:1) i na Nowej Bukowej Jagiellonię Białystok (3:1).
We wtorek o 20.45 GKS zmierzy się w Katowicach z Widzewem Łódź. Godzina może stanowić pewien problem – w przypadku dogrywki i rzutów karnych kibice wrócą do domów po północy.
Oprócz awansu do półfinału stawką są pieniądze. Za 1/4 premia wynosi 190.000 zł, kolejna runda podwaja kwotę przelewu. Z Łodzi z kolei docierają wieści, że ten mecz to być albo nie być dla trenera Widzewa Igora Jovicevicia.
GKS po Puchar sięgał trzykrotnie. W 2026 roku przypada 40-lecie pierwszego takiego triumfu. Od ostatniego mijają 33 lata.
gol24.pl – Mecz prawdy w Pucharze Polski
Wtorkowy mecz GKS Katowice – Widzew Łódź wyłoni nam pierwszego półfinalistę STS Pucharu Polski. Z medialnych doniesień wynika, że trener gości Igor Jovicević gra już o posadę.
[…] Widzew miał zawojować wiosną Ekstraklasę. Na razie jest w niej jednak największym rozczarowaniem, o czym świadczą kolejne porażki i miejsce w tabeli – w strefie spadkowej, przedostatnie. – Pieniądze trzeba umieć wydawać – mówi Zbigniew Boniek (dla Prawdy Futbolu) o transferach za łącznie około 100 mln złotych. – Gdyby miał dziś ich sprzedać to pewnie ciężko byłoby wziąć z 20-30 procent tej kwoty. Jest mi przykro! Wydawało mi się, że trener sobie poradzi. Sytuacja jest jednak szalenie ciężka.
Miesiąc temu Widzew już przegrał w Katowicach, tyle że w lidze. Teraz stawką jest pozostanie w grze o Puchar Polski gwarantujący udział w eliminacjach Ligi Europy. A to jest już właściwie jedyny (poza wywalczeniem utrzymania!) cel Łodzian na resztę sezonu. Media już w roli „strażaka” wymieniają byłego selekcjonera Czesława Michniewicza.
laczynaspilka.pl – Podbudowany GKS czy pogrążony w kryzysie Widzew. Kto zrobi krok w kierunku Europy?
Patrząc wyłącznie na budżety faworytem zdecydowanym wtorkowego spotkania powinien być Widzew. Sportowo sytuacja jest jednak zgoła odwrotna i to właśnie zwycięstwo łodzian będzie uznawane za małą niespodziankę.
Dla ekipy z Łodzi Puchar Polski to ostatnia szansa na uratowanie tego sezonu, w kontekście wywalczenia trofeum oraz przepustki do europejskich pucharów. Bo takie były założenia jeszcze kilka tygodni temu. – Nie patrzymy na europejskie rozgrywki, ale wiemy, że Puchar Polski może mocno nam w tym pomóc – mówiono w trakcie przerwy zimowej, gdy do Widzewa trafiali kolejni uznani zawodnicy. Z drugiej strony dzisiaj największym osiągnięciem Widzewa będzie… utrzymanie, bo sytuacja w PKO BP Ekstraklasie robi się coraz mniej ciekawa. Widzew jest przedostatni, do ostatniej bezpiecznej lokaty traci dwa punkty – Arka ma jednak spotkanie rozegrane mniej – i to co jeszcze kilka tygodni temu wydawało się nierealne, dzisiaj jest coraz większym zagrożeniem.
W tym natłoku ligowych zmartwień pucharowa potyczka może być swoistym oderwaniem, naprowadzeniem na zwycięskie tory. Wszyscy w Łodzi zdają sobie jednak sprawę, że o to będzie bardzo ciężko. GKS Katowice pod wieloma względami to przeciwieństwo Widzewa. Bo chociaż finansowo nie znajduje się tak zupełnie na przeciwległym biegunie, to jednak dzisiaj więcej oba kluby dzieli niż łączy. W natłoku zmian, które w Widzewie są traktowane jako jedyna recepta na lepsze jutro, trener Rafał Górak bije rekord ciągłości pracy przy ulicy Bukowej. – Przeżyliśmy wiele w klubie, były momenty, gdy już właściwie byłem zwolniony, ale wtedy właśnie dobra i efektywna praca przynosiła efekty. Dzisiaj cały czas zbieramy tego owoce – mówi Górak, który w Katowicach pracuje od 2019 roku, a drużynę przejmował jeszcze w drugiej lidze.
Widzew drogę przeszedł podobną, ale dzisiaj ma zdecydowanie większe ambicje. W tym roku nie przekłada tego jednak na wynik sportowy. Łodzianie z pięciu tegorocznych meczów ligowych wygrali tylko jeden, na wyjeździe z Wisłą Płock. W miniony weekend przegrali z Pogonią Szczecin, która również przed tym meczem nie miała łatwej sytuacji. – Są takie momenty w piłce, gdy czasami nie wychodzi. To jest moje zadanie, by z tego trudnego momentu wyjść, poszukać rozwiązań. Bo na boisku kontrolujemy mecze, ale wyników z tego nie ma, niestety. To musimy zmienić. Kluczem jest zawsze zdobycie bramki, bo to wzmacnia zespół mentalnie – mówi szkoleniowiec Widzewa, Igor Jovićević, który bierze pełną odpowiedzialność za obecną sytuację drużyny. – Przez trudny okres przechodzimy wszyscy razem, zespół, sztab szkoleniowy i ja – dodaje.
W Katowicach nastroje zupełnie inne, bo chociaż przez długi czas wydawało się, że ubiegłoroczny beniaminek będzie bronił się przed spadkiem, to dzisiaj bliżej mu do czwartego miejsca niż do strefy spadkowej. A katowiczanie mają jeszcze spotkanie zaległe z Jagiellonią Białystok z rundy jesiennej. – Teraz nie myślimy jednak o lidze, najważniejsze jest spotkanie pucharowe z Widzewem. Mecz ten w pewien sposób zdefiniuje nasze cele na rundę wiosenną, bo stać nas na wiele. Chcemy awansować do najlepszej czwórki PP, a potem powalczyć o wielki finał. Ale najpierw trzeba pokonać Widzew – mówi Marcel Wędrychowski, który w miniony weekend, w meczu z Górnikiem Zabrze, zdobył pierwszą swoją bramkę w trójkolorowych barwach.
Sobotni mecz był dla katowiczan próbą generalną przed spotkaniem Pucharu Polski. – Zastanawialiśmy się ze sztabem nawet nad trzema zmianami w składzie, biorąc pod uwagę mocne strony Górnika, ale myśleliśmy już także o pucharowym meczu – mówił po sobotnim spotkaniu trener Górak, który ma jasny cel na wtorkowy wieczór. – Prawda jest taka, że każde zwycięstwo buduje morale zespołu i nas wszystkich. Czujemy się silni, zjednoczeni i mocni. Mamy swoje marzenia i zagramy o półfinału Pucharu Polski – dodawał.
[…] Wtorkowy pojedynek szczególny będzie zapewne dla Sebastiana Bergiera. Najlepszy strzelec Widzewa, jeden z najlepszych snajperów całej ligi, w poprzednim sezonie reprezentował jeszcze barwy GKS-u. Latem rozstał się z klubem jako wolny zawodnik, mimo że otrzymał nową propozycję z Katowic. Atmosfera wokół samego odejścia nie była zatem najlepsza. – Ja zawsze będę darzył sporą sympatią klub z Katowic, bo wiele tutaj osiągnęliśmy. Teraz skupiam się już jednak na Widzewie – mówi 26-letni napastnik, który w tym sezonie ma już na swoim koncie jedenaście goli. W Pucharze Polski na listę strzelców się jeszcze nie wpisał.
W ekipie gospodarzy najwięcej będzie zależeć od Bartosza Nowaka. 32-latek rozgrywa najlepszy sezon, niektórzy dopominają się nawet jego powołania do reprezentacji Polski. Nie ulega wątpliwości, że od postawy Nowaka najbardziej zależna jest gra GieKSy, zwłaszcza w środkowej strefie boiska. – To na pewno bardzo dobry mój czas, ale bez wsparcia kolegów by się to wszystko nie odbyło – mówi skromnie były piłkarz Rakowa Częstochowa czy też Górnika Zabrze. Szczególny to może być wieczór również dla defensywnego pomocnika gospodarzy, Mateusza Kowalczyka. 21-latek chociaż pochodzi z Warszawy, to na szerokie piłkarskie wody wypłynął w barwach lokalnego rywala Widzewa, Łódzkiego Klubu Sportowego.
expressilustrowany.pl – Piłkarze Widzewa grają o honor, trener o uratowanie posady
Nie ma się co czarować. Atmosfera w Widzewie jest podła. Piłkarski zespół, choć wzmocniony transferami za dziesiątki milionów euro, kompletnie zawodzi w ekstraklasie.
Nadarza się okazja, by trener Igor Jovićević i jego piłkarze choć na jakiś czas przywrócili uśmiechy na twarze widzewskich kibiców.
Dziś w ćwierćfinale Pucharu Polski GKS Katowice podejmie przy Nowej Bukowej Widzew. Początek spotkania o godz. 20.45. O awansie decyduje jeden mecz i w przypadku, kiedy po 120 minutach będzie remis, zwycięzcę wyłonią rzuty karne.
Nie od dziś wiadomo, że wywalczenie Pucharu Polski to najkrótsza droga na europejskie boiska. Szansa walki o to trofeum może uratować ten sezon dla społeczności RTS.
GKS i Widzewa walczyły o ekstraklasowe punkty w sobotę, ale piłkarze tych drużyn wracali do domów w diametralnie odmiennych nastrojach. Łodzianie po słabym spotkaniu przegrali 0:1 z Pogonią Szczecin, musieli mierzyć się z uzasadnioną krytyką ze strony swoich fanów. Z kolei katowiccy zawodnicy przyjmowali gratulacje, po wygraniu derbów Górnego Śląska z Górnikiem Zabrze (3:1).
[…] Pewnie chorwacki szkoleniowiec łódzkiej drużyny zdaje sobie sprawę, że gra dziś nie tylko o poprawę atmosfery wokół klubu, ale chyba przed wszystkim o swoją zawodową przyszłość. Piłkarze zaś walczą o zawodowy honor i potwierdzeni tego, że warto była na nich wydać wiele milionów euro.
widzewtomy.net – Zapowiedź meczu GKS Katowice – Widzew Łódź
Normalnie człowiek cieszyłby się, że jego drużyna ma okazję do szybkiej rehabilitacji po nieudanym spotkaniu. Nie jednak w Widzewie, gdzie do jutrzejszego spotkania wszyscy podchodzą z wielkim niepokojem. Porażka sprawi, że ostatnie nadzieje kibiców można przełożyć na przyszły sezon, a pozostanie jedynie rozpaczliwa walka o utrzymanie.
[…] Widzew posiada zawodników jakościowych i nie mamy do tego absolutnie żadnych wątpliwości, ale są zarządzani w zły sposób, bo innego wytłumaczenia nie ma. To nie funkcjonuje. Pytanie, czy zacznie funkcjonować jutro, bo obawiamy się, że nie. Całą nadzieję należy opierać na tym, że GKS Katowice będzie miał gorszy dzień, a nam dopisze szczęście i uda się w jakikolwiek sposób wepchnąć piłkę do bramki rywala. Bo na odpowiedni plan na to spotkanie nawet nie liczymy.
„Gieksa” jest natomiast w znacznie lepszej sytuacji. Na pięć spotkań rundy wiosennej wygrali trzy, raz remisowali i tylko raz przegrali. Należy również, że w zremisowanym starciu z Legią sędziowie popełnili rażące błędy na niekorzyść drużyny ze Śląska. Na grę jutrzejszych gospodarzy patrzy się po prostu z przyjemnością, a nawet i z zazdrością. Mają pomysł, który efektywnie realizują, wykorzystując przy tym najlepsze cechy dostępnych zawodników. Katowiczanie w ostatniej kolejce pewnie pokonali Górnik Zabrze 3:1 i awansowali na dziesiąte miejsce w tabeli i tracą zaledwie cztery punkty do piątego miejsca, które może premiować grą w europejskich pucharach.
GKS ma jedną z najniższych średnich posiadania piłki na mecz w lidze i wszyscy przed meczem wiemy, że gospodarze oddadzą piłkę Widzewowi, który mając ją pod nogami, po prostu się męczy. Mają dziewiątą ofensywę ligi, która zdobyła trzydzieści jeden bramek, a straciła tylko jedną więcej. Współczynnik xG (piąty najgorszy w Ekstraklasie) wskazuje, że powinni strzelić dwadzieścia osiem goli, czyli trzy mniej niż mają. Oddają średnio dziewięć strzałów na mecz (piąty najgorszy wynik w lidze), z czego średnio pięć to strzały celne i jest to siódmy najlepszy rezultat w lidze. Są również piątą drużyną z najwyższą średnią sprintów na spotkanie.
Igor Jovićević nie tak dawno w Katowicach był i już z GKS-em przegrał. Dla nas naturalne jest, że powinny zostać wyciągnięte wnioski, a biorąc pod uwagę liczebność sztabu, to i powinien zostać wymyślony nie tylko plan B, ale i C oraz D. Taka bezradność w zbieraniu drugich piłek i w grze w powietrzu po prostu nie może się powtórzyć. Bo plan na tamto spotkanie po godzinie, a upierdliwi powiedzą, że już po pierwszej połowie, był nieskuteczny, a wręcz absurdalny.
widzew.com – Zero kalkulacji
Obecna sytuacja pierwszej drużyny Widzewa Łódź przypomina boksera zagonionego na ringu do narożnika, gdzie musi przyjmować ciosy od rywali. Niektóre nie osiągają celu, ale niektóre są bolesne w skutkach. Dlatego pucharowy mecz z GKS-em Katowice ma rangę pojedynku wagi superciężkiej.
Nie chodzi bynajmniej o to, że we wtorkowy wieczór w walce o półfinał STS Pucharu Polski spotka się dwóch największych faworytów tych rozgrywek. To mecz wagi superciężkiej przede wszystkim dla piłkarzy Widzewa. Nie tylko z powodu jego stawki, ale również z powodu ostatniej szansy na pokazanie się na piłkarskim ringu jako „fighter”, który jako zespół potrafi przetrwać najcięższe ciosy i wrócić do walki o zwycięstwa.
[…] Szansę, którą trzeba wykorzystać. Również na przełamanie niemocy z ostatnich spotkań. W meczach przeciwko Cracovii i Pogoni czerwono-biało-czerwoni strzelili zero goli i zdobyli jeden punkt. Katowiczanie wiosną prezentują się bardzo dobrze (bilans ligowych gier to 3-1-1), zaliczając między innymi ligowe zwycięstwo 1:0 nad Widzewem. Dlatego Łodzian czeka trudne wyzwanie, tym bardziej że gospodarze po raz ostatni przegrali u siebie 8 listopada ubiegłego roku.
To również szansa na odczarowanie strzeleckiej niemocy w pucharowych starciach z GieKSą. Wprawdzie w finale Pucharu Polski 1985 łódzki Widzew pokonał rywala z Katowic w serii rzutów karnych, ale wcześniej przez 120 minut gry nie padły bramki. W kolejnej pucharowej konfrontacji, w ćwierćfinale PP 1989/90, najpierw było 0:0 w Łodzi, a potem 2:0 dla GKS-u w stolicy Górnego Śląska. Wreszcie półfinał Turnieju Tysiąca Drużyn w 1997 roku. Drużyna trenera Franciszka Smudy miała szansę na dublet, niestety przegrała 0:2 przy Bukowej.
Najwyższy czas odczarować to pucharowe zero i pokazać, że Widzew Łódź to drużyna, która chce powalczyć o coś więcej niż nerwowy finisz sezonu…
lodzkisport.pl – Widzew potrzebuje cudu
Trudno być optymistą przed kolejną rundą STS Pucharu Polski. Z taką grą, jaką od dawna prezentuje Widzew, awans do półfinału będzie cudem.
[…] A zdobycie trofeum to wciąż cel Widzewa. W lidze drużynie Igora Jovicievicia idzie fatalnie, zajmuje przedostatnie miejsce w tabeli. Nikt już nie marzy nawet o środku tabeli. Byle być nad kreską i się utrzymać.
Przez puchar można wejść do Europy. To możliwe, bo wystarczy wygrać jeszcze tylko trzy razy. Możliwe są w ogóle cztery scenariusz na koniec sezonu. Pierwszy najbardziej optymistyczny i w tej chwili przez kibiców wymarzony – drużyna sięga po STS Puchar Polski i utrzymuje się w lidze. Drugi: nie ma pucharu, ale jest utrzymanie. Trzeci – nie ma ani wygranej w rozgrywkach pucharowych, ani utrzymania. Ostatni – Widzew nie sięga po trofeum, ale w elicie zostaje.
Droga do ćwierćfinału nie była łatwa. Widzew pokonał Bruk-Bet Termalicę Nieciecza, Zagłębie Lubin oraz Pogoń Szczecin. Tylko z Miedziowymi grał u siebie. GKS z kolei wygrał z Wisłą Płock, ŁKS-em i Jagiellonią Białystok. Też miał więc trudno, o ile nie trudniej od Widzewa. I też ma ochotę zagrać w maju na najważniejszym polskim stadionie. Jest przecież tak blisko.
W lidze katowiczanom idzie lepiej. Jeszcze niedawno byli zespołem na poziomie Widzewa, w strefie spadkowej, teraz zajmują już 10. miejsce. Nad Widzewem mają 6 punktów przewagi. W ostatniej kolejce drużyna Rafała Góraka pokonała Górnika Zabrze 3:1. Za grę zbiera dobre recenzje. Na pewno to ona jest faworytem wtorkowego starcia.
Piłka nożna
Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą
Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).
Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).
W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.
Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.
We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.
W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.
Felietony Piłka nożna
„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”
Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.
Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.
I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…
Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.
Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.
Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.
Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.
Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.
Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.
Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.
Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.
Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.
Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.
I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!
Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.
Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.
Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.
Wesołych Świąt!
PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.
Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.
Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.
Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.
Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?
Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.
Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.
Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?
Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?


Najnowsze komentarze