Dołącz do nas

Siatkówka

Siatkarska krótka przesunięta – [6] – Trzecia wygrana w PlusLidze GKS-u nad Espadonem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

STATYSTYKI MECZOWE GKS-u

Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z Espadonem trwał 124 minuty, z czego I set 25 min. – II set 27 min. – III set 28 min. – IV set 24 min. – V set 20 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 32: zagrywka 27, atak 3, siatka 0, inne 2.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 34: zagrywka 27, atak 4, siatka 0, inne 3.

Ilość zdobytych punktów – GKS 73: Butryn 20, Quiroga 17, Kapelus 11, Kohut 10, Komenda 6, Pietraszko 5, Krulicki 2, Witczak 1, Sobański 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 28: Butryn 9, Komenda 6, Quiroga 5, Kapelus 3, Krulicki 2, Kohut 2, Pietraszko 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 45: Quiroga 12, Butryn 11, Kapelus 8, Kohut 8, Pietraszko 4, Witczak 1, Sobański 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 26: Quiroga 10, Butryn 8, Kohut 7, Kapelus 5, Komenda 2, Krulicki -1, Mariański -1, Pietraszko -2, Sobański -2.

Ilość zagrywek – GKS 104: Butryn 23, Komenda 17, Quiroga 17, Kapelus 16, Pietraszko 14, Kohut 11, Krulicki 3, Sobański 2, Witczak 1.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 27: Butryn 6, Quiroga 5, Komenda 4, Kapelus 3, Pietraszko 3, Kohut 3, Krulicki 2, Witczak 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 8: Komenda 2, Butryn 2, Quiroga 2, Kapelus 1, Pietraszko 1.

Ilość przyjęć – GKS 77: Quiroga 36, Kapelus 17, Mariański 17, Sobański 5, Krulicki 1, Pietraszko 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 6: Krulicki 1, Kapelus 1, Pietraszko 1, Mariański 1, Sobański 1, Quiroga 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 53%: Kapelus 65%, Mariański 59%, Quiroga 50%, Sobański 40%, Krulicki 0%, Pietraszko 0%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 25%: Mariański 35%, Quiroga 25%, Sobański 20%, Kapelus 18%, Krulicki 0%, Pietraszko 0%.

Ilość ataków – GKS 103: Butryn 29, Quiroga 26, Kapelus 23, Kohut 10, Pietraszko 7, Sobański 5, Witczak 2, Komenda 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 4: Butryn 2, Pietraszko 1, Quiroga 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 10: Butryn 4, Kapelus 2, Pietraszko 2, Sobański 2.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 55: Butryn 18, Quiroga 14, Kapelus 9, Kohut 8, Pietraszko 3, Witczak 1, Komenda 1, Sobański 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 53%: Komenda 100%, Kohut 80%, Butryn 62%, Quiroga 54%, Witczak 50%, Pietraszko 43%, Kapelus 39%, Sobański 20%.

Ilość bloków punktowych – GKS 10: Komenda 3, Krulicki 2, Kohut 2, Kapelus 1, Pietraszko 1, Quiroga 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 0:

 

Od początku GKS dobrze wszedł w ten mecz, osiągając 2-3 punktową przewagę (od 4:6 poprzez 7:10 do 16:17). Wtedy na krótko straciliśmy prowadzenie (18:17), by po świetnie rozegranej końcówce pozwolić gospodarzom na zdobycie zaledwie dwóch oczek, w tym jeden po błędzie własnym. Skuteczność w ataku GKS miał 61%, a Espadon 52% – w punktach zliczono 14:11. W asach i blokach też byliśmy lepsi wygrywając 5:2. Błędy własne GKS miał 7, a gospodarze 6. Przyjęcie również lepsze po naszej stronie – dokładne na poziomie 75% do 50%, a perfekcyjne na poziomie 19% do 28%. Punktowanie wziął na swe barki Butryn, zdobywając 8 oczek, przy 88% skuteczności w ataku!

Drugi set lepiej zaczął się dla szczecinian, bo od prowadzenia 4:2 i 5:4. Szybko GieKSa przejęła inicjatywę (6:9) i dzięki dobrej skuteczności w ataku, przewaga ta została utrzymana do samego końca. Mamy kryzysik był w połowie tego seta, gdy Espadon wyrównał wynik (15:15), ale równie szybko sytuacja została opanowana i set wygrany dość pewnie. Skuteczność w ataku GKS miał aż 63% przy 54% gospodarzy, punktowo wyszło 17:13. W asach i blokach tym razem posucha, remis 2:2. W błędach własnych również był remis 6:6. Przyjęcie się bardzie wyrównało – dokładne na poziomie 53% do 50%, a perfekcyjne na poziomie 18% do 30%. Punktowanie tym razem się bardziej rozłożyło – Butryn 5 oczek (83%!), Quiroga 5 oczek (71%) i Kohut 4 oczka (75%).

 

Trzecią partię Espadon rozpoczął od prowadzenia 3:0, ale prawie od razu wyszliśmy na prowadzenie 4:5 i trwała zacięta walka „punkt za punkt” aż do stanu 13:14. Wtedy trafił się słabszy okres gry, podsumowany ostrą reprymendą trenera Gruszki na przerwie na żądanie. Mieliśmy problemy ze skończeniem własnych ataków i gospodarze prowadzili już 19:15. Katowiczanie nie poddawali się jednak i gdy udało się dojść rywali na jeden punkt (24:23), to Karol Butryn przestrzelił zagrywkę, posyłając piłkę daleko w aut. Gdybyśmy nie psuli aż tylu serwisów (razem było ich 7), to wynik mógł być odwrotny i mecz w tym momencie zakończony. Skuteczność w ataku się wyrównała – GKS 59%, a Espadon 60% – ale w punktach lepsi minimalnie rywale 10:12. W asach i blokach odrobiliśmy jeden punkt straty, bo było 5:4. W błędach własnych też można było zmienić ten wynik – GKS miał ich 9, a szczecinianie 8. Przyjęcie nam spadło – dokładne na poziomie 42% do 63%, a perfekcyjne na poziomie 26% do 25%. Punkty próbował zdobywać praktycznie tylko Quiroga – 5 oczek, w tym 3 atakiem plus 2 asy.

Czwarty set był bardzo słaby w wykonaniu naszej drużyny. Od początku praktycznie mieliśmy ogromne problemy ze skończeniem własnych ataków, wystarczy podać, że w całej tej partii zdobyliśmy atakiem raptem… 4 punkty! Mimo takich problemów, choć gospodarze od początku prowadzili, to jeszcze w środku tego seta mieliśmy… remis 16:16! Espadon „trzymał” nas z wynikiem dzięki aż 7 zepsutym zagrywkom! Niestety od tego stanu, zagraliśmy końcówkę katastrofalnie słabo, zdobywając jeden punkt i to po kolejnej zepsutej zagrywce szczecinian! Dlatego nie mogą dziwić „liczby” tej partii. Skuteczność ataku – GKS zaledwie 27%, przy 54% Espadonu – w punktach podliczono 4:13! W asach i blokach też przegraliśmy 5:7. Łącznie punktacja po własnych skończonych akcjach wyniosła 9:20, to kompromitujący wynik GKS-u! Błędy własne – GKS 5, a gospodarze 8, wszystkie z serwisu, jak podałem wyżej! Przyjęcie również mieliśmy słabsze – dokładne na poziomie 31% do 40%, a perfekcyjne na poziomie 19% do 27%. Za punktowanie, po tak słabym wyniku, to oczywiście niema kogo wyróżnić.

 

Na całe szczęście nasza drużyna w porę obudziła się z tego letargu niemocy w ataku, który tym razem dopadł szczecinian. Od początku objęliśmy prowadzenie, nie oddając go ani na chwilę, a gra wyglądała znacznie lepiej. I gdyby nie zbyt duża ilość błędów na zagrywce, bo aż 6 przy 14 wykonanych, to wynik mógł być o wiele korzystniejszy. Zepsute zagrywki to prawdziwa zmora GKS-u w tym sezonie, w 6 rozegranych meczach mieliśmy już ich aż 109. „Lepsi” w tym elemencie są tylko gracze Czarnych Radom (114 błędów). Wracając do licz z tie-breaka. Skuteczność była na poziomie 48% GKS-u i 40% Espadonu, a w punktach wyliczono 10:4! Obie ekipy miały tylko po jednym bloku. W błędach własnych GieKSa miała ich aż 7, przy tylko 4 gospodarzy. Przyjęcie obie drużyny miały bardzo dobre – dokładne na poziomie 78% do 63%, a perfekcyjne na poziomie 56% do 25%. Punktowanie rozłożyło się równo na czterech siatkarzy: Butryna, Kapelusa, Quirogę i Kohuta.

Całościowo patrząc to GKS zagrał dobrze, a miejscami i bardzo dobrze w zwycięskich setach. Szkoda trzeciej partii, gdzie mimo zbyt dużej ilości zepsutych zagrywek, przy troszkę lepszym ataku, mogliśmy spokojnie „zamknąć” ten mecz w tym momencie i zdobyć trzy punkty meczowe. O czwartej partii należy jak najszybciej zapomnieć i tyle. Ogólnie skuteczność w ataku GKS miał na poziomie 53% przy 54% Espadonu – w punktach podliczono 55:53. Asów serwisowych mieliśmy więcej, bo 8:6, a w blokach punktowych był remis po 10. Łącznie po skończeniu własnych akcji wyliczono wynik 73:69. Błędy własne – GKS 34 (w tym aż 27 w zagrywce), a Espadon 32 (co ciekawe też 27 w zagrywce). Przyjęcie na równym poziomie – dokładne na poziomie 53% do 52%, a perfekcyjne na poziomie 25% do 27%. Za zdobywanie punktów trzeba wyróżnić Gonzalo Quirogę – 17 oczek (w tym 14 w ataku) – gdy najczęściej kończył trudne piłki. MVP został wybrany Karol Butryn zdobywca 20 punktów, który na 29 ataków skończył 18 (62%), przy 2 popełniając błąd, a przy 4 został zablokowany. Do tego najczęściej zagrywał, 23 razy, posyłając 2 asy i popełniając 6 błędów serwisowych.

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 6 meczach (23 sety)

Bilans meczów łącznie – 4:2 – Bilans punktów – 11:7 – Bilans setów – 14:9 – Bilans małych punktów – 530:502
Bilans meczów „u siebie” – 1:1 – Bilans punktów – 3:3 – Bilans setów – 4:3 – Bilans małych punktów – 173:170
Bilans meczów „na wyjeździe” – 3:1 – Bilans punktów – 8:4 – Bilans setów 10:6 – Bilans małych punktów – 357:332

Rozegrane mecze – 6: Witczak, Komenda, Butryn, Kapelus, Pietraszko, Kohut, Stelmach, Quiroga, 5: Fijałek, Mariański, 4: Stańczak, Krulicki, 3: Kalembka, Sobański

Rozegrane sety – 23: Kapelus, Quiroga, 22: Komenda, Butryn, 21: Pietraszko, 20: Kohut, 15: Mariański, 14: Stańczak, Witczak, Fijałek, 12: Stelmach, 8: Krulicki, 6: Sobański, 5: Kalembka,

Widzów na meczach GKS-u – „u siebie” / „na wyjeździe” – 2300:6140

Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u trwały 597 minut, z czego I set 145 min. – II set 155 min. – III set 167 min. – IV set 110 min. – V set 20 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 162: zagrywka 99, atak 40, siatka 10, inne 13.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 154: zagrywka 109, atak 27, siatka 8, inne 10.

Ilość zdobytych punktów – GKS 368: Butryn 79, Quiroga 73, Kapelus 66, Pietraszko 52, Kohut 40, Komenda 22, Witczak 15, Sobański 8, Krulicki 8, Kalembka 2, Stelmach 2, Fijałek 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 140: Butryn 31, Kapelus 23, Quiroga 23, Pietraszko 19, Komenda 17, Kohut 13, Witczak 6, Krulicki 4, Sobański 3, Stelmach 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 228: Quiroga 50, Butryn 48, Kapelus 43, Pietraszko 33, Kohut 27, Witczak 9, Komenda 5, Sobański 5, Krulicki 4, Kalembka 2, Fijałek 1, Stelmach 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 160: Quiroga 39, Butryn 35, Kapelus 33, Pietraszko 26, Kohut 25, Witczak 4, Komenda 4, Krulicki 2, Stelmach 2, Kalembka 1, Sobański -2, Fijałek -2, Mariański -3, Stańczak -4.

Ilość zagrywek – GKS 527: Quiroga 89, Butryn 83, Komenda 82, Pietraszko 75, Kapelus 74, Kohut 59, Witczak 24, Krulicki 17, Fijałek 8, Sobański 8, Kalembka 7, Stelmach 1.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 109: Pietraszko 21, Kapelus 16, Komenda 16, Butryn 16, Kohut 13, Quiroga 12, Krulicki 5, Witczak 4, Sobański 3, Fijałek 2, Kalembka 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 33: Komenda 7, Quiroga 6, Pietraszko 5, Butryn 5, Witczak 3, Kapelus 3, Kohut 2, Krulicki 2.

Ilość przyjęć – GKS 406: Kapelus 137, Quiroga 136, Stańczak 54, Mariański 50, Sobański 14, Kalembka 3, Kohut 3, Pietraszko 3, Komenda 2, Krulicki 2, Stelmach 1, Fijałek 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 25: Quiroga 8, Kapelus 5, Stańczak 4, Mariański 3, Sobański 2, Fijałek 1, Krulicki 1, Pietraszko 1.
Przyjęcie negatywne – GKS 83: Kapelus 28, Quiroga 26, Stańczak 10, Mariański 10, Sobański 5, Komenda 1, Kalembka 1, Pietraszko 1, Kohut 1.
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 106: Kapelus 33, Quiroga 33, Mariański 21, Stańczak 12, Sobański 3, Krulicki 1, Pietraszko 1, Stelmach 1, Kohut 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 26%: Stelmach 100%, Krulicki 50%, Mariański 42%, Pietraszko 33%, Kohut 33%, Kapelus 24%, Quiroga 24%, Stańczak 22%, Sobański 21%, Komenda 0%, Fijałek 0%, Kalembka 0%,

Ilość ataków – GKS 588: Quiroga 150, Butryn 148, Kapelus 121, Pietraszko 49, Kohut 46, Witczak 31, Sobański 17, Komenda 12, Krulicki 8, Kalembka 3, Stelmach 2, Fijałek 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 27: Butryn 13, Quiroga 7, Kapelus 3, Witczak 3, Pietraszko 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 47: Butryn 15, Kapelus 9, Quiroga 7, Sobański 5, Witczak 4, Pietraszko 3, Kohut 2, Komenda 2.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 287: Butryn 70, Quiroga 64, Kapelus 60, Pietraszko 32, Kohut 31, Witczak 9, Sobański 7, Komenda 5, Krulicki 4, Stelmach 2, Kalembka 2, Fijałek 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 49%: Fijałek 100%, Stelmach 100%, Kalembka 67%, Kohut 67%, Pietraszko 65%, Kapelus 50%, Krulicki 50%, Butryn 47%, Quiroga 43%, Komenda 42%, Sobański 41%, Witczak 29%,

Ilość bloków punktowych – GKS 48: Pietraszko 15, Komenda 10, Kohut 7, Butryn 4, Witczak 3, Kapelus 3, Quiroga 3, Krulicki 2, Sobański 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 8: Quiroga 2, Pietraszko 2, Kohut 1, Butryn 1, Kapelus 1, Kalembka 1.
MVP – GKS 4: Komenda 2, Butryn 1, Mariański 1.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga