Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: Trzy kontrowersje w Katowicach

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego spotkania GKS Katowice – Legia Warszawa 1:1 (1:1).

dziennikzachodni.pl – GKS Katowice zrobił swoje i nie przegrał z Legią Warszawa. A mogło być nawet lepiej! Zabrakło centymetrów

Komplet kibiców na Arenie Katowice zobaczył kolejne świetne widowisko. GKS zremisował z Legią Warszawa i znów pokazał twardy śląski charakter.

Dwa wiosenne zwycięstwa pociągnęły GKS Katowice w górę tabeli. Jeden punkt w dwóch występach Legii Warszawa przygwoździł ją do strefy spadkowej. Taki bilans otwarcia sprawiał, że piątkowy mecz obu tych zespołów zapowiadał się pasjonująco.

Katowiczanie zaczęli ostrożnie, ale Bartosz Nowak wyraźnie budził w legionistach respekt. To oni jednak stworzyli sobie pierwszą znakomitą okazję, ale Rafał Strączek w 13 minucie świetnie obronił główkę Patryka Kuna. Trzynaście minut później piłka już wpadła do siatki gospodarzy. Znów pojawił się Kun, tym razem z asystą, a trafienie zadał Wahan Biczachczjan. Gigantyczna radość na ławce Legii pokazywała, z jak wielką presją zmagają się Marek Papszun i jego współpracownicy.

Po nieco pół godzinie gry powinien być remis. Borja Galan znalazł Ilię Szkurina, który sam wpadł do siatki, ale piłka została przed nią. Reklamowanie faulu Kacpra Tobiasza nie na wiele się zdało. GKS za chwilę stracił jeszcze Lukasa Klemenza, który doznał kontuzji. Piątek trzynastego?

Koniec pierwszej połowy zaprzeczył jednak przesądom. W doliczonych minutach Bartosz Nowak podszedł do rzutu wolnego z prawej strony, wrzucił piłkę na głowę Galana i padł gol! Co prawda sędzia sprawdzał jeszcze czy Hiszpan nie spalił tej akcji, ale wszystko było w porządku i kibice niemal eksplodowali z radości. Przed drugą połową był więc remis, który dla Legii stanowiłby kolejny bolesny cios oraz ustanowienie klubowego rekordu wszech czasów liczby kolejnych meczów bez zwycięstwa.

Po przerwie GKS zaczął podostrzać grę i przypominać zespół, który pokonał Widzew. Katowiczanie nacisnęli rywali, a ci zaczęli zbierać żółte kartki. Do pełni szczęścia GieKSie brakowało strzelenia bramki. Bywało blisko, ale długo mało konkretnie. W 79 minucie doszło do starcia Radovana Pankowa z Bartoszem Nowakiem i Damian Sylwestrzak na VAR-ze sprawdził czy zajście nie kwalifikowało się na czerwoną kartkę dla pierwszego z nich. Decyzja była negatywna.

W doliczonym czasie gry GKS był o centymetry od celu! Piłka jak zaczarowana nie wpadła jednak do warszawskiej bramki i skończyło się remisem. Drużyna Rafała Góraka została za swój wysiłek nagrodzona zasłużoną owacją.

Arena Katowice trzeszczała w szwach na meczu GieKSy z Legią Warszawa. Ponad 14 tysięcy kibiców

To był jeden z tych meczów, na które kibice GKS Katowice czekają szczególnie. Wszystkie bilety zostały sprzedane. Jak wielkie emocje budzą starcia z Legią Warszawa było… słychać. Zwłaszcza, gdy ekipa Rafała Góraka strzeliła gola na 1:1.

Arena Katowice wypełniła się kibicami i zamieniła w kocioł. 1194 sympatyków Legii nie miało szans przebić się ze swoim dopingiem przez fale energii płynącej od ponad 13.000 fanów dla piłkarzy GKS-u. Atmosfera piątkowego wieczoru na Nowej Bukowej była fantastyczna.

Nawet prowadzenie gości nie uciszyło Katowiczan. Ich doping podniósł zespół Rafała Góraka, który – podobnie jak w spotkaniu z Widzewem – strzelił gola w ostatniej akcji pierwszej połowy. Ryk radości było słychać daleko poza stadionem.

W drugiej połowie mecz został przerwany ze względu na zadymienie po racach odpalonych w sektorze gości. Emocje wrzały do końca, a piłkarze za remis zostali nagrodzeni owacją.

gol24.pl – Trzy kontrowersje w Katowicach. Legia za każdym razem odetchnęła. Górak: Te sytuacje zostawiam do oceny

Rafał Górak nie chciał ocenić pracy Damiana Sylwestrzaka. Trener GKS Katowice po zremisowanym 1:1 meczu z Legią Warszawa zwrócił jedynie uwagę na trzy jego zdaniem kontrowersyjne decyzje sędziego z Wrocławia. Telewizyjne powtórki masowo udostępnili też internauci w mediach społecznościowych.

Górak za kontrowersyjne uznał momenty, w których sędzia nie podyktował dwóch rzutów karnych dla jego zespołu i nie pokazał czerwonej karki graczowi Legii Radovanowi Pankowowi. – Jeszcze się nad nimi pochylę – stwierdził trener Katowiczan.

Najpierw czyli przed przerwą GieKSa bezskutecznie domagała się odgwizdania jedenastek. Jedna z kontrowersji dotyczyła zachowania Kacpra Tobiasza. Zdaniem obozu gospodarzy bramkarz Legii miał utrudnić byłemu koledze z drużyny oddanie strzału poprzez oburęczny chwyt i powalenie na ziemię. Sędzia Sylwestrzak nie podzielił tej opinii, uznając najwyraźniej że domniemany faul był zbyt „miękki”, a za takie karnych w rundzie wiosennej – zgodnie z wytycznymi – nie przewidziano.

Co z drugą reklamowaną jedenastką? Otóż w tym przypadku chodziło o nabicie Patryka Kuna przez Marcina Wasielewskiego – w rękę (konkretnie to w łokieć). W tym przypadku arbiter również nie przyznał racji GieKSie. W tej interpretacji utwierdziła go opinia kolegów z VAR-u. W wozie zasiedli tego dnia Tomasz Musiał i Paweł Sokolnicki.

I była jeszcze jedna kontrowersja z perspektywy gospodarzy. W drugiej połowie Radovan Pankov nierozważnie i z impetem zaatakował Bartosza Nowaka. Sędzia Sylwestrzak pokazał z boiska żółtą kartkę. Po długim przejrzeniu dostępnych powtórek przed monitorem VAR podtrzymał tę decyzję. Tłumaczył ją potem obu kapitanom, których wezwał do siebie.

ekstraklasa.org – GKS Katowice 1:1 Legia Warszawa – Przełamanie… gospodarzy!

To koniec serii 9 zwycięstw z rzędu Legii Warszawa nad GKS Katowice. Gospodarze zdobyli swój pierwszy punkt z drużyną ze stolicy od 30 marca 2002 roku!

Legia Warszawa ustanowiła swój nowy rekord najdłuższej serii bez wygranej w Ekstraklasie (12 meczów z rzędu). Co prawda w Katowicach udało jej się wyjść na prowadzenie (pierwszy raz od 28 września 2025 roku), ale nie utrzymała go dłużej niż 20 minut. Tuż przed przerwą Bartosz Nowak zanotował swoją ósmą asystę w tym sezonie (najwięcej) w trzecim meczu z rzędu dośrodkowując skutecznie z rzutu rożnego (jedyny zawodnik w sezonach 2017/2018 – 2025/2026 z serią 3 meczów w Ekstraklasie z asystą bezpośrednio z rzutu rożnego). W II połowie goli nie oglądaliśmy i dzięki temu padł 2 remis między tymi zespołami na przestrzeni ostatnich 14 spotkań.

sportowefakty.wp.pl – W Katowicach strzelili po razie. Papszun i Legia wciąż bez zwycięstwa

Legia Warszawa prowadziła w Katowicach, ale straciła gola w końcówce pierwszej połowy. Mecz z GKS-em zakończył się remisem 1:1 i nikt z takiego wyniku nie może być zadowolony.

[…] Po przerwie to GKS miał więcej z gry. W sumie podopieczni Rafała Góraka domagali się aż dwóch rzutów karnych, do tego sędzia Damian Sylwestrzak udał się do monitora w celu sprawdzenia potencjalnej czerwonej kartki dla Radovana Pankova za brutalne wejście w nogi Nowaka, jednak – ku zdziwieniu publiczności – nie zmienił decyzji z boiska i podtrzymał żółtą kartkę.

Gospodarze w drugiej połowie mieli dwie dobre okazje – obie Borja Galan. Najpierw oddał minimalnie niecelny strzał głową po dograniu Mateusza Kowalczyka, a w czasie doliczonym powstrzymał go Tobiasz (choć tam i tak mógł być spalony).

Legia w drugiej połowie w zasadzie nie atakowała. Papszun wpuścił na boisko m.in. Kacpra Chodynę i Miletę Rajovicia, co mówi wiele.

legioniści.com – Znowu tylko punkt. Niechlubny rekord pobity…

[…] W 10. minucie dobry atak skrzydłem GKS-u, skąd mocno dośrodkował Marcin Wasielewski. Piłka zmierzała blisko bramki i na linii bezbłędnie zachował się Kacper Tobiasz, który udanie interweniował. Za chwilę odpowiedzieli legioniści. Po wrzutce z prawej strony główkował nieatakowany Patryk Kun, ale bardzo dobrze piłkę do boku zdołał odbić Rafał Strączek. Gospodarze byli nastawieni ofensywnie i nie zamierzali dać sobie narzucić stylu gry przeciwnika. Wkrótce potwierdzili to, przeprowadzając kolejny atak. Tym razem na linii strzału stanął Kamil Piątkowski, dzięki czemu prawdopodobnie zapobiegł utracie gola. Teoretycznie nic tego nie zapowiadało, jednak w 26. minucie to Legia objęła prowadzenie. Wszystko zaczęło się od Kacpra Urbańskiego, który dograł do Patryka Kuna. Obrońca następnie dokładnie zacentrował do Wahana Biczachczjana, a mierzący zaledwie 172cm wzrostu piłkarz głową pokonał bramkarza GKS-u. Podopieczni Rafała Góraka bliscy byli niebawem tego, aby doprowadzić do remisu. Borja Galan z głębi pola dograł do będącego w szesnastce rywala Ilji Szkurina. Białoruski napastnik nieco źle przyjął sobie futbolówkę, lecz i tak wydawało się, że nie będzie miał kłopotów ze skierowaniem jej do siatki. Ostatecznie były piłkarz Legii fatalnie skiksował i zaprzepaścił szansę na remis.

W drużynie GKS-u aktywny na lewej stronie był Galan. Po jednej z jego akcji, kiedy przedarł się przez defensywę Legii, katowiczanie ponownie bliscy byli zdobycia bramki. Tym razem po podaniu od Hiszpana przed znakomitą okazją stanął Sebastian Milewski. Pomocnik nie wytrzymał jeden presji i kopnął piłkę bardzo słabo. Można było nawet zastanawiać się czy leci ona w światło bramki. Obrońcy gości nie ryzykowali i sami zażegnali niebezpieczeństwo. Tuż przed końcem pierwszej połowy prezent od przeciwników otrzymał Antonio Colak. Chorwat skorzystał ze złego wybicia futbolówki przez rywali, ale strzelając z półwoleja nieznacznie chybił.

Ta niewykorzystana okazja zemściła się na legionistach chwilę potem. W bocznej strefie przeciwnika sfaulował Ermal Krasniqi, skończyło się rzutem wolnym dla rywali. Ze stałego fragmentu gry bardzo dobrze dośrodkował Bartosz Nowak, a idealnie głową piłkę trącił Borja Galan i tym samym w Katowicach mieliśmy już remis. Ogromna szkoda, że graczom Marka Papszuna nie udało się utrzymać korzystnego wyniku do przerwy, gdyż dosłownie za moment sędzia dał sygnał do końca pierwszych 45 minut.

W 52. minucie wprowadzony w przerwie za Szkurina Adam Zrelak główkował po rzucie rożnym egzekwowanym przez Nowaka. Szczęśliwie zabrakło mu jednak nieco precyzji. W 55. minucie ponownie zagroził GKS. Tym razem huknął ile sił Alan Czerwiński i piłka przeleciała w nieznacznej odległości nad poprzeczką. Gdyby pomocnik gospodarzy był nieco bardziej dokładny, to Tobiasz miałby olbrzymie kłopoty z uratowaniem swojego zespołu. Potem na murawie było spokojnie. Żadna z drużyn nie potrafiła stworzyć sobie dogodnej okazji na strzelenie gola.

Kilkanaście minut potem mocno zaryzykował wślizgiem Radovan Pankov i arbiter był o krok od pokazania mu za to czerwonej kartki. Ostatecznie po analizie VAR Serb został ukarany jedynie żółtą kartką. Czas uciekał, a ze strony stołecznego klubu brakowało konkretów w ataku. Upragniona wygrana oddalała się więc coraz dalej z każdą kolejną minutą. Wkrótce wprowadzony na murawę Kacper Chodyna wbiegł w pole karne, gdzie miał bardzo dużo miejsca. Pomocnik zwlekał zdecydowanie zbyt długo i finalnie przegrał pojedynek z jednym z obrońców. Ta szansa mogła zemścić się na legionistach zaraz potem. Po podaniu od Mateusza Kowalczyka główkował Galan. lecz minimalnie się pomylił.

W 87. minucie wprowadzony w drugiej połowie Jakub Żewłakow przechytrzył jednego z defensorów i stanął niemal oko w oko z bramkarzem GKS-u. Niestety, zabrakło mu nieco miejsca i szybkości, aby wygrać z nim pojedynek. W doliczonym czasie gry bardzo dobra sytuacja dla katowiczan. Po zamieszaniu po rzucie wolnym sam na sam z Tobiaszem stanął aktywny piątego wieczoru Galan, jednak Hiszpan przegrał ten pojedynek. Mimo wszystko powtórki pokazały, że nawet gdyby padł gol, to byłoby on nieuznany z powodu pozycji spalonej pomocnika katowickiego klubu.

weszlo.com – Piąty miesiąc bez ścinania włosów dopóki Legia nie wygra 1 meczu z rzędu

Były takie teorie, nawet podnoszone przez komentatorów dzisiejszego spotkania, że jeśli Legia strzeli pierwsza gola, to złapie większy luz i wygra mecz. Cóż, dzisiaj objęła prowadzenie z GKS-em Katowice, a zwycięstwa jak nie było, tak nie ma.

[…] Ale ok, by nie ironizować – faktycznie w pierwszej połowie dzisiejszego spotkania ekipa Papszuna wyglądała lepiej. Niektóre akcje miały ręce i nogi, ba, udało się nawet strzelić gola z gry i to po przemyślanej akcji. Goście szybko pograli, dobrze wrzucił Kun (!), idealną główką popisał się Biczachczjan (!). To naprawdę rzadkość obserwować takie akcje Wojskowych w tym sezonie. Zazwyczaj grają bez ładu, składu i sensu, a tu proszę – zażarło.

Co więcej tych goli w pierwszej połowie dla Legii mogło być więcej, bo – znów – ładną akcję kończył strzałem głową Kun, ale bronił Strączek, z kolei po błędzie Kuuska w bramkę nie trafił Colak, zatem mimo przełamania w Gdyni nie odkrył w sobie supersnajpera.

[…] Przyszedł stały fragment gry. A tych, jak wiadomo, Legia nie potrafi bronić. Świetna wrzutka Nowaka, idealnie wkleił się w linię Galan, Tobiasz dość standardowo był spóźniony i wpadło.

No i oczywiście ta bramka już tak przeraziła Legię, że na drugą połowę wyszła dużo, dużo słabsza, nic sobie nie stwarzała i może podziękować gospodarzom, że ci z tego nie skorzystali. Też byli słabsi, ale i tak bliżsi goli, żeby chociaż wspomnieć sytuację Galana, kiedy tym razem nie trafił z bańki.

[…] Natomiast to nie koniec opowieści o tym meczu, bo trzeba powiedzieć o kontrowersjach. Faulu na Szkurinie – przy tej sytuacji gdy nie trafił w piłkę – raczej jednak nie było, owszem, Tobiasz balansował na granicy, ale chyba jej nie przekroczył. A ręka Kuna?

Co my wam będziemy tłumaczyć… Sami wiecie, jak jest. Loteria. Sylwestrzak nie dał, ktoś inny by dał. Dzisiaj nie było, jutro mogłoby być. Którą nogą sędzia wstanie, tak jest. A my się możemy zastanawiać i kłócić w komentarzach.

Jest jeszcze kwestia czerwonej kartki Pankova i sędzia spokojnie mógł ją pokazać, bo obrońca wyprostowaną nogą zaatakował Nowaka. Co prawda Kamil Kosowski tłumaczył obrońcę, że potem noga Pankova się ugina, ale komentator mógłby się dowiedzieć, jak działa staw kolanowy. No trudno żeby Pankov miał wiecznie wyprostowaną nogę przy wślizgu.

Trzy kontrowersje, trzy rozstrzygnięte na korzyść Legii. Być może słusznie, ale jednak wątpliwości są.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Pogonią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mecz w Szczecinie był ostatnim w tym sezonie. Oczywiście jako redakcja pojawiliśmy się na każdym z 34 meczów ligowych i 5 spotkań Pucharu Polski. Nie będziemy tym razem pisać, że zamykamy temat meczu, bo będzie on w naszych sercach jeszcze bardzo długo. Ale post scriptum musi być.

1. Tym razem pojechaliśmy aż w 5 osób: Misiek, Flifen, Kazik, Marcin i moja skromna osoba. Mieliśmy więc bardzo mocny skład na ten daleki wyjazd. Po meczu więc mieliście okazję obejrzeć m.in. trzy galerie.

2. Wyjazd mieliśmy zaplanowany wcześnie, bo chcieliśmy jeszcze w Szczecinie mieć czas na Ziemniaka. Jak to mówi Misiek – od mojego powrotu trochę zmieniły się zwyczaje – wcześniej redakcja na wyjazdach była o kanapkach, a teraz stołujemy się w knajpach 😊

3. Na mecz wziąłem amulet. Akredytację z Gryfa Wejherowo, czyli pierwszego meczu wyjazdowego w drugiej kadencji Rafała Góraka. GKS wygrał wtedy 2:0. Siedem lat odbudowy. Doprowadziło nas to do europejskich pucharów.

4. Droga była długa, bardzo długa. Zarówno tam i powrót subiektywnie wydawał się dużo bardziej mozolny niż droga do Białegostoku czy Trójmiasta.

5. Oczywiście w tamtą stronę nie brakowało ultraabsurdalnych rozmów. Musiał nam jakoś ten czas zlatywać, w końcu późnym popołudniem już miała być pełna powaga i skupienie.

6. Mogliśmy podziwiać górującą nad Dolnym Śląskiem Ślężę, która zawsze pięknie prezentuje się z autostrady. No i przejeżdżaliśmy obok Świebodzina, gdzie posąg Jezusa jest wyższy niż w Rio.

7. Gdzieś tam po drodze mini postój na mini jedzenie. Pogoda była ładna, wszystko zapowiadało piękną aurę podczas tej ostatniej kolejki na polskich stadionach.

8. Do Szczecina dojechaliśmy nieco przed piętnastą. Mieliśmy już upatrzoną knajpę, w której byliśmy rok temu, czyli „Ziemniak i spółka”. Już wiele miesięcy wcześniej mówiliśmy, że w ostatniej kolejce to będzie obowiązkowy punkt programu.

9. No właśnie – rok temu byliśmy w niedzielę, więc była duża kolejka. Tym razem kolejki nie było żadnej, do tego chłopaki zgadali się z dwoma ziomkami, którzy zajęli nam miejsce. Wszystko więc poszło szybko i sprawnie.

10. Zamówienie też przebiegło sprawnie. Dostaliśmy swoje ziemniaki, względnie inne dania, jak Misiek, który miał piramidkę z placków ziemniaczanych i schabowych. Wyglądało wybitnie, więc to chyba będzie mój wybór w następnym sezonie.

11. Naprawdę wszystko przebiegło bardzo szybko. Dzięki temu nic nam się nie opóźniło, a też do stadionu mieliśmy niedaleko. Ponownie więc przejechaliśmy przez Plac Wolności Platz, czyli Platz, który do złudzenia przypomina nasz Plac Wolności w Katowicach.

12. Po chwili byliśmy pod stadionem Pogoni Szczecin. Tym razem wiedzieliśmy już, gdzie się kierować, więc od razu wjechaliśmy na parking. Obok oczywiście było boczne boisko, na którym GieKSa grała kilka lat temu mecz Pucharu Polski z Pogonią II. Ale o tym już pisaliśmy. Ten mecz pamiętają Arkadiusz Jędrych, Marcin Wasielewski i Adrian Błąd.

13. Tym razem akredytacje były do odbioru w innym miejscu. Rok temu odbieraliśmy je w takim czarnym budynku. Teraz normalnie były w kasie. Wszystko dużymi literami, dlatego poszło szybko i znów bardzo sprawnie.

14. Kibice zbierali się na mecz. Sympatycy Pogoni zadowoleni, że w poprzednim spotkaniu udało im się zapewnić ligowy byt. Chcieli godnie pożegnać swój zespół po tych – niezbyt udanych – rozgrywkach.

15. No i już też wiedzieliśmy, gdzie kierować się do wejścia na stadion. Rok temu pobłądziliśmy – z naszej winy, bo nie przeczytaliśmy informacji na akredytacjach. Teraz więc wszystko było wiadomo, co, jak i gdzie.

16. Weszliśmy, przetrzepali nas i się rozdzieliliśmy, każdy poszedł w swoją stronę. Ja najpierw zakupiłem proporczyk Pogoni. Na różnych stadionach czasem mają, a czasem nie. Udało mi się kupić na Arce czy Cracovii, ale na większości nie było.

17. Poszedłem na dół, znaczy najpierw na górę, bo popierniczyły mi się kierunki, do Sali konferencyjnej. Zazwyczaj podczas meczu wypijam kilka herbat, ale tym razem po tym jedzeniu, nie miałem za bardzo ochoty. Wziąłem więc składy i udałem się na prasówkę.

18. Gdy zobaczyłem, że prawie wszystkie miejsca są oklejone nazwami poszczególnych redakcji, trochę się zirytowałem. Zobaczyłem jednak, że po drugiej stronie też są miejsca ze stolikami, nawet wygodniejsze. Tam więc usiadłem, myśląc, że to nadal są miejsca prasowe.

19. Ku mojemu zdziwieniu przyszedł pan starszy z panem średnim i powiedzieli, że mają na te miejsca bilety. Moja irytacja się zwiększyła, no ale skoro mieli bilety, to co miałem zrobić. Sympatyczni byli. Mimo więc, że byłem już porozkładany i podłączony – musiałem się ewakuować.

20. Wróciłem na pierwotne miejsca i jednak dostrzegłem wolne, więc je zająłem. W takim najniższym rzędzie, przed barierką. To jeszcze jednak nie było problemem, bo widoczność była okej. Większym kłopotem było to, że przed stanowiskiem dosłownie było przejście, którym chodzili kibice i – co gorsza – stali se przy barierkach. Na szczęście podczas meczu się usunęli i nie zasłaniali.

21. I pewnie dobrze, bo był kilka miejsc dalej taki furiat, który, jak ktoś z rzędów już zwykłych kibicowskich przed nim wstawał, to darł się na niego i mocno przeklinał. Z jednej strony rozumiałem złość, ale z drugiej tak łatwo dać się podpalać to zdeczko niefajne.

22. Ten sam jegomość w pewnym momencie odwalił już mega słabą akcję. Jeszcze przed meczem chodził sobie jakiś długowłosy człowiek w tym miejscu. Jakiś chłopak poprosił go o zdjęcie, więc akurat selfiak był robiony dokładnie przed stanowiskiem tego furiata. I ten normalnie walnął tego długowłosego.

23. Nie rozpoznałem go wcześniej, ale po meczu na socialach Pogoni zobaczyłem, że to był Alex Gorgon, czyli były piłkarz Portowców, który zresztą w poprzednim sezonie strzelił nam bramkę na starej jeszcze Bukowej. No i wyobraźcie sobie to – przyjeżdża były piłkarz, lubiany piłkarz, a jakiś facet go wali po plecach, bo ten sobie robi zdjęcie z młodym kibicem.

24. Do meczu było coraz bliżej. Ostatecznie warunki do pracy nieidealne, ale dobre. Prąd jest, stolik wystarczający jest, widoczność okej. Pozostawało tylko czekać na rozpoczęcie spotkania.

25. Pierwsza połowa jaka była – każdy widział. Beznadziejna w naszym wykonaniu. Pogoń objęła prowadzenie. Kibice gospodarzy bardzo głośno dopingowali, kompletnie nie odpuścili ostatniego meczu. Sektor gości też głośno wspierał swoich zawodników.

26. W przerwie był niepokój. GKS przegrywał, Legia wygrywała, więc to piłkarze ze stolicy byli w pucharach. Czekało nas ciężkie 45 minut. Takie, w których trzeba było zagrać dużo lepiej.

27. Minuty mijały. Nadzieja była, ale czasu coraz mniej. Świetnych sytuacji nie wykorzystał Mateusz Wdowiak. Lukas trafił w poprzeczkę. Trener robił już ostateczne roszady w ustawieniu.

28. Czerwona kartka dla Kamińskiego wlała trochę nadziei. Gdyby do końca pozostawało pół godziny, ta nadzieja byłaby wielka. Tu mieliśmy 7-8 minut do końca, więc tliła się. Ale gospodarze grali w dziesiątkę i mieli napastnika w bramce. My też mieliśmy kontuzjowanego bramkarza.

29. Potem to już była tylko historia. Borja Galan przeprowadził kapitalną akcję, podał do Marcela, a ten z 16 metrów strzelił tak, że Cuić nie wiedział czy bronić ręką czy nogą. Ostatecznie w pewnym sensie to był strzał perfekcyjny, bo totalnie zdezorientował bramkarza.

30. Wybuch radości, ekstaza, na boisku i na trybunach. Kilka minut jeszcze przetrwaliśmy bez większego problemu i sędzia zakończył mecz.

31. Nie będę się powtarzał z felietonu z tym, że nie wiedziałem, w co ręce włożyć. Plus ten kontekst emocjonalny. Zrobiłem więc swoją robotę, Flifen wrzucił relację i można było udać się na konferencję prasową.

32. Zadziwiająco było na niej mało dziennikarzy. Znaczy większość to byliśmy my, z Katowic i tylko kilku Szczecinian. Wśród regionalnych mediów, w przeciwieństwie do kibiców, ten mecz jak widać nie wzbudził większego zainteresowania.

33. Co ciekawe – istnieje taka obiegowa opinia, że Szczecin był/jest dla nas bardzo trudnym terenem. Uwielbiam tę opinię, bo jest powielana z dawnych czasów, jeszcze z lat 90. A przecież w nowej historii GKS Katowiczanie wcześniej wygrali tam raz i przegrali dwa razy. Więc nie aż tak źle. Bardzo trudnym terenem to jest dla nas Widzew, gdzie na ileś prób nie wygraliśmy meczu, zaliczając jedynie dwa remisy.

34. No i po raz drugi przeżyliśmy euforię w doliczonym czasie gry. Pamiętamy słynne 4:3 z 2010 roku i remontadę z 1:3 na 4:3 w końcówce. To było jeszcze na starym stadionie. Teraz – już na nowym – znów to mieliśmy okazję przeżyć.

35. Porobiliśmy swoje na salce, oczekiwanie na konferencję się bardzo przedłużało. Wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do Katowic. Po drodze jeszcze oczywiście Maczek 😊

36. W drodze powrotnej byliśmy radośni i zmęczeni. Snuliśmy plany. Zastanawialiśmy się, jak ogarniemy puchary, jako redakcja, głównie jeśli chodzi o mecze wyjazdowe. Wyzwania przed nami. Radosne wyzwania. Możemy być dumni.

37. W stolicy Górnego Śląska byliśmy już, gdy było jasno. Po piątej rano. Mogliśmy wrócić do domu i w radości położyć się spać.

38. GieKSa w Europie!

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga