Dołącz do nas

Felietony

Nie ma miejsca na tłumaczenie się pandemią

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Święta, święta i po świętach – chciałoby się rzec. Proszę państwa – koniec laby, czas wracać na ligowe boiska, a kibice – już wkrótce – na stadiony.

Piszę ten artykuł 31 maja, czyli w weekend, podczas którego miała odbyć się ostatnia kolejka drugiej ligi, a w niej – nasz mecz z Resovią. Mecz, który w zależności od układu tabeli mógł być spotkaniem decydującym o awansie lub nie mieć znaczenia. Mecz, który dodatkowo mógł być rewanżem za pojedynek z jesieni, bo przecież remis w tamtych okolicznościach był jak porażka.

Na spotkanie z Resovią jednak jeszcze poczekamy. Bo jakkolwiek „absurdalna” jest runda jesienna rozgrywana w lecie, czy runda wiosenna w zimie – to teraz wiosna rozciągnie nam się przez ponad miesiąc na lato. I to na przełomie wiosny i lata, zamiast zimy i wiosny, będziemy rozgrywać mecze w ramach „rundy wiosennej”. W czasach Piotra Piekarczyka czy pierwszego pobytu Rafała Góraka w GieKSie żartowaliśmy sobie z mnogości sparingów (raz było chyba z szesnaście!), że to runda zimowa. Teraz śmiało będziemy mogli mówić o rundzie letniej i to niekoniecznie w kontekście „Pucharu Lata”, którym rundę finałową ekstraklasy nazwał ironicznie swego czasu trener Michał Probierz. Nie mylić z Pucharem Intertoto, który również taki miał przydomek…

Uff, no dobrze, kwestie nazewnictwa mamy już za sobą. Czas przejść do meritum, a jest nim nasz pierwszy mecz po pandemicznej przerwie – spotkanie z Górnikiem Łęczna. Na pierwszy ogień mamy mecz na szczycie, mecz o przeskoczenie bezpośredniego rywala i bardzo możliwe, że o wejście do strefy awansu. Oczywiście nie wiadomo, jaka jest forma obu zespołów, ale jakkolwiek by na to nie patrzeć, spotkanie zapowiada się bardzo ciekawie.

Wiadomo, że nie można patrzeć na inaugurację wiosny, bo to było trzy miesiące temu. Obie ekipy zaliczyły falstart. GieKSa można by powiedzieć tradycyjnie. Natomiast o ile porażka Łęcznej z Widzewem nie była wielkim szokiem, to klęska w Toruniu aż 0:5 już tak. Można więc powiedzieć, że jeśli ktoś był w gorszym położeniu mentalnym, to na pewno był to Górnik. I w takim kontekście pandemia mogła się temu zespołowi „przydać”, bo przecież gorzej być nie mogło.

Od razu jednak przestrzegałbym przed szybkim wydawaniem sądów w pierwszych minutach meczów. Na 10 minut włączyłem bowiem na Eleven Sports pierwszy mecz Borussii Dortmund i Schalke 04. W trakcie tych 10 minut komentatorzy powiedzieli, że przerwa ewidentnie przysłużyła się Schalke. Problem w tym, że Schalke przegrało 0:4, a potem trzy kolejne spotkania ligowe i gra po prostu dramatycznie.

Powstrzymanie się od szybkich osądów to więc jedno, ale niech to będzie przestroga również przed tym, że tak niespodziewana sytuacja, jak pandemia, w żaden sposób nie wyrównuje szans. Tutaj działają te same schematy co zawsze, czyli – kto lepiej sobie poradził w kryzysowej sytuacji. Oczywiście ta „nowość” oznacza, że trzeba było wziąć pod uwagę kilka nowych czynników, jak chociażby przygotowanie zespołu do rundy bez sparingów, rozpisanie treningów indywidualnych na tyle dobrze, żeby zawodnik był gotowy do treningów zespołowych i nie musieć wiele nadrabiać, w końcu zadbanie już od samego początku przerwy w rozgrywkach – o kwestie mentalne. Zaangażowanie i charyzma trenerów musiały być w tym zakresie nieodzowne. I wyobrażam sobie, że mogły grac tutaj rolę tak subtelne kwestie psychologiczne, jak częstość kontaktów trenera z zawodnikami, jakość tych kontaktów i choćby takie poczucie zawodnika, że „kurde, temu trenerowi naprawdę zależy, dam z siebie więcej”. Czysta psychologia i to może być w wielu momentach wyrównanej gry – czynnik decydujący.

Tak jak pisałem w jednym z felietonów – grać będzie też to, czy od początku niewymuszonej przerwy, działania były skierowane na walkę o awans. Bo można sobie wyobrazić sytuację, gdy dany trener czy piłkarz po sezonie powie, że sezon był nietypowy, więc brak awansu nie jest aż tak straszny. Jeśli ktoś ma takie podejście już teraz i nawet podświadomie, chciałby tłumaczyć się koronawirusem w razie niepowodzenia – tego niepowodzenia doświadczy. Jakkolwiek sytuacja była dla nas wszystkich trudna i zaskakująca, to siłą przyszłych zwycięzców jest to, że już od początku myśleli i przygotowywali się na to, jak to będzie – gdy świat wróci do normalności. Te osoby (nie tylko w piłce) nie traciły czasu na nadmierne (powtarzam – nadmierne) przeżywanie pandemii, tylko planowały, kalkulowały, przygotowywały się na to, co będzie za miesiąc, dwa, pół roku. I to te osoby są teraz – wyjściowo – lepiej przygotowane.

Chcę wierzyć, że to dalekowzroczne myślenie (co to w ogóle za sformułowanie?), mieli nasi trenerzy i przekazali je zawodnikom. Bo tutaj nic się nie zmienia, musimy grać tak, jakbyśmy grali z Górnikiem tego 14 marca. Czyli mając w głowie kilka straconych punktów i mecz z bezpośrednim rywalem o przeskoczenie go. Tu nie ma w ogóle miejsca na choćby jeden procent myślenia o nietypowej sytuacji i nietypowym terminie. Sami postulowaliśmy przełożenie tego meczu, wtedy gdy było to konieczne. Tak, wtedy był ważniejsze sprawy i mówił to trener Rafał Górak. Pełna zgoda – mówiliśmy wtedy jednym głosem.

Teraz liczymy na to, że nadal ten głos będzie wspólny, czyli pandemia w sensie piłkarskim – za nami – i nie ma nic ważniejszego niż punktowanie, punktowanie, punktowanie.

Kładę nacisk na to, tym bardziej że niejednokrotnie GieKSa dawała ciała w pierwszej kolejce jesieni czy wiosny i potem dokładnie tych punktów brakowało. Więc poluzowanie już na samym początku najprawdopodobniej będzie miało opłakane skutki na koniec.

A mówiąc już tak czysto po kibicowsku – dość już tego dawania ciała w pierwszym meczu, nosz k… ileż można? Weźcie w końcu wygrajcie na początek i nastawcie nas optymistycznie, a nie żebyśmy musieli – jak zawsze – od początku liczyć, ile to musimy nadrobić w następnych kolejkach.

Do boju GieKSa!

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    Irishman

    3 czerwca 2020 at 07:46

    Trochę się zgadzam, trochę nie… ale jednak (jak to raczej bywa z Shellem) bardziej się zgadzam. Bo też mnie to trochę zaniepokoiło to gadanie naszych trenerów, że zobaczymy, że nie wiadomo jak to będzie po takiej (nietypowej) przerwie, że zobaczymy za kilka spotkań. Cóż, tak to można gadać kiedy ma się przed sobą całą rundę i ewentualne początkowe straty można później nadrobić. A teraz nie wiadomo jak to się potoczy! Teraz trzeba ten mecz (tym bardziej z takim rywalem) grać, jakby był to rewanżowy mecz barażowy o awans!!! Poza tym rywale też nie zaliczyli obozu, nie rozegrali serii sparingów! Są w tej samej sytuacji jak my!

    Z drugiej strony…… Niestety nie stać mnie na Eleven Sport, a tylko na TVP Sport czy N+ ale i oglądając mecze na tych kanałach uśmiechałem się pod nosem po kiksach czołowych piłkarzy grających w naszym kraju, nieraz decydujących o zwycięstwie rywali (a choćby Lech-Legia). Tymczasem my dziś zaczynamy rozgrywki o dwie klasy niżej więc można się spodziewać, że jeszcze bardziej tu rządził przypadek. Ale może w końcu kurka wodna, po tych wszystkich falstartach, po tych wszystkich frajerskich bramkach traconych na początku rund….. to tym razem do nas uśmiechnie się szczęście i tym razem to my strzelimy o tą jedną bramkę więcej?! Zresztą fajnie to ujął trener Fornalik, który stwierdził, że jego drużynie „zarzuca się” strzelenie bramek po błędach rywali….. a tymczasem oni właśnie byli nastawieni, żeby coś takiego wykorzystywać. I tego niech się nasi trenerzy i piłkarze trzymają!

    A zresztą olać! NAJWAŻNIEJSZE ŻE W KOŃCU WRACAMY DO GRY!!! 🙂 🙂 🙂

  2. Avatar photo

    kosa

    3 czerwca 2020 at 11:29

    @Irish

    Może na przyszłą środę napiszesz coś od siebie? Bo będzie wtedy luźniej, więc chętnie wrzucilibyśmy przemyślenia kibiców.

Odpowiedz

Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Trudność w podejściu do średniawki

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Aaaa qrwa jego mać…

To moja reakcja na gola Rakowa w doliczonym czasie gry w Gdańsku. Bo zaczynam pisać zaraz po. I tak, jak kolejka zaczęła się dobrze, bo Termalica wygrała w Lubinie, to potem pewnie lepszy byłby dla nas remis z Białymstoku, ale OCZYWIŚCIE Górnik musiał strzelić w doliczonym, lepszy byłby remis lub porażka Rakowa, ale OCZYWIŚCIE Raków musiał strzelić w doliczonym. I luj Bobcki strzelił, bo dwie drużyny się od nas oddaliły w tabeli.

Ktoś powie – trzeba było wygrać w Kielcach. No pewnie, że trzeba było, ale nie wygraliśmy. A nasze zdobywane punkty – zwłaszcza w tej fazie sezonu – mają taką samą wagę jak straty punktów przez przeciwników.

Przechodząc do naszego meczu. Nie wiem, jak to ugryźć szczerze mówiąc. Bo mam wrażenie, że Korona była do zdobytej bramki po prostu słaba. Potem się rozkręcili i w końcówce mogli strzelić zwycięskiego gola. Więc summa summarum remis jest sprawiedliwy. Bo gdy piszę, że Korona była słaba, to trzeba zaznaczyć, że my nie byliśmy jakoś specjalnie lepsi. Uważam, że do straconej bramki trochę lepsi byliśmy. Ale tylko trochę, to nie był jakiś wielce dobry mecz GKS Katowice. Był średni.

O ile defensywa tym razem dała radę i dopuściła do utraty tylko jednej bramki, to w ofensywie byliśmy bezbarwni. Niby kilka razy podeszliśmy pod bramkę przeciwnika, niby jakieś sytuacje się pojawiły, ale tym razem wykończenie czy ostatnie podanie były słabe. I tu mam pretensje do naszych zawodników, bo zalążki tych akcji były znowuż bardzo dobre. Naprawdę potrafimy pod to pole karne podchodzić i wszystko tkwi w tym, czy dobrze wykończymy akcję – najlepiej celnym strzałem. W poprzednich meczach wyglądało to kapitalnie. Tym razem – mizernie.

Znowu będę się czepiał. Bartka Nowaka. Znów nasz najlepszy zawodnik ligi, mając dobre sytuacje wyglądał, jakby chciał wykończyć czy zagrać ostatnie podanie „pięknie”. Czasem tej zabawy jest po prostu za dużo. Oczywiście te niekonwencjonalne zagrania dały kilka wspaniałych asyst. Ale jeśli chodzi o gole, to już tak nie było. Przecież z tej wyjątkowej techniki naprawdę idzie skorzystać, jednocześnie zachowując prostotę. Uderzyć po długim rogu temu Dziekońskiemu, gdy praktycznie cała bramka jest odsłonięta. Ewentualnie nawinąć przeciwnika i strzelić. Bartek wysoko zawiesił poprzeczkę, dlatego mam uwagi. Przecież on krawaty potrafi wiązać na tym boisku, ale w związku z tym zdarza mu się przedobrzyć.

Ale tak jak napisałem – cała ofensywa była jakaś niemrawa. Ilja znów zmarnował jedną kapitalną sytuację. I czasem sam już nie wiem, co sądzić o tym zawodniku. Bo mało strzela goli i sporo sytuacji marnuje. Znów doceniam jego pracę w środku boiska, przy rozegraniu. Z Koroną choćby kapitalnie wypuścił Nowaka. Z Motorem też miał wielki udział przy rozprowadzeniu akcji bramkowej. Ale tak jak mówię, nie mam uwag co do gry w środku boiska. Problem pojawiał się przed i w polu karnym.

Korona w tym czasie frustrowała raz po raz swoich kibiców. Psioczyli oni dość mocno na piłkarzy. Kielczanie raz po raz bowiem tracili piłki i nie potrafili rozegrać dobrej ofensywnej akcji zakończonej strzałem. Nie wyglądali jak swoja wersja z jesieni.

Cieszy kolejny gol Arkadiusza Jędrycha. Capitano – wzorem Radomiaka – asystował sam sobie od słupka. Chyba lubi halówkę i grę od bandy. Po raz kolejny trafił do siatki i myśleliśmy, że ten gol da nam zwycięstwo, a najlepiej gdybyśmy potem strzelili drugą bramkę.

Patrząc na to z drugiej strony, to znów trzeba powiedzieć, że stara GieKSa taki mecz by przegrała w końcówce. Można powiedzieć, że w Krakowie – z mega słabą Cracovią – nie ugraliśmy nawet punktów. Aż tak słaba jak Pasy Korona wczoraj nie była. Więc remis na wyjeździe z solidną drużyną z ekstraklasy oczywiście nie jest złym wynikiem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę też nasze osłabienia kadrowe. Przecież nie było Strączka, Klemenza, Kowalczyka, Galana, Zrelaka. Trener musi odkrywać i dostosowywać szerszą kadrę. I znowuż jak na to, że mamy tyle osłabień – wyniki są bardzo w porządku.

Tylko ten niedosyt. Naprawdę można było w tym spotkaniu ugrać więcej i poprawić swoją sytuację w tabeli dopisując trzy punkty. Tak dopisujemy jeden. Co oczywiście też jest zdobyczą. Każdy punkt jest na wagę złota.

Po tej fatalnej porażce z Cracovią GieKSa rozegrała cztery mecze – dwukrotnie u siebie wygrywając i dwa razy remisując na wyjeździe. Ostatecznie jest to układ bardzo dobry. Grając w taki sposób przez cały sezon zdobywa się 68 punktów. W obecnych rozgrywkach wystarczyłoby do mistrzostwa. Ostatecznie więc ostatnia tzw. forma katowiczan jest bardzo dobra.

Każdy był po tym meczu niepocieszony. Jacek Zieliński – znany ze swojego marudzącego tonu – tak właśnie trochę pomarudził na konferencji prasowej. Rafał Górak też nie był przeszczęśliwy, ale też mówił, żeby nie utyskiwać aż tak bardzo na ten remis. No i te nastroje szkoleniowców chyba oddają, to co widzieliśmy w Kielcach. Każdy był trochę rozczarowany po tym remisie, a jednocześnie wiedział, że można było ten mecz przegrać. Więc nie narzekam aż tak bardzo, ale trochę narzekam.

Patrząc teraz na perspektywę gry w pucharach – myślę, że Raków i Górnik znajdą się w czwórce. Jeśli tak, to piąte miejsce da przepustkę do Europy, bo obie ekipy zagrają w finale Pucharu Polski w najbliższą sobotę. Wychodzi więc na to, że o to piąte miejsce w pucharach rywalizować będzie GieKSa, Wisła Płock i Zagłębie. Lubinianie dali ciała z ekipą z Niecieczy i wygląda jakby spuchli, choć lekceważyć ich nie można. Dzisiaj z zapartym tchem będziemy obserwować mecz Wisła – Radomiak i musimy kibicować gościom – od wyniku tego spotkania będzie zależeć bardzo, bardzo wiele. Natomiast żadna z wymienionych trzech drużyn kompletu punktów raczej nie zdobędzie, więc trzeba zminimalizować punktowe straty. Na plus jest to, że i z Zagłębiem, i z Płockiem mamy lepsze bilanse bezpośrednie.

Świat się nie zawali, jeśli GieKSa do pucharów nie wejdzie. Przecież jeszcze niedawno walczyliśmy o utrzymanie. Ale nie ma się co oszukiwać, matematyka mówi, że udział w Europie jest po prostu realny. Jeśli na przykład GieKSa zdobyłaby w ostatnich czterech kolejkach 7-8 punktów, to gra w eliminacjach Ligi Konferencji będzie bardzo możliwa. To jest bonus, szansa, która się nadarza. I grzechem byłoby nie powalczyć.

Jest jednak jeden warunek. Z Termalicą za tydzień trzeba bezwzględnie wygrać. Jakkolwiek nie jest to typowy outsider prezentujący się beznadziejnie, to jednak jest to ostatnia drużyna ligi, którą będziemy podejmować. W kolejnych trzech spotkaniach o punkty będzie dużo trudniej. Trzeba więc sobie ustawić sytuację tak, żeby z 47 punktami startować do trzech ostatnich kolejek.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Rafał Strączek 2029!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Rafał Strączek podpisał nowy kontrakt z klubem, a ogłoszenie tego miało miejsce przed piątkowym spotkaniem z Motorem Lublin. Tym samym ucięto medialne spekulacje o przeprowadzce do Poznania. 

Nowa umowa będzie obowiązywać do czerwca 2029 roku. Bramkarz, po wejściu do pierwszej jedenastki, świetnie się spisuje i ma wielki udział w wynikach GKS Katowice. W tym sezonie w 23 spotkaniach 8 razy zachował czyste konto.

Piłkarzowi życzymy zdrowia, dalszych dobrych występów i sukcesów z naszym klubem. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga