Piłka nożna
Trenerze Paszulewicz – nie idź tą drogą! (ostrzeżenie)
Nie będziemy w tym artykule zajmować się stricte meczem z Tychami, choć teoretycznie jest to artykuł z cyklu „pre-scriptum. Nie będziemy, bo nie ma to najmniejszego sensu. Za chwilę pewnie na stronie oficjalnej pojawi się wywiad przedmeczowy z jednym z zawodników, który wypowie się o „ważnym meczu derbowym, „derbach, które rządzą się swoimi prawami” czy „będziemy chcieli się zrehabilitować za mecz z Ruchem”. Szczerze mówiąc dla zdrowia psychicznego chłopaków pracujących w klubowych mediach, lepiej byłoby, gdyby nie musieli takiego wywiadu nagrywać. Bo przecież słysząc takie teksty, które de facto są kłamstwami w żywe oczy (i oko kamery), zapewne idzie… oszaleć.
W tygodniu ogłoszono na konferencji prasowej nazwiska czterech zawodników, którzy żegnają się z GieKSą już teraz, a nie po zakończeniu sezonu. Powiedzmy sobie szczerze, że sytuację tę można rozpatrywać dwojako. Wiele osób się bardzo ucieszyło, że w końcu nastąpił wstrząs, że trener uderzył pięścią w stół, a dyrektor Bartnik powiedział, że wszyscy zawodnicy muszą się mieć na baczności.
Przyczyn pożegnania się akurat z tymi piłkarzami nie znamy, bo tłumaczenie Bartnika, że „nie pasują do koncepcji trenera” jest bardzo lakoniczne. Nie chodzi najprawdopodobniej tylko o postawę na boisku w dotychczasowych meczach, bo taki Cerimagić zagrał dwa razy po połowie, Plizga jedną połowę (niezłą), a Goncerz i Kędziora w ostatnim czasie również więcej nie grali, niż grali. Można więc domniemywać, że zadecydowały inne kwestie niż boisko.
Problem w tym, że główni aktorzy seryjnej żenady w ciągu ostatnich kilku tygodni ostali się bez szwanku. Tacy piłkarze jak Słaby, Zejdler czy Prokić za ostatnie spotkania powinni dostać dożywotni ban na występy przy Bukowej. Słaby wyglądał, jakby wszystkie złe rzeczy na Cichej robił specjalnie, Zejdler od półtora roku nie zagrał nawet jednego przyzwoitego meczu, Prokić spisuje się tak, jakby chciał, żeby przypadkiem GieKSa nie zajęła miejsca, które według niego powinna zająć Stal Mielec… Przykładów jest zresztą dużo więcej.
I teraz powstaje pytanie, co widzi trener Paszulewicz, a czego nie widzi lub nie chce widzieć? Bo z jednej strony to „urlopowanie” kilku zawodników niby daje jakiś sygnał, ale czy rzeczywiście szkoleniowiec zorientował się już, że to jednak wielu innych – grających regularnie – z dużym prawdopodobieństwem jest zamieszana w gierki niekoniecznie czyste?
Dotychczasowe wypowiedzi szkoleniowca dotyczą bowiem kwestii czysto piłkarskich, a nie wypowiada się o motywacji i mobilizacji zawodników do wygrywania spotkań. I mamy szczerą nadzieję, że to tylko wersja, na konferencjach. Bo jeśli Jacek Paszulewicz szczerze wierzy w to co mówi na spotkaniach z mediami, to jest na prostej drodze, by swoją karierę w GieKSie skończyć jak Jerzy Brzęczek i Piotr Mandrysz, czyli mówiąc delikatnie – w niesławie i z obrzydzeniem do tego zawodu.
Od zeszłej wiosny wiele się nie zmienia. Zespół mobilizuje się wtedy, kiedy ma na to ochotę i ma w tym interes. I wówczas następuje zamydlanie oczu wszystkim obserwatorom, a potem przychodzi spektakularne odpuszczenie meczu. To m.in. doprowadziło do piłkarskiej depresji trenera Mandrysza, który ze swojej bezsilności nie potrafił nic zrobić i wyglądał na konferencjach jak wrak człowieka. Człowieka, którego znaleźliśmy jako choleryka i kipiącego energią szkoleniowca. Do tego potrafią doprowadzić cyniczny ludzie mieniący się piłkarzami GKS Katowice. Warto by Jacek Paszulewicz sobie zdawał z tego sprawę, bo oni nie cofną się przed niczym, by i jemu zniszczyć dobrze zapowiadającą się karierę trenerską. Tym bardziej jeśli – jak dochodzą nas słuchy – niektórym zawodnikom wybitnie nie po drodze z trenerem chcącym narzucić swoje twarde zasady.
Przed rundą wiosenną ostrzegaliśmy już Jacka Paszulewicza, do jakiej szatni wchodzi. Zrobimy to jednak jeszcze raz. Najpierw przytoczmy fragment styczniowego felietonu, który napisaliśmy po ogłoszeniu decyzji o rozstaniu z trenerem Mandryszem:
„Trudno czasem było uwierzyć, że trener wierzy w to, co mówi o zaangażowaniu. Każdy mający dobry wzrok obserwator meczów GKS widział, że co najmniej kilka meczów było oddanych kompletnie bez walki i choćby odrobiny zaangażowania. Nie można chyba być tak zaślepionym, żeby – mowa o trenerze – wmawiać sobie, że zawodnicy gryzą trawę, w momencie, gdy grają de facto przeciw trenerowi i to nawet niekoniecznie celowo, ale po prostu nie angażując się w grę. Czy trener Mandrysz dobrze wiedział co jest grane, ale bał się lub nie chciał tego ugłośnić na konferencjach prasowych? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast – widząc go po prostu na tychże konferencjach – że bardzo mocno to przeżywał i go to gryzło. Wolał jednak wszystko, co trudne zachować dla siebie. I to też go chyba zgubiło”.
Zaraz po zatrudnieniu trenera Jacka Paszulewicza napisaliśmy kolejny felieton – już stricte dedykowany trenerowi – tym razem pod tytułem „Krótka lekcja historii dla trenera Paszulewicza” (całość https://gieksainfo.pl/krotka-lekcja-historii-dla-trenera-paszulewicza/). Oto dłuższy fragment, który jak ulał pasuje do obecnej sytuacji GKS Katowice:
„Każda ze wspomnianych trzech sytuacji i postaci [Moskal, Brzęczek, Mandrysz – przyp.red.] ma swoje punkty wspólne. Przede wszystkim nieprawdopodobne wręcz chronienie piłkarzy przez każdego szkoleniowca. Kibice w Katowicach nie są głupi. Za dużo już widzieliśmy, zarówno meczów, jak i zawodników. Potrafimy odróżnić zaangażowanie nawet w przegranych meczach, od ordynarnie przechodzonych i oddanych bez walki. A takie zdarzały się w 2017 roku bardzo często, jesienią również – problemem było to, że zawsze były to spotkania ważne i prestiżowe.
Ani Moskal, ani Brzęczek, ani Mandrysz nawet nie zająknęli się, że piłkarze robią pod górkę. Nie tylko klubowi, ale także właśnie trenerom. Zawsze słyszeliśmy te samo słodkie paplanie, że „nie mogę się zgodzić z tym, że nie było zaangażowania”. Prawdopodobnie takie same teksty były wygłaszane przez trenerów w czasach, gdy korupcja w polskiej piłce święciła swoje wielkie dni. Zastanawiające jest, czy trenerzy są tak ślepi, że nie widzą braku zaangażowania czy po prostu po jakimś czasie zgadzają się na to, akceptują i wolą się nie wychylać. Trener Brzęczek był zwichrowany do tego stopnia, że gdy po meczu z Górnikiem szanse na awans stały się iluzoryczne – gratulował „chłopakom” dobrego meczu.
Trener Jacek Paszulewicz nie może być kolejnym, który będzie przykładał cegiełkę do zakładu pracy chronionej GKS Katowice. Mamy w zespole zdrowych, dorosłych, (podobno) wysportowanych mężczyzn, a tymczasem każdy kolejny trener, widząc (a może nie?) brak ambicji i zaangażowania, a jednocześnie chroniąc ich w każdej minucie, traktuje ich jako niepełnosprawnych. Dodatkowo klub nie ma zespołu rezerw, żeby przesunąć jednego czy drugiego nieangażującego się delikwenta. I efekt jest taki, że ciągniemy za uszy w kadrze zawodników, którzy aktywnie uczestniczyli nie w jednej czy dwóch, ale całej masie oddanych meczów, a wręcz całych kampanii pod tytułem „awans do ekstraklasy”. To chuchanie i dmuchanie na tę grupę zawodową, tak się właśnie kończy”.
To tyle z cytatów. Warto, żeby szkoleniowiec miał tę wiedzę i znał historię swoich poprzedników. Bo „piłkarze” GKS grając teraz w sposób skandaliczny i odpuszczając mecze, powtarzają też to, co grali jesienią. Problem w tym, że te święte krowy nadal jeszcze pozostają nietykalne (decyzje kadrowe z wtorku jeszcze nas nie przekonują, że jest inaczej). Bo jeśli wspomniani Prokić, Słaby czy Zejdler ciągle są podstawowymi zawodnikami, mimo mentalnego sprzedania kilku meczów, to znaczy, że nadal niektórzy w klubie nie widzą tego, co widzą kibice.
Powiem szczerze, że na ten moment nie wiem, czy chciałbym, żeby GKS Katowice awansował. Uważam, że to się i tak nie stanie, a jeśli coś by się odmieniło i jednak awans by był, to podejrzewam, że jedynie z pobudek typu, że w ekstraklasie można kręcić jeszcze większe wałki. Nie mam ani krzty zaufania do sportowych ambicji tych ludzi. Do tego stopnia obrzydzają oni piłkę nożną, że śmiem twierdzić, iż „szalona” radość w szatniach na meczach wyjazdowych to była radość z czegoś innego niż to, że przybliżyliśmy się do ekstraklasy. A z czego? Nie wiem. Po ostatnich meczach, a już w szczególności po haniebnie oddanym Ruchowi Chorzów spotkaniu derbowym, nie wierzę im w nic. W ani jedno słowo w wywiadzie, w ani jedną dobrą akcję na boisku, że jest robiona na chwałę klubu.
Nie wiem, czy chciałbym awansu, bo zdaję sobie sprawę, że w tym przypadku większość obecnej kadry zostanie w Katowicach. I mimo promocji do najwyższej klasy rozgrywkowej, to byłoby dalsze pogłębianie patologii sportowej w tym klubie, tylko na wyższym poziomie. Szczerze mówiąc wolałbym w końcu wyczyszczenie szatni z piłkarskiej trucizny, tak żebyśmy mogli na nowo cieszyć się z ambitnej, walczącej i sportowej GieKSy. Wolałbym to – nawet kosztem awansu. Zlikwidowanie piłkarskiej patologii w tym klubie będzie większym sukcesem niż awans. Będzie sukcesem bezcennym.
Ale już to, czego się boję najbardziej i co by było najgorsze to scenariusz następujący. GKS Katowice wygrywa trzy mecze, zdobywa dziewięć punktów, ale nie awansuje, bo Zagłębia lub Stali nie udaje się wyprzedzić. Więc pozostajemy na zapleczu ekstraklasy, tak naprawdę z powodu odpuszczenia wielu, wielu meczów w całym sezonie. Ale co powiedzą wtedy piłkarze? Że było tak blisko, że zabrakło jednego punktu, że brakło szczęścia. Ryzyko polega na tym, że mogą się na to nabrać Jacek Paszulewicz, Tadeusz Bartnik i Marcin Janicki. I skoro było tak blisko, a końcówka była „piorunująca” to trzeba tym zawodnikom sprawiedliwie dać szansę na następny sezon. I nie będzie wtedy znaczenia, że Zejdler zawalił dwa awanse, Kamiński trzy, a Foszmańczyk, który po kółeczku z Grudziądza powinien wylecieć rok temu, cały czas jest w tej szatni. Tak, wiemy, że Kamyk gra dobrą rundę, ale jest tak samo zamieszany w to wszystko co się działo rok temu i teraz. Gdyby nie był, to powinien głośno powiedzieć, że coś jest nie halo, a nie w którymś wywiadzie mówić, że „jest spokojny o ten zespół”. Jest zamieszany w klubową patologię, jak cała reszta.
Tadeusz Bartnik na konferencji powiedział, że chciałby uniknąć latem rewolucji typu wyrzucenie 75% składu. Okej, można zrozumieć, że nie chce teraz osłabiać morale zespołu, bo jest „szansa”. Ale każda rozsądnie myśląca i mająca w miarę dobry wzrok osoba, widząc ostatnie trzy rundy w wykonaniu GKS, wie, że większość zawodników po prostu powinna wylecieć jak najszybciej i najlepiej dostać zakaz stadionowy i zakaz zbliżania się na Bukową na odległość kilometra, by przypadkiem swoją obecnością nie przesyłać na stadion fluidów genu porażki i kombinatorstwa.
Mecz z Tychami? Spokojnie może być wygrany, bo awans w tej chwili nam nie grozi. Mam szczerą nadzieję, że kibice nie nabiorą się na ewentualne zwycięstwo, tak jak nabrali się po meczu z Podbeskidziem. Ta drużyna niezależnie od wyniku nie zasługuje na doping. I mam szczerą nadzieję, że tego dopingu nie dostanie. Wszyscy musimy zrozumieć, że wspierając tę drużynę w jakikolwiek sposób, również jesteśmy odpowiedzialni za jej patologię.
I jedno zdanie na koniec. Jestem w tym momencie murem za trenerem, nawet mimo błędów, które popełnia. Jestem murem za trenerem i Was zachęcam do tego samego. Ale trener musi przejrzeć na oczy i przyznać się przed samym sobą, że niektórzy zawodnicy, których uznawał za profesjonalistów, robią pod górkę – jemu, kibicom i całemu klubowi.
Jeśli szkoleniowiec stanowczo nie będzie reagował i co równie ważne – nie będzie miał za sobą prezesa Janickiego – to skończy marnie swoją karierę szybciej niż na dobrą sprawę się ona zaczęła.
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Piłka nożna
Mecz z Jagiellonią znów odwołany
Mecz Jagiellonia Białystok – GKS Katowice, który miał się odbyć w środę 4 lutego o 20:30 został odwołany na wniosek obu zainteresowanych klubów.
Pierwotnie spotkanie miało się odbyć w niedzielę 23 listopada, ale wówczas zostało odwołane ze względu na zalegającą na boisku warstwę świeżo napadanego śniegu.
„W Białymstoku panują i przez kilka najbliższych dni prognozowane są silne mrozy, sięgające w poniedziałek i wtorek nawet –25°C, a dodatkowo w dniu meczu możliwe są opady śniegu. To najgorsze przewidywane warunki, jeszcze bardziej niekorzystne niż panujące w weekend. Obecnie na terenie województwa podlaskiego obowiązuje ostrzeżenie drugiego stopnia IMiGW w związku z silnymi mrozami. Niestety, zapowiada się, w najbliższą środę warunki na Podlasiu będą nadal bardzo złe. Ponieważ GKS Katowice już raz nie ze swojej winy nie mógł rozegrać spotkania w terminie, a Jagiellonia Białystok potwierdziła, iż przychyli się do wniosku GKS, Departament Logistyki Rozgrywek, mając na uwadze zgodne stanowisko klubów, wyznaczy nowy termin zawodów. Mecz będzie rozegrany w pierwszym możliwym terminie, a jego data zależy od wyników obydwu klubów w rozgrywkach Ligi Konferencji UEFA i Pucharu Polski” – powiedział na łamach strony ekstraklasa.org Marcin Stefański, dyrektor operacyjny Ekstraklasy SA.
Nowy termin przekładanego już dwa razy meczu poznamy wkrótce.
Felietony Piłka nożna
Liczy się to, co prawdziwe
„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.
Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.
Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.
Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.
W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.
GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.
„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.
Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.
W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.
To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.
Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.
To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.
To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.
Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.
Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.
Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.
Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!
Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.
Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.
Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.
A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.
Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.
Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.























































































































































fun
17 maja 2018 at 10:08
prawda w najczystszej formie. świetny felieton.
maziGKS
17 maja 2018 at 10:24
Nie zgodzę się z wieloma kwestiami w tym felietonie. Tak wygląda ta liga niestety (teoretycznie słabi wygrywają z tymi niby lepszymi). I to nie jest tylko nasz problem ale słabości tej ligi. Nie usprawiedliwiam bo przegrana z ruchem to hańba i wstyd . Ale bronił będę Prokica bo jego brak był właśnie najbardziej widoczny w meczu z ruchem, gdzie Volas nie istniał bo nie miał wsparcia Andrzeja. Zgodzę się z ostatnim zdaniem tym podkreślonym na Grubo i tez jestem murem za trenerem. A z awansu będę się cieszył jak nikt. INO GieKSa !
Irishman
17 maja 2018 at 11:47
Shellu, nie chcesz awansu, żeby wyczyści szatnię.
No ale przecież po Moskalu niby została wyczyszczona, no bo chyba mi nie wmówisz, że Goncerz albo Kamiński, którzy się jedynie ostali to jacyś „capo di tutti capi” blokujący nam we dwójkę od lat awans?
Nie, po prostu piłkarze są wszędzie tacy sami i nawet jak wywalimy wszystkich, to ci którzy przyjdą będą robić to samo, o ile im się na to pozwoli. Tak samo, ci którzy zostaną nie będą tego robić, jeśli im na to ktoś nie pozwoli.
Można zrobić awans i zmienić charakter drużyny, tak samo jak można go przegrać i nic nie zmienić. Ja wybieram to pierwsze.
Aczkolwiek, gdyby tego awansu nie było, to byłaby to wraz ze wstydem po obu derbach z chorzowskimi, pewnego rodzaju kumulacja upokorzenia i upodlenia nas i naszego klubu. I to nie jest istotne, czy przegramy o punkt, czy o np. 11 punktów. Szczerze, to już bym wolał przegrać co najmniej o siedem, żeby nie okazało się, ze chorzowscy nam odebrali to o czym tak bardzo marzymy od lat! Tak więc, gdyby tego awansu nie była, a nic wielkiego nie stałoby się z drużyna, to by oznaczało, że nie tylko piłkarze mają nas i nasze zdanie w tyle….. ale także osoby decyzyjne w klubie.
Dyrektor Bartnik powiedział ostatnio, że oni nie są od tego, żeby spełniać życzenia czy żądania. Czyli co… „gramy dla siebie”? Już to niedawno gdzieś słyszeliśmy.
A ja myślę, że tak jak my, kibice jesteśmy dla klubu, tak i on jest też dla nas! Tylko w tej symbiozie można coś osiągnąć. Tak więc panowie – trenerze, dyrektorze, prezesie pamiętajcie także i o nas. Pamiętajcie, ze to my przegraliśmy najwięcej w tych dwóch, upokarzających nas porażkach na jesieni i kilka dni temu!
Tomek
17 maja 2018 at 11:56
Od desygnowania składu jest trener i to on za to odpowiada, skreślanie tego czy innego jest nie na miejscu, nie uczestniczymy w treningach rozmowach nasza ocena opiera się tylko na pojedynku piłkarskim. Niestety jest rozdźwięk pomiędzy poziomem sportowym klubu a marketingiem. To czy awansujemy nie zależy od nas. Karty są już rozdane i tylko po kursach można się domyśleć kto z kim wygra. Mając na uwadze to iż w ostatnim czasie wygrywają ci którzy są z wyższym kursem.
Argail
17 maja 2018 at 12:57
NIe chcesz awansu??? Proponuje żebyś jeszcze raz się nad tym zastanowił, tak naprawdę zastanowił, bo chyba nie potrafisz odciąć od siebie niepowiązanych rzeczy. Awans jest czysto iluzoryczny, nie zależny już od nas i nie jesteśmy nawet jako 3 faworyt, ale jest możliwy. Szatnię można czyścić w okresie transferowym, sezon trzeba dograć tym co się ma … (chyba że mówimy o 3 walkowerach), teraz można tylko przekazać sygnał. Ekstraklasa to inny świat, inne pieniądze, wpływy etc, i przede wszystkim koniec tego marazmu, nie oznacza natomiast konieczności pozostawienia nikogo za „zasługi” więc nie rozumiem Twojego toku myślenia. Uważasz że tą, niewielką już szanse, należy odrzucić, nie dopingować i najlepiej oddać?? W imię czego FOCHA??? Prawda jest taka że jest straszna mizeria i „zawodnicy” po prostu nie gwarantują i trzeba się rozstać z … może nawet wszystkimi. Ale w tym sezonie są ludzie którzy wykonali prace, zainwestowali pieniądze, poświęcili czas i inne dobra dla klubu. NIe wiesz jak sytuacja w lidze będzie wyglądała za rok, nie wiesz jak będzie konkurencja a co najważniejsze nie wiesz jakie skutki przyniosą roszady! Ale Ty „nie chcesz awansu” ??? U uważasz że należy przeznaczyć minimum rok czasu i miliony złotych nie mówię już utraconych korzyściach, bo „grajki zawaliły parę meczy”, a powiedz kto za rok to odcierpi? Oni? Chyba nie bo ich przecież nie będzie. Odcierpimy to My! Kolejnym sezonem w tej zaściankowej lidze którą wszyscy od lat rzygamy. Nie jesteście może oficjalnymi mediami klubowymi ale warto się czasem zastanowić co sie wypisuje w felietonach i do czego w nich nawołuje . Dziennikarstwo to przede wszystkim odpowiedzialność!! Nie zapominaj o tym. WIęc lepiej w tych ostatnich meczach wspierać klub (nie piłkarzy) kibicować i mieć nadzieje że jakimś cudem inni spaprają sprawę bardziej może si uda, a rozliczenia zostawmy na moment gdy szanse bedą równe 0. Rozwalić i wyrzucić można zawsze. Ale żeby nie byo aż TA anty, to zgadzam się z Tobą w jednym „TEŻ JESTEM MUREM ZA TRENEREM”
Shellu
17 maja 2018 at 13:19
Wierzysz w to, że w przypadku awansu będzie rewolucja kadrowa? Bo ja nie. I powiem Ci więcej – większość zawodników pozostanie w klubie, bo przecież będą „bohaterami”.
Argail
17 maja 2018 at 13:43
Moja „wiara” nie ma tu nic do rzeczy, skoro ufamy Trenerowi …
Mecza
17 maja 2018 at 14:05
Śmieszy mnie wasza wiara w trenera bo ona szybko minie. Tak samo większość pisała przy zatrudnianiu Mandrysza. Facet został odstrzelony przez znawców (nie mam na myśli Bartnika bo on z innych powodów to zrobił) po 6 miesiącach. Popełnił błędy ale w pół rundy ciężko coś zrobić. Mandrysz miał wszystko aby ten awans zrobić w dwa lata. Paszulewicz to żółtodziób bez sukcesów który tylko lepiej medialnie wypada, ale jak mawiał Mandrysz, awans się robi a nie o nim mówi. Fajnie się słucha Paszula, zimą napisałem że przypomina mi złotoustego Stawowego, oby nie skończył jak on.
maxiu
17 maja 2018 at 14:10
Ja czekam az czystka dotknie jeszcze takich zawodników jak Kamiński,Foszmanczyk,Nowak,Franczak,Zejdler,Kalinkowski.Po odejsciu tych kopaczy i zastapieniu ich zawodnikami pokroju Słomka Skrzecz Błąd,Kuliński bedzie szansa na lepsze jutro!!!Przez w/w zawodników stracilismy nie tylko niepowtarzalna szanse na awans.Ale przypominam że po ostatnim sezonie stracilismy sztab szkoleniowy (który teraz walczy w ekstaraklasie o puchary)Prezesa który wyprowadzil klub na prosta.Pierwszego od lat strategicznego sponsora firme Aasa.I jeszcze wiele innych przywileji zwiazanych z awansem.Wiec licze ze ci pseudokopacze tez kiedys beda tak potraktowani jak potraktowali nas kibiców!!!!Nie życze nic dobrego żadnemy z zwolnionych zawodników niech wasze kariery sportowe sie juz koncza!!! HUJ WAM W RYJ PATAŁACHY!!!
Zenek
17 maja 2018 at 14:20
Prawda i cała prawda, ta grupa piłkarzy już tyle złego wyrządziła temu klubowi, że nie wiem jakiego pecha trzeba mieć aby taką „grupę wyłowić” i nazwać „drużyną”, ile razy kobieta/mężczyzna musi zostać „zdradzony” aby do niej/niego dotarło że widocznie w tym zestawie związek jest patologiczny i chory i jedna strona jest regularnie oszukiwana! (wiele za wiele w przypadku tej tzw „drużyny”)
Irishman
17 maja 2018 at 16:36
@Argil, zgadzam się w dużej mierze.
Nie można nie chcieć awansu, bo może być korzystny dla piłkarzy, których się znienawidziło. Tu trzeba swoje urazy schować do kieszeni jeśli idzie o GieKSę. Awans da potężnego kopa całemu klubowi i właśnie on spowoduje, że będziemy wieli większe pole manewru w budowaniu drużyny.
Poza tym nie wszyscy piłkarze to zawodnicy, nie wszyscy zasługują na nasze potępienie, a podsycanie takiej atmosfery niechęci powoduje, że dostaje się także tym, którzy na to nie zasłużyli.
Zgadzam się, że trzeba usunąć tą truciznę, która zadomowiła się w naszym klubie i pozbawia go sukcesu. Ale trzeba to zrobić zmieniając mechanizmy, stosunki personalne, wymaganie w stosunku do pracowników itp. Inaczej można sobie wymieniać kolejnych piłkarzy, a ci nowi, którzy przyjdą będą postępowali tak samo!
I oczywiście, że trener powinien mieć nasze bezwarunkowe poparcie gdy po drugiej stronie stoją zawodnicy, którzy zawiedli. Ale w stosunku do niego samego, to mam trochę zdanie podobne do @Mecza i poczekam z tym pełnym poparciem, na to co pokaże jesienią.
Kriss
17 maja 2018 at 16:38
https://sportowefakty.wp.pl/pilka-nozna/755038/kwadrans-terroru-sporting-lizbona-po-ataku-jakiego-jeszcze-nie-bylo
a moze by tak zmotywowac naszych kopaczy ?
Shellu
17 maja 2018 at 16:49
Nie no żadne „akty terroru” nie wchodzą w grę. To nie poprawi sytuacji klubu, a pogorszy.
wiesiek
17 maja 2018 at 17:47
Ktoś tu jeszcze myśli o awansie…:) Wypisujecie dziesiątki miałkich
zdań o charakterze życzeniowo eksperckim i sądzicie że macie jakiś wpływ na działalność klubu. Ewidentnie po raz drugi wyruchani w dupska przez piłkarską maf*ę nie potraficie wyciągnąć wniosków i nadal żyjecie gdzieś obok rzeczywistego świata. Przyjście na Bukową jeszcze w tym sezonie to dowód frajerstwa i źle pojmowanej miłości do klubu.
KruchY
17 maja 2018 at 17:50
Brakuje niewiele:wygrywamy 3razy! zs raz wtopi lub 2 remisy no i sm 1remisik
Mecza
17 maja 2018 at 19:08
@wiesiek, irytują mnie hasła wzywające do bojkotu, podejście typowe dla kibiców sukcesu. Tu chodzi o GKS, o postrzeganie nas w Polsce, ty dla „piłkarzy” i zwycięstw pojawiasz się? Oni nas mają gdzieś, ich za chwilę nie będzie a GKS będzie istniał, obojętnie na jakim poziomie. Komu zrobisz na złość?
Tymron
17 maja 2018 at 19:52
Piłkarze są bezpośrednio winni ale nie bądźcie naiwni – za czyimś przyzwoleniem. Ryba psuje się od głowy, jeśli dziecko jest źle wychowane i ulega demoralizacji (taka analogia z mojej pracy zawodowej) to zawsze winę ponosi rodzic. A tymi rodzicami nie są bynajmniej Moskal, Brzeczek, Mandrysz, Paszulewicz. Oni weszli do „rodziny” z zewnątrz. Sami sobie odpowiedzcie kto procz części piłkarzy jest od samego początku oszustwa pod tytułem „gra GKS o awans”.
Hasiokowi kopacze
17 maja 2018 at 19:59
Awansu nie będzie z tym trener ani bez niego. Z tymi zawodnikami albo bez nich. Z tym prezesem albo bez niego. Bo nie ma tego nakazu z góry. Biadolić jak stare aby będziecie za rok, dwa i pięć. Ktoś z urzędu kto płaci za to żeby popełniać te wpisy podwójne nadziei o tym że trzeba dawać szansę trenerowi albo ty akcji tamtym, albo tak czy siak budować drużynę, musi mieć z Was niezły ubaw. Ale w wyborach zagłosujecie na jedyną słuszną opcję bo ktoś Wam frajerskie dupy, pociśnie słodkie pierdy o stadionie i awansie za rok albo dwa 🙂 zastanówcie się tylko dlaczego rozwiązali drugą drużynę? Czyż nie po to żeby nie było ogranych juniorów których można wprowadzać do składu? 🙂
artur
17 maja 2018 at 20:31
Od kilku lat staje się jasne o co tu idzie. Niestety niektórzy potrzebują jeszcze sporo upokorzeń żeby przejrzeli na oczy. Ten kto ma awansować już wie. Nasi kopacze, trener i zarząd też od początku wiedzieli o co gramy. Mówili to między wierszami, niby żeby nie zapeszać, ale jednak na tyle jasno, że kto bystry ten wie, że nie w tym roku awans i nie w przyszłym pewnie też.
cobden
17 maja 2018 at 21:52
Shellu zrób sobie przerwę bo odlatujesz..
To nie jest po prostu team na awans. Za mało jakości.
Sebek
17 maja 2018 at 22:01
Moim zdaniem największym problemem Gieksy jest brak w szatni 2-3 zawodników związanych mocno z klubem, zawodników dla których dobro Gieksy jest najważniejsze, zawodników, którzy trzymali by za ryje całe barachło. Złapałby jeden takiego Andrzeja za ucho, powiedział, że jak hajsy mu się już zgadzają to ma brać PKS-a do Mielca, bo Katowicach robią awans i nie potrzebują półproduktów. Drugi z Zajdlerem by się na piwo umówił, a jakby mu piwo nie smakowało, to w walce o piłkę na treningu dałby takiemu własnej krwi posmakować.
Irishman
17 maja 2018 at 22:07
@Sebek, jeden GieKSiarz był, tylko, że….. wbrew koncepcji trenera i już został urlopowany.
Może dobrze, może źle – zobaczymy za kilka miesięcy.
tomassi
17 maja 2018 at 22:11
Najgorsze co może być to nie przyjść na mecz. Jak można tak wogóle myśleć?
Nie ma nas to dopiero pole do popisu dla jakiś piłkarskich manipulacji.
Jeżeli takie są. Bo pomyślmy kiedy łatwiej? Przy pełnych trybunach, gorącym,
żyjącym Blaszokiem ? Czy przy pustych trybunach?
Musimy być na tym meczu!!!
Nie dla piłkarzy ale dla siebie. Bo jesteśmy fanatykami tak? Bo kochamy ten
klub i te barwy. Bo jesteśmy zawsze tam gdzie nasza GieKSa gra.
Czy nie tak śpiewasz?
Sebek
17 maja 2018 at 22:25
@Irishman, bez urwazy ale Plizga w Gieksie zagrał może z 40 meczów (marne statystyki żeby nazwać piłkarzem oddanym Gieksie).
Nam jest potrzebnych dwóch Gattuso. I nie mówię tu o umiejętnościach piłkarskich tylko o oddaniu barwom. Jak dla mnie mogliby nawet nie mieścić się do pierwszej 11.
tomassi
17 maja 2018 at 22:30
I dużo osób pisze że trzeba zaufać trenerowi. Zgadzam się z tym. To jego
decyzje. Pokażemy mu że ma nasze poparcie. Pokażemy mu to nawet przez 90 minut.
Zobaczymy jak to będzie i w tą i czerwcową sobotę, niedzielę.
Wszyscy na mecz!
Gdzie byście wylewali te swoje fochy jak to byłby 90 rok? Bez neta.
Pewnie pod kasami albo w autubusie. Bo wątpię żeby ktoś w zinie pisał o tych
domysłach i spiskich.
Wszyscy na mecz.
Tymron
18 maja 2018 at 01:09
Tomassi na mecz owszem ale z przekazem, że GieKSa to My, żadnego wsparcia dla nikogo sobie nie wyobrażam. Po za tym sorry ale czy przy pełnym Blaszoku czy przy pustych trybunach to już nieraz pokazali, że nie ma najmniejszej różnicy żeby się skurwić.
Hasiokowi kopacze
18 maja 2018 at 07:22
Idę na szpil żeby ich rozliczyć jak dostaną wpierdol na boisku. Na słodkim popierdywaniu w necie mogłoby się skończyć gdyby spuścili smrody do IIej ligi i odpuścili awans. A nie dość że odpuscili awans to jeszcze ośmieszyli nas i klub…
Zenek
18 maja 2018 at 11:10
Pytanie do tzw „zawodników”, czyje to słowa ” A wy za kim jesteście? Odpowiedź: – Za Ruchem. – W takim razie nie możecie u mnie spać, fani Gieksy by mi nie wybaczyli. Przykro mi.”
Irishman
18 maja 2018 at 14:15
@Sebek, a Plizga to jest chyba ostatni z naszych wychowanków, który cokolwiek prezentuje i mógłby się ewentualnie włączyć w awans. Tak podupadliśmy piłkarsko po tych kilkunastu latach tułania się po peryferiach polskiej piłki.
Ale myślę, że niekoniecznie tu chodzi o to, że u nas nie ma ludzi związanych z GieKSą. Może wystarczyłoby, po prostu mieć kilku z charakterem?! Mówił o tym nawet niedawno Brzęczek w wywiadzie, że takich mu brakowało.
mag
18 maja 2018 at 20:45
jeśli nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o pieniądze. Widocznie więcej da się zarobić nie awansując.
maxiu
18 maja 2018 at 22:24
irishman@ Z tego co mi wiadomo to plizga nie jest naszym wychowankiem tylko Stadionu Śląskiego.I jestem szczesliwy ze tego falszywego kutasa juz nie ma u nas!!Jak tak bardzo sie utożsamiał z GieKSa jak to powtarzal w wywiadach to dlaczego nie przyszedł za pierwszym razem jak mial propozycje,tylko wybrał Górnik.???O Katowicach sobie przypomnial jak juz go nikt nie chcial! Koniec emerytów,i inny gieriatykow na koniec kariery.
Makron
19 maja 2018 at 02:21
Plizga? Nigdy nie był wielce zdeklarowanym GieKSiarzem ino dorobkiewiczem, który za dobra kasę łapnie kontrakt gdzie popadnie. Jedynym GieKSiarzem w naszej kadrze jest Wierzbicki, który dostał szansę przez przypadek, powinien po sezonie dostać kontrakt jako 3 bramkarz. Ludzie opamiętajcie się !!! Niepowodzenia GieKSy to od lat wina tylko piłkarzy? Nie!! To jest zarządzenie z góry, że awansu ma nie być! Czy my jesteśmi ślepi? Jak statystycznie możliwy jest brak awansu lub spadku z 2 (I) ligi przez 12 kolejnych lat ?? W całej Europie podobnego wyczynu dokonał chyba tylko swego czasu TSV Monachium. Przypomnijcie sobie o „hamulcowych”, potem sezon „Foszmańczyka i spółki”, teraz kolejny – „Prokicia” a za rok będzie pewnie „Błąda”. Co pół roku wypierdalamy piłkarzy, trenerów, asystentów, menadżerów itp. bo są beznadziejni. Klątwa?? Nie o to chodzi… Czy ktoś wreszcie skuma o co?? Jeśli nie, to 4 sezon będziemy „emocjonować” się (frustrować) walką o nie-awans, puszczaniem meczów derbowych, odpuszczaniem gry gdy tylko będzie potrzeba.