Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: trzeba przebijać szklane sufity

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Prawie dokładnie rok temu rozpoczynaliśmy wiosenne granie w Fortuna I Lidze od pojedynku z Motorem. Czy ktokolwiek wtedy przypuszczał, że pół roku później obie ekipy zameldują się w Ekstraklasie? Ambitny beniaminek z Lublina utrzymał wiosną pozycję w pierwszej szóstce, po czym zostawił w pokonanym polu barażowych rywali. Jak w Lublinie przyjęto ten sukces? Jak wysoko sięgają ambicje właściciela i czy klub jest gotowy, aby je zaspokoić? Który piłkarz grał w Motorze z numerem 64? Na te pytania odpowiedział nam Rafał Szyszka z podkastu kibicowskiego „Głos Motorowców” na kanale Forza MotorTV.

Korespondencyjny pojedynek o miano najlepszego beniaminka wkroczy w poniedziałek w bezpośrednią fazę. Kto twoim zdaniem jest bliższy tego tytułu?
Tabela wskazuje, że w tej chwili najlepszy jest GKS Katowice, ale w tym roku chyba wszyscy beniaminkowie dodali kolorytu Ekstraklasie. Nawet Lechia Gdańsk, choć ostatnio z trochę innych powodów. Mimo to, szczególnie w ostatnich kolejkach, prezentuje się coraz lepiej pod względem piłkarskim. Jeśli natomiast chodzi o nasze drużyny, to oceniam je w miarę równo. Spodziewam się, że w rundzie wiosennej Motor będzie się prezentował jeszcze lepiej, bo na papierze jest mocniejszy niż jesienią, ale wszystko zweryfikuje boisko. Na razie punktujemy poniżej oczekiwań, ale paradoksalnie w ostatni weekend w Białymstoku Motor zagrał chyba najlepszy mecz w tym roku, przynajmniej do momentu, gdy po czerwonej kartce boisko opuścił Samper. Skończyło się wysoką porażką, ale postawa drużyny w tym spotkaniu to dobry prognostyk przed meczem z GieKSą. Dzisiaj trudno ocenić, kto jest najlepszym beniaminkiem. Serce podpowiada mi, że Motor, ale więcej wyjaśni się w bezpośrednim pojedynku.

Jako beniaminek Fortuna I Ligi z marszu włączyliście się do walki o kolejny awans. Jednak wiosnę lepiej zaczęliśmy my, bo na inaugurację przegraliście w Katowicach.
Zimą oczekiwania były dość spore, bo rundę jesienną kończyliśmy na miejscu barażowym. GieKSa startowała z dalszych pozycji i na pewno nikt wtedy nie przypuszczał, że na koniec sezonu obie ekipy wylądują razem w Ekstraklasie. W tamtym okresie miałem okazję przebywać na stażu u trenera Feio, dlatego dokładnie śledziłem przygotowania do meczu w Katowicach i wiedziałem, czego spodziewać się po GKS-ie. Okazało się, że GieKSa zagrała nieco inaczej, niż wtedy przewidywano. Poza tym – nie ma co kryć – drugiego gola zawalił Łukasz Budziłek, przez co stracił miejsce w podstawowym składzie i w zasadzie już go nie odzyskał. GieKSa wygrała raczej zasłużenie, ale Motor też miał swoje szanse na gola.

W dalszej części rozgrywek nasze ekipy prezentowały się na tyle dobrze, że GieKSa awansowała bezpośrednio, a Motor po barażach. Jak wspominasz rywalizację w decydującym momencie sezonu?
W półfinale baraży Motor przeważał, ale bramkarz Górnika Łęczna Maciej Gostomski zagrał kapitalne zawody. Obronił nawet rzut karny wykonywany przez Piotra Ceglarza. Skończyło się bezbramkowym remisem i sam miałem czarne myśli przed serią rzutów karnych. Tymczasem nasi piłkarze strzelali na tyle pewnie, że Gostomski nawet nie dotknął piłki. Po meczu wielu kibiców zostało w barze pod stadionem, aby śledzić drugi baraż. Cieszyliśmy się, gdy Odra objęła prowadzenie, bo to oznaczało, że finał rozgrywanoby w Lublinie. Ostatecznie wygrała Arka, podnosząc się po porażkach z wami i Lechią. Mieliśmy pewne obawy przed tym meczem, bo rywale mieli w składzie wiele indywidualności, jak Czubak czy Kobacki. Wierzyliśmy jednak, że Motor jest w stanie pokonać każdego. Początek był feralny – olbrzymi błąd i strata bramki. Gdyby finał baraży rozstrzygnęło takie trafienie, rozczarowanie byłoby podwójne. Na szczęście w końcówce udowodniliśmy, że nasze hasło „Niezniszczalni” nie wzięło się z nikąd. Najpierw Bartek Wolski strzelił gola z rzutu wolnego – po raz pierwszy w karierze. Chwilę później Piotrek Ceglarz z Jacques’em N’Diaye wykorzytali błąd obrony Arki i wywołali totalną euforię w naszym sektorze. Kibice, którzy jeszcze pięć minut wcześniej byli na skraju załamania, wpadali sobie w ramiona i płakali z radości.

Architektem tego sukcesu dość niespodziewanie został trener Mateusz Stolarski, który w połowie rundy musiał wejść w buty Goncalo Feio. Były obawy, czy udźwignie nową rolę?
Na początku nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po drużynie i trenerze Stolarskim, który zastąpił Goncalo Feio. Znam Mateusza Stolarskiego i wiedziałem, że merytorycznie się obroni, natomiast oczekiwania wobec pierwszego trenera są znacznie większe niż od asystenta. Odejście trenera Feio to nie był łatwy moment. Przy okazji ligowego meczu z Polonią Warszawa zapowiadał, że chce doprowadzić Motor do europejskich pucharów. Tymczasem po kolejnym meczu ze Stalą Rzeszów zrezygnował z pracy w naszym klubie. Z tego co wiem, nie planował tego i zadziałał emocjonalnie. Osobiście mam do niego żal jedynie o to, że po wszystkim nie przekazał nic kibicom, którzy nie raz, nie dwa stawali za nim murem. Dokonał jednak wyboru i dziś nikt już chyba specjalnie za nim nie tęskni. Jest trener Stolarski, o którym niedawno przeczytałem, że ma wszystkie plusy Goncalo Feio, bez jego minusów.

Wszyscy w Lublinie są równie ambitni co właściciel klubu, który często powtarza, że Motor wkrótce będzie grał w europejskich pucharach?
Niektóre wypowiedzi Zbigniewa Jakubasa mogą wydawać się nieodpowiednie pod kątem PR-owym, ale z drugiej strony prezes nie musi się tym specjalnie przejmować. Mówi to, co myśli, jest niezależny i nie musi się nikomu przypodobać. Powiedział kiedyś, że wprowadzi Motor do Ekstraklasy i słowa dotrzymał. Obiecał, że Motor będzie w górnej połowie tabeli i dziś jesteśmy na najlepszej drodze do tego. Dlatego zapowiedzi europejskich pucharów w Lublinie nie muszą być czczym gadaniem. Właściciel Motoru do tego dąży i uważam, że ma ku temu podstawy. Może nie od razu, ale w przyszłości ze Zbigniewem Jakubasem za sterami może nam się to udać. Mamy infrastrukturę, uporządkowane finanse, odpowiedni sztab i coraz lepszych piłkarzy. Jeśli będzie okazja zrobić dobry wynik, nawet ponad stan, to trzeba to robić i przebijać kolejne szklane sufity.

Motor ma dziś potencjał, by dołączyć do ligowej czołówki? Na ile pomogą w tym zimowe transfery?
Skoro udało się zająć siódme miejsce po rundzie jesiennej, to nic nie stoi na przeszkodzie, by na koniec sezonu je utrzymać, a nawet poprawić. Z drugiej strony rywale też się wzmacniają i rywalizacja będzie zacięta. Na ten moment pozytywnie oceniam zimowe okienko transferowe. Ciekawym ruchem jest ściągnięcie rumuńskiego pomocnika Antonio Sefera. Motor długo pracował nad tym transferem i równie długo udawało sie to utrzymać w tajemnicy. Dopiero na ostatniej prostej informacja wypłynęła w mediach. Coś do udowodnienia ma Jakub Łabojko, który nie grał przez ostatnie pół roku, ale wcześniej zdążył się zaprezentować z dobrej strony w Ekstraklasie. Być może zagra od początku w poniedziałek, bo po czerwonej kartce ze składu wypadnie Sergi Samper, nie wiadomo jeszcze na jak długo. Dziurę na pozycji lewonożnego stopera powinien załatać Belg Hervé Matthys, a Franciszek Lewandowski czy Bright Ede zostali sprowadzeni z myślą o przyszłości. Szczególnie ten drugi może się okazać celnym strzałem, co potwierdzają krytyczne komentarze kibiców „Miedziowych” pod adresem zarządu po jego odejściu. Pecha ma nowy bramkarz, Gašper Tratnik, który złamał palec i na razie nie zagra. Wszystkie pozycje, poza środkiem ataku, gdzie gra Samuel Mráz, zostały wzmocnione. Kadra jest solidna.

Jednocześnie trudno mówić o większych osłabieniach w kontekście zawodników, którzy odeszli z Motoru.
Do Łodzi przeniósł się Sebastian Rudol, bo raczej nie byłby pierwszym wyborem w obronie. Z klubem pożegnali się Krzysztof Kubica i Rafał Król, który ostatnio grał coraz mniej. Mimo to będzie ważną postacią naszego meczu, bo w poniedziałek zostanie oficjalnie, uroczyście pożegnany. Zagrał 290 meczów dla Motoru na różnych poziomach rozgrywkowych i bardzo się cieszyłem, gdy w drugiej kolejce w Gdańsku, w wieku 35 lat zadebiutował w naszych barwach w Ekstraklasie. To dla nas ważna postać, która miała swój udział przy wszystkich ostatnich sukcesach klubu.

W naszym ostatnim meczu nie obyło się bez kontrowersji. Czy twoim zdaniem był spalony w pamiętnej akcji Motoru?
Sytuacja ze spalonym przy golu N’Diaye została już wielokrotnie przeanalizowana w różnych piłkarskich studiach. Spalonego nie było, ale niestety dała o sobie znać nadgorliwość sędziów VAR. Jeśli przez kilka minut trzeba szukać odpowiedniej klatki, aby uzasadnić centymetrowy spalony, to moim zdaniem przesada. Motor został skrzywdzony w Katowicach. Gol powinien był zostać uznany, ale trudno dziś ocenić, jaki miałby wpływ na ostateczny wynik, bo została jeszcze cała druga połowa. Ostatecznie skończyło się remisem.

W poniedziałek staną naprzeciw siebie piłkarze, który w przeszłości zakładali koszulkę rywala. Okazuje się, że jest ich dosyć sporo.
Ważną postacią w Motorze jest Piotr Ceglarz, który 10 lat temu występował w Katowicach. Jeszcze wcześniej przy Bukowej grał nasz bramkarz, Łukasz Budziłek. Więcej zawodników z przeszłością w Motorze jest za to w obecnej kadrze GKS-u, np. Rafał Strączek czy Konrad Gruszkowski, który dołączył do was zimą. Grał w Motorze w czasach 3. ligi. Nie sposób nie wspomnieć o Aleksandrze Komorze – chłopaku z Lublina, który wprawdzie nie jest naszym wychowankiem, ale spędził u nas blisko trzy sezony. Jest synem byłego piłkarza Motoru, Grzegorza Komora. Ja natomiast do dziś pozytywnie wspominam Kamila Cholerzyńskiego, który jest mocno związany z waszym klubem. Kiedy przychodził do Motoru, to od razu zadeklarował, że jest kibicem GKS-u Katowice, ale w Lublinie da z siebie wszystko. W Motorze grał z numerem 64, a kiedy odchodził, to elegancko pożegnał się z kibicami w mediach społecznościowych. Warto też wspomnieć trenera Roberta Góralczyka, który jest pozytywnie wspominany w Lublinie, jako fachowiec i facet z klasą.

Ostatnie pojedynki GieKSy z Motorem kończyły się remisami, co wskazuje na zaciętą rywalizację w naszych meczach.
Zawsze grało nam się ciężko, czy to w pierwszej, czy drugiej lidze. Ostatni raz wygraliśmy w Lublinie właśnie w 2. lidze, gdy w końcówce pięknego gola dla Motoru zdobył Daniel Świderski, który przelobował waszego bramkarza. Był to maj 2021 roku, kiedy otwierano stadiony po pandemii covid, a GieKSa przyjechała wtedy w dobrej liczbie. Jesienią przy Bukowej wygrał za to GKS, po golu w 90. minucie. Pamiętam, że był to koniec listopada i mocno zimowa pogoda. Liczę, że tym razem uda nam się przełamać i znowu wygrać, bo po nienajlepszym rozpoczęciu rundy jedyną zadowalającą opcją dla Motoru są trzy punkty. Wy natomiast, patrząc na naszą dotychczasową postawę, też raczej będziecie nastawiać się na zwycięstwo. GKS pokazał, że nie można go lekceważyć, o czym niedawno przekonał się Raków.

Jak sam wspomniałeś, nie rozpoczęliście najlepiej rundy wiosennej. Ostatnie porażki mogą podciąć skrzydła Motorowi?
Jestem spokojny, że w drużynie nie ma żadnego kryzysu mentalnego. Gdy jesienią złapaliśmy dołek po porażkach z Widzewem i Cracovią, cała Polska wieszczyła, że nadchodzą ciężkie chwile dla Motoru. Tymczasem zespół zanotował serię czterech wygranych i remis, pokonując m.in. Pogoń Szczecin. Sztab i drużyna pracuje według niezmienionego modelu, niezależnie od wyników. Nie wyciągałbym więc zbyt daleko idących wniosków po ostatnich wynikach z drużynami, które mają jeszcze o co walczyć w tym sezonie. Znam metody pracy tego sztabu, bo miałem okazję przyglądać się temu z bliska, dlatego uważam, że ta praca obroni się na boisku. Motor zrobi swoje w tej rundzie i zacznie punktować. Czy już od najbliższego meczu? Mam nadzieję, że tak.

Jaki scenariusz przewidujesz na najbliższy mecz? Obie ekipy nie należą raczej do tych, które okopują się na swoich pozycjach.
Nawet w przegranym meczu w Białymstoku Motor pokazał, że nie jest drużyną, która chce się tylko bronić. Są zespoły, które potrafiły nas zepchnąć do defensywy, jak na przykład Lech, gdy w Poznaniu Motor przy korzystnym dla siebie wyniku długo grał w obronie niskiej, neutralizując ofensywne atuty Kolejorza. U siebie na pewno będziemy chcieli narzucić swój styl gry i atakować. GKS też potrafi grać fajną, ofensywną piłkę, więc mam nadzieję, że obejrzymy ciekawe starcie dwóch beniaminków. Czy przełoży się to na gole? Nie wiem, bo Motor w tym roku strzelił tylko jednego. Mimo to spodziewam się wielu akcji ofensywnych.

Jaki wynik padnie w poniedziałek na nowo mianowanej Motor Lublin Arenie?
Obstawiam 2:1 dla Motoru.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

Projekt GKS Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Latem 2019 roku na swoją drugą kadencję przybył do GieKSy Rafał Górak. Trener, który miał coś do udowodnienia wszystkim związanym z katowicką piłką. Zadania podjął się ekstremalnie trudnego. GieKSa właśnie spadła do drugiej ligi – po kilku latach marzeń i nadziei na awans do ekstraklasy, zakończyło się zmianą ligi – ale w drugą stronę. To był dla nas wszystkich koszmar. Zamiast do Warszawy, Poznania czy Zabrza mieliśmy jeździć do Legionowa, Wejherowa czy Stargardu. Marzenia o najwyższej klasie rozgrywkowej trzeba było odłożyć i ratować, co się da.

Jak wielką otchłanią była ta sytuacja… Pierwszy mecz w drugiej lidze u siebie ze Zniczem Pruszków został przegrany, a do przerwy dostaliśmy trzy gongi. Można było wtedy czuć spory niepokój, że na drugiej lidze się nie skończy. Że spotka nas los, którego doświadczają teraz choćby kibice Zagłębia Sosnowiec. Że o wzroście nie ma co marzyć, a jedyne, o co należy walczyć, to żeby nie pogrążać się coraz bardziej.

Trudne to były początki. GKS w pierwszym sezonie w drugiej lidze nie awansował, choć zabrakło zaledwie jednego punktu. Pamiętam ten mecz z Resovią, kiedy wiedzieliśmy już, że Widzew przegrał i do awansu wystarczył jeden gol. GKS nacierał, ale go nie wbił, a potem ze Stalą Rzeszów odpadł w półfinale baraży.

Awans był rok później. Z perturbacjami, ale ostatecznie dość spokojny, na kolejkę przed końcem rozgrywek. To był pierwszy mały sukces Rafała Góraka. Co by nie mówić – mimo wszystko stadiony pierwszoligowe to coś innego niż stadiony drugoligowe. Tu już pojawiają się spadkowicze z ekstraklasy, no i generalnie jest kilka uznanych firm. Więc tragedii nie ma. No chyba, że kisi się w niej kilkanaście lat i przewija się w niej kilkadziesiąt klubów, a GKS jak był, tak jest dalej.

Znów na tym zapleczu ekstraklasy byliśmy i po dwóch latach był to powiew świeżości. Znów branding pierwszej ligi, znów mecze w Polsacie i… marzenia o ekstraklasie. Coś zostało odbudowane, a klątwa Witana przestała obowiązywać, bo znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Było ciężko. Po dobrych początkach przychodziły rozczarowania, jak na przykład to, gdy po triumfie z ŁKS w Łodzi, GieKSa nie potrafiła utrzymać prowadzenia z grającą w dziesiątkę Termaliką. Bywały spore wtopy jak cztery bramki tracone w Głogowie czy Opolu albo pięć u siebie z ŁKS. Albo trzy porażki u siebie z rzędu, w ciągu praktycznie tygodnia. Nawet Borja Galan nam w barwach Odry potrafił strzelić bramkę na Bukowej. Czy Kowal w barwach ŁKS. Były też drobne momenty triumfu, jak zwycięstwo w doliczonym czasie gry z Ruchem. Ale to była tylko kwestia prestiżu. Potem i tak była wielka piłka (plażowa) w Chojnicach.

Trener łatwo nie miał. Ten projekt się budował i budował, ale nieraz w katuszach. W kolejnym sezonie wydawało się jesienią, że GieKSa już to ma. Efektowna wygrana z Wisłą Płock i Resovią, na wyjeździe w Pruszkowie. Wydawało się, że to ten sezon. Że w końcu GieKSa gra taką piłkę, że szanse na awans są  naprawdę spore. Coś się jednak zacięło i nastały długie tygodnie bez wygranej. Nawet prowadząc w Krakowie z Wisłą, katowiczanie stracili dwa gole w doliczonym czasie i przegrali. Było coraz to gorzej, a GKS systematycznie osuwał się w tabeli. Oczywiście z racji baraży mogliśmy marzyć o załapaniu się do nich, ale przecież i to było trudne, jeśli zajmuje się 12. miejsce w tabeli.

Co było wiosną – wszyscy pamiętamy. Prawdziwy szturm, choć nie do końca zamierzony. To znaczy nikt na początku roku o ekstraklasie nie myślał. Była porażka w końcówce z Wisłą Płock. Ale potem GieKSa wygrywała, wygrywała i… zaczęliśmy na poważnie myśleć o barażach. Potem o tym, żeby zająć trzecie miejsce i mieć bonus gry u siebie. Aż w ostatniej kolejce – przy splocie niesamowitych okoliczności – nadarzyła się szansa na awans bezpośredni. Gdynia jest historią.

Piękną historią powrotu GieKSy na polskie salony. Pamiętam ten pierwszy mecz w ekstraklasie z Radomiakiem. Jakie to wszystko było inne niż to, co przeżywaliśmy przez 19 lat. Wszędzie napisy ekstraklasa, Canal+, świadomość, że patrzą na nas już nie tylko lokalne media, a cała piłkarska Polska. Że zainteresował się nami w końcu nie tylko pies z kulawą nogą. Rozpoczęła się piękna przygoda, która trwa od dwóch lat. Jednak nawet wtedy, gdy pokarał nas dwukrotnie Leonardo Rocha, nie byliśmy sobie w stanie wymarzyć, jak to będzie wyglądać. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że w dwa sezony GKS wygra ćwierć setki meczów, zdobędzie prawie sto punktów, strzeli równe sto goli, otrze się o Puchar Polski, a nasz zawodnik zostanie piłkarzem sezonu – zastanowilibyśmy się, czy wszystko z głową jest w porządku.

Jak mówił trener – wtedy sukcesem był każdy gol, każdy zdobyty jeden punkt. Duma, że wygraliśmy w Mielcu. Potem spektakularne zwycięstwo z Jagiellonią. Pogrom z Puszczą. Kilka innych bardzo wartościowych wyników. Potem wiosna i nowy stadion. Szybkie i spokojne utrzymanie. No i zakończony sezon, minimalnie lepszy punktowo od poprzedniego, zakończony awansem do europejskich pucharów.

Ta droga, którą przeszedł GKS Katowice jest naprawdę filmowa. Zarówno od spadku w 2005 roku z ekstraklasy i początków w IV lidze, ale właśnie przede wszystkim w te siedem ostatnich lat. To była droga bardzo trudna, z meczami i sytuacjami ważącymi się w doliczonym czasie gry. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dwa gole przy Konwiktorskiej. Gdyby nie kapitalna akcja Jakuba Araka w Tychach. Decyzja VAR Tomasza Kwiatkowskiego w derbach Trójmiasta. A patrząc na ten sezon – gdyby nie gol Lukasa Klemenza z Wisłą Płock, no i oczywiście Marcela w Szczecinie.

Musieliśmy być cierpliwi. Zarówno długofalowo, jak i w kontekście pojedynczego meczu. Nieraz bowiem na ten pozytywny rezultat musieliśmy czekać do czasu grubo po dziewięćdziesiątej minucie. GieKSa dziubała te oczka, aż w końcu wyhaftowała na koniec korzystny wynik.

W przeszłości nieraz nam tej cierpliwości brakowało. A do dzisiaj pozostają takie „elementy”, które po jednym nieudanym meczu zaczynają śpiewkę, że GieKSa jest słaba, a „trener pewnego poziomu nie przeskoczy”. Chyba największy wysyp negatywnych komentarzy (eufemizm) był po jesiennym meczu z Lechem. Wtedy punkty były dość słabe, ale sam mecz z Kolejorzem (plus wcześniejszy remis i zwycięstwo pucharowe z Wisłą) dawało dużą nadzieję, że będzie lepiej. I potem było już bardzo dobrze.

Przede wszystkim ta drużyna ma niesamowity mental. Nie będąc zespołem idealnym, czysto piłkarsko znajdując się w środku ekstraklasowej stawki, razem z kilkoma innymi drużynami, ma te elementy, które powodują różnicę na plus. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak GieKSa w ostatnich dwóch latach gra mając lekki nóż na gardle. Mam na myśli sytuację, w których ze 2-3 mecze się nie powiodły, zaczyna to wyglądać bardzo ryzykownie i przychodzi mecz, w przypadku porażki w którym może się zrobić bardzo źle. I GieKSa permanentnie takie mecze wygrywa, najczęściej później poprawiając jakąś kapitalną serią.

Tak było w zeszłym sezonie kilkukrotnie. Choćby wtedy, gdy przegrywaliśmy w Lubinie i Zabrzu, przedzielone straconym zwycięstwem w doliczonym czasie z Widzewem. No to potem wygraliśmy z Pogonią, rozgromiliśmy Puszczę, awansowaliśmy w Pucharze Polski. Była porażka z Legią, Unią i Koroną. Robiło się nieciekawie, a jechaliśmy na wyjazd z bardzo mocną Cracovią. I tam spektakularne zwycięstwo. No a w tym sezonie właśnie te porażki z Lechią, Cracovią i Lechem, przedzielone punkcikiem z Wisłą. I wyjazd na „mecz prawdy” do Lublina. Pogrom Motoru i seria kolejnych zwycięstw.

Coś, co w przeszłości działało dokładnie odwrotnie. Jak było źle, to po kolejnym bardzo ważnym meczu było jeszcze gorzej. Zresztą, jak i katowiczanie mieli wskoczyć na czołowe miejsca, to również tego nie wykorzystywali (słynne sześć nieudanych prób wskoczenia na pozycję lidera za trenera Brzęczka). GieKSa przegrywała wszystkie zarówno bardzo ważne, jak i prestiżowe mecze. Wszyscy pamiętamy seryjne wtopy z Zagłębiem Sosnowiec, Tychami czy Ruchem.

Teraz to już nie ma miejsca. Nasz zespół już tyle razy uniósł ciężar ważnych meczów, że to jest bardziej regułą niż przypadkiem. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę końcówkę zakończonego sezonu. Pisałem o tym na trzy kolejki przed końcem – że trzy punkty powinny dać awans do pucharów. I to się sprawdziło, a GieKSa te trzy oczka uciułała. Ktoś powie, że można było wygrać z Piastem i zakończyć sprawę. Niby tak, ale z drugiej strony – patrząc na terminarz – to przecież wygranie jednego meczu z trzech: Jaga u siebie, wyjazd do Gliwic i Szczecina, jest totalnie nieoczywiste. Jakby takich meczów było dziesięć to tak – moglibyśmy powiedzieć, że klasowa drużyna powinna coś tam wygrać. Ale dokładnie te trzy spotkania to jest na tyle mało, że wcale nie jest oczywiste, że nawet taki Lech Poznań wygrałby jeden z nich.

A GieKSa żadnego z tych meczów nie przegrała i to był klucz do sukcesu. Przeżywaliśmy bardzo trudne chwile w Gliwicach i Szczecinie. A z Jagiellonią przecież też przegrywaliśmy. Uważam, że to, że GKS nie przegrał żadnego z tych trzech meczów, to wielki sukces tej drużyny. W lidze, w której każdy pojedynczy punkcik był na wagę złota. I właśnie m.in. jeden z tych punktów zaważył na sukcesie.

GieKSa wskoczyła na wyższy poziom wtajemniczenia w ekstraklasie. Tak jak pisałem w poprzednim felietonie – można grać w ekstraklasie, ale nie być ekstraklasową drużyną. Nią trzeba się dopiero stać – na placu boju. Wiele drużyn tego nie wytrzymuje i nawet awansując na najwyższy szczebel, dalej utrzymuje vibe pierwszoligowca. I my na początku, będąc beniaminkiem, też tym piłkarskim pierwszoligowcem nadal byliśmy. Ekstraklasa jawiła się jak „nasza Liga Mistrzów”, gdzie każdy gol, każdy remis, każde – daj Boże – zwycięstwo będzie czymś niesamowitym. Trochę na zasadzie, że przede wszystkim liczy się udział, a jak uda się coś ugrać to cudownie.

Wystarczy sobie przypomnieć sytuacje, kiedy w kilkunastu ostatnich latach trafialiśmy w Pucharze Polski na zespół z ekstraklasy. Mieliśmy wrażenie, że przyjeżdża do nas ekipa z innego zupełnie wymiaru. Walczyliśmy dzielnie i nawet czasem udało się wygrać (Podbeskidzie, Pogoń, Warta). Ale były też wtopy. A gdybyśmy sobie wtedy mieli wyobrazić, że gramy na wyjeździe, to już porażka byłaby niemal murowana.

Pisałem o tym kilkukrotnie – pierwszy zalążek tego, że GKS staje się drużyną ekstraklasową zobaczyłem rok temu w Lubinie. Co prawda wcześniej GKS wygrał po świetnym meczu z Jagiellonią, ale to właśnie spotkanie na stadionie Zagłębia pokazało mi coś więcej. GKS pojechał tam prowadzić grę, rządzić na boisku i na tle drużyny, która wiele lat gra w ekstraklasie, na jej obiekcie, nasz zespół nie odstawał, a wieloma momentami po prostu był lepszy. Nawet jeśli ostatecznie wtedy drużyna przegrała – ten pojedynek coś pokazał. I potem systematycznie wzmacniał ekstraklasową pozycję, coraz częściej punktując, coraz częściej wygrywając.

Dalsze umacnianie było w tym sezonie. Systematycznie wznosiliśmy się na coraz wyższy poziom. GieKSę zaczęto szanować i przestawaliśmy być – w opinii niektórych – pierwszoligowymi chłopcami do bicia. Zakończona wiosna jeszcze bardziej umocniła do przekonanie, bo przecież startując ze strefy spadkowej, zakończyliśmy w pucharach. GieKSa wiosną wygrała u siebie wszystko prócz dwóch meczów, które zremisowała. Na wyjazdach może wygraliśmy niewiele, bo tylko dwa spotkania, ale też poza tym nie przegrywaliśmy wszystkiego jak leci. Z najmocniejszymi w tej lidze może jeszcze nie wygrywamy seryjnie, ale gramy jak równy z równym. Na wiosnę zanotowaliśmy remisy z Lechem, Jagiellonią, Rakowem w Pucharze. Wygraliśmy z Górnikiem. W tych czterech meczach zdobyliśmy aż dwanaście goli, czyli po trzy na mecz. Tyle samo co prawda straciliśmy, ale to pokazuje, że GieKSa nie pęka, nie próbuje grać na 0:0, tylko chce grać na swoich warunkach. Taka postawa na pewno jest bardziej rozwojowa niż asekuranctwo.

Niebywała jest ta droga, ten projekt, który tak naprawdę jest możliwy właśnie dlatego, że jest projektem. Rafał Górak i ekipa wyszli z bardzo uniwersalnego założenia funkcjonowania świata, a jednocześnie tak rzadko mająca rację bytu. Że dobry, przemyślamy i konsekwentnie realizowany plan w sposób olbrzymi zwiększa prawdopodobieństwo sukcesu. Ludzie generalnie działają chaotycznie i po łebkach. Za szybko, bez planu, bez przygotowania. Mowa o wszystkim: czy to założeniu firmy, czy planie na odchudzanie. A wystarczy naprawdę stosunkowo niewiele: trochę predyspozycji i właśnie ten rzetelny plan.

W piłce to również bardzo rzadkie. Podpalamy się wszyscy, kibice, trenerzy, piłkarze, a przede wszystkim ludzie zarządzający klubami. I nie twierdzę nawet, że czasem jedno czy drugie zwolnienie trenera jest złe. Bo i trenerzy bardzo często nie mają pomysłu na to wszystko, podejmują dziwne decyzję, zaraz mają syndrom oblężonej twierdzy. Są niecierpliwi. Tutaj wygląda na to, że było i jest inaczej. Że nawet, gdy wyników nie było, zespół przeżywał swoje kryzysy, to plan cały czas był i był aktualny. Wiadomo, że trochę szczęścia musiało w tym być, bo przecież nie było naszym planem pudło Adamczyka z karnego na śniegu. Ale nawet jeśli to szczęście nam się pojawiało, to zespół cisnął, by wyciągnąć z niego jak najwięcej.

Trener mówi o zgliszczach, które zastał w 2019. Porównanie oczywiście adekwatne, ale ja bym zaproponował ładniejszą metaforę. GieKSa wtedy po prostu może była takim noworodkiem, który nie umiał ani mówić, ani chodzić i potrzebował całodobowej opieki i czułości. Z czasem to dziecko zaczęło gaworzyć, wypowiadać swoje pierwsze słowa, potem raczkować, w końcu stanęło na dwie nóżki. I tak dalej… Obecnie jest to w pełni dojrzały młody człowiek, który ma siłę, intelekt i mnóstwo zasobów. Może iść przez życie i go smakować. Jednocześnie ten młody człowiek nadal ma potencjał, który warto by wykorzystać i ciągle się rozwijać. A nad tym wszystkim czuwa ojciec Rafał Górak i matka – cały sztab.

Rozwijaj się więc nasza kochana GieKSo, jedz zdrowo, trenuj i nigdy nie trać wiary w siebie. A wielkie rzeczy staną się coraz i coraz bardziej osiągalne.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Szymon Bartlewicz pierwszym transferem GieKSy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Pierwszym nowym piłkarzem, który dołącza do GKS Katowice na sezon 2026/27, został Szymon Bartlewicz.

Umowa obowiązywać będzie do 30 czerwca 2029 roku i zawiera opcję przedłużenia. 20-latkowi skończył się kontrakt z pierwszoligowym Chrobrym Głogów, z którym związany był od czasów juniorskich. W Chrobrym rozegrał 97 spotkań, zdobywając 13 bramek i 11 razy asystując. Powoływany jest także do młodzieżowych reprezentacji Polski.

Nominalnie występuje jako ofensywny pomocnik i jak sam przyznaje wyróżnia go kreatywność w środku pola.

Witamy w GieKSie i życzymy powodzenia w naszych barwac.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Felieton o Zagłębiu Lubin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

„Ktoś powie, że w głowie mi się poprzewracało od ekstraklasy, ale nie no – jeśli chcemy na poważnie w niej grać, to w drugim sezonie musimy już powoli uznawać się za lepszych, przynajmniej na swoim boisku, od kilku ekip. Przynajmniej od trzech. I jedną z takich jest Zagłębie. Szacun dla trenera Ojrzyńskiego za świetną robotę, ale takich efektownych meczów, jak wczorajsza pierwsza połowa, Zagłębie zbyt wielu nie rozegra.

Odszczekam, jeśli Zagłębie na koniec sezonu zajmie wyżej niż 13. miejsce. Napiszę specjalny felieton pochwalny dla Zagłębia Lubin”.

Pisząc ten felieton po meczu drugiej kolejki z Zagłębiem Lubin – felieton z 29 lipca – nie sądziłem, że tak szybko będę już wiedział, że słowo ciałem się stanie. A że człowiek jest słowny, następuje to dzisiaj.

Przeliczyłem się i to bardzo. Nie sądziłem, że Lubinianie pójdą w tę stronę, a tak naprawdę do ostatniej kolejki teoretycznie walczyli o udział w europejskich pucharach. Teoretycznie – bo praktycznie w przedostatniej stracili na to szanse. Ale w życiu bym się nie spodziewał, że nie będziemy mówili o miejscu trzynastym, tylko pierwszej piątce czy szóstce w tabeli. Ostatecznie Zagłębie zajęło miejsce siódme. Utrzymali się spokojnie, dali też momentami pokaz naprawdę efektownej gry. Dość powiedzieć, że w dwóch meczach u siebie z ekipami z Trójmiasta strzelili dziesięć (!) goli. Lechię zresztą pokonali również na wyjeździe, początkując drogę Gdańszczan wprost do pierwszej ligi.

We wspomnianym meczu drugiej kolejki Lubinianie na Nowej Bukowej rozegrali fenomenalną pierwszą połowę. „Dziennikarze Zagłębia” łapali się za głowę, ale trudno im się było dziwić. Był polot, szybkość i skuteczność. Prowadzili 1:0 po golu Marcela Reguły, potem mieli kilka świetnych sytuacji. Poprawili drugą bramką Radwańskiego z karnego. Na szczęście Bartek Nowak wziął sprawy w swoje ręce i w drugiej połowie GKS wyrównał, choć w końcówce dość rozpaczliwie bronił remisu i było blisko trzeciej braki dla Zagłębia.

Zagłębie nie punktowało wybitnie, ale punktowało dobrze. Przede wszystkim wygrali w Poznaniu z Lechem, a gol Ławniczaka to było absolutnie jedno z dwóch, trzech najlepszych trafień zakończonego sezonu. Cudowna przewrotka i stadiony świata. Pamiętam, że odwijałem sobie tego gola na kwaterze w Gdańsku, jak niepyszny – bo sami chwilę wcześniej przegraliśmy z Lechią.

Bardzo cenne było zwycięstwo w Radomiu w Pucharze Polski – po dogrywce. No i wspomniane 6:2 i 4:0 z Lechią i Arką. Ale to nie był koniec spektakularnych wyników jesienią. Po fantastycznym meczu Zagłębie pokonało Legię 3:1 nie dając żadnych szans Wojskowym. Wygrali 2:0 u siebie z mocnym Górnikiem Zabrze. W sposób niesamowity odrobili stratę z Widzewem – do 86. minuty przegrywali, a zakończyli mecz z trzema punktami. Na koniec roku wygrali w Częstochowie z Rakowem. Wyniki doprawdy świetne. Jedyną poważną rysą jesieni była wysoka porażka w Szczecinie 1:5.

I 30 stycznia, gdy wracaliśmy do gry, Zagłębie wygrywając u siebie z GieKSą wskoczyłoby na pozycję lidera. Ta sztuka się gospodarzom nie udała, a GKS po bardzo pewnym meczu wygrał 2:0. Gdy Miedziowi przegrywali w Kielcach z Koroną wydawało się, że animusz opadł. To był słaby mecz Zagłębia, ale jakimś cudem strzelili dwie bramki i wygrali. Była to kuriozalna wygrana, ale dała ekipie Ojrzyńskiego bardzo dużo i nastroiła pozytywnie. Potem po remisie u siebie z Rakowem zanotowali serię trzech zwycięstw z rzędu i znowu przesunęli się mocno w tabeli.

W drugiej połowie wiosny było już jednak gorzej. W kolejnych sześciu meczach zespół zanotował pięć porażek. Jednak nadal drużyna utrzymywała się w okolicach pucharów. Zdecydowanie nie pomogła porażka w doliczonym czasie, gry z Termaliką u siebie. To wtedy uwierzyliśmy, że to my możemy wskoczyć na miejsca pucharowe.

Jak u siebie jesienią Lubinianie grali fenomenalnie, tak końcówka była nieporozumieniem. Łapali te czerwone kartki i mieli szczęście, że słaba Cracovia nie potrafiła tego wykorzystać. Na wyjeździe za to zagrali bardzo dobry mecz z Górnikiem i na koniec znów zaczęli pokazywać, że chcą tych pucharów…

Czy chcieli? No nie wiem. I śmiem wątpić. Bo mecz z Pogonią u siebie to był totalny koszmar. Nie wiem, co się stało z tą drużyną, ale mając Europę na wyciągnięcie ręki zagrali tak totalnie bez ambicji i bez charakteru, wyglądali – na tle również słabej tego dnia Pogoni – na drużynę, która nie ma nawet 10 procent determinacji. Kompletnie była to niezrozumiała sytuacja i nie dziwiłem się kibicom Zagłębia, że wyrażali swoje niezadowolenie. To był totalny ambicjonalny dramat.

Musiałem tę łyżkę dziegciu włożyć, bo naprawdę te puchary w Lubinie mogły być. Oczywiście tym lepiej dla nas, że zagrali tak z Pogonią.

Patrząc jednak na sezon całościowo, był on bardzo udany. Skazywany na pożarcie zespół pokazał się wielokrotnie ze świetnej strony i wielu drużynom – w tym nam – napsuł krwi. Co tu dużo gadać, trener Leszek Ojrzyński to fachowiec, wie, czym się to wszystko je i potrafi poukładać naprawdę dobrze drużynę w ekstraklasie.

Nie sądziłem, że drużyna wejdzie na ten poziom. Dodajmy też, że swój udział w udanej jesieni miał nasz obecny piłkarz – Mateusz Wdowiak. Na pewno wyciągnięcie go z Lubina spowodowało spadek jakości w Zagłębiu i podniesienie go w GieKSie. W każdym razie Mateusz pierwszy raz miał okazję zasmakować atmosfery na Nowej Bukowej właśnie jako zawodnik Zagłębia Lubin. Cieszymy się, że teraz jest z nami.

Jak będzie w przyszłym sezonie? Nie wiem. Jednak znów sceptycznie podejdę – nie sądzę, że będzie tak dobrze jak w obecnym. Ale już na pewno nie typowałbym tej drużyny, jako główne zespołu do spadku. Drużyna pokazała, że można w niej pokładać nadzieję, więc myślę, że środek tabeli – w miarę spokojne utrzymanie (2-3 kolejki przed końcem) spokojnie jest do osiągnięcia.

Jednak to jest ekstraklasa, więc nie przewidzisz. Dużo zależy od wzmocnień czy osłabień. Grunt to utrzymywać względną stabilność i wtedy można myśleć o spokoju, a może… o czymś więcej.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga