Dołącz do nas

Siatkówka

Z kim gra GieKSa? – Asseco Resovia Rzeszów

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kto chciałby sobie przypomnieć lub zapoznać się z historią klubu z Rzeszowa, może to zrobić tutaj.

Bilans Resovii na tę chwilę nie jest jakiś zły – 17 wygranych i 5 porażek – ale do ich formy sportowej miano różne uwagi. Początek sezonu nie był jakiś olśniewający w wykonaniu rzeszowian. Po ośmiu kolejkach Resovia miała już na koncie 3 porażki i zajmowała dopiero piątą lokatę w tabeli. Właśnie w tej serii gier doznała sensacyjnej porażki z GKS-em 2:3 i to na własnym parkiecie, po czym trener tej drużyny Andrzej Kowal oddał się do dyspozycji zarządu klubu, ale pozostawiono tego szkoleniowca na swoim stanowisku. Od tego momentu nastąpiła znaczna poprawa gry, w skutek czego wicemistrz Polski odniósł aż 9 zwycięstw z rzędu. Ostatnia przegrana z Jastrzębskim była drugą w przeciągu pięciu spotkań, co pozwoliło trójce innych drużyn na dogonienie ich z punktami.

Kadra Resovii była budowana też z myślą na odegranie znaczącej roli w rozgrywkach Ligi Mistrzów, ale dotychczasowe występy przyniosły kibicom rzeszowskim duże rozczarowanie. Na pięć meczów grupowych udało się wygrać zaledwie 2 razy i awans do dalszej fazy LM z trzeciego miejsca w grupie jest jeszcze możliwy, ale muszą też poukładać się odpowiednio mecze w innych grupach. Z pięciu grup Ligi Mistrzów, tylko dwie ekipy z trzecich miejsc awansują dalej. Dwie przegrane z włoską drużyną Cucine Lube Civitanova były wkalkulowane, bo to jeden z faworytów tych rozgrywek. Natomiast męczarnie z Berlin Recycling Volleys – porażka i wygrana po tie-breakach – oraz drugie zwycięstwo po tie-breaku z czeską Duklą Liberec, to już raczej niemiła niespodzianka dla kibiców tej drużyny.

Rzeszowianie dysponują mocną, wyrównaną i szeroką kadrą, dlatego trener tego zespołu chętnie korzystał z rotacji w wyjściowej szóstce, co niekoniecznie wyszło temu zespołowi na dobre. Oczywiście niektóre zmiany były wymuszone kontuzjami. Dla przypomnienia, Kanadyjczyk Gavin Schmitt przyjechał do Polski kontuzjowany, którego na pozycji atakującego zastępował przyjmujący, Francuz Thibault Rossard. Rezerwowy atakujący, Niemiec Jochen Schoeps też dopiero co był, po niedawno zaleczonym urazie i nie wrócił jeszcze do optymalnej formy. Również środkowy Marcin Możdżonek zmagał się w pewnym okresie z kontuzją i nie występował, a Amerykanin Thomas Jaeschke wrócił do Rzeszowa dopiero po nowym roku, kończąc po igrzyskach olimpijskich swoją edukację i zagrał pierwszy raz w lidze dopiero w poprzedniej kolejce. I to na dodatek nie jako przyjmujący, ale atakujący zastępując ponownie niedysponowanego Gavina Schmitta. Od rundy rewanżowej wypożyczono przyjmującego, Dominika Depowskiego do beniaminka Espadonu Szczecin. Taka ilość zmian mogła mieć wpływ na formę i dyspozycję zespołu, aczkolwiek i tak rzeszowianie dysponują dużą siłą rażenia i mogli uniknąć kilku porażek, bo przecież prócz dwóch przegranych z Jastrzębskim Węglem, wpadki zdarzyły się w meczach z Cuprum, GKS-em oraz LOTOS-em.

Tak więc przed naszym GKS-em kolejna trudna przeprawa z dodatkowym smaczkiem, bo na pewno Resovia przyjedzie do Katowic podrażniona przegraną z naszym zespołem w pierwszej rundzie.

 

BILANS MECZÓW „U SIEBIE”; 11 spotkań – 26 punktów – w setach 30:13 – małe punkty 1004:868 – 9 zwycięstw (dwa po tie-breaku) i 2 porażki (jedna po tie-breaku)

BILANS MECZÓW „NA WYJEŹDZIE”; 11 spotkań – 24 punkty – w setach 27:13 – małe punkty 919:853 – 8 zwycięstw (jedno po tie-breaku) i 3 porażki (jedna po tie-breaku)

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE  Asseco Resovii Rzeszów

Czas trwania spotkań – Resovia 2099;;
Ilość rozegranych setów – Resovia 83;  Wojtaszek 76, Nowakowski 74, Drzyzga 73, Perrin 69, Lemański 65, Ivović 64, Rossard 62, Możdżonek 60, Dryja 48, Schmitt 45, Tichacek 27, Schoeps 25, Winters 24, Masłowski 12, Depowski 6, Jaeschke 4, Karakuła 0.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – Resovia 543;

Ilość zdobytych punktów – Resovia 1379;  Perrin 240, Rossard 229, Schmitt 209, Ivović 199, Nowakowski 140, Lemański 114, Możdżonek 66, Schoeps 47, Winters 39, Dryja 37, Drzyzga 35, Jaeschke 13, Tichacek 11.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – Resovia 528;  Rossard 89, Perrin 88, Schmitt 77, Nowakowski 63, Ivović 62, Lemański 45, Możdżonek 24, Drzyzga 23, Schoeps 15, Dryja 14, Winters 14, Jaeschke 7, Tichacek 7.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – Resovia 851;  Perrin 152, Rossard 140, Ivović 137, Schmitt 132, Nowakowski 77, Lemański 69, Możdżonek 42, Schoeps 32, Winters 25, Dryja 23, Drzyzga 12, Jaeschke 6, Tichacek 4.
Bilans punktów zdobytych do straconych – Resovia 637;  Schmitt 131, Perrin 114, Rossard 105, Nowakowski 83, Ivović 76, Lemański 66, Możdżonek 46, Schoeps 21, Winters 15, Dryja 13, Tichacek 1, Jaeschke 0, Masłowski 0, Depowski -2, Drzyzga -12, Wojtaszek -20.

Ilość zagrywek – Resovia 1908;  Nowakowski 256, Drzyzga 233, Rossard 228, Perrin 220, Ivović 215, Lemański 198, Możdżonek 148, Schmitt 141, Dryja 96, Schoeps 57, Tichacek 50, Winters 49, Jaeschke 16, Depowski 1.
Ilość błędów na zagrywce – Resovia 360;  Rossard 55, Perrin 44, Drzyzga 43, Schmitt 43, Nowakowski 39, Ivović 38, Lemański 37, Dryja 20, Winters 10, Tichacek 9, Schoeps 9, Możdżonek 9, Jaeschke 3, Depowski 1.
Ilość asów serwisowych – Resovia 181;  Rossard 34, Nowakowski 25, Ivović 24, Perrin 21, Schmitt 18, Lemański 16, Drzyzga 11, Dryja 10, Możdżonek 9, Tichacek 6, Schoeps 4, Jaeschke 2, Winters 1.

Ilość przyjęć – Resovia 1410;  Ivović 375, Wojtaszek 347, Perrin 338, Rossard 171, Winters 85, Masłowski 48, Nowakowski 16, Lemański 6, Możdżonek 6, Drzyzga 5, Schmitt 4, Jaeschke 3, Dryja 3, Schoeps 2, Depowski 1.
Ilość błędów w przyjęciu – Resovia 104;  Ivović 34, Wojtaszek 20, Perrin 19, Rossard 16, Winters 8, Nowakowski 2, Lemański 2, Dryja 1, Schoeps 1, Schmitt 1.
Przyjęcie negatywne – Resovia 392;  Ivović 116, Perrin 99, Wojtaszek 80, Rossard 41, Winters 21, Masłowski 17, Nowakowski 5, Drzyzga 5, Lemański 2, Schmitt 2, Jaeschke 1, Dryja 1, Schoeps 1, Możdżonek 1.
Przyjęcie perfekcyjne – Resovia 310;  Wojtaszek 87, Ivović 84, Perrin 60, Rossard 44, Winters 20, Masłowski 11, Nowakowski 2, Dryja 1, Schmitt 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – Resovia 22%;  Dryja 33%, Rossard 26%, Schmitt 25%, Wojtaszek 25%, Winters 24%, Masłowski 23%, Ivović 22%, Perrin 18%, Nowakowski 13%, Jaeschke 0%, Lemański 0%, Schoeps 0%, Drzyzga 0%, Depowski 0%, Możdżonek 0%.

Ilość ataków – Resovia 1980;  Perrin 436, Ivović 345, Rossard 332, Schmitt 289, Nowakowski 127, Lemański 114, Schoeps 94, Winters 74, Możdżonek 68, Dryja 35, Drzyzga 34, Jaeschke 28, Tichacek 3, Depowski 1.
Ilość błędów w ataku – Resovia 131;  Perrin 32, Rossard 19, Schmitt 19, Ivović 17, Nowakowski 9, Schoeps 8, Możdżonek 7, Lemański 6, Jaeschke 5, Winters 5, Tichacek 1, Dryja 1, Drzyzga 1, Depowski 1.
Ilość ataków zablokowanych – Resovia 147;  Ivović 34, Rossard 34, Perrin 31, Schmitt 15, Schoeps 8, Nowakowski 7, Jaeschke 5, Możdżonek 4, Lemański 3, Drzyzga 3, Dryja 2, Winters 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – Resovia 1023;  Perrin 200, Rossard 177, Schmitt 171, Ivović 164, Nowakowski 83, Lemański 68, Schoeps 43, Winters 35, Możdżonek 33, Dryja 23, Drzyzga 15, Jaeschke 10, Tichacek 1,
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – Resovia 52%;  Dryja 66%, Nowakowski 65%, Lemański 60%, Schmitt 59%, Rossard 53%, Możdżonek 49%, Ivović 48%, Winters 47%, Perrin 46%, Schoeps 46%, Drzyzga 44%, Jaeschke 36%, Tichacek 33%, Depowski 0%.

Ilość bloków punktowych – Resovia 175;  Nowakowski 32, Lemański 30, Możdżonek 24, Schmitt 20, Perrin 19, Rossard 18, Ivović 11, Drzyzga 9, Tichacek 4, Dryja 4, Winters 3, Jaeschke 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – Resovia 24;  Dryja 4, Możdżonek 4, Nowakowski 3, Lemański 3, Ivović 3, Rossard 3, Winters 2, Perrin 1, Schmitt 1.
Ilość tie-breaków (wygrany do przegranego) – Resovia (3-2);
MVP meczów – Resovia 17;  Schmitt 4, Ivović 3, Rossard 3, Drzyzga 2, Lemański 2, Perrin 1, Masłowski 1, Możdżonek 1.

 

Asseco Resovia Spółka Akcyjna
barwy: biało-czerwone
data założenia: 1937 (sekcja siatkarska)
adres: ul. Podpromie 10, III piętro
35-045 Rzeszów
hala: HWS Podpromie
ul. Podpromie 10, 35-045 Rzeszów

maskotka: wilk Soviak
Prezes: Bartosz Górski
Wiceprezes zarządu: Andrzej Gerlach
Dyrektor organizacyjny: Jarosław Gutowski

3 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

3 komentarze

  1. Avatar photo

    Bartosz

    20 lutego 2017 at 21:23

    witam serdecznie. Bardzo proszę o kontakt z osobą, która wyjaśni mi w jaki sposób po zarejestrowaniu na ForumGieKSy zwiększyć uprawnienia i móc pisać tematy

  2. Avatar photo

    kosa

    21 lutego 2017 at 10:04

    Bartosz musisz po prostu trochę poczekać. Admin aktywuje konta ręcznie i zajmuje to różną ilość czasu.

  3. Avatar photo

    lukasz

    21 lutego 2017 at 22:21

    Schoeps to niemiec a nie holender

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga