Piłka nożna Wywiady
[WYWIAD] „Sytuacja z Grudziądza nie może się powtórzyć” – Dariusz Motała dla GieKSa.pl
Po nieudanym sezonie 2016/17 porozmawialiśmy z Dariuszem Motałą. Jest to pierwszy tak długi wywiad z menedżerem klubu, podczas którego poruszyliśmy wiele kwestii związanych z jego pracą w GieKSie. Jest to też jedna z dłuższych rozmów, którą przeprowadzili nasi redaktorzy – trwała prawie trzy godziny. Wywiad podzieliliśmy na dwie części. Dziś prezentujemy pierwszą, z której dowiecie się wszystkiego o poprzednim sezonie. Dlaczego przegraliśmy awans? Co się wydarzyło podczas meczu z Kluczborkiem i po spotkaniu w Grudziądzu? Czy trener Jerzy Brzęczek to był dobry wybór dla klubu? Jak ważny jest charakter, mentalność i psycholog? Po odpowiedzi na te pytania zapraszamy do lektury poniższego tekstu. Za kilka dni możecie spodziewać się kolejnej części. Z Dariuszem Motałą rozmawiali Błażej i kosa.
GieKSa.pl: Zacznijmy od pytania, które zadają sobie chyba wszyscy, którzy są związani z naszym klubem: dlaczego nie udało się awansować?
Dariusz Motała: Nie można dziś powiedzieć o jednej przyczynie, że akurat to czy tamto jest głównym powodem. Złożyło się kilka rzeczy. Pierwszą są na pewno mecze u siebie, gdzie nasz bilans był bardzo słaby w tej rundzie wiosennej. Po drugie w żadnym momencie, kiedy była możliwość zaakcentowania swojej dobrej formy i wskoczenia na wyższy poziom – to my tej możliwości nie umieliśmy wykorzystać. Trzecia sprawa to myślę, że trochę uśpiła nas jesień, gdzie po dobrej rundzie wszyscy nas chwalili za grę, bo ona rzeczywiście była dobra. W takim momencie być może straciliśmy czujność, ponieważ byliśmy chwaleni za tę pracę. Od początku pracy do rundy jesiennej wszystko to, co sobie założyliśmy z trenerem Brzęczkiem, było realizowane tak, jak powinno. W pierwszym sezonie wyciągnęliśmy maksa z tego zespołu, potem był czas na zmiany i transfery – 35 punktów, jakie zdobyliśmy, potwierdzało to, że idziemy w dobrym kierunku. W zimie niczego nam nie brakowało, jeśli chodzi o przygotowania i transfery. Wydawało się, że idziemy w jeszcze lepszą stronę, bo podniesiona została wartość zespołu. Życie na wiosnę zweryfikowało nasze myśli i oczekiwania. Moja osoba oczywiście jest współodpowiedzialna za taką sytuację, identyfikuje się z tym klubem, z wynikiem, i ta porażka będzie mnie długo uwierała. Gdy przychodziłem do GieKSy, to myślałem, że w sezonie 2017/18 będę w ekstraklasie wraz z klubem. Tak się jednak nie stało i musimy walczyć o ten cel kolejny raz. Taka jest smutna prawda i niestety z tym już nic nie zrobimy.
Czy gdzieś tam była obawa przed meczem z Bytovią, że do awansu może nam brakować tego punktu z Kluczborkiem?
Nie. My awans przegraliśmy, nie umiejąc zremisować z Sandecją, Miedzią, Górnikiem, Podbeskidziem itd. Nie umieliśmy odstawić zespołów, które walczyły z nami o awans. Ba, my im dawaliśmy nadzieję i je napędzaliśmy. To było przyczyną braku awansu. Nawet nie musieliśmy wygrywać — wystarczyły nam remisy…
W najważniejszym momencie zabrakło tego charakteru, o którym mówiono, gdy dobierano zawodników w lecie?
Nie sprowadzałbym tego tylko do charakteru. Trzeba zdać sobie sprawę z jednej rzeczy – ta grupa na jesień była w stanie zdobyć 35 punktów. Czy ona na wiosnę była słabsza? Moim zdaniem nie była. Nie zabrakło charakteru – zabrakło koncentracji i pazerności w chęci wejścia na szczyt. My mając przewagę i pozycję startową, będąc na szczycie, musieliśmy pokazywać swoją jakość, ponieważ od tego momentu byliśmy faworytem. Zawodnicy jednak tego nie unieśli, nie unieśli tego, że trzeba było obronić swoją pozycję. Nie powiedziałbym jednak, że w tym momencie zabrakło charakteru. Pojawiała się blokada, gdy przegrywaliśmy — traciliśmy pewność siebie. Wszystkie przegrane spotkania u siebie to pokazały. Osobną sprawą jest nasza gra w tych spotkaniach. Mieliśmy mnóstwo sytuacji bramkowych, nie strzelaliśmy goli. Bramki, które traciliśmy, nie powinny się zdarzyć. Rozumiem, jakbyśmy tracili gole po strzałach życia z 25-ciu metrów, nam się jednak zdarzyło parę razy wystawiać piłkę rywalowi. Zabrakło nam wyrachowania w pewnych momentach spotkań. Zawiedliśmy kibiców, samych siebie. Zaprzepaściliśmy doskonałą okazję.
Być może brakowało jednak w zespole jednostki, która potrafiłaby przemówić do zespołu w trudnych momentach? Już pod koniec jesieni był problem przy dwóch porażkach z rzędu.
Przegraliśmy te dwa spotkania i myśleliśmy, że może coś nam się wymyka, ale potem pokonaliśmy w trudnym spotkaniu Chrobrego. Drużyna pokazała, że jednak potrafiła się podnieść w tamtym okresie. Sztuką jest jednak, by nie pokazać tego w jednym meczu jak np. my w Mielcu. Sztuką jest tak się nakręcić, że w najważniejszym momencie sezonu jesteś rozpędzony i wygrywasz kilka spotkań. My nie mieliśmy takiego rytmu. Wszyscy przegrywali, a my, zamiast robić przewagę, to gubiliśmy punkty. Być może rzeczywiście zabrakło nam silnej jednostki. Presja? Daleki jestem od mówienia o presji. Jeśli ktoś sobie z tym nie radzi, to taki ktoś nie może przyjść do GieKSy. Są kluby mniejsze, gdzie można tak grać, ale nie u nas.
Czy jakiś piłkarz w trakcie sezonu przyszedł i powiedział, że nie radzi sobie z presją lub oczekiwaniami kibiców?
Nie, ale to nie znaczy, że tak nie było. Ba, sytuacja pokazała, że gdzieś musiał być problem, bo jeśli nikt nie zgłaszał trudności radzenia sobie z presją, a potem okazywało się na boisku, że jest inaczej, to znaczy, że jednak gdzieś ten problem był.
Rozmawialiśmy o mentalności, charakterze zawodników, ale może zabrakło po prostu psychologa? Może ten strach przed wygraną siedzi w głowach piłkarzy?
Ja się dziś zastanawiam nad wieloma rzeczami. Co mogliśmy zrobić inaczej, dlaczego przegraliśmy. Poziom organizacyjny, który stworzył nam klub, był perfekcyjny i do tego nie można mieć żadnych strzeżeń. Może jednak coś przeoczyłem? Może mogliśmy coś zrobić lepiej? Teraz czeka mnie wiele rozmów z trenerem i będziemy się zastanawiać jak zaradzić temu, co spotkało GKS w poprzednim sezonie. Na pewno będę chciał zmienić swoje podejście, by być bardziej stanowczym w niektórych relacjach z piłkarzami.
Spotkania z zespołami z czołówki, które teraz przegraliśmy, to nie jest kwestia jedynie tego sezonu. Od dawna nasz bilans w takich spotkaniach jest dramatycznie słaby. Kręgosłup zespołu oparty na Czerwińskim, Kamińskim, Goncerzu i Pielorzu się jednak nie zmienia. Wiadomo, że odejdzie Czerwiński – co z pozostałą trójką?
Kamiński ma nowy kontrakt, więc hipokryzją byłoby go teraz pożegnać i obarczyć winą za cały sezon.
Można jednak ograniczyć im role w zespole? W opinii wielu osób np. Goncerz nie powinien być kapitanem.
To jest jednak rola trenera z wyborem kapitana. Jeśli chodzi o tych zawodników, to oni nie mają patentu na granie w tym klubie. Uważam ich za profesjonalistów, jeśli chodzi o podejście do zawodu, ale będą musieli się pogodzić z tym, że jeśli przyjdą lepsi, to oni nie będą grać. Dziś moją rolą jest to, by tych teoretycznie lepszych ściągnąć do klubu. Jeśli jednak ktoś będzie chciał odejść, to droga wolna.
Czy nie było jednak takich sygnałów, że ten trzon zespołu nie jest w stanie utrzymać takiego poziomu? Nieoficjalnie niektórzy z piłkarzy przyznawali, że mentalnie ten zespół jest słaby.
Nie słyszałem takich wypowiedzi. Kiedy z nimi rozmawiam, to zawsze każdy jest pewny swego. Ściągnęliśmy do zespołu Nowaka i Foszmańczyka, by swoją postawą i doświadczeniem pomogli.
Cały czas pojawia się pytanie, czy nie zabrakło w tej szatni osoby z mniejszymi umiejętnościami, ale większym charakterem?
Na pewno nam zabrakło. Jednak nie było na rynku piłkarza o takiej charakterystyce, którego moglibyśmy pozyskać.
Kto jest takim zawodnikiem z charakterem?
Na przykład Sobolewski. Nie błyszczał w mediach, ale gdy trzeba było, to przemawiał w szatni oraz udzielał się na boisku. Takim liderem jest również Głowackim w Wiśle.
Wyjaśnijmy przy tej okazji, co z Trochimem. Komunikaty są różne po 1,5 roku. Trochim jasno powiedział w ostatnim wywiadzie, że nie odchodził z przyczyn rodzinnych.
Nie będę wchodzić w polemikę z piłkarzami przy okazji wywiadów, którzy po upływie czasu zmieniają wersje swoich wypowiedzi. To nie jest mój styl.
Przejdźmy do meczów z Kluczborkiem i Grudziądzem. Każdy wie, co się wydarzyło w tych spotkaniach.
To spotkanie jest dla mnie nie do wytłumaczenia. Choćbyście mnie pytali o nie cały dzień, to ja nie wiem, co się w nim wydarzyło. Nie znajduje na to uzasadnienia. Grudziądz? Chciałbym tutaj jedno stanowczo przekazać – to, co się wydarzyło po tym meczu, to jest coś, co się nie może powtórzyć. Celebrowanie radości po meczu, wywiad Tomasza Foszmańczyka. Pewne rzeczy, które się wydarzyły, są tutaj dla mnie nauczką. Także kilka sytuacji, które miały miejsca w mediach społecznościowych, nie powinny się powtórzyć. Wydawało mi się, że to, co przekazujemy z działem komunikacji piłkarzom, wystarczy do tego, by takie sytuacje nie miały miejsca. Okazuje się jednak, że nie zrobiliśmy wszystkiego w tej kwestii. Piłkarze są nieprzewidywalni. Żeby była jasność — takie wypowiedzi nie przeszkadzają na boisku, ale odpowiadają za to, jak my jesteśmy potem odbierani. Przegraliśmy na boisku i trzeba było zwiesić głowy i po prostu zejść do szatni. Krytyka była, jest i będzie częścią piłki. Ja sam dostałem wiele obelg za decyzje, które podjąłem i nie mam z tym problemu. Trzeba to przyjąć na siebie.
Wielu kibiców było przekonanych, że taka sytuacja może mieć miejsce w Grudziądzu, bo już raz tak piłkarze GieKSy zrobili (po wygranej w Rybniku za trenera Moskala). Jak to odebrano w klubie?
Dla mnie to był szok. Dobrze się stało, że tego nie widziałem na żywo, mimo iż byłem w Grudziądzu. Nie umiem powiedzieć, jakbym wtedy zareagował. Sprawa jest jasna – zawodnicy zrobili bardzo źle, ciesząc się na boisku. Taka rzecz się nie powtórzy.
Zawodnicy są w stanie zrozumieć ten błąd i go nie popełnić w przyszłości?
Tak, ja już z nimi o tym rozmawiałem. Trzeba mieć świadomość pewnych rzeczy. W tym zawodzie nie przyjmujesz jedynie dobrych stron, ale trzeba się zmierzyć również z tymi cięższymi. Mam swój pomysł jak to zmienić.
Ostra krytyka ze strony GieKSa.pl, z którą kibice się identyfikowali, była przesadzona?
Padły ostre słowa. Musimy jednak mieć świadomość, jaką my szansę przegraliśmy. Krytyka się należała – przegrywasz w klubie grającym o awans, to należy się krytyka. Ja odnośnie do tej sprawy nie chce stawać po stronie, czy to piłkarzy, czy waszej strony. Będę w tej ocenie neutralny, bo z jednej strony krytyka też musi być konstruktywna, a nie jedynie pisanie, że piłkarze nie mają ambicji. Z drugiej strony piłkarze nie mogą mówić, że się nic nie stało, bo przegraliśmy wielką szansę. Zawodnicy muszą w tej sytuacji mieć pokorę. Obie strony powinny się jednak zrozumieć. Będę zawsze bronić piłkarzy, bo z nimi pracuje cały czas. Będę z piłkarzami rozmawiać o tej sytuacji, niektóre oceny w moim odczuciu były przesadzone, ale ja potrafię z tym żyć. Być może to dla niektórych kwestia doświadczenia. Przed nami nowy sezon i idea tej rozmowy jest również taka, by pewne sprawy wyjaśnić. Nie chodzi o to, by to, co było minęło i uznać, że zamykany stare rany i gramy dalej, a ja zadzwonię do piłkarzy i powiem im, że pogadaliśmy i jest fajnie. Nie jest fajnie, bo ta porażka będzie tkwiła we wszystkich przez długi czas. Czasu jednak nie cofniemy. Rozpoczynamy nowy sezon, i to się liczy. Musimy się pozbierać i znowu walczyć o awans.
Może piłkarze, chcąc zakończyć krytykę, to powinni po prostu zacząć wygrywać i walczyć na boisku, a nie…
Na pewno przed pierwszym meczem Pucharu Polski przeprowadzimy poważną rozmowę z całym zespołem. Może nie wychowawczą, ale bardzo ważną, bo to od tego momentu zaczynamy walkę. Chcę, byście zrozumieli, że to nie chodzi o to, żeby się odciąć i zapomnieć, bo porażka jest czymś normalnym w sporcie. Jeśli ktoś ma charakter, to motywuje go to do pracy. Ja po prostu nie mogę się doczekać początku nowego sezonu, bo przez to niepowodzenie jestem jeszcze bardziej zmotywowany. Każdy GieKSiarz wie, że walczymy o awans i ja nie muszę składać żadnych deklaracji. Mnie często wkurza takie gadanie piłkarzy pod publiczkę o awansie. Przecież każdy, kogo sprowadzamy i mamy w drużynie wie, że gramy o awans i nie musi składać żadnych deklaracji. Takie tweety i rozmowy po wygranych meczach mnie strasznie wkurzają. Dopiero po trzydziestym czwartym meczu skaczmy z radości. To kibice i dziennikarze są od oceniania na bieżąco, a nie piłkarze. Naprawdę dla mnie nie liczy się wygrana np. z Sosnowcem w 10. kolejce. Bo co to za cel wygranie jednego meczu? Przecież to żaden cel. Cieszmy się po sezonie.
My się trochę piłkarzom nie dziwimy, bo media i kibice wymuszają poniekąd takie deklaracje o awansie. Wychodzi na to, że lepiej byłoby z nimi rozmawiać dopiero po ostatniej kolejce.
Nie! Mnie po prostu chodzi o to, że za dużo jest u nas radości po wygranej w pojedynczym meczu, ale też za dużo „jazdy” po jednej przegranej. Nie jest to wypośrodkowane, są skrajne emocje. Jednak nie jest to problem jedynie GKS Katowice, tylko w całym sporcie. Mało kto patrzy całościowo i nie skupia się na celu.
Proszę wyjaśnić kibicom, jak to było z zatrudnieniem trenera Brzęczka i rolą Dariusz Motały w tym zakresie. Czy szkoleniowiec został narzucony w pakiecie?
Trener Brzęczek był na rozmowach wcześniej. Moja kandydatura pojawiła się w późniejszych rozmowach i nie miałem wpływy na zatrudnienie trenera. To nawet trener Brzęczek, gdy dowiedział się, że jestem kandydatem do objęcia takiej funkcji w klubie, to wsparł moją kandydaturę. W tamtym momencie myślę, że trener Brzęczek był dobrym wyborem. Miał doświadczenie z ekstraklasy, miał doświadczenie na boisku.
Czy w trakcie rundy rozmawiano w klubie o możliwości zmiany trenera?
Nie było takich rozmów. Po fakcie można to oceniać, że ta zmiana była potrzebna, ale w którym momencie? Moim zdaniem był jeden taki moment, w którym można było o tym myśleć. Chodzi o spotkanie w Mielcu, gdybyśmy je przegrali. Jednak tam się podnieśliśmy w nieprawdopodobny sposób. Cały czas mieliśmy jednak kontakt z miejscem premiowanym awansem. Dla mnie takiej możliwości nie było i biorę odpowiedzialność co do tej decyzji na siebie.
Trener Brzęczek zostałby na stanowisku, gdyby jednak udało nam się doczłapać do ekstraklasy?
Tak. Specyfika gry w ekstraklasie jest zupełnie inna. Wiedzieliśmy, że gralibyśmy inaczej w tej lidze jako beniaminek, doszliby też nowi zawodnicy. Margines błędu były inny niż w I lidze. Dziś na trenera Brzęczka patrzy się przez pryzmat tego wyniku, ale mogę powiedzieć to z pełną świadomością – ten trener był w 100 proc. skupiony na tym awansie. Mam wrażenie, że czasem ta obsesja w awansie była większa niż u piłkarzy. Dla wszystkich awans wiązałby się ze skokiem wyżej w hierarchii sportowej. Myślę, że jego ekspresyjna decyzja po Kluczborku była właśnie związana z tym, że ten awans mu uciekł. Ja wiem, że wszyscy patrzą na to wszystko z perspektywy wyniku w tej rundzie i nie mam z tym problemu, ale czasem trzeba patrzeć szerzej i nie podejmować decyzji na gorąco.
Może jednak trzeba było podjąć w którymś momencie takie twarde decyzje?
Dziś można o tym mówić. Ludzie podpowiadają — tam wyrzucili i lepiej zaczęli grać. Moim zdaniem jednak nie tędy droga, by stosować takie środki. Nie mogę wyrzucić zawodnika po jednym meczu, podczas gdy daje im zaufanie przez wcześniejsze 20 miesięcy. Oczywiście, może zdarzyć się skrajna sytuacja jak w innych klubach, ale model karania w czasie rundy, to nie jest model kierowania zespołem, który ja chce reprezentować i wprowadzać. U nas problemem był fakt, że w kluczowych momentach kolejni zawodnicy popełniali błędy. Przegraliśmy wszystko z czołówką. Dla mnie mentalnie nie potrafiliśmy wejść na wyższy poziom wiosną.
Czy były próby wpłynięcia na trenera, aby nie rotował składem w tak dużym stopniu i nie zmieniał pozycji zawodnikom takim jak Foszmańczyk, Mandrysz, Prokić i Abramowicz?
Zawsze rozmawiam z trenerem o takich zmianach, ale nie na zasadzie: „trzeba było tego wstawić i by się udało”. Interesuje mnie, dlaczego trener tak zadecydował, gdy wystawiał danego zawodnika w konkretnym spotkaniu. W mojej strategii zarządzania to trener jest szefem drużyny i on wybiera 11-stkę na mecz. Om podejmuje decyzje i ponosi tego konsekwencje. Ja mam mu pomóc w budowaniu kadry i mogę się z nim spierać w tym zakresie. Kto potem będzie w 11-stce lub 18-stce meczowej, to już rola trenera. Ja nigdy nie będę sugerować rozwiązań. Oczywiście kibice mają prawo oceny tych decyzji – często wracał temat Foszmańczyka. Był sprowadzany na pozycję dziesiątki, ale trener widział to inaczej. Wiedzieliśmy, że Czerwiński gra wysoko i Foszmańczyk może schodzić do środka przez to. Taka była decyzja trenera. Trener chciał znaleźć miejsce również dla Goncerza oraz Lebedyńskiego. My tę wizję akceptowaliśmy i gdyby Foszmańczyk miał np. jedną bramkę i asystę, to byśmy powiedzieli od razu, że to nie ma sensu. Jednak on miał dziewięć bramek i kilka asyst.
Trzy z nich strzelił z karnych.
Tak, trzy zostały zdobyte z rzutów karnych, ale strzelanie karnych to też duża umiejętność. Patrząc na cały sezon, był to dla niego jeden z lepszych okresów pod względem statystyk.
Co z resztą? Prokić strzela tylko z kontry, Goncerz tylko słabym i jego wynik w rundzie, to zaledwie cztery bramki. Natomiast Lebedyński zdobył dwa gole z dobitki.
Jeśli mamy analizować ofensywę w tej rundzie, to wyróżnił się jedynie Prokić. Jóźwiak może grać jeszcze lepiej, wrócił teraz do Lecha, ale uważam, że jeśli zostałby z nami, to poszedłby jeszcze bardziej do przodu. Już teraz mogę powiedzieć, że będę czynić starania, by do nas wrócił. Zadanie będzie trudne, ale to nie jest niemożliwe. Nie jesteśmy zadowoleni z Lebedyńskiego, jeśli chodzi o statystyki bramkowe. Nie mam zastrzeżeń do jego gry i pracy na boisku, ale to liczby bronią napastników. Tak samo jest z Goncerzem, który strzelał tylko słabszym rywalom. Napastnicy to jest jedna kwestia, drugą jest nasza gra w obronie, do której mam spore pretensje po tej rundzie. Znowu musimy tutaj patrzeć na wszystkich, bo cały zespół gra w obronie. Zabrakło nam odpowiedzialności defensywnej w każdej postaci.
Prokić zagrał najlepiej, zostaje Goncerz i jest chęć ściągnięcia Lebedyńskiego. Czy to nie błąd, że znowu zamkniemy się w tych trzech nazwiskach? Goncerz i Lebedyński niewiele wnieśli do zespołu walczącego o awans. Mamy obawy, czy ta formacja nie potrzebuje większych zmian.
Dużo tutaj zależy od trenera i sposobu, w jaki będzie chciał grać. Mikołaj Lebedyński ma potencjał, by zdobyć 10-12 goli w sezonie. Być może pomoże mu, jeśli zmienimy system gry i on się w nim odnajdzie. Dla mnie zawodnik, o którym wiem, że ma potencjał, dobre podejście do treningu i gry, ale przydarzy mu się słabszy okres, jest lepszym wyborem niż sprowadzenie nowego napastnika za wszelką cenę. Popatrzmy na I ligę, ona jest mocno wymagająca i mało kto chce zejść do niej z ekstraklasy. Jest więcej przypadku, szczęścia. Na tę chwilę nie ma szans, by z wyższej ligi pozyskać takiego napastnika, który da gwarancje 15-20 goli w sezonie. Chciałbym bardzo np. Śpiączkę w GieKSie, ale to jest nierealne w tym momencie.
Jakie są opcje dla tej trójki? Czy ktoś z nich może odejść? Czy będzie czwarty napastnik?
Czwarty napastnik jest jedną z opcji. Możliwe jest również, że ktoś z tej trójki nie będzie grać w nowym sezonie w naszym zespole. Wiadomo, największy znak zapytania jest z Mikołajem Lebedyńskim. Informacja na dziś jest taka, że Wisła Płock go nie chce.
Jak wygląda sytuacja z obywatelstwem Prokicia?
Złożyliśmy wszystkie wymagane dokumenty do urzędu. Teraz wszystko jest w gestii osób decyzyjnych w tej sprawie. Nie mogę jednak powiedzieć, czy decyzja zapadnie przed pierwszym meczem, czy np. w środku sezonu. Nie ma sztywnych ram, jeśli chodzi o odpowiedź w tej sprawie. Prokić ma żonę Polkę i dzieci, pracuje tutaj oraz płaci podatki. Chciałbym, aby dostał obywatelstwo, ale to niestety nie moja decyzja.
Kibice Piłka nożna
Górnik Zabrze kibicowsko
Górnik Zabrze to kibicowska i piłkarska marka, której nikomu nie trzeba przedstawiać. Klub zapisał piękną piłkarską kartę – zdobył 14 tytułów Mistrza Polski. Zabrzanie na arenie międzynarodowej rozegrali ponad 110 spotkań, dochodząc nawet do finału Pucharu Zdobywców Pucharów.
Ruch kibicowski powstał już w latach 70., a lata 80. to już czasy zorganizowanego dopingu, pierwszych zgód i utworzenia stałego składu wyjazdowego. Byli wtedy jedną z największych ekip w kraju.
Najstarszą i jedyną w Polsce zgodą KSG jest Wisłoka Dębica. Sztama została zapoczątkowana w 1988 roku podczas meczu Pucharu Polski między tymi klubami. Jednak początek ich kontaktów jest jeszcze z czasów, gdy obie ekipy miały zgodę z Cracovią. Ze względu na brak kontaktów, szczególnie że Wisłoka zawsze grała w niskiej lidze, relacje były bardzo słabe. W 1993 roku KSG miało swój wyjazd do Mielca i tam 10-osobowe wsparcie Wisłoki odświeżyło relacje i „dało kopa”. Jesienią 1993 roku roku flaga Wisłoki wisiała pierwszy raz na Roosevelta, kiedy Górnik podejmował Legię Warszawa. Mimo, że w połowie szalonych lat 90. każda z tych ekip miała po kilka zgód, finalnie pokończyły się wszystkie relacje, ale sztama Górnika z Wisłoką pozostała.
Drugą zgodą Zabrzan jest chorwacki Hajduk Split, czyli czołowa banda z Bałkanów, która jeszcze za czasów dawnej Jugosławii owiała się chuligańską sławą. W tym roku obie Torcidy będą świętować 10. rocznicę swojej przyjaźni. W 2018 roku zorganizowano sparing w celu integracji obydwu ekip, a na legendarnym stadionie Poljud pojawiło się 1500 fanów Górnika.
Słowo, które łączy obie ekipy, to oczywiście „Torcida”. Historia ekipy Hajduka to fenomen, bo grupa powstała w… 1950 roku i była pierwszą „kumatą” grupą kibiców w Europie. Wszystko zapoczątkował Mundial w Brazylii, w której ruch kibicowski brazylijskich fanów na legendarnej Maracanie nazywał się „Torcidas” (żywiołowo dopingujący kibice). Będący na mistrzostwach świata chorwaccy kibice ze Splitu na własne oczy mogli zobaczyć żywiołową atmosferę i postanowili przywieźć to na swój stadion.
W przypadku Górnika przełomowy okazał się 1999 rok. To wtedy na tle szarej Polski, gdzie wszędzie wisiały klasyczne „hooligans” czy „ultras”, powstało coś poza schematem – „Torcida Górnik”. Płótno zadebiutowało w lutym 1999 roku, kiedy Żabole grały u siebie z ŁKS-em Łódź.
Grupa w późniejszych latach decydowała o obliczu trybun Górnika. Kiedy nasza scena podzieliła się na chuliganów i ultrasów, to Żabole wyznawały zasadę, że Torcida Górnik to jedna grupa działająca ku chwale KSG. Tak było również wtedy, gdy na stadionie Górnika frekwencja była najgorszą w Ekstraklasie. Teraz ciężko sobie to wyobrazić, ale na początku lat 2000 stadion przy Roosevelta świecił pustkami. Frustracja kibiców zaczęła sięgać zenitu, szczególnie gdy zarząd tak „rozwijał” klub, że Górnik praktycznie co sezon walczył o utrzymanie. Do tego dochodziło zwyczajnie ustawiane meczów, więc oglądanie na żywo korupcji zaczynało odstraszać kibiców. W meczach z GKS-em Bełchatów czy Widzewem Łódź dochodziło do wjazdów na murawę i manifestacji, że Górnik tonie. W późniejszych latach sektor Torcidy nawiązywał do „Wielkiego Górnika”, wysyłając jasny sygnał kolejnym nieudolnym zarządom, że chcą tu poważnej piłki, a nie tylko wspomnień. Tak jest do dzisiaj, a obecność Lukasa Podolskiego wywiera dodatkową presję na urzędników z miasta, którzy latami uprawiali politykę na Górniku.
Kiedy klub borykał się z problemami finansowymi i organizacyjnymi, a stadion odwiedzała garstka widzów, to Torcida w 2006 roku wyszła z inicjatywą zrobienia biletów w cenie 5 złotych. Była to symboliczna kwota, jednak rozbudziła kibiców do wspierania Górnika. Dla przykładu na mecz z Amicą Wronki potrafiło przyjść 18000 widzów.
Na stadionie Górnika były rozgrywane również mecz reprezentacji, na których działo się naprawdę sporo. Zjeżdżały się bandy z całego kraju, a wszystkie topowe ekipy wyjaśniały między sobą waśnie, szczególnie te, które nie mogły spotkać się ze sobą w lidze (np. Arka Gdynia, swój chuligański prime pod dowództwem ŚP. Rybaka, pokazywała na Górnym Śląsku). Podczas meczu Polska – Słowacja doszło do precedensu, czyli utworzenia „Śląskiej siły” – Górnik związał się zgodą z… Ruchem Chorzów.
Dla Arkowców ten „miraż” był niedopuszczalny i zakończyli zgodę z Górnikiem podczas meczu Pucharu Polski w Gdyni.
Sama sztama Ruchu z Górnikiem była, jak przyznają sami Zabrzanie, jednym wielkim nieporozumieniem, ale… była. Płótna Górnika wisiały na ul. Cichej.
W rodzinie Górnika znajduje się imponująca liczba fan clubów, które tworzą atmosferę na swoim stadionie lub skupiają wyłącznie na KSG. Concordia Knurów, ŁTS Łabędy, Naprzód Rytudłtowy czy Slavia Ruda Śląska to ekipy które dorastały pod skrzydłami Górnika, ale działały też lokalnie.
Te ekipy łączy również ROW Rybnik. Rybniczanie widywali się na meczach Górnika i jednocześnie wspierali ROW na lokalnym podwórku. Do tego sekcja żużla w Rybniku gromadziła dużo ludzi na stadionie, ale Gladiators (ekipa ROW) postanowili odciąć się od żużla i zostali kibicowską bandą, która udziela się jedynie na piłce nożnej. Taka droga sprawiła, że zostali składem niezależnym, a podczas meczu Pucharu Polski w 2017 roku zaprezentowano łączona flagę „Gladiators & Torcida” i był to oficjalny dzień przybicia zgody. Chwilę wcześniej ROW grał swój ligowy pojedynek w Jastrzębiu-Zdroju, na którym Persona Non Grata, obok KSG, pojawiła się w 60 osób. Od tego dnia połączył nas (GieKSę i ROW) układ chuligański, jednocześnie tworząc Śląską trójcę. Pod koniec zeszłego roku ROW zakończył 8-letnią zgodę z Górnikiem. Rybniczanie zgodę mają jedynie z Wisłoką Dębica, która od 2013 roku trzyma się także z ROW-em.
Nasza piłkarska i kibicowska historia jest ogromna. W 1965 roku, jako beniaminek Ekstraklasy, zagraliśmy pierwszy mecz z, 6-krotnym wówczas mistrzem kraju, Górnikiem Zabrze. Spotkanie odbyło się na Stadionie Śląskim w obecności 27000 widzów. W tej liczbie było oczywiście mnóstwo sympatyków z Zabrza. GKS przegrał 2:3.
Wiosną 1967 roku w Zabrzu przegraliśmy 0:3 w obecności 15000 widzów.
Wiosną 1969 roku na oczach 60000 kibiców zagraliśmy na Stadionie Śląskim derby, które były już pierwszym przebłyskiem, że piłkarze Górnika nie tylko z Ruchem Chorzów będą toczyć zacięte boje. Przegrywali z nami 1:2, ale w 81. minucie wyrównali na 2:2 i… arbiter bramki nie uznał, przez co doszło do bijatyki i przerwania meczu. GKS otrzymał walkower 3:0, a Legia Warszawa o 2 punkty wyprzedziła Górnik, sięgając po mistrzostwo kraju.
Nasza rywalizacja trwała do wiosny 1971 roku. Wszystkie wyjazdowe spotkania z Górnikiem przegrywaliśmy, natomiast „u siebie” Stadion Śląski nam służył – udawało nam się postawić i wygrywać pojedynki. Niestety przyszedł moment, że opuściliśmy szeregi najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce.
W 1979 roku awansowaliśmy na jeden sezon, ale w 1982 roku wróciliśmy na dobre do elity. Za chwilę zaczęliśmy pisać swoją „dekadę GieKSy”, a na trybunach zaczął się tworzyć pierwszy młyn.
Wiosną 1984 roku wygraliśmy 2:1 w Zabrzu, a piłkarzy GieKSy wspierało 150 trójkolorowych fanów. Mimo, że wcześniej GKS miał kibiców i jeździł do Zabrza, to od tej daty możemy mówić o pierwszych zorganizowanych wyjazdach w naszym wykonaniu.
Jesienią 1984 roku zremisowaliśmy u siebie 0:0, a naszymi strojami domowymi stały się czerwone trykoty. Świeżo oddany do użytku został Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy 1:2 w Zabrzu, a nasza 250 osobowa ekipa zaliczyła pierwszy rozdział końca zgody, którą zerwał Górnik. Ale… ciężko nazwać tamtą relacją zgodą. Nie było oficjalnego dnia zapoczątkowania, w marcu mieliśmy koniec, a po trzech miesiącach… kibice KSG pojechali z nami na finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź do Warszawy.
W marcu 1986 roku pojechaliśmy do Zabrza w 1000 osób, co na tamte czasy było znakomitą liczbą. Fani KSG chcieli odnowienia zgody, ale tym razem GKS odmówił.
Chwilę później, 1 maja 1986 roku, rozegraliśmy swój drugi z rzędu finał Pucharu Polski. Tym razem z Górnikiem. Mecz był wyjątkowy pod wieloma względami. Pierwszy raz sięgnęliśmy po wymarzony puchar, a całej Polsce przedstawił się śp. Jan Furtok, strzelając trzy gole. Wśród 60000 zgromadzonych widzów na stadionie, GieKSiarze uformowali się w 2000 osób, mając wsparcie ŁKS-u Łódź, Hutnika Kraków, Śląska Wrocław i Arki Gdynia. Arka i ŁKS, którzy mieli zgodę z obiema ekipami, podzielili się na dwie grupy. Górnik mógł liczyć na doping 5000 kibiców, będąc wspieranym przez część Arkowców, ŁKS-iaków oraz 200 fanów Polonii Bytom, którzy mieli wtedy sztamę z KSG (co teraz może wydawał się nieprawdopodobne). Zagłębie Lubin także miało zgodę z nami i Górnikiem, jednak zasiadło z KSG i nasza roczna zgoda przeszła do historii. Nikt nie brał pod uwagę, że świeżo upieczony Mistrz Polski Górnik może przegrać, więc po końcowym gwizdku GKS poprosił Zabrzan o… szampany, które ci przyszykowali do świętowania sukcesu.
Jesienią 1986 roku graliśmy na Roosevelta. Stadion był wypełniony po brzegi, a na obiekcie pojawiło się 2000 GieKSiarzy, co było naszą rekordową liczbą. Górnik wygrał 1:0.
Wiosną 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, a mecz zgromadził… 32000 widzów, w tym 2000 fanów Górnika. Derby wygrał Górnik 1:0.
W tej samej rundzie w maju zagraliśmy również ćwierćfinał Pucharu Polski. Na stadionie przy Roosevelta pojawiło się 20000 widzów, którzy oglądali awans GieKSy, wspieranej ponownie przez 2000 kibiców. Ostatecznie trzeci raz z rzędu awansowaliśmy do finału Pucharu Polski, ale w Opolu pokonała nas nasza ówczesna zgoda z Wrocławia.
Jesienią 1987 roku zagraliśmy na Stadionie Śląskim, który zgromadził 20000 widzów. Spotkanie zakończyło się remisem 3:3.
W rewanżu wiosną 1988 roku również padł remis, ale 1:1. Wśród widowni liczącej 22000 widzów było aż 3000 GieKSiarzy. Były to czasy, kiedy pojawiły się pierwsze płótna z napisami, oprócz klasycznych barwówek. Tego dnia w Zabrzu czekał na nas komitet powitalny Górnika i doszło do starcia na dworcu.
Jesienią 1988 roku podejmowaliśmy Górnik przy ponad 10000 widowni. Piłkarze, po zaciętym boju, wygrali 3:2.
Wiosną 1989 roku polegliśmy 2:3 na Roosevelta. Mecz, mimo środku tygodnia, zgromadził komplet widzów, a GieKSiarze zameldowali się w 2500 osób.
W listopadzie 1989 roku wygraliśmy 1:0 (po bramce Marka Świerczewskiego) na Bukowej.
W lipcu 1990 roku pokonaliśmy Górnik 2:1. Rok 1990 przyniósł znaczący spadek zainteresowania meczami ligowymi, frekwencja na polskich trybunach wyraźnie się obniżyła wraz z upadkiem systemu komunistycznego i początkiem głębokich przemian społeczno-gospodarczych. Nie inaczej było na naszym stadionie – mecz na szczycie zgromadził jedynie 4200 widzów.
Wiosną 1991 roku przegraliśmy 0:2 w Zabrzu, a na meczu pojawiło się 2000 GieKSiarzy. Nasza ekipa wjechała w radiowozy, które zatrzymały naszych kibiców, a na trybunach goniliśmy się z gospodarzami. Na stadionie było 8500 widzów, co też pokazuje spadającą frekwencję. Nasza liga stała się coraz bardziej „przewidywalna” i to także miało wpływ na kibiców, którzy przestali uczęszczać na ustawiane spotkania.
Jesienią 1991 roku zagraliśmy na Roosevelta. Na wyjeździe obecnych było 1500 GieKSiarzy, w tym GKS Tychy, z którymi mieliśmy zgodę. Górnik był wspierany przez Arkę Gdynia, z którą nasze drogi rozeszły się pod koniec lat 80.
Miesiąc później kibice GieKSy byli ponownie na Górniku, ale nie na swoim meczu. Idol trybun z Blaszoka, który odszedł robić karierę w Bundeslidze – śp. Jan Furtok zawitał tam w europejskich pucharach ze swoim Hamburgiem SV. Górnik poległ 0:3, ale Jasiu gola nie strzelił. 100-osobowa ekipa GieKSy często pozdrawiała swojego ulubieńca, zajmując miejsce za bramką z dwiema flagami.
W czerwcu 1992 roku spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik z Miedzią Legnica. Był to okres, w którym z KSG mieliśmy już kosę, a z Miedzianką sztamę. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu dwukrotnie doszlo do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie na stałe będą zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
6 marca 1993 roku mieliśmy grać derby z Górnikiem Zabrze, ale ten mecz przeszedł do historii naszego ruchu kibicowskiego z innego powodu. Atak zimy i zły stan murawy sprawił, że nasze derby zostały odwołane. W drodze powrotnej 200-osobowa grupa kibiców GKS-u Katowice postanowiła pojechać na Cichą, gdzie Ruch Chorzów podejmował Pogoń Szczecin. Niepokojeni przez nikogo zasiedlismy na trybunach niebieskich, rozwieszając swoją trójkolorową flagę. Był to czas kiedy panował „cieplejszy” okres między naszymi ekipami, który w dzisiejszym kibicowskim sloganie brzmiałby po prostu jako układ. Tego dnia pokazali się także kibice KSG, którzy w 200 osób zasiedli obok 100-osobowej grupy Portowców, robiąc z nimi zgodę na jeden mecz. W trakcie meczu kibice Ruchu proponowali naszej grupie przyjście w stronę młyna, ale wzajemna nieufność zwyciężyła i w przerwie zapadła decyzja, że GKS Katowice opuszcza Cichą. Przy wyjściu w okolicach kas zrobiło się nerwowo, co było początkiem bójki kibiców GieKSy i Ruchu oraz ostatecznym gwoździem do trumny jakichkolwiek dobrych relacji między nami.
W maju został rozegrany zaległy mecz. Na widowni zasiadło jedynie 3500 widzów, z czego 1000 samej GieKSy. Mecz zakończył się remisem 1:1. Co ciekawe, wśród naszego oflagowania znajdowało się już Jaworzno, które stanie się później naszym bastionem oraz… Chorzów.
Jesienią 1993 roku graliśmy znów w Zabrzu. Tym razem Górnik wygrał 4:2, a GKS wspierało 1500 GieKSiarzy.
W marcu 1994 roku doszło do afery na Bukowej. GieKSa walczyła z Górnikiem o Mistrzostwo Polski. Górnik, po bramce Dariusza Koseły w 21. minucie, prowadził 1:0. W 72. minucie doszło do awarii jednego… jupitera. Sędzia, nie widząc czterech cieni, przerwał mecz, a powtórka została przeniesiona na 20 kwietnia. Uznano, że… trzeba powtórzyć całe spotkanie. W środę na trybunach pojawiło się 8000 widzów, z czego 2500 stanowili fani Górnika, którzy wciąż wierzyli, że sięgną po 15. tytuł. Zadedykowali nam transparent „GKS oszuści”, wymierzony głównie w Mariana Dziurowicza, którego obwiniali za przekręt z awarią oświetlenia. Fani GieKSy nie byli dłużni i zaprezentowali skrojone płótno Zabrzan. Mecz zakończył się wynikiem 1:1, a nasze dwie drużyny pogodziła Legia Warszawa, która przekręciła Górnik w decydującym meczu na Łazienkowskiej i sięgnęła po tytuł, który rok wcześniej odebrał, po „niedzieli cudów”, jej PZPN.
Jesienią 1994 roku graliśmy ponownie na GieKSie. Tym razem Górnik zawitał w 700 osób. Było sporo ganianek i wzajemnego krojenia się. GKS zdobył 3 flagi barwówki i zaprezentował Żabolom… trumnę.
Zanim doszło do rundy rewanżowej, to w styczniu 1995 roku po raz pierwszy zorganizowano EB Sport Cup – turniej halowy w Spodku. Tego dnia wystąpiło 5 drużyn: GieKSa, Ruch, ŁKS, Legia i Górnik. Mieszanka wybuchowa, ale podczas turnieju doszło jedynie do naszego starcia z Legią w okolicach bufetu. Turniej wygrał Górnik.
W maju 1995 roku graliśmy w Zabrzu. Było to chwilę przed utworzeniem „Śląskiej siły”, gdy na meczu Polska – Słowacja, Górnik z Ruchem związali się paktem. Na naszych piłkarzy jadących przez Lipiny (dzielnicę Świętochłowic) ustawili się… fani KSG i HKS-u, obrzucając piłkarzy kamieniami. GieKSiarze wspierali klub w 700 osób.
We wrześniu 1995 roku na jesień graliśmy w Katowicach. Na Bukowej pojawiło się jedynie 2500 widzów, z czego 700 Górnika. GKS wygrał 2:0.
W styczniu 1996 roku był kolejna edycja turnieju w Spodku. Tym razem wystąpili: GKS, Górnik, Ruch, Stal Mielec, Widzew Łódź, Jeziorak Iława i Raków Częstochowa. GieKSa wystawiła młyn sięgający 1800 osób, Niebiescy w 1500 fanów byli drugą liczbą pod halą, a Górnik w 1000 sympatyków dopingował swój zespół. Turniej wygrał Raków.
Wiosną 1996 toku rozegraliśmy derby na Roosevelta. W 1500 osób byliśmy świadkami nie lada wyczynu, bo wygraliśmy aż 4:0. Widzów pojawiło się łącznie 6300.
W listopadzie 1996 roku zostały rozegrane wyjątkowe derby z Górnikiem. 2 listopada została oficjalnie zawiązana zgoda z Banikiem Ostrava, który zawitał w 13 osób z flagą „Slezska Ostrava”. Z Zabrza pojawiło się 1800 osób. GKS wygrał 1:0.
W styczniu 1997 roku mieliśmy kolejną odsłonę EB Sport Cup w Spodku. GieKSa wystawiła 2000 (w tym 8 fanów Banika) młyn. Ruch był w 2000, a Górnik w 1300 osób. Na turnieju obecni byli również: ŁKS Łódź & GKS Tychy, Raków, Lech Poznań, Widzew i Odra Wodzisław, która związała się zgodą z Medalikami. Turniej wygrał Kolejorz, pokonując nas w finale.
W czerwcu 1997 roku wybraliśmy się do Zabrza w 600 osób. Z nami był Banik z flagą. Górnik wygrał 3:1.
Jesienią w listopadzie ponownie zagraliśmy w Zabrzu. Pojawiliśmy się w 600 osób, oglądając remis 1:1.
Styczeń 1998 rok, to już tradycyjnie rozgrywki w Spodku, ale to, co wydarzało się tego dnia, media nazwały „Spodek Terror Cup”. Eskalacja przemocy sięgnęła apogeum, szczególnie na linii GKS – Ruch – Górnik. W pewnym momencie doszło do sytuacji, że GieKSa sama musiała walczyć na dwa fronty z Ruchem i Górnikiem. Największym sukcesem organizatorów było to, że nikt nie zginął. GieKSa wystawiła 1500 (w tym 18 Banik) osób w młynie , najmocniej zmobilizował się Ruch pojawiając się w 1800 fanów, natomiast Górnik był w 1000 osób. Było to świeżo po śmierci śp. Przemka Czai w Słupsk. Tego dnia obecni byli również: Wisła Kraków, ŁKS Łódź, Odra Wodzisław, Raków Częstochowa i Lech Poznań, który – przy panującym zamieszaniu – nie został już wpuszczony na halę. GKS wygrał turniej.
Przed rozegraniem rewanżu z Górnikiem, graliśmy przerwane derby z Ruchem na Bukowej. Doszło wtedy do jednej z największej awantury w historii całego polskiego ruchu kibicowskiego. Blaszok wywiesił w kierunku Ruchu transparent dwóch świń, nawiązując do sytuacji ze Spodka, kiedy razem z Górnikiem zaatakowali nas z dwóch stron.
Wiosną 1998 roku w czerwcu podejmowaliśmy Górnik. KSG zawitał w 600 osób i pierwszy raz w historii zajął Trybunę Północną. Na murawie 1:1.
W październiku graliśmy z Górnikiem w Zabrzu. Wśród 3000 widzów było 350 GieKSy. KSG odpalił race i wygrał 2:1.
W styczniu 1999 roku został rozegrany turniej w Spodku z „serii EB Sport”. Skład był ubogi: GKS jako gospodarz, Górnik, GKS Bełchatów, SFC Opava, Odra Wodzisław, Widzew Łódź, FK Teplice i Ruch Radzionków. Organizatorzy tak dobrali zespoły, żeby panował spokój, natomiast ceny wywindowano tak wysoko (plus była transmisja Canal+), że na hali zjawiło się… 800 osób. GieKSy było… 90 osób, Górnika 60, a reszta stawiła się po kilkanaście osób. Banik zawitał w 35 osób, ale na turniej poszły dwie osoby, reszta umacniała z nami zgodę w knajpie. Turniej wygrały Cidry i po tej edycji zakończono te rozgrywki.
Podczas picia w pubie, został podjęty temat sparingu Górnik Zabrze – Banik Ostrava, który miał zostać rozegrany trzy dni później, na głównej płycie KSG. Banik, we wtorkowy poranek, przyjechał w 12 osób, ale doznał szoku, że będzie miał wsparcie… 140 GieKSiarzy. Fani Górnika o niczym nie wiedzieli, ale gdy doszła do nich nowina, że GieKSa zajęła Sektor 13, to Zabrzanie pozbierali się na szybko i doszło do ganianek po stadionie i wokół obiektu.
W maju 1999 roku zagraliśmy z Górnikiem na Bukowej, którego wspierało 400 fanów. Na meczu cały czas bluzgi, bo Górnik zaczynał świętować nasz spadek. Remis 1:1 nas od tego nie uchronił i pożegnaliśmy Ekstraklasę. Na szczęście banicja trwała tylko jeden sezon.
Po awansie w 2000 roku do Ekstraklasy mogliśmy znów toczyć derbową rywalizację z Górnikiem. W listopadzie zagraliśmy w Zabrzu przy 4000 widzów, z czego 800 GieKSy. Torcida wystawia 1200 młyn, ale na płocie wisiały jedynie zdobyczne płótna Stomilu Olszyn, Cidrów i Lecha Poznań, a miejscowi bluzgali swój zarząd.
Wiosną 2001 roku graliśmy ostatni mecz sezonu z KSG. Tym razem Górnik drżał o utrzymanie. Do Katowic zawitało 500 najwierniejszych fanów z Roosevelta. Co tu kłamać, mecz z cyklu „tak miało być”, a bramka Piotra Gierczaka z rzutu karnego w 90. minucie na 1:1 dała utrzymanie Górnikowi bez gry w barażach. Zanim Gierczak strzelił bramkę Piotrkowi Lechowi, zawodnicy „nie zrozumieli się” i piłka leciała tam, gdzie „kładł się” Lech, jednak była tak „dobrze” uderzona, że wpadła do bramki. W Canal+ mieli awarię techniczną i z całej kolejki skrót tego meczu nie został zaprezentowany na antenie, jedynie suchy wynik. Po końcowym gwizdku nastąpił tradycyjny wjazd na murawę po koszulki zawodników.
W sierpniu 2001 roku graliśmy w Zabrzu. Derby miały klimat, ale ze względu na wprowadzane elementy (konfetti, baloniki czy race), bo frekwencja była marna, ale normalna na tamte czasy – 3000 widzów, w tym 400 GieKSiarzy. W tamtym sezonie mieliśmy podział ligi na Grupę A i Grupę B, z których po 4 drużyny trafiały następnie do grupy Mistrzowskiej i Spadkowej. Na murawie 1:1.
W październiku ponownie graliśmy na Roosevelta, tym razem w Pucharze Polski. GKS przegrał 1:4, a środowy mecz zgromadził… 995 widzów, z czego 122 GieKSiarzy. To było jedno z najsłabszych naszych spotkań na trybunach.
Po 2 tygodniach graliśmy ponownie, tym razem w lidze i na Bukowej. Mecz zgromadził 5000 widzów, w tym 400 kibiców KSG, którzy odpalili race. Elementem derbów Górnego Śląska były flagi na kijach, które piłkarze zabierali w tunelu i przekazywali Blaszokowi. GieKSa wygrała 1:0 i jak się później okazało, awansowaliśmy do Grupy Mistrzowskiej, a Zabrzanie znaleźli się Grupie Spadkowej.
Jesienią 2002 roku zagraliśmy na Bukowej. Piotr Dziurowicz, który po Magnacie nieudolnie prowadził klub, pozyskał sponsora, którego jednym z wymogów była zmiana nazwy klubu na… Dospel Katowice. Cały cyrk rozegrał się bez wiedzy fanów. Delegacja kibiców udała się do Częstochowy na rozmowy z tą firmą, jednak przyniosły one fiasko i zaczęła się wojna z pseudosponsorem. Grupa NFG zaprezentowała napis ze steropianu: „W nazwie Dospel, w sercu GKS”. Oprawę poświęcono firmie od wentylatorów – młot uderzał w kowadło z napisem Dospel. Żabole zawitali w 800 osób, tworząc – jako pierwsza ekipa w kraju – dwustronną kartoniadę na wyjeździe. Wspierała ich tego dnia Petrochemia Płock, z którą pół roku wcześniej przybili zgodę. W trakcie meczu, mimo wciąż trwające kosy, nie było wzajemnych pocisków. Oficjalnie zadebiutowało także płótno „Persona Non Grata”. GKS wygrał 2:0.
W maju 2003 roku ambitnie maszerowaliśmy w tabeli i ostatecznie po 8 latach wróciły europejskie rozgrywki do Katowic. W Zabrzu GieKSa wygrała 3:1, a oglądało to 400 GieKSiarzy, którzy na sektorówce przedstawili Homera duszącego Barta Simpsona (postać kojarzoną z Torcidą). Górnik nie był nam dłużny i zaprezentował oprawę z datami mistrzowskich tytułów, jednocześnie adresując nam transparent o treści „Zawsze będziecie w naszym cieniu”. Pokazano także sektorówkę z Bartem (w roli diabła) z dopiskiem „W raju jest pięknie, ale w piekle jest Torcida”. Było to hasło zapożyczone od kibiców Hajduka Split, z którymi po kilkunastu latach KSG zrobi zgodę.
Jesienią 2003 roku graliśmy na Bukowej. Na murawie padło nudne 0:0, a na trybunach – mimo wzajemnych pocisków derbowych przy obecności 550 kibiców Górnika – nie zabrakło również kibicowskiej solidarności. W trakcie tamtego sezonu PZPN wprowadził „chip”, czyli kartę bez której nie można było wejść do sektora gości. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, zaprotestowała i na domowym meczu ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki wywiesiliśmy transparent „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami przecz z chipami!”. Drugą ekipą, która potępiła ten wymysł, był Górnik Zabrze właśnie na naszych derbach. Wspólnie „pozdrawialiśmy” PZPN oraz wywiesiliśmy transparenty anty-chipowe. Przez te regulacje w całym kraju spadły liczby wyjazdowe, co nie ominęło również nas. Torcida oprawę zadedykowała swoich licznym fan clubom.
Wiosną 2004 roku w Zabrzu obecnych było 270 GieKSiarzy. Deszczowy stadion zgromadził łącznie 3600 koneserów, a fanatycy obu ekip ratowali nudne derby pirotechniką. Górnik z okazji naszych 40. urodzin wywiesił kartkę urodzinową z życzeniami: „40 lot już grocie, a wiela to majstrów mocie?”. Na boisku padł remis 1:1.
W październiku 2004 roku zagraliśmy w Zabrzu w Pucharze Polski. Na stadionie pojawiło się ledwo 2000 widzów, w tym 200 GieKSiarzy. Górnicy z klimatyczną oprawą „Futbolowi pasjonaci”. Górnik pokonał nas 1:0.
Miesiąc później w Zabrzu graliśmy już ligę. GieKSa przegrała 1:4 i pomału dochodziło do nas, że – mimo wygonienia Dospelu – to będzie ciężki sezon, bo klub finansowo i organizacyjnie wyglądał fatalnie. Na Roosevelta było skromne 3000 widzów, w tym 350 GieKSiarzy, którzy transparent zadedykowali Mirosławowi Widuchowi, który przekroczył barierę przeszło 300 spotkań dla GieKSy. Oprócz tego balony z piro. Żabole z przekazem o śląskim futbolu tonącym w bagnie.
Tydzień później znowu derby… Pod koniec listopada o 13:00 rozegrano na Bukowej rewanż Pucharu Polski, który zgromadził ledwo 1000 widzów, w tym 300 KSG, wspieranych przez Nafciarzy i Wisłokę. Górnik zwyciężył 2:1 i awansował.
19 czerwca 2005 roku był dla nas końcem gry w Ekstraklasie. Były to najsmutniejsze derby z Górnikiem w całej naszej historii, mimo zwycięstwa 1:0 w doliczonym czasie gry. Mecz obył się bez publiczności (z powodu zamieszek po „słynnym” meczu z Odrą Wodzisław i show „sędziego” Borskiego oraz prowokatora Rockiego), a pod kasami zgromadziła się garstka najwierniejszych kibiców. Piłkarzom towarzyszył transparent „Dopóki walczysz jesteś zwycięzcą” i tak zakończyła się nasza przygoda z najwyższą klasą rozgrywkową…
W czerwcu 2007 roku na Jagiellonię Białystok, która jechała w ponad 1000 osób na mecz do Sosnowca, ustawiła się koalicja KSGKS. Był to oficjalny początek naszego układu chuligańskiego.
W lipcu 2007 roku został rozegrany sparing Górnik – GKS. Był to test nie tylko dla piłkarzy przed starem ligi, ale także dla obu ekip, ze względu na nową relacje chuligańską. Stadion zgromadził aż 7000 widzów, a nasz spontaniczny wyjazd liczył 700 osób. Na stadionie zadebiutowała chuligańska flaga „Persona Non Grata”.
We wrześniu podejmowaliśmy Wisłę Płock, która zaliczyła jeden z najlepszych wyjazdów do nas w swojej historii, przyjeżdżając w 650 osób. Liczba znakomita, ale lwią część zrobił Górnik Zabrze, dając 450-osobowe wsparcie. Były to już zdecydowanie inne relacje z Torcidą, a niedługo później zgoda ZKS i KSG, zapoczątkowana 24.04.2002 roku, przeszła do historii (8.12.2007).
We wrześniu podejmowaliśmy Motor Lublin, a spotkanie bez wątpienia było meczem rundy jesiennej. Motor przyjechał 450 osób, ale ich spóźnienie – przez gonitwę z Koroniarzami zbierającymi się na wyjazd do Łodzi – sprawiło, że koalicja Banik & GKS & Górnik & JKS w sile 220 osób nie mogła ich „przywitać” na trasie. Na meczu Ultras GieKSa zaprezentowała fantastyczną oprawę „Fanatyczny styl życia”.
We wrześniu 2008 roku w Pucharze Polski wylosowaliśmy Górnik Zabrze, co wzbudziło ogromne zainteresowanie, głównie ze względu na coraz lepsze relacje z Torcidą. Mimo trwania układu chuliganów, nasze społeczności kibicowskie coraz śmielej i bardziej otwarcie zaczynały siebie wzajemnie szanować. Derby nazwano „Śląski klasyk” i pod taką nazwą funkcjonują do dzisiaj. Bilety wyprzedano trzy tygodnie przed meczem, a na trybunach – mimo środku tygodnia – zgromadziło się ponad 9000 widzów, w tym 800 Żaboli. Niezliczona ilość pirotechniki i „prime” grupy Ultras GieKSa, która zaprezentowała oprawę, spuszczając napis „GKS Katowice” (na wzór flagi, która debiutowała w Nowej Soli). Po dogrywce Górnik wygrał 4:3.
Nasza chuligańska relacja z Górnikiem stale się rozwijała i działo się dużo. Przekonać się o tym mogło chociażby Zagłębie Sosnowiec wracające ze Szczecina. Natomiast w kwietniu miała odbyć się największa ustawka w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Legia Warszawa, wspólnie z Zagłębiem i BKS-em, zapowiedzieli się 350-osobową bandą, a po stronie GieKSy i Górnika, przy wsparciu Banika, nasz skład liczył…600 osób! Walka pod Tychami nie doszła do skutku przez służby mundurowe. Mimo niedoszłego starcia, chuligani Banika oraz Górnika mogli się bliżej poznać. Miesiąc później Torcida, u boku Banika i GieKSy, wzięła udział w walce po 120 osób ze Spartą Praga. Nasza górnicza brać wygrała. To wszystko sprawiało, że relacje GieKSy z Górnikiem zmierzały w jednym kierunku.
1 sierpnia 2009 kibicowska Polska dowiedziała się, że GKS Katowice i Górnik Zabrze łączy zgoda. Żabole w 150 osób pojechali na nasz wyjazd do Szczecina i to własnie od tego momentu oficjalnie łączyła nas sztama.
Derby w Zabrzu, mimo tropikalnego żaru, ściągnęły 24000 widzów, w tym 3500 fanów GieKSy, co w czasach „nowożytnych” było naszą najlepszą liczbą w historii. Ten mecz był świętem i dosłownie przełamaniem granic, kiedy sektory buforowe po obu stronach pękły, a ochrona nie mogła powstrzymać GieKSiarzy i Żaboli, którzy wspólnie usiedli i zaczęli wymieniać się szalikami oraz wspólnie pić piwo.
W listopadzie 2009 roku rozegraliśmy mecz z Pogonią awansem z rundy wiosennej. Jest to warte odnotowania, bo – świeżo po przybiciu sztamy – Górnik wsparł nas w aż 1000 osób! To było najliczniejsze wsparcie w historii, jakie otrzymaliśmy od Żaboli. Z kolei Portowcy, którzy zawitali w 265 osób (w tym 10 Legia Warszawa), byli nieświadomi, że są ostatnią ekipą ,która zasiadła na Trybunie Północnej. Legendarna trybuna została najpierw wyłączona z użytkowania przez zły stan techniczny, a ostatecznie w 2012 roku wyburzona.
Wiosną 2010 roku graliśmy derby z Górnikiem. Sektor gości był nieczynny, ale Górnik dostał sektory 5 i 6 na Trybunie Głównej, zajmując je w 2500 osób. Była to najlepsza liczba Górnika na naszym starym stadionie. Mecz to święto, okraszone oprawą ultrasów z hasłem „Gwiazdy sceny ultras”. Przed spotkaniem owację na stojąco od 8000 widzów otrzymał Grzegorz Proksa, który zdobył pas Mistrza Unii Europejskiej.
W zimie 2011 roku koalicja GieKSa & Górnik w 230 osób pojechała do Rzeszowa. Na hali miał pojawić się przedstawiciel Psycho Fans i jego koledzy na trybunach (nie pojawili się), a ostatecznie przegoniliśmy gospodarzy ze Stali.
Jesienią 2013 roku podejmowaliśmy ROW Rybnik. Ówczesna zgoda Górnika zawitała w komplecie (409), do nowej klatki. Torcida neutralnie zasiadła w sektorze 6 w liczbie 400 osób.
Wiosną 2014 roku graliśmy w Rybniku. Na czwartkowym wyjeździe obecnych było 550 GieKSiarzy, w tym 60 Banik Ostrava. ROW wystawił młyn na 800 głów, a Górnik – podobnie jak w Katowicach – zasiadł neutralnie w 500 osób.
W lutym 2016 roku Górnik, na meczu z Ruchem Chorzów, otwierał nowy stadion. Nasza delegacja wsparła KSG w 1000 osób. Było to nasze najliczniejsze wsparcie w historii naszej zgody. Dzień wcześniej na turnieju Torcida Cup została przybita oficjalna sztama KSG z Hajdukiem.
Jesienią 2016 roku meczem rundy był Śląski Klasyk z Górnikiem Zabrze, który spadł z Ekstraklasy. Górnik otrzymał od nas, oprócz sektor gości, sektor 5 i 6 Trybuny Głównej, co pozwoliło 1800 fanom KSG obejrzeć mecz, który zakończył się wynikiem 1:1. Ultras GieKSa zaprezentowała kilka wielopunktowych choreografii, pokrytych za każdym razem pirotechniką.
W maju 2017 roku graliśmy w Zabrzu. Oba kluby walczyły wtedy o awans do Ekstraklasy. Górnik był w gorszym położeniu, ale pokonał nas 1:0 i ostatecznie wrócił do elity. Na wtorkowym wyjeździe pojawiliśmy w 2535 osób, w tym 191 Banika.
W późniejszych latach, po przybiciu układu chuligańskiego z ROW-em, widywaliśmy się z Górnikiem wielokrotnie na turniejach kibicowskich, swoich ważnych meczach, ale łączący nas wszystkich wspólny wróg z Chorzowa grał na poziomie 2. ligi. W sezonie 2019/2020 spotkał się w jednej lidze z ROW Rybnik, więc to do Rybnika zjechała się „Śląska trójca”.
Właśnie w 2019 roku świętowaliśmy 10-lecie zgody z KSG. Podejmowaliśmy Gryf Wejheowo, a Blaszok zaprezentował transparent: „Łączy nas wiele złego i chuj wam do tego!”. Na sektorówce był Homer i Bart Simpson, którzy wspólnie pili piwo. Było to oczywiście nawiązanie do 2003 roku, kiedy będąc w Zabrzu i mając jeszcze kosę między sobą, zaprezentowaliśmy Homera, który dusił Barta. Nasza koalicja postanowiła uczcić rocznicę, ustawiając się na Piasta Gliwice, który jechał do Tychów, wspierać GKS Jastrzębie. Do niczego ostatecznie nie doszło, bo Piast wysiadł, ale obecni byli także mundurowi.
We wrześniu 2022 roku rozgrywaliśmy mecz w Pucharze Polski, jednak byliśmy w trakcie bojkotu i pojawialiśmy się jedynie pod stadionem. Nie inaczej było tego dnia, kiedy wspólnie z Górnikiem w liczbie 1000 osób wspólnie zostaliśmy pod kasami. Górnik wygrał 2:1 i awansował dalej. Po meczu piłkarze podziękowali nam za doping.
Rok później znowu trafiliśmy na Górnik w Pucharze Polski. Tym razem na Bukowej przegraliśmy 0:4, ale mecz odbył się już z kibicami na trybunach. Zabrzanie oszacowali się na około 1000 osób, a na stadionie zasiadło łącznie prawie 6 tys. ludzi.
W styczniu 2024 roku reaktywowany został turniej halowy w Spodku, po 25 latach nazwany „Spodek Super Sup”. Wystąpili w nim GieKSiarze (2000 osób) oraz Banik (270), Górnik (1000), ROW (134), Żeleziarne Podbrezova i Podbeskdzie-Bielsko Biała.
Rok 2024 był dla nas przełomowy – po 19 latach wróciliśmy na salony. Po 20 latach derby z Górnikiem mogliśmy ponownie rozegrać na poziomie Ekstraklasy. Pierwszy pojedynek odbył się na Roosevelta, gdzie dzięki uprzejmości gospodarzy dostaliśmy całą trybunę za bramką. Nasza liczba tego dnia to było 4211 osób, co było naszym najlepszym wyjazdem w historii. Na trybunach ultrasi obu grup nie oszczędzali się z pirotechniką. W obecności 22000 widzów Górnik pokonał nas 3:0.
W styczniu 2025 roku odbyła się druga edycja Spodek Super Cup. Tym razem hala pękała w szwach, gromadząc zaprzyjaźnione składy z rodziny GieKSy. Oprócz nas (2500) był Górnik (1350), Banik (210), ROW (145), Spartak Trnava (130), JKS Jarosław (110) i Wisłoka Dębica (110).
Rewanż z KSG miał miejsce w marcu 2025 roku. Był to wyjątkowy dzień dla całego miasta Katowic i społeczności GieKSy – otwieraliśmy nowy stadion, na który czekaliśmy ponad dwie dekady. Śląski Klasyk zgromadził komplet, czyli ponad 15000 widzów. Torcida otrzymała trybunę za bramką i pojawiła się w 2906 osób, tym samym odnotowując swój najlepszy wyjazd w historii do Katowic. Na stadionie szaleństwo od strony ultras, a jeszcze większy szał był w ostatniej akcji meczu, kiedy GKS zdobyła bramkę na 2:1. Lepszego otwarcia nie dało się wymarzyć.
Jesienią 2025 roku zagraliśmy swój ostatni mecz. Cały sektor gości oraz spora część trybuny za bramką były do naszej dyspozycji, dzięki czemu wykręciliśmy liczbę 4300 osób, co jest naszą najlepszą liczbą wyjazdową w całym ruchu kibicowskim. Na meczu mieliśmy pełen pokaz pirotechniczny i świetną atmosferę. Na obiekcie pojawiło się 28000 widzów, Górnik doczekał się swojej czwartej trybuny i pewnie pokonał nas 3:0.
W grudniu 2025 roku zakończyliśmy zgodę z Górnikiem. Miesiąc później odbyła się trzecia edycja turnieju Spodek Super Cup. Frekwencja była słabsza niż rok temu. Nas w młynie było 1200 osób, Górnik zawitał liczbą 900 fanów, ROW w 132 osoby, JKS w 100 fanatyków i Wisłoka w 40 osób. Skromną liczbę wystawiła także Wieczysta Kraków – 10 osób.
Do zobaczenia na urodzinach GieKSy!
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.






















































































































































































































































Jacek M.
20 czerwca 2017 at 10:27
Bla, bla, bla. Mam nadzieje że w drugiej części będą jakieś konkrety.
Siemianowiczanin67
20 czerwca 2017 at 11:09
Panie Motała a mnie zależy na pokonaniu zagłębia i to bardzo !!!!
Dlaczego Pan się nie podał do Dymisji ? To Pan odpowiada za te transfery !!!
tomek
20 czerwca 2017 at 11:48
Co za bełkot. mnóstwo tekstu zero konkretów. podobnie jak z gra gks.Podziekowac motale bo to sltousty i nic wiecej
Mecza
20 czerwca 2017 at 12:43
Ja go będę bronił, jeszcze pół roku temu większość go wychwalała. Udane transfery przed sezonem i wzmocnienia przed rundą rewanżową. Na papierze wszystko wyglądało bardzo dobrze oczywiście na miarę możliwości klubu. Każdy mądry po fakcie ale to nie Motała biegał po boisku ani nie ustawiał taktycznie zespołu.
Jacek M.
20 czerwca 2017 at 14:18
Jakie są opcje dla tej trójki? Czy ktoś z nich może odejść? Czy będzie czwarty napastnik?
Czwarty napastnik jest jedną z opcji. Możliwe jest również, że ktoś z tej trójki nie będzie grać w nowym sezonie w naszym zespole. Wiadomo, największy znak zapytania jest z Mikołajem Lebedyńskim. Informacja na dziś jest taka, że Wisła Płock go nie chce.
—
Czy pan menadżer nie widzi problemu jak drużyna całą runde źle gra? Nieszło już szukać napastników? Skoro Lebedyńskiemu sie skończył kontrakt i Wisła go niechce to czemu my mamy chcieć? OUT, to będzie przestroga dla kopaczy że tak sie kończy olewanie swojej pracy.
tyta
20 czerwca 2017 at 16:34
…a ja też mam pytania do p.Motały:
1/ po co do klubu ściągnięto Ceremagicia skoro znane były zasady w 1 lidze ?
2/ czy dyrektor Motała nie przesadza mówiąc o zrobionych wzmocnieniach na awans na wiosnę ? Prócz Czerwińskiego, ktore ogniwo ze „wzmocnień” na wiosnę się sprawdziło ?
3/ czy dyrektor Motała może powiedzieć wprost że w klubie panuje atmosfera koleżeńska pomiędzy wszystkimi szczeblami w strukturze klubu ?
MilowiceZS
20 czerwca 2017 at 17:54
Co to za wasz cyganski Matol buhahaha
Eda67
20 czerwca 2017 at 18:13
Zaufajmy trenerowi Mandryszowi. Przyszedł do klubu, zna się na swojej robocie. Mam nadzieję ,że widzi to inaczej niż Motała czy Cygan. Moim zdaniem nie tylko Brzęczek zawinił. Niekompetencja wielu osób miała wpływ na marny wynik zespołu. Jeśli Mandrysz nie da się wciągnąć w te gierki wewnątrzklubowe tylko zastosuje własne środki to będzie dobrze. W innym przypadku przeżyjemy powtórkę z wiosny 2017. Moim zdaniem Cygana i Motały nie powinno już w tym klubie być. Mówienie o ich zasługach to czysty bełkot. Ruszy nowy sezon to zobaczymy jak będzie. Nie jestem optymistą choć osoba nowego trenera jest mi miła. Uważam, że to był dobry wybór. Tylko, że to piłkarze muszą ten awans chcieć wywalczyć. Trener może im tylko w tym pomóc.
tombotleg
20 czerwca 2017 at 18:53
Na razie to Prezes zostaje, Dyrektor zostaje, dobra ok, ale jak za chwilę się dowiemy że cała kadra tych opierdalaczy na czele z Goncerzem zostaje to ja wysiadam, kurwa wietrzenie tej szatni ma być, gdzie jest jakieś pierdolnięcie?, pogadanka przed pucharem Polski?, bez jaj, transfery!, a jak nie mamy kasy to grać juniorami trudno.
Irishman
21 czerwca 2017 at 07:39
Bardzo dyplomatyczn7y6 ten wywiad, dużo trzeba wyczytać między wierszami.
No ale w sumie z jednej strony dyrektor nie będzie przecież nadawał na tych, z którymi będzie nadal współpracował, a z drugiej zrzucić wszystko na Brzęczka, którego już nie ma (właśnie pod jego nieobecność) też byłoby nie do końca fair.
Z resztą było minęło i co by nie powiedzieć to już nie wróci. Dlatego bardziej interesuje mnie co dalej. Mam nadzieję, że o tym przeczytamy w drugiej części.
Kibic
21 czerwca 2017 at 10:29
Czysty bełkot zero konkretów i brania odpowiedzialności na siebie za słabe wyniki nieudane transfery (bezsensowne wypożyczenia ci zawodnicy mają gdzieś nasz klub)brak kontroli nad drużyna (trener powinien być zwolniony w trakcie sezonu jak i brak ukarania piłkarzy za brak zaangażowania się )jedno wielkie kolesiostwo i nowy trener tu nic nie zmieni i na koniec co ze sztabem szkoleniowym rezerw przeciesz od przegonienia tego towarzystwa trzeba zacząć
Irishman
21 czerwca 2017 at 11:38
@Kibic, przesadzasz. Moim zdaniem oczywiście dyrektor mówi tak trochę „na okrągło” ale wręcz za dużo odpowiedzialności bierze na siebie.
Mógłby np. przyznać otwarcie, że nie mógł nic zrobić w tym układzie, w którym się znalazł, a zamiast tego twierdzi, że jest współwinny. Przez to trzeba się raczej domyślać jak było.
Natomiast pełna zgoda, że chyba wszyscy mamy nadzieję na poważne zmiany także w drużynie rezerw. No i oczywiście, że tutaj dyrektor Motała powinien wziąć sprawy w swoje ręce. Nie może tak być, żeby była to jakaś „cicha przystań” dla kogokolwiek jeśli chcemy uchodzić za profesjonalny klub.
Moim zdaniem drużynę rezerw powinien prowadzić po prostu II trener, tak aby był na bieżąco jeśli chodzi o formę piłkarzy tam występujących, a z drugiej strony, aby realizował polecenia I trenera w stosunku do nich. Tylko wtedy będzie to w 100% zaplecze I drużyny, a nie jakiś osobny byt, nie wiadomo po co istniejący.
Johnny
21 czerwca 2017 at 13:21
Bełkot bełkot bełkot, praznowsky odchdzi wisio odchodzi, alan odchodzi kto w sandecji awansował dobrze wiemy. Jesteśmy bez obrony, może my kurwa barceloną jesteśmy? Czystki tak i dobrze że co nie którzy odchodzą, sam poszedł bym dużo dalej gdybym był szejkiem, oby miał pomysł, chciałem ich odejścia chce odejścia, i chce odejścia jeszcze więcej pseudo grajków i tak powinniśmy zrobić w tym roku spaść ale wrócić z ludźmi z jajami tylko 2 liga to nie jest ta sama co przed reformą, 1 2 liga jest nieraz trudniejsza niż ekstraklasa i pokazują to ligi zachodnie tu trzeba mieć jaja a my co mamy – kurwa jebany kabaret
Max
21 czerwca 2017 at 15:26
Analizując wypowiedzi pomeczowe najczęściej było mówione „nie patrzymy na innych-gramy swoje” . Gdyby nie sytuacja, że cała reszta ligi też traciła kupę punktów sytuacja awansu rozwiązałaby się długo w wcześniej. Jeśli umielibyśmy obiektywnie spojrzeć na grę na wiosnę to zmiany byłyby dużo wcześniej – co może przyniosłoby efekty. W przerwie zimowej priorytetem powinien być zakup napastnika, bo tego najbardziej brakowalo tej drużynie.
Mecza
21 czerwca 2017 at 16:29
@Max, gdyby Prokic grał wszystko po 90 minut strzeliłby przynajmniej 10 bramek na wiosnę. Napastnik nowy? Każdy by piał z zachwytu jakby zimą trafił do nas Sekulski i by było och, ach Motała. Gdyby strzelił 3 bramki by było do dupy transfer. Po fakcie każdy mądry. Nie ma wolnych napastników którzy prezentują jakiś poziom umiejętności stąd opcja z Lebedyńskim ciąg dalszy. Zauważcie że jak do nas trafił zapowiadało się dobrze, zresztą jak z każdym kto wydawał się wzmocnieniem. Ja liczę na to że doświadczony trener wydobędzie z nich to co potrafią albo podniosą swoje umiejętności. Praznovskiego bym nie skreślał.
Irishman
21 czerwca 2017 at 19:00
Ale zastanówcie się – po co mielibyśmy pozyskiwać zimą napastnika?
Jesienią pozyskaliśmy Lebedyńskiego, potem jeszcze Prokić pokazał, że jak dać mu szansę w ataku to może być klasyczna 9-tka. A i tak Brzęczek uparcie zaczynał ustalanie składu od coraz bardziej bezproduktywnego Goncerza!
Ja już przeżyłem w GieKSie różnych trenerów – wuefistów i trenerskie gwiazdy, zamordystów i taktyków, gawędziarzy i praktyków. Ale kurde takiego magika jak Brzeczek to jeszcze nie!
Mecza
21 czerwca 2017 at 19:37
@Irishman, zgadzam się z Tobą że nam napastnik nie jest potrzebny tylko trzeba poukładać grę tak że za chwilę nawet Goncerz strzeli 20 bramek a Prokić z Lebedyńskim dorzucą po 10. Moskal wymyślił Goncerza w ataku i ten zaczął strzelać ale to zależy w dużej mierze od taktyki itd. a mniej od zawodnika. Kiedyś napisałem że Messi u nas byłby transferowym niewypałem. Lewandowski też u Smudy i Fornalika nie strzelał.
@Johnny, również 100% zgody jakbym był szejkiem to bym wszystkich wymienił bo mam taki kaprys bo wszyscy zawiedli, a ma dodatek dożywotni zakaz stadionowy na mecze u siebie GKS, a co!
Pisałem na jesieni że żaden piłkarz od roku nie zrobił postępu pod okiem Brzęczka, teraz z perspektywy czasu widzę że był nim Alan ale mam wątpliwości czy to zasługa trenera. Ktoś pisał że Nawałka z przeciętnych zawodników którzy nie widzieli wypłaty na czas zrobił czołówkę w 1 lidze a Ci sami zawodnicy poza opieką tego trenera od razu zjazd. To jest właśnie to. Skoro właścicielem nie jest szejk trzeba korzystać z tego co się ma zatrudniając dobrego trenera. Sandecja i Górnik kadrowo był słabsze, efekty każdy zna. Kolejna sprawa, rezerwy powinny walczyć o 2 ligę bo kadrowo często były lepsze niż pierwsza drużyna zaczynająca od 4 ligi!!! Tutaj też musi być zmiana!!! Drugi trener I zespołu trenerem rezerw !!!
Mecza
21 czerwca 2017 at 20:06
Jeszcze jedna uwaga. Przez te kilka lat w GKS zmieniał się właściciel, prezes, zarząd, trener, piłkarze i wielu innych… Co do boiska to najważniejszy wg mnie jest trener i przez te wszystkie lata na zapleczu cieszyłem się z przyjścia Góraka i teraz z Mandrysza (pierwszy zrobił swoje chociaż wymagali cudów, mam nadzieję że kolejny sprawi grę na miarę możliwości w kolejnym sezonie, już nie piszę o awansie, to jest sport) Fajnie by było gdyby Mandrysz miał 100% poparcie wśród kibiców nawet jeśli miałoby się to skończyć 14 miejscem. Jak nie on przez najbliższe 2 lata to już nam zostaje liczyć na szejka i ściągnięcie Nawałki, może Mourinho, najlepiej obu. Do tego Ronaldo i inni przyjedzie bo będziemy płacili tak samo jak w Chinach to po co z UE wyjeżdżać.
tomek
21 czerwca 2017 at 21:18
Jeżeli wy wierzycie ze z tymi kopaczami mandrysz dokona cudu to sie zdziwicie. To dobry trener ale nie cudotwórca. kwestią czasu bedzie jak zaczną gra przeciw niemu. Bedzie presja i Cygan go poswieci. Myslę też ze kluczem do osiagania rezultatow sa madre kontrakty premiujace finansowo za wynik a nie za to ze sie jest. Jeśli zawodnik nie chce takiej umowy podpisac to nie ma sensu go brac bo z gory widac co go interesuje. Wzmocnien i to powaznych wymaga kazda formacja poza bramka. Wiecej odwagi w stawianiu na młodych w mysl zasady cudzych chwalicie swego nie znacie. Zawodnicy pozyskiwani nie musza miec glosnych nazwisk tylko umiejetnosci i moga byc nawet z okregowki byle je mieli. No ale motala takich nie znajdzie to pewne. Beda brani odpaleni z innych klubow. ten wariant z reguly nie sprawdza sie. Koniecznie podziekowac Napierale to jest skandal co ten czlowiek wyprawia z rezerwami. Jeszcze wiekszym skandalem jest brak zdecydowanej reakcji Cygana na to. Obawiam sie jednak ze Cygan czlowiek bez jaj nie zmieni tej sytuacji bo cale towarzystwo wie z kim ma przyjemnosc. No jak nie ma szefa na pokladzie to i zaloga nie widzi potrzeby starania sie. Podobnie jest z pracownikami na budowie jak nie maja ostrego szefa to sie opierdalaja ile sie da i na wszystko maja wytlumaczenie. Jesli jednak trafia na zdecydowanego goscia to praca idzie ze az milo patrzec. Problem tylko w tym ze tej ciamajdy prezesa nie da sie zrobic.