Felietony
Prezesie Janicki, dyrektorze Bartnik – czas na dymisję!
Zakończył się piłkarski rok 2018. Rok piłkarskiej klęski naszego klubu. Zniszczone zostało dokładnie wszystko – najpierw marzenia o awansie, a potem marzenia o czymkolwiek. GieKSa jest obecnie piłkarskim chłopcem do bicia, marzeniem grających przeciw nam drużyn i pośmiewiskiem w całej Polsce.
Licząc od ostatniego meczu, który dawał poważną nadzieję na awans, czyli wygranego pojedynku w Głogowie w kwietniu, katowiczanie rozegrali 29 meczów. Bilans tych spotkań to 6-8-15 (bramki: 22-34). Łatwo wywnioskować, że GKS przegrywa od tamtego czasu co drugi mecz. Łatwo wywnioskować, że wygrywa co piąty. Że średnio traci ponad jednego gola na mecz, a przede wszystkim średnia zdobytych bramek wynosi 0,75 gola na mecz. Co przy ilości meczów wynoszącej prawie cały sezon jest wynikiem kompromitującym, zarówno dla tych gości, co grali na wiosnę, jak i obecnych.
To co jednak najgorsze to fakt, że GieKSa systematycznie stacza się. I w tabeli, i w grze, i w oczach. Nawet z pierwszym rzutem hamulcowych, nawet z piłkarskimi krętaczami Brzęczka i kolejnymi Paszulewicza, nie znajdowaliśmy się tak nisko w tabeli, nie przegrywaliśmy meczu za meczem i nie drżeliśmy o ligowy byt. Tamci dawali nam złudzenia, które potem cynicznie odbierali, obecna kadra… nie daje nawet złudzeń. Paradoksalnie może to i dobrze? Bo przynajmniej w końcu można oceniać zawodników GKS pod kątem piłkarskim. A ten aspekt mówi o tym, że są po prostu beznadziejnie słabi i nawet jeśli kiedyś (podobno) grali dużo meczów w ekstraklasie, to ich prawdziwa jakość wychodzi teraz – gdy nie idzie, gdy nie ma pomysłu, a psychika rozbita jest przez niszczyciela wszystkiego, czyli Jacka Paszulewicza.
Nie da się ukryć, że Paszulewicz to najbardziej destrukcyjny szkoleniowiec, jaki od wielu lat pojawił się w naszym klubie. Możemy mówić o Brzęczku, że jest trenerskim hochsztaplerem (bo jest), że Mandrysz stracił cohones (bo stracił). Jednak sposobu, w jaki Paszulewicz rozwalił, rozpieprzył, puścił z dymem, zniszczył, zdeptał, sknocił tę szatnię – nie da się porównać z niczym innym. Dostał człowiek to, co chciał, czyli praktycznie nową kadrę, możliwości przygotowania, przede wszystkim dostał szansę po spektakularnie przegranym sezonie. Po fatalnym meczu w I kolejce coś zaczęło iść w dobrym kierunku, coś zaczęło sensownie wyglądać, nowi zawodnicy zaczęli grać tak, jakby grali ze sobą już od dawna. Brakowało tylko skuteczności pod bramką rywala. W końcu mieliśmy młodzież, która była szybka, dynamiczna i efektywna. I nagle od meczu z Rakowem, Paszulewicz zaczął tak kombinować, odstawiać nie tych zawodników, co trzeba, wstawiać do składu tych, którzy grać za Chiny nie powinni. Skołowani piłkarze nie wiedzieli, co tu się odpiernicza. Podejrzewam, że patrzeli po sobie z szerokimi gałami, widząc, co wyprawia ich opiekun. Idiotyczne decyzje (bo inaczej tego nazwać się nie da) zaczęły się mnożyć, Paszulewicz kompletnie przestał panować nad tym, co robi – jego wybory były chaotyczne, przypadkowe i nieefektywne. Do tego obniżały morale piłkarzy i wk..ały kibiców.
Po odejściu wysokiego szkoleniowca, już do końca rundy nie udało się tego pozbierać. Paszulewicz pozostawił po sobie zgliszcza, zagubionych ludzi, którzy potem na boisku wyglądali tak, jakby wyszli na powietrze, po kilku miesiącach spędzonych w piwnicy. Zarówno za Dziółki, jak i Dudka – nie potrafili oni już wrócić choćby do ćwierci tego, co pokazali w drugiej, trzeciej i czwartej kolejce.
Cała kadencja Paszulewicza okazała się jedną wielką ściemą i pomyłką. I z perspektywy czasu można powiedzieć, że zatrudnienie go i zbyt późne zwolnienie – było jedną z wielu, ale bardzo jaskrawą przyczyną tego, że GKS do końca roku wyglądał jak dogorywający (za chwilę) trup.
W Katowicach wszystko się robi za późno. Czasem o kilka miesięcy, a czasem cały sezon. I tak po przegranym sezonie Brzęczka ktoś pozwolił, by w klubie zostali tacy ludzie jak Foszmańczyk, Goncerz, Zejdler, Kamiński czy Kalinkowski. Tak naprawdę kwestie awansu w kolejnym sezonie trzeba było zamknąć już na podstawie tych decyzji personalnych. Pozostawienie ich było sabotażem i działaniem na szkodę klubu. Paszulewicz również pozostał w klubie, choć był równie odpowiedzialny, co piłkarze za brak awansu (chociażby podejmując jedynie pozorowane działania, jak odsunięcie czwórki zawodników).
Niestety to panowie Marcin Janicki i Tadeusz Bartnik, bo do nich dochodzimy, nie udźwignęli tego ciężaru. Oczywiście po Brzęczku rządził jeszcze Wojciech Cygan i również na niego spada część odpowiedzialności za obecny stan rzeczy. Problem w tym, że Cygana już od roku w klubie nie ma, a jest Janicki, który wygląda na osobę nieobecną, niezaangażowaną w piłkarskie sprawy GKS Katowice. Janicki to człowiek, który wydaje się, że nie kiwnął palcem, aby zrobić coś, by GKS nie był w tym miejscu, w którym obecnie się znajduje. Oczywiście to uproszczenie i zaraz znajdzie się grupa wiecznych obrońców zarządu, która powie, że „to że czegoś nie widać, to nie znaczy, że nic nie robią”. Co nam jednak po tym? Liczy się efekt, a efekt jest taki, że jesteśmy na samym dnie tabeli i podajemy sobie rękę z jakąś osobliwością tej ligi, ekipą, która raczej powinna jeździć i uprawiać folklor w trzeciej lidze – Garbarnią Kraków.
Janicki jako osoba pociągająca za sznurki, w pierwszej kolejności odpowiedzialna jest za trzymanie tak długo kolejnego człowieka bijącego rekordy niekompetencji, a jednocześnie mistrza taniej dyplomacji – Tadeusza Bartnika. Wręcz nieprawdopodobne, jak sympatyczny skądinąd Tadziu nie poradził sobie na stanowisku. Jakoś kuriozalnych decyzji mogłoby być przyczynkiem do napisania książki „Jak nie być dobrym dyrektorem sportowym?”. Począwszy od trzymania/zwalniania trenerów, za szybko, za wolno, bez sensu, na ściąganiu piłkarskiego szrotu skończywszy. Bo i tutaj ktoś może zarzucić kibicom – „chcieliście czystek w szatni, to je dostaliście”. Wszystko fajnie, ale pozbywając się tych wszystkich ciućmoków, trzeba było zadbać również o to, by w ich miejsce przyszli lepsi. A jak się okazało – przyszli gorsi (piłkarsko).
Chociaż większość osób (ja również, z różnych powodów) uważa, że pożegnanie się z Piotrem Mandryszem było konieczne, to jednak logika na tamten moment mówiła o tym, że szkoleniowiec powinien zostać. Mandrysz na koniec roku zdobył 10 punktów w 4 meczach, miał na jesieni serie 3 zwycięstw z rzędu. Tajemnicą poliszynela jest to, że Bartnik szczerze Mandrysza nie znosił i decyzja miała podłoże osobiste, a nie merytoryczne. Zauroczenie Paszulewiczem swego czasu również jest niewytłumaczalne. Zwolnienie go za późno również. Utrzymywanie kilku niepracujących trenerów na kontrakcie – było niegospodarne.
Bartnik wypowiada piękne pseudomądrości w wywiadach i kreuje się na eksperta od prowadzenia sekcji piłkarskiej. Fakty jednak są takie, że z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień GKS grał coraz gorzej, a strata do bezpiecznego miejsca robiła się coraz większa. To, co się działo na boisku jest idealnym odbiciem tego, co się wyprawia w klubie. Czyli nikt nad niczym nie panuje, bije głową w stołu blat i udaje, że pobudza mózg do pracy.
Ktoś zapyta „a jaka jest w takim razie odpowiedzialność Dariusza Dudka?”. I pytanie to będzie zasadne.
Faktem jest, że Dudek tych punktów zdobył za mało. Zdecydowanie za mało. Dodatkowo nie odcisnął piętna na prowadzonym przez siebie zespole, a rozegrał przecież już 8 meczów. Tak, zdecydowanie połowa rundy to wystarczająco dużo, aby coś poprawić. Patrząc jednak przez pryzmat tych ośmiu spotkań, pretensje do Dudka można mieć za mecze z Garbarnią i Wartą oraz za spotkanie z Tychami. Za te dwa pierwsze, bo przecież na Bukową przyjechały słabeusze (zwłaszcza Garbarnia) i jak się nie dało obu meczów wygrać, to przynajmniej trzeba było wygrać jeden z nich. Za Tychy mam pretensje o taktykę i podejście, gwałtowne odsłonięcie się, gdy po meczu z Podbeskidziem trzeba było utrzymać sposób gry, który dał w Bielsku trzy punkty. Szkoleniowiec się zagalopował i pojechał lekko na euforii. Dostał zimny prysznic.
O pozostałe spotkania wielkich pretensji nie mam. Wystawiane składy może nie były idealne (np. obecność Piesia), ale też nie było kuriozalnych decyzji, typu niezrozumiała miłość Paszulewicza do beznadziejnego Wojciecha Słomki. Dudek rzeźbił jak mógł i przynajmniej udało mu się zremisować w Bytowie, z ŁKS czy Sandecją. Oczywiście to nie są żadne wyczyny, a jeden punkt zamiast trzech przybliża nas bardziej do spadku niż utrzymania. Faktem jest jednak, że Dudek starał się wycisnąć, co mógł, ale tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Niestety z rozbitą taktycznie, fizycznie i mentalnie ekipą nie był w stanie – jak widać – doprowadzić do tego, żeby GieKSa zaczęła po prostu w miarę przyzwoicie grać w piłkę. Bo umówmy się, lekka poprawa w meczach z ŁKS, a zwłaszcza Sandecją – to na razie nic nie znacząca kropla w morzu potrzeb. Poprawa gry, która nie przynosi okazji bramkowych, goli i punktów, to żadna poprawa. To o ofensywie. Jeśli chodzi o defensywę, to… trudno powiedzieć, bo to nie tak dobrze GKS zagrał w obronie, tylko dwaj z rzędu wiceliderzy nie sprawdzali specjalnie defensywnych możliwości naszych piłkarzy.
Jakkolwiek twierdziłem rok temu, że Mandrysza trzeba zwolnić szybko, a w obecnym to samo pisałem o Paszulewiczu, tak teraz uważam, że Dudkowi należy dać czas i wsparcie. Niektóre osoby mówią, że dymisja prezesa i dyrektora w tym momencie to strzał w kolano. Nie zgadzam się z tym. Uważam, że każdy dzień dłużej z pasywnym Janickim i kuriozalnie działającym Bartnikiem, przybliża nasz klub do upadku. Pozostanie ich na stanowisku będzie tym, co pozostawienie w szatni Foszmańczyka i paru innych wymienionych.
Uważam natomiast, że pozbycie się Dudka w tej chwili byłoby bardzo niekorzystne i bezsensowne. Szkoleniowiec musiał dograć tę rundę do końca, ale prawdopodobnie zaraz po przyjściu zorientował się, z czym ma do czynienia w szatni. Nie omieszkał tego kilkukrotnie oficjalnie lub między słowami powiedzieć. Choćby słowa o potrzebnym okresie przygotowawczym jasno dawały do zrozumienia, że Paszulewicz ten okres kompletnie zawalił. Słowa o doborze taktyki pod zastanych zawodników czy o ich podejściu do zawodu – również wiele mówi. Dlatego Dudek ma już diagnozę problemu i wierzę, że wie, co należy zrobić, aby GieKSę utrzymać.
Po pierwsze, żeby nasz klub nie zleciał w piłkarskie czeluści, potrzebujemy mądrych ludzi na odpowiednich stanowiskach. Do awansu do ekstraklasy również potrzeba było ni mniej, ni więcej – tylko odrobiny mądrości. Brakło jej niestety zarówno cynicznym piłkarzom, chaotycznym i niekompetentnym trenerom, jak i niereagującym prezesom. Janicki i Bartnik egzaminu z mądrości nie zdali wówczas, duże więc jest prawdopodobieństwo, że nie zdadzą ich teraz. Dawanie tysiąca szans, zawsze prowadziło do pogłębiania problemów. Czas się pożegnać, niech panowie zajmą się swoją pracą zawodową, a przygodę w GieKSie zakończą zanim będą wywożeni na taczkach.
Dariusz Dudek potrzebuje do współpracy kogoś, kto naprawdę rzetelnie i odważnie podejdzie do tak trudnego wyzwania, jakim jest utrzymanie zasłużonego klubu w pierwszej lidze. Kogoś, kto nie będzie się „bawił” w prowadzenie klubu, tylko realnie, z twardą ręką, ale rozsądnie; zdecydowanie, ale elastycznie – będzie działać ku rozwojowi, a nie wkładać kij w szprychy. Kogoś kto będzie aktywny, reagujący na to co się dzieje, a nie zamiatał pod dywan i działał po kilku miesiącach, kiedy nie ma już co zbierać.
Potrzeba nam w gabinetach ludzi, którzy wraz z Dudkiem stworzą solidny, rzetelny i szczegółowy plan pt. utrzymanie w pierwszej lidze. Dotychczas mieliśmy pisane na kolanie, efektownie brzmiące w mediach plany długofalowe, tylko ktoś zapomniał, że trzeba skupić się na tym, co może przynieść najbliższa przyszłość.
Jeśli pojawią się w klubie nowi ludzie na ważnych stanowiskach, tę współpracę z Dudkiem podejmą, a trener z nimi – jeśli ten plan będzie konsekwentnie realizowany – to o utrzymanie można być spokojnym, bo wraz z mądrym przygotowaniem i działaniem – przyjdą wyniki. Tak jak wspomniałem wyżej – to, co obecnie mamy na boisku jest efektem tego, co przez lata działo się w gabinetach. I tak naprawdę niczym innym.
Czas to zmienić. Czas na ludzi z kompetencjami.
Bo jeżeli to nie nastąpi, to smak spadku może być jeszcze bardziej gorzki niż nam się wszystkim wydaje.
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią znów odwołany
Mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice, który miał się odbyć w środę 4 lutego o 20:30 został odwołany na wniosek obu zainteresowanych klubów.
Pierwotnie spotkanie miało się odbyć w niedzielę 23 listopada, ale wówczas zostało odwołane ze względu na zalegającą na boisku warstwę świeżo napadanego śniegu.
„W Białymstoku panują i przez kilka najbliższych dni prognozowane są silne mrozy, sięgające w poniedziałek i wtorek nawet –25°C, a dodatkowo w dniu meczu możliwe są opady śniegu. To najgorsze przewidywane warunki, jeszcze bardziej niekorzystne niż panujące w weekend. Obecnie na terenie województwa podlaskiego obowiązuje ostrzeżenie drugiego stopnia IMiGW w związku z silnymi mrozami. Niestety, zapowiada się, w najbliższą środę warunki na Podlasiu będą nadal bardzo złe. Ponieważ GKS Katowice już raz nie ze swojej winy nie mógł rozegrać spotkania w terminie, a Jagiellonia Białystok potwierdziła, iż przychyli się do wniosku GKS, Departament Logistyki Rozgrywek, mając na uwadze zgodne stanowisko klubów, wyznaczy nowy termin zawodów. Mecz będzie rozegrany w pierwszym możliwym terminie, a jego data zależy od wyników obydwu klubów w rozgrywkach Ligi Konferencji UEFA i Pucharu Polski” – powiedział na łamach strony ekstraklasa.org Marcin Stefański, dyrektor operacyjny Ekstraklasy SA.
Nowy termin przekładanego już dwa razy meczu poznamy wkrótce.
Felietony Piłka nożna
Liczy się to, co prawdziwe
„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.
Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.
Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.
Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.
W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.
GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.
„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.
Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.
W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.
To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.
Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.
To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.
To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.
Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.
Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.
Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.
Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!
Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.
Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.
Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.
A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.
Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.
Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.























































































































































PanGoroli
4 grudnia 2018 at 03:00
Znowu świetny tekst! Miazga! Kurcze, tak myślę, a może by ten tekst wydrukować i porozklejać w UM?
Ja nie wiem, jak tam jest z Janickim. Dla mnie to jest zdumiewające, że ten sam człowiek ma na koncie takie sukcesy innych sekcji, i zarazem dopuszcza do takiej kleski i upadku sekcji piłkarskiej. Jak tu niektórzy piszą, Bartnikowi kończy się kontrakt i może czeka, aż się sprawa sama zakończy, ale to jest po prostu nieuczciwe, by Bartnik wziął choćby jeszcze złotówke z kasy klubu, czyli de facto z kasy miejskiej, z kieszeni wszystkich katowiczan…
Krzysztof
4 grudnia 2018 at 06:33
Cała prawda ale ja bym dodał że zero stawiania na młodzież która grała by całym serduchem!!!!
Mecza
4 grudnia 2018 at 08:20
@Krzysztof o jakiej młodzieży ty piszesz bo chyba nie naszej? Chyba jedyny w seniorach gra Wnuk w 3 lidze w Radzionkowie, on ma być wzmocnieniem? Chciałbym też zauważyć że Dudek gra trzema młodzieżowcami w pierwszej 11. Felieton bardzo trafny w mojej ocenie poza dwoma wątkami. Jak można było wyciągnąć wnioski po CZTERECH miesiącach pracy że Mandrysz się nie nadawał i to wówczas gdy 4 miesiące wcześniej wszyscy pisali, że obojętnie co się będzie działo stajem murem za trenerem. Zespół miał tragiczny i potrafił to sklecić po czym dostał w twarz. Kolejna kwestia poruszona w felietonie, jak można było myśleć o awansie z Paszulewiczem? Z walki o awans zrezygnowaliśmy w styczniu zatrudniając właśnie Paszula. Pierwsze wyniki wiosny to jeszcze efekt tego co zbudował w krótkim czasie Mandrysz. Każdy kolejny miesiąc pracy Paszulewicza to była równia pochyła zakończona dymisją. Do Dudka nic nie mam, ale średnio zorientowana osoba wiedziała że potrzebujemy trenera doświadczonego a nie kolejny eksperyment. No ale co tam Bartnik może wiedzieć.
Mecza
4 grudnia 2018 at 08:24
Odnosząc się do personaliów na szczycie. Ja na miejscu dyrektorskim widziałbym Piotra Świerczewskiego. Facet z charakterem z przeszłością w GKS i ma mega kontakty w świecie piłki a to jest bardzo ważne. Pytanie czy by chciał się tego podjąć. Zajmuje się teraz skautingiem dla klubów francuskich w naszym regionie. Ostatnio wypatrzył w Nowym Sączu małolata który podpisał kontrakt z Lyonem, co ciekawe Sandecja nie zwróciła na niego uwagi. Kto na prezesa nie wiem.
Irishman
4 grudnia 2018 at 11:28
Świetny tekst!
O dyrektorze Bartniku napisano już wszystko, a efekty jego pracy pokazuje tabela. Zresztą, wierząc w jego uczciwość, poczucie odpowiedzialności i honor myślę, ze on sam nie będzie chciał przedłużyć umowy z klubem. Sam przecież mówił na początku roku, że ma świadomość jak ryzykuje zamieniając Mandrysza na Paszulewicza, dając do zrozumienia, ze bierze to na siebie.
Nawiasem mówiąc całkowicie zgadzam się z Mecza odnośnie Mandrysza. Można gościa nie lubić ale oceniając go merytorycznie z tą zdemoralizowaną po Brzęczku i Motale ekipą, którą dzięki swym znajomościom jakoś tam posklejał osiągnął RELATYWMNIE dobre, dające nadzieje na poprawę wyniki. Oczywiście już się nie dowiemy co byłoby wiosną. Gdyby jednak został, a ta poprawa nie nastąpiłaby należało go pożegnać po prostu latem. Bo trzeba przypomnieć, że Mandrysz zrobił kilka awansów ale przeważnie było to tak, ze potrzebował jednej rundy na uporządkowanie drużyny, by w kolejnej odnosić z nią sukcesy. Zresztą to jest naturalne w tym fachu i tak to było także za naszej legendy trenerskiej – Adama Nawałki.
Jeśli chodzi o prezesa, to jeszcze gdy współpracował z prezesem Cyganem obaj panowie stawiali na plany długofalowe. Niestety teraz za tym nie da się schować, bo przychodzi realnie zmierzyć się z bardzo trudną misją uratowania I ligi już w następnej rundzie.
Zresztą prezes nie spełnia obecnie kryteriów jakie sobie sam postawił, jeszcze latem, gdy na przedsezonowym spotkaniu z mediami mówił, ze on stawia na stopniowy rozwój, aż do momentu gdy klub będzie tak silny, że po prostu będzie musiał awansować. Niestety od początku roku nie ma mowy nie tylko o żadnym rozwoju ale nawet o stagnacji. Odwrotnie – staczamy się coraz szybciej.
Gerard
4 grudnia 2018 at 12:27
W zasadzie nie kopie się leżącego ale czy ktoś może mi wytłumaczyć jaki był prawdziwy powód zwolnienia trenera Mandrysza??? Zespół zaczął grać a gościa zwolnili, dlaczego?
Dodam, że swoją cegiełkę do zwolnienia dołożyli wszystko wiedzący kibice oraz beznadziejni nowi działacze GieKSy.
KaTe
4 grudnia 2018 at 12:32
Bartnika pewnie poświęcą jako winnego całej degrengolady. Choć używanie wielkich słów typu: honor, uczciwość, poczucie obowiązku – brzmi groteskowo. Takie cechy to podstawa charakteru każdego człowieka. Natomiast Janickiego pewnie oszczędzą. To jest prawdopodobnie człowiek z jakiegoś deal’u miejskiego. I tylko wysoko postawieni pracownicy UM (lub szare eminencje- jak Piotr U.) mogą coś wiedzieć na ten temat.
roberto
4 grudnia 2018 at 14:04
Tekst ciekawy ale stwierdzenie cytuje”Podajemy sobie rękę z jakąś osobliwością tej ligi, ekipą, która raczej powinna jeździć i uprawiać folklor w trzeciej lidze – Garbarnią Kraków”.A w dalszej czesci tekstu stwierdzenie cytuje”Dariusz Dudek potrzebuje do współpracy kogoś, kto naprawdę rzetelnie i odważnie podejdzie do tak trudnego wyzwania, jakim jest utrzymanie zasłużonego klubu w pierwszej lidze”Tak dla ścisłości jak by utrzymanie zależało od tego jak klub jest zasłuzony to Garbarnia Kraków byłby o klase wyżej od GieKSy.Albo autor tekstu za bardzo nie zna histori albo po prostu jest tak zaslepiony w kilka sukcesików GieKSy albo jest z tych kibiców ktorzy dalej twierdzą że w Katowicach jest PRESJA a BLASZOK jak ryknie to przeciwnikowi majty spadają!!! Niestety nie ma presji nie ma Blaszoka i za chwile bedzie tylko garstka najwierniejszych kibiców!!!
Tosiek
4 grudnia 2018 at 14:36
Do katastrofy dochodzi w dwóch przypadkach. Albo jest to zbieg okoliczności wielu czynników, które pojedynczo o niczym by nie przesądziły ale nałożone na siebie w tym samym czasie sprawiły, że nastąpiło przegięcie. W tym przypadku bardzo chcieli ale podjęte w dobrej wierze decyzje okazały się błędne, brak formy, kontuzje, głupie wykluczenia, nieskuteczność, frajerstwo w ostatnich minutach, pech. Albo jest to wynik świadomego zaniechania działającego na szkodę sekcji. Oficjalnie chcemy (aby nie tracić wyborców) ale nie specjalnie nam zależy. Stawiamy na promocję miasta przez hokej i siatkówkę a ekstraklasowa piłka nożna to tylko problemy z kibicami i stadionem. Coraz bardziej skłaniam się do tego drugiego przypadku.
rochol
4 grudnia 2018 at 14:57
No czemu sie dziwicie Pan Bartnik chcial miec Olimpie Grudziadz w Katowicach to juz ja ma. Nie moge pojac co sklonilo go do wziecia takiego trenera ktory Olimpie zostawial na ostatnim miejscu. Pan Janicki nie wiele lepszy jest. Oboje do dymisji.
wkrz
4 grudnia 2018 at 15:08
Nie wiem czy ktoś z ratusza czyta te forum ale mam nadzieję że tak. Nie wyobrażam sobie lepszego prezentu na Mikołaja a już najpóźniej na Gwiazdkę jak zwolnienie pseudo dyrektora Tadeusza oraz zmianę na stanowisku Prezesa.
Tak być nie może, że ludzie odpowiedzialni za całą sytuację w klubie nie są pociągani do konsekwencji. Koniec w temacie.
abel
4 grudnia 2018 at 19:23
ble ble
abel
4 grudnia 2018 at 19:34
Panowie mecza i irishman co wy opowiadacie wszystko jest super wszak klub jest wielosekcyjny a prezes odnosi sukcesy w szachach i hokeju.To nie od prezesa cokolwiek zalezy bo on ma guru bartnika który robi sobie co chce. Przypomnijcie sobie wasze pochwały Prezesa i Bartnika naiwniaki.
tombotleg
4 grudnia 2018 at 20:03
Świerczewski na dyrektora, haha, spadłem z fotela dobre, może jeszcze Jasiu i Koniar.
Widzę ruszyła znowu nasza katowicka inkwyzycja, co roku ktoś winny, a to trener, dyrektor, prezes, stoper, pewnie, bawmy się tak dalej, zamiast robić plan zgrupowań, wzmocnień i sparingów, to trzeba dokładać do pieca, fajnie.
Poza tym dyrektor Bartnik ma chyba kontrakt do końca roku he?, i raczej szanse jego przedłużenia są słabe.
PanGoroli
4 grudnia 2018 at 22:04
@tombotlego, ale właśnie o to chodzi, żeby Bartnik już nie robił tego planu zgrupowań, wzmocnień i sparingów. Właśnie teraz potrzeba nam, b tym się zajął fachowiec
Robson
4 grudnia 2018 at 23:17
Shellu po raz kolejny gratulacje za artykuł !
Kolejny raz jak byś mi czytał w myślach.
Bartnik i Janicki powinni odejść szkoda tylko że sami nie mają tyle honoru by podać się do dymisji!
Na dyrektora Piotrek Świerczewski.. ? czemu nie to przebojowy człowiek i jeden z najlepszych piłkarsko GieKSiarzy zostawiających zawsze serce na boisku ! Na prezesa stanowczo Michał Marcinkowski człowiek uznany który ma GieKSę w sercu i jestem pewien, że gdyby dać mu szansę to w 2 lata mamy poukładany klub jak należy !
Tylko GieKSa !
Mecza
5 grudnia 2018 at 07:57
Odnośnie przygotowań, właśnie słyszę o Turcji… szlak mnie trafia. Żadnego wyciągania wniosków. Poprzednie rundy po pobycie w Turcji jak się skończyły każdy wie i większość przewidziała. Pojadą do Turcji a pierwszy mecz w Suwałkach i gładkie 0:3.
Tom
5 grudnia 2018 at 07:59
Bartnik raus
Irishman
5 grudnia 2018 at 08:43
Zgrupowanie w Turcji??????????
Jeśli to jest pomysł trenera, to niech odchodzi razem z dyrektorem i prezesem, bo to odbiera nam ostatnie nadzieje na utrzymanie.
PanGoroli
5 grudnia 2018 at 11:40
Dziwi mnie Wasze zdziwienie. Nie wiecie, kto u nas jest dyrektorem sportowym? Z drugiej strony to i tak wolę, by powielał nawet kiepskie pomysły poprzednika, jeśli chodzi o zimowe zgrupowania, anizeli miałby wymyślić coś własnego. Nie wiem, czy nasza biedna GieKSa jest w stanie jeszcze wytrzymać jakieś kolejne pomysły szkodnika.
Ehh
5 grudnia 2018 at 12:38
Warto zauważyć że Cygan jest obecnie prezesem Rakowa, zobaczymy gdzie jest Raków, a gdzie my 😉
wojtek
5 grudnia 2018 at 13:29
Z zaciekawieniem przeczytałem tekst, a raczej felieton Shella. Nie będę polemizował ,bo mam własne zdanie na ten temat, ale w wielu kwestiach bezwzględnie zgadzam się z autorem. Jest jeszcze coś ,co czytając tekst mnie urzekło i ruszyło, mianowicie źródło przemyśleń to źródło emocji GieKSiarza. GieKSiarza z krwi i kości.
PanGoroli
5 grudnia 2018 at 14:24
@Ehh, nie rób se jaj z Cyganem. On przeciez przyszedł do rakowa na gotowe. A u nas? Zlikwidował rezerwy i doprowadził do niebotycznej patologii w szatni. Te dwie kwestie już czynią go murowanym kandydatem do piłkarskiej nagrody Darwina…
Krzysztof
6 grudnia 2018 at 07:04
@Mecza mówię o naszej młodzieży która wywalczyła awans jakoś w Zabrzu nie ma problemu z wpuszczaniem na boisko swojej młodzieży.A u nas co gra młodzież ale nie Gieksiarska!!!Patrząc na to gdzie jest teraz GKS to może czas na młodzież a nie zlepek emigrantów i emerytów z „Super”klubów którzy tak podnieśli poziom że jesteśmy na dnie!!!!