Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Co pisano o siatkarskiej GieKSie? Zapraszam na przegląd prasowy.

 

katowickisport.pl – Siatkarze z Katowic po 46 latach znów zwyciężyli w ekstraklasie

Siatkarze GKS Katowice udanie rozpoczęli sezon PlusLigi i odnieśli cenne zwycięstwo nad Łuczniczką Bydgoszcz 3:1. To pierwsze zwycięstwo GKS po 46 latach w najwyższej klasie rozgrywkowej. Siatkarze oraz ich trener Piotr Gruszka mieli powody do dumy i satysfakcji. (…)

(…) – Mieliśmy świetnie rozpisanego rywala i przez wiele dni oglądaliśmy jego mecze sparingowe i w tej sytuacji niczym nas nie zaskoczyli – powiedział jeden z bohaterów spotkania, Michał Błoński. – Naszą siłą była zagrywka, bo od niej przecież zaczyna się wszystko. – Trochę spadło nam przyjecie i mieliśmy poważne kłopoty w II secie. Jednak po przerwie się podnieśliśmy i już osiągnęliśmy przewagę. Ta wygrana nas jeszcze bardziej podbuduje i będziemy spokojnie przygotowywali się do kolejnych meczów. Skala trudności na pewno jeszcze wzrośnie. Na razie jest fajnie, ale zobaczymy co nam sezon przyniesie.

katowickisport.pl – Tomasz Kalembka: Inauguracja po naszej myśli

(…) Choć to dopiero początek sezonu, plany katowiczan są jasne. – Osobiście wierzę, że będziemy na ósmym miejscu. Ale chciałbym oczywiście, żebyśmy byli wyżej. Jeśli będziemy dobrze grać i wygrywać, to czemu nie? Zespół z Bydgoszczy nie jest nisko notowany, ale też nie był medalistą poprzedniego sezonu, więc na pierwszy mecz był bardzo dobrym dla nas rywalem i wierzę, że w następnych kolejkach będziemy prezentowali się tak jak teraz – powiedział siatkarz.

 

katowickisport.pl – Piotr Gruszka: Wygrywamy i przegrywamy razem!

(…) Zaskoczeni frekwencją?
Hala Ośrodka Sportowego „Szopienice” jest usytuowana dzielnicy, w której kibicuje się Ruchowi Chorzów. Stąd też były obawy, by nie doszło do ekscesów. Zmobilizowano więc spore siły policyjne oraz porządkowe, ale wszystko przebiegało bez większych zakłóceń. Wspomniana obstawa zrobiła spore wrażenie na dziennikarzu z Bydgoszczy, który był szczerze zdziwiony, że mecz siatkarski takowej obstawy wymaga. Gdy został wtajemniczony w klimat widowiska, pokiwał ze zrozumieniem głową.
Mimo wszystko byliśmy mocno zaskoczeni frekwencją. 760 widzów – tak brzmi oficjalny komunikat klubu – nie rzuciło nas na kolana. Hala, która może pomieścić 1500 osób, została wypełniona w połowie, ale ci, którzy przyszli rzeczywiście są fanami tej dyscypliny. Kibice zasiedli tylko po jednej stronie trybun, co też wzbudziło zdziwienie. Fanklub siatkarskiego GKS-u, podobnie jak ma to miejsce w innych klubach, pewnie dopiero powstanie… (…) Prezes Wojciech Cygan – w miniony czwartek podczas konferencji prasowej – poinformował, że trwają negocjacje, by kilka meczów odbyło się w „Spodku”. W kuluarach mówi się o ośmiu spotkaniach. – Na razie trwają rozmowy i tego się trzymajmy – ucina rzecznik klubu.

Taki już jestem
Piotr Gruszka – do niedawna siatkarz, a obecnie trener – stał przy linii i „grał” wraz zespołem. – To wynika z mojego charakteru – mówi szkoleniowiec GKS-u. – Czasami muszę tonować swoje zachowanie, by negatywnie nie wpływać na zawodników. Prawda jest jednak taka, że stanowimy naczynia połączone – wygrywamy i przegrywamy razem! Oby porażek było jak najmniej.(…)

 

siatka.org – Piotr Gruszka: Nie jestem od karania, a od wymagania

(…) Będzie pan srogim nauczycielem?

Nie, nie srogim. Myślę, że nie jestem od karania, a od wymagania. Moi podopieczni wiedzą, że bardzo ciężka praca to jedyna droga, żeby grać dobrze i mam nadzieję, że każdy z nich uwierzył w taki sposób prowadzenia zespołu. Wydaje mi się, że mecz jest w tej chwili dla nas deserem, na który będziemy czekać po całym tygodniu przygotowań i nam wszystkim będzie fantastycznie go razem spożywać.

Można było wymagać perfekcji w pierwszym pojedynku zespołu w najwyższej klasie rozgrywkowej po 46 latach?

Oczywiście, że nie – tu nie chodzi o perfekcję, ale o rzeczy, które faktycznie są istotne. Zdawałem sobie sprawę z tego, że będą przestoje, będą błędy i będzie się trudno grało, ale powtarzałem moim chłopakom, że jesteśmy gotowi na granie w PlusLidze. Jesteśmy naprawdę bardzo dobrze przygotowani dzięki pracy całego sztabu. Wydaje mi się, że dzięki zwycięstwom prowadzeni przeze mnie siatkarze powinni w to jeszcze bardziej uwierzyć.

Jak dużą siłą jest to, że zespołowa oś stabilności została w waszym zespole zachowana?

Myślę, że dużą, bo zostali sami najlepsi. Drugą rzeczą jest to, że dzięki takiemu rozwiązaniu wiem, że mogę desygnować zawodników do gry w każdym momencie. Sama obecność obok kogoś, kogo doskonale się zna, wpływa bardzo pozytywnie na ducha drużyny. Mam zawodników, którzy lubią grać w trudnych momentach, więc wiem, że mogę na nich polegać.

Łuczniczka, AZS Częstochowa, Effector – trzy zespoły z dołu tabeli w poprzednim sezonie to lepsza droga dla beniaminka na początku rozgrywek, czy lepiej by było, żebyście od razu mierzyli się z silniejszymi, by sprawdzić siły?

Myślę, że taka droga, jaką mamy, jest lepsza. Nasz kalendarz jest dobry, a zderzenie z najsilniejszą trójką tego sezonu mogłoby być trudne, ponieważ są to teamy niezwykle mocne. Stopniowym wchodzeniem w ligę przyzwyczaimy się do tempa rozgrywek i najlepiej sprzedamy to, co mamy, czyli wiarę. Trzy czwarte zespołów w tym sezonie to kluby podobnego kalibru jak nasz, cała liga jest otwarta, więc uważam, że początkowo obrany kierunek będzie dla nas korzystny. (…)

 

sportowefakty.wp.pl – GKS Katowice – Łuczniczka Bydgoszcz: niespodzianka! Beniaminek odprawił pierwszego rywala

(…) Zespół ze stolicy Górnego Śląska powrócił do najwyższej klasy rozgrywkowej po 46 latach nieobecności. Beniaminek wygrał w poprzednim sezonie I ligę i wiązał wielkie nadzieje ze swoim startem w PlusLidze szczególnie, że szkoleniowcem został Piotr Gruszka. Przed meczem można było przypuszczać, że nerwy powinny towarzyszyć przede wszystkim siatkarzom GKS-u Katowice dla których było to historyczne wydarzenie, do tego rozgrywane przed własną publicznością. Stało się jednak inaczej i to bydgoszczanie popełniali błąd za błędem, pozwalając przeciwnikom na osiągnięcie nawet siedmiu „oczek” przewagi. (…)

sportowefakty.wp.pl – GKS – Łuczniczka: Król Karol dał historyczne zwycięstwo

(…) Belg Gert Van Walle miał być szykowany na odkrycie nowego sezonu PlusLigi, tymczasem wygląda na to, że zagranicznemu atakującemu GKS-u Katowice nikt nie da za darmo miejsca w składzie, tym bardziej, że na jego pozycji występuje godny rywal do meczowej szóstki. Mowa o Karolu Butrynie, który w meczu z Łuczniczką Bydgoszcz zdobył 19 punktów (44 proc. skuteczności), w tym aż czterokrotnie punktował serwisem. Na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza jego seria asów serwisowych w trzecim secie spotkania, która bardzo pomogła katowiczanom w końcowym triumfie. (…)

 

sportowefakty.wp.pl – Prezes GKS-u Katowice: Daliśmy sygnał kilku klubom

(…) GKS Katowice w wygranych partiach nie pozwolił rywalowi osiągnąć granicy 20 punktów. Mało kto spodziewał się tak przekonującego triumfu katowiczan, choć ci musieli rozegrać cztery sety. Zadowolony po inauguracji jest prezes klubu. – Można było wygrać 3:0, ale punkty i tak mamy trzy. Fajnie, że tak to się wszystko ułożyło. W drugim secie mieliśmy lekki kryzys, ale udało nam się z niego wyjść obronną ręką. Zainkasowaliśmy trzy punkty i mam nadzieję, że to będzie sygnał dla kilku klubów, że w tej lidze jesteśmy w stanie pokrzyżować im plany – mówi Wojciech Cygan. (…)

sportowefakty.wp.pl – Prawie pół wieku – tyle GKS Katowice czekał na wygraną w ekstraklasie

(…) Niedzielna wygrana była historyczną. Na kolejny triumf na poziomie ekstraklasy GKS czekał bowiem prawie pół wieku! Dokładnie 46 lat minęło od poprzedniego zwycięstwa katowiczan w najlepszych rozgrywkach w Polsce.

Katowiczanie nie są bowiem debiutantem w PlusLidze. Sekcja siatkówki w GKS-ie była obecna od początku istnienia klubu, czyli od 1964 roku. Wtedy w struktury zostało włączonych wiele drużyn, między innymi Górnik 1920 Katowice, którego spadkobiercami są siatkarze GieKSy. Przez kilka lat występowali oni w najwyższej klasie rozgrywkowej, zaliczając się do jej czołówki. (…)  Z powodu odniesienia pierwszej od 46 lat wygranej w rozgrywkach o mistrzostwo Polski w szeregach GKS-u nie kryli radości. Jednak w Katowicach doskonale zdają sobie sprawę, że to dopiero rozpoczęcie sezonu, a przed nimi jeszcze mnóstwo gry.

W tych rozgrywkach celem GieKSy jest zajęcie miejsca w połowie stawki PlusLigi. Będzie to z pewnością historyczny sezon. Jeśli beniaminkowi uda się włączyć do walki o medale, będzie to niespodzianka, a zarazem kolejne nawiązanie do historii. W swoim dorobku klub ma dwa tytuły wicemistrza Polski, trzy brązowe medale mistrzostw i Puchar Polski. W sezonach 1962/63 i 1963/64 katowiczanie sięgnęli właśnie po brązowe krążki – jak do tej pory ostatnie.

 

luczniczkabydgoszcz.pl – Z Katowic wracamy bez punktów

Meczem z GKS-em Katowice rozpoczęliśmy jedenasty sezon w PlusLidze. Po czterosetowym spotkaniu lepsi okazali się siatkarze z Katowic, inkasując trzy punkty. Najlepszym zawodnikiem spotkania wybrano Michała Błońskiego.

Mecz lepiej rozpoczęli siatkarze GKS-u Katowice, którzy szybko wypracowali kilkupunktowe prowadzenie (10:5). Rywale byli znacznie skuteczniejsi w ataku, a podopieczni trenera Piotra Makowskiego nie byli w stanie zatrzymać ich skutecznym blokiem. Dodatkowo bydgoszczanie seriami popełniali błędy. (…)  Bardzo wyrównany początek miała czwarta odsłona spotkania, chociaż przez dłuższy czas utrzymywaliśmy się na prowadzeniu (4:6). Skuteczne ataki ze środka Sacharewicza i Jurkiewicza pozwoliły nam utrzymywać przewagę (10:8). Kiedy w polu serwisowym pojawił się Michał Błoński, GKS szybko doprowadził do remisu, a w kolejnych akacjach powiększał swoje prowadzenie (16:10). W decydującej fazie seta pojedynczymi akcjami punktował Nowakowski i Yudin, ale nie byliśmy w stanie odrobić straty (19:13). W końcówce seta ponownie dały o sobie znać błędy i ze zwycięstwa mogli cieszyć się gospodarze.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Kibice podziękowali hokeistom

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kibice GieKSy mieli okazję spotkać się z hokeistami na Arenie Katowice. Nasza drużyna w przeciągu pięciu lat zdobyła dwa złote i trzy srebrne medale. Zapraszamy do fotorelacji.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga