Dołącz do nas

Siatkówka

Z kim gra GieKSa? – MKS Będzin

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Kto chciałby sobie przypomnieć lub zapoznać się z historią klubu z Będzina, może to zrobić tutaj.

MKS Będzin po bardzo słabym poprzednim sezonie, kiedy to zajął ostatnie miejsce w tabeli, tym razem chciał uniknąć podobnych kłopotów. Z racji tej, że teraz taka lokata oznaczać będzie mecze barażowe o utrzymanie, to w klubie z Będzina zdecydowano się na całkowitą przebudowę zespołu. Wystarczy nadmienić, że z zeszłego roku zostało tylko trzech siatkarzy, którzy i tak nie są zawodnikami pierwszej szóstki. Na tę chwilę bilans 7 zwycięstw oraz 13 porażek daje w miarę bezpieczną przewagę w tabeli nad najsłabszą piątką drużyn i wielce prawdopodobne jest, że MKS nie będzie uwikłany w walkę o mało zaszczytne lokaty.

Pierwszą część rozgrywek MKS miał bardzo dobrą, gdy po 10 meczach miał bilans po 5 wygranych i przegranych, podobnie jak cztery inne drużyny. W tym okresie będzinianie mieli nawet passę trzech zwycięstw z rzędu i bliżej im było do ekip z pierwszej ósemki, niż tych z dołu tabeli. W drugiej części już nie było tak kolorowo i MKS w kolejnych 10 meczach wygrał tylko 2 razy, pokonali Espadon 3:0 oraz Cuprum 3:2. I teraz siłą rzeczy muszą oglądać się jednak za siebie, co się dzieje na dnie tabeli. Na pewno drużynie z Będzina nie można odmówić walki i gry do końca, ponieważ zagrali aż 7 tie-breaków – to najwięcej w całej lidze razem z Jastrzębskim Węglem. Wydaje się, że miejsca 10-11 to szczyt możliwości tej ekipy.

Indywidualnie trzeba zwrócić uwagę na brazylijskiego atakującego Rafaela Araujo, który zdobywa mnóstwo punktów dla MKS-u. Pomaga mu w tym równie skuteczny przyjmujący Marcin Waliński, obaj zresztą bardzo dobrze serwują. Solidnie prezentują się również obaj środkowi, Artur Ratajczak oraz Krzysztof Rejno, którzy łącznie mieli aż 84 bloki punktowe. Słabiej spisują się obaj rozgrywający, częste rotacje na tej pozycji dokonywane przez trenera Stelio DeRocco mówią same za siebie. Największy problem MKS ma z obsadą drugiego przyjmującego. Na początku pewniakiem wydawał się Australijczyk Nathan Roberts, ale nie spisywał się tak jak od niego oczekiwano, potem jeszcze nabawił się kontuzji stawu kolanowego i do dzisiaj nie gra (ma zacząć treningi w przyszłym tygodniu). Próbowano na tej pozycji Jakuba Peszko oraz Amerykanina Kyle’a Russella, aż w końcu zakontraktowano nowego siatkarza, Bułgara Zlatana Jordanowa z rumuńskiej Universitatei Craiova, który zagrał już w czterech meczach ligowych.

 

BILANS MECZÓW „U SIEBIE”; 10 spotkań – 14 punktów – w setach 19:21 – małe punkty 858:863 – 4 zwycięstwa (jeden po tie-breaku) i 6 porażek (trzy po tie-breaku)

BILANS MECZÓW „NA WYJEŹDZIE”; 10 spotkań – 8 punktów – w setach 12:26 – małe punkty 807:900 – 3 zwycięstwa (dwa po tie-breaku) i 7 porażek (jedna po tie-breaku)

 

ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE  MKS-u Będzin

Czas trwania spotkań – Będzin 1936;;
Ilość rozegranych setów – Będzin 78;  Potera 78, Waliński 77, Ratajczak 77, Araujo 77, Seif 72, Rejno 72, Kozub 63, Peszko 46, Roberts 43, Russell 29, Piotrowski 25, Woch 15, Jordanow 15, Przybyła 7, Stysiał 7, M. Kowalski 1, Żłobecki 0, Wojtaszkiewicz 0, Gregorowicz 0, Korpal 0.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – Będzin 497;

Ilość zdobytych punktów – Będzin 1168;  Araujo 324, Waliński 236, Ratajczak 135, Rejno 128, Roberts 88, Peszko 73, Seif 39, Jordanow 35, Russell 34, Piotrowski 27, Kozub 22, Woch 18, Przybyła 9.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – Będzin 408;  Araujo 99, Waliński 68, Ratajczak 67, Rejno 48, Roberts 29, Peszko 28, Seif 22, Kozub 13, Russell 12, Jordanow 12, Woch 4, Piotrowski 4, Przybyła 2.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – Będzin 760;  Araujo 225, Waliński 168, Rejno 80, Ratajczak 68, Roberts 59, Peszko 45, Piotrowski 23, Jordanow 23, Russell 22, Seif 17, Woch 14, Kozub 9, Przybyła 7.
Bilans punktów zdobytych do straconych – Będzin 434;  Araujo 137, Ratajczak 99, Rejno 98, Waliński 83, Roberts 17, Seif 16, Woch 12, Jordanow 8, Przybyła 6, Piotrowski 3, Kozub -2, Stysiał -2, Russell -9, Peszko -10, Potera -22.

Ilość zagrywek – Będzin 1667;  Waliński 276, Ratajczak 264, Araujo 249, Rejno 244, Kozub 155, Seif 122, Roberts 119, Peszko 91, Russell 38, Jordanow 35, Woch 30, Piotrowski 23, Przybyła 20, M. Kowalski 1.
Ilość błędów na zagrywce – Będzin 261;  Araujo 65, Waliński 43, Ratajczak 23, Kozub 22, Roberts 20, Seif 20, Peszko 19, Rejno 18, Russell 15, Piotrowski 9, Jordanow 3, Woch 2, Przybyła 2.
Ilość asów serwisowych – Będzin 83;  Araujo 23, Waliński 16, Ratajczak 16, Seif 7, Rejno 7, Roberts 5, Kozub 3, Peszko 3, Przybyła 1, Russell 1, Jordanow 1.

Ilość przyjęć – Będzin 1466;  Waliński 457, Potera 275, Roberts 269, Peszko 259, Russell 97, Jordanow 87, Ratajczak 8, Stysiał 5, Seif 4, Rejno 3, Kozub 1, Araujo 1.
Ilość błędów w przyjęciu – Będzin 127;  Waliński 32, Peszko 30, Potera 22, Roberts 14, Jordanow 13, Russell 10, Seif 2, Stysiał 2, Ratajczak 1, Araujo 1.
Przyjęcie negatywne – Będzin 371;  Waliński 115, Roberts 70, Peszko 64, Potera 57, Russell 38, Jordanow 18, Ratajczak 3, Stysiał 3, Seif 2, Kozub 1.
Przyjęcie perfekcyjne – Będzin 297;  Waliński 88, Potera 74, Roberts 51, Peszko 51, Jordanow 19, Russell 13, Rejno 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – Będzin 20%;  Rejno 33%, Potera 27%, Jordanow 22%, Peszko 20%, Waliński 19%, Roberts 19%, Russell 13%, Kozub 0%, Ratajczak 0%, Seif 0%, Stysiał 0%, Araujo 0%.

Ilość ataków – Będzin 1960;  Araujo 578, Waliński 456, Roberts 186, Peszko 162, Rejno 149, Ratajczak 146, Russell 77, Jordanow 70, Piotrowski 56, Seif 27, Woch 24, Kozub 16, Przybyła 13.
Ilość błędów w ataku – Będzin 176;  Araujo 65, Waliński 45, Peszko 18, Roberts 16, Ratajczak 7, Piotrowski 7, Russell 6, Rejno 6, Woch 2, Jordanow 2, Seif 1, Przybyła 1.
Ilość ataków zablokowanych – Będzin 170;  Araujo 56, Waliński 33, Roberts 21, Peszko 16, Russell 12, Jordanow 9, Piotrowski 8, Rejno 6, Ratajczak 5, Woch 2, Kozub 2.
Ilość zdobytych punktów w ataku – Będzin 899;  Araujo 277, Waliński 204, Rejno 83, Roberts 81, Ratajczak 73, Peszko 61, Russell 30, Jordanow 30, Piotrowski 23, Woch 13, Seif 10, Kozub 7, Przybyła 7.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – Będzin 46%;  Rejno 56%, Woch 54%, Przybyła 54%, Ratajczak 50%, Araujo 48%, Waliński 45%, Roberts 44%, Kozub 44%, Jordanow 43%, Piotrowski 41%, Russell 39%, Peszko 38%, Seif 37%.

Ilość bloków punktowych – Będzin 186;  Ratajczak 46, Rejno 38, Araujo 24, Seif 22, Waliński 16, Kozub 12, Peszko 9, Woch 5, Piotrowski 4, Jordanow 4, Roberts 2, Przybyła 1.
Ilość błędów dotknięcia siatki – Będzin 24;  Rejno 6, Ratajczak 5, Russell 3, Waliński 2, Peszko 2, Araujo 2, Roberts 1, Kozub 1, Seif 1, Jordanow 1.
Ilość tie-breaków (wygrany do przegranego) – Będzin (3-4);
MVP meczów – Będzin 7;  Araujo 2, Waliński 2, Kozub 1, Ratajczak 1, Rejno 1.

 

Miejski Klub Sportowy Będzin Spółka Akcyjna
barwy: czerwono-biało-niebieskie
data założenia: 2005 rok (kontynuacja tradycji RKS-u Grodziec)
adres: ul. Sportowa 6, 42-500 Będzin
hala: HWS MOSiR w Sosnowcu
ul. Żeromskiego 9, 41-200 Sosnowiec

Prezes: Mariusz Korpak
Rada nadzorcza: Marek Strózik, Michał Korczyk, Bożena Respondek

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga