Siatkówka
Siatkarska krótka przesunięta – GKS podołał roli faworyta ogrywając najsłabszą ekipę w lidze
STATYSTYKI MECZOWE GKS-u
Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z Espadonem trwał 117 minut, z czego I set 26 min. – II set 26 min. – III set 44 min. – IV set 21 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 35
Ilość zdobytych punktów – GKS 71: Butryn 29, Kapelus 13, Sobański 10, Kalembka 7, Krulicki 5, Falaschi 3, Pietraszko 3, Błoński 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 28: Butryn 14, Kapelus 4, Kalembka 3, Sobański 3, Krulicki 2, Falaschi 1, Błoński 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 31: Butryn 23, Kapelus 7, Kalembka 4, Falaschi 2, Pietraszko 2, Krulicki 1, Mariański -1, Stańczak -3, Sobański -4.
Ilość zagrywek – GKS 105: Butryn 23, Kalembka 19, Sobański 18, Kapelus 16, Falaschi 12, Krulicki 11, Pietraszko 3, Van Walle 3.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 18: Sobański 8, Krulicki 3, Butryn 3, Kalembka 2, Falaschi 1, Pietraszko 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 9: Butryn 5, Falaschi 1, Kapelus 1, Kalembka 1, Sobański 1.
Ilość przyjęć – GKS 73: Sobański 30, Kapelus 17, Mariański 15, Stańczak 9, Butryn 1, Błoński 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 7: Stańczak 3, Kapelus 2, Mariański 1, Sobański 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 40%: Mariański 53%, Sobański 50%, Stańczak 44%, Kapelus 12%, Butryn 0%, Błoński 0%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 16%: Sobański 30%, Mariański 20%, Stańczak 0%, Kapelus 0%, Butryn 0%, Błoński 0%.
Ilość ataków – GKS 105: Butryn 35, Kapelus 24, Sobański 21, Krulicki 10, Kalembka 6, Pietraszko 3, Van Walle 3, Falaschi 2, Błoński 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 4: Butryn 1, Krulicki 1, Kapelus 1, Kalembka 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 11: Sobański 5, Kapelus 3, Butryn 2, Błoński 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 48: Butryn 20, Kapelus 8, Sobański 8, Kalembka 4, Krulicki 3, Pietraszko 3, Falaschi 2.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 46%: Falaschi 100%, Pietraszko 100%, Kalembka 67%, Butryn 57%, Sobański 38%, Kapelus 33%, Krulicki 30%, Błoński 0%, Van Walle 0%.
Ilość bloków punktowych – GKS 14: Butryn 4, Kapelus 4, Krulicki 2, Kalembka 2, Błoński 1, Sobański 1.
Po niespodziewanej wygranej w Rzeszowie, tym razem planowe zwycięstwo w Katowicach nad Espadonem.
GKS bardzo dobrze wszedł w mecz i już na samym początku pierwszego seta wypracował sobie przewagę kilku punktów, którą utrzymywał przez dłuższy okres. Ten stan trwał do momentu wziętego challengu dla gości, który dał wynik 17:16 i nadzieję naszym przeciwnikom na wygranie tej partii. Na szczęście nasi siatkarze szybko opanowali sytuację i już do końca tego seta pozwolili szczecinianom na zdobycie tylko trzech punktów. Ogólnie set pod kontrolą GKS-u. Pierwszego seta wygraliśmy głównie dzięki skutecznemu atakowi mając 57% skuteczności przy 39% Espadonu. Bardzo dobrze wszedł w mecz Karol Butryn zdobywając aż 8 punktów – 4 atakiem (100% skuteczności!), 3 asy serwisowe oraz 1 blok punktowy. Resztę punktów dołożyli Sobański, Kalembka i Kapelus. Obie drużyny przyjęcie miały na podobnym poziomie – 47% do 45% na naszą korzyść. Podarowaliśmy przeciwnikom zaledwie 4 oczka z zepsutych zagrywek, przy 7 błędach własnych gości.
Druga partia zaczęła się od wyrównanej gry, choć to GKS starał się utrzymywać dwu lub jednopunktową przewagę. Sytuacja nie zmieniała się do wyniku 14:13, gdy nagle gra naszego zespołu się załamała. Siatkarze GieKSy mieli problem ze skończeniem własnych akcji i już do piłki setowej dla Espadonu zdobyliśmy zaledwie trzy oczka (17:24). Goście jakby speszeni szansą na wygranie tej partii, nie mogli ostatniego punktu dołożyć i GKS zdobył cztery punkty z rzędu korygując wynik. Skuteczność ataku spadła drastycznie na 25% przy 48% szczecinian. Butryn został sam na placu boju, znów zdobywając 8 punktów, ale nie był już tak skuteczny jak w pierwszym secie. Nikt z kolegów z zespołu nie był wstanie go wesprzeć, a jeden zawodnik sam seta nie wygra. Grę przyjezdnych ciągnął Kluth (7 punktów), który zastąpił Miłuszewa, a pomogli mu również Ruciak i Wika zdobywając po 4 oczka. Przyjęcie spadło w obu ekipach, ale w GieKSie bardziej – 25% do 37%. Wciąż GKS miał mało błędów własnych – ponownie tylko cztery, a Espadon dał nam aż 10 oczek, ale to właśnie niemoc w ataku była decydująca. Przegraliśmy również grę na siatce, 5 skutecznych bloków Espadonu przy 3 naszej drużyny.
Trzecia partia bardzo wyrównana od samego początku do samego końca. Żadna z drużyn nie mogła osiągnąć większej przewagi niż dwa punkty, a prowadzenie zmieniało się wielokrotnie. Zrobił się z tego taki tasiemiec – set trwał aż 44 minuty – że w pewnym momencie wydawało się, że nikt nie jest wstanie tej partii zakończyć na swoją korzyść. Sytuacja na parkiecie była już tak napięta, że nawet Pani sędzina poprosiła w pewnym momencie (przy stanie 31:32) o challenge co nie zdarza się często. Trzeba przyznać, że tę nerwową i zaciętą końcówkę seta nasi siatkarze wytrzymali doskonale. Wybronili przecież aż 7 piłek setowych Espadonu, kilka razy atakując z naprawdę trudnych piłek. Goście walczyli z całych sił o wygranie tego seta, który dawałby im gwarancję zdobycia pierwszego punktu meczowego zdobytego na parkiecie, a nie przy „zielonym” stoliku. Koniec końców to nasi siatkarze przechylili w końcu szalę zwycięstwa na naszą korzyść. Wróciła GKS-owi skuteczność w ataku – 46% do 45% – znów klasę pokazał Butryn zdobywając 8 punktów, którego wsparli Kapelus i Sobański po 4 oczka, swoje dorzucił też wchodząc z ławki Pietraszko – 3 punkty. Wśród gości trudny do zatrzymania był Kluth, zdobywca sześciu punktów, któremu pomagali Perłowski i Wika po 5 oczek. Przyjęcie lepsze u gości – 32% do 54% – na szczęście nie miało to decydującego znaczenia dla naszego ataku. Obie drużyny mocno ryzykowały w tej partii stąd dość duża ilość błędów własnych – 11 do 13 – głównie z zagrywki. Mieliśmy też troszkę lepszy blok – 4 do 2 skutecznych akcji.
Wygranie w takich okolicznościach seta musi odłożyć się w głowach zawodników i widać było w pewnym momencie czwartej partii zniechęcenie i zrezygnowanie na twarzach graczy Espadonu. Goście trzymali się jakoś tylko do stanu 8:6, po czym nasza drużyna spokojną grą powiększała systematycznie swą przewagę, wygrywając ostatecznie tego seta bardzo wyraźnie. GKS miał dwa razy więcej zdobytych punktów po własnych akcjach (20:10) i to w zasadzie mówi wszystko o przebiegu tej partii. Obie drużyny miały podobną ilość błędów – 6 do 5 – ale to właśnie atakiem robiliśmy różnicę. Skuteczność była na poziomie 57% do 45%, do tego aż cztery asy serwisowe przy ani jednym szczecinian oraz 4:1 w blokach punktowych musiało zrobić tę różnicę. W tym secie zdobywanie punktów rozłożyło się na całą drużynę GieKSy, bez jednego lidera. Warto podkreślić, że tylko Sobański miał skuteczność mniejszą niż 50%. Przyjęcie było rewelacyjne w naszej drużynie, bo na poziomie aż 69%, co nie zdarza się często, które spoczęło na barkach tylko Mariańskiego oraz Sobańskiego.
Ogółem statystyki meczowe obie drużyny miały bardzo podobne. Skuteczność ataku 46% do 45%, przyjęcie 40% do 47%, asy 9 do 7, bloki punktowe 14 do 11, błędy z zagrywki 18 do 21, błędy z ataku 4 do 10. Indywidualnie w GKS-ie prócz MVP meczu trzeba wyróżnić też Kapelusa i Sobańskiego, którzy mocno w ataku wspierali Karola, swoje na rozegraniu zrobił też kapitan zespołu Falaschi i tylko środkowi troszkę mniej aktywni na siatce.
Na koniec znów o Karolu Butrynie, który drugi raz z rzędu został wybrany na najlepszego siatkarza meczu. Karol tym razem zdobył aż 29 punktów, w tym 20 atakiem, 5 asów i 4 bloki! Na 35 ataków tylko raz popełnił błąd i dwa razy został zablokowany co dało mu 57% skuteczności. Z racji aż tylu asów Butryn zagrywał najwięcej razy bo 23 psując tylko 3 serwisy. Raz nawet dobrze przyjął piłkę po serwisie gości, co atakujący starają się unikać. Przed sezonem wielu kibiców liczyło przede wszystkim na nowo pozyskanego Belga, Gerta Van Walle na tej pozycji, ale to właśnie Karol Butryn wyrasta powoli na lidera zespołu pod względem zdobywanych punktów (wpierw musi jeszcze dogonić równo grającego od początku sezonu Kapelusa, a brakuje mu już naprawdę niewiele).
Zwycięstwo nad Espadonem jest tym cenniejsze, że czeka teraz GKS seria trzech bardzo trudnych spotkań wyjazdowych z rzędu do Bełchatowa, Gdańska i Lubina, gdzie o jakąkolwiek zdobycz punktową nie będzie łatwo. Na szczęście mecz w Rzeszowie pokazał, że wszystko jest możliwe i stać naszą drużynę na sprawienie kolejnych niespodzianek, za czym nasi kibice mocno będą ściskać kciuki. Powodzenia!
ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 9 meczach (32 sety)
Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u z trwały 848 minut, z czego I set 232 min. – II set 250 min. – III set 250 min. – IV set 98 min. – V set 18 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 214: zagrywka 130, atak 53, siatka + inne 31.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 219: zagrywka 134, atak 65, siatka 6, inne 14.
Ilość zdobytych punktów – GKS 505: Kapelus 107, Butryn 99, Van Walle 66, Kalembka 66, Sobański 55, Krulicki 44, Błoński 36, Falaschi 18, Pietraszko 13, Stelmach 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 172: Butryn 40, Kapelus 27, Kalembka 24, Van Walle 20, Sobański 18, Błoński 16, Krulicki 15, Falaschi 8, Pietraszko 3, Stelmach 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 333: Kapelus 80, Butryn 59, Van Walle 46, Kalembka 42, Sobański 37,Krulicki 29, Błoński 20, Falaschi 10, Pietraszko 10.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 181: Kapelus 51, Butryn 51, Van Walle 40, Kalembka 30, Krulicki 16, Falaschi 7, Błoński 5, Pietraszko 4, Stelmach 1, Fijałek -3, Sobański -6, Stańczak -6, Mariański -9.
Ilość zagrywek – GKS 719: Kapelus 115, Kalembka 114, Falaschi 92, Krulicki 91, Sobański 78, Van Walle 75, Butryn 73, Błoński 53, Pietraszko 24, Fijałek 4.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 134: Sobański 25, Kalembka 23, Butryn 20, Krulicki 18, Błoński 12, Falaschi 10, Kapelus 8, Pietraszko 8, Van Walle 7, Fijałek 3.
Ilość asów serwisowych – GKS 46: Sobański 9, Kalembka 8, Błoński 6, Butryn 10, Van Walle 4, Krulicki 3, Kapelus 3, Falaschi 2, Pietraszko 1.
Ilość przyjęć – GKS 605: Kapelus 210, Sobański 158, Mariański 119, Błoński 77, Stańczak 33, Falaschi 2, Kalembka 2, Krulicki 2, Pietraszko 1, Butryn 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 46: Sobański 14, Kapelus 11, Mariański 9, Stańczak 6, Błoński 4, Krulicki 1, Falaschi 1.
Przyjęcie negatywne i perfekcyjne – GKS 239: Kapelus 74, Sobański 72, Mariański 53, Błoński 24, Stańczak 14, Falaschi 1, Kalembka 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 16%: Stańczak 27%, Mariański 24%, Sobański 16%, Kapelus 13%, Błoński 10%.
Ilość ataków – GKS 872: Kapelus 230, Butryn 158, Van Walle 131, Sobański 117, Kalembka 75, Błoński 68, Krulicki 55, Falaschi 19, Pietraszko 17, Stelmach 2.
Ilość błędów w ataku – GKS 65: Butryn 15, Kapelus 13, Van Walle 9, Błoński 8, Kalembka 8, Krulicki 6, Sobański 5, Pietraszko 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 79: Kapelus 24, Sobański 17, Butryn 13, Van Walle 10, Błoński 7, Kalembka 5, Krulicki 3.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 384: Kapelus 94, Butryn 79, Van Walle 57, Kalembka 42, Sobański 40, Błoński 27, Krulicki 26, Falaschi 9, Pietraszko 9, Stelmach 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 44%: Kalembka 56%, Pietraszko 53%, Stelmach 50%, Butryn 50%, Krulicki 47%, Falaschi 47%, Van Walle 44%, Kapelus 41%, Błoński 40%, Sobański 34%.
Ilość bloków punktowych – GKS 75: Kalembka 16, Krulicki 15, Kapelus 10, Butryn 10, Falaschi 7, Sobański 6, Van Walle 5, Pietraszko 3, Błoński 3.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 6: Błoński 3, Sobański 2, Falaschi 1.
MVP – GKS 5: Butryn 2, Błoński 1, Kapelus 1, Sobański 1.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


fjodor1978
21 listopada 2016 at 12:14
Jack, w ogólnych statystykach chyba ma być „przyjęcie pozytywne i perfekcyjne”, a nie negatywne 🙂