Dołącz do nas

Hokej Piłka nożna Prasówka Siatkówka

Multisekcyjny przegląd mediów: Srogi rewanż

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania doniesień mass mediów, które obejmują informacje z ubiegłego tygodnia dotyczące sekcji piłki nożnej, siatkówki i hokeja na lodzie GieKSy.

W minionym tygodniu piłkarze rozegrali zgodnie z planem wyjazdowe spotkanie z Skrą Częstochowa, niestety przegrany 0:1 (0:0). Prasówkę po tym meczu znajdziecie TUTAJ. Piłkarki na boisko wrócą w przyszły weekend, po przerwie reprezentacyjnej, w sobotę 31 października wyjazdowym spotkaniem z liderem Czarnymi Sosnowiec. Warto odnotować występ Kingi Kozak w reprezentacji, w meczu z Azerbejdżanem, w ramach eliminacji do Mistrzostw Europy. W ramach rozgrywek Pucharu Polski piłkarki zagrają na wyjeździe z WAP Włocławek. Siatkarze rozegrali jedno spotkanie – zaległe z MKS-em Będzin (z 6 kolejki). GieKSa wygrała w Będzinie 3:0. Mecz ze Skrą Bełchatów został odwołany, ze względu na objawy koronawirusa w naszej drużynie. Po przerwie związanej z przełożonymi meczami ze względu na SARS COVID-19, hokeistom udało się rozegrać dwa zwycięskie spotkania: z liderem GKS-em Tychy 4:1 i Unią Oświęcim 4:3 (po karnych).

 

PIŁKA NOŻNA

tylkokobiecyfutbol.pl – Wszyscy zdrowi. Do Mołdawii lecimy w komplecie

No i już wszystko wiadomo. Całe szczęście nasza kadra w komplecie przeszła badania covidowe i ani jedna próbka nie była pozytywna. Dzięki temu w komplecie kadra poleci do Mołdawii.

Już we wtorek w Kiszyniowie (14:00) zagramy z gospodyniami. Transmisję na portalu YouTube przeprowadzi mołdawska Federacja.

[…] KADRA NA MOŁDAWIĘ:

Katarzyna Kiedrzynek (VfL Wolfsburg)

Kinga Szemik (FC Nantes)

Anna Szymańska, Agnieszka Jędrzejewicz, Weronika Zawistowska, Alicja Materek  (KKS Czarni Sosnowiec)

Jolanta Siwińska, Emilia Zdunek (GKS Górnik Łęczna)

Gabriela Grzywińska, Dominika Kopińska  (KKPK Medyk Konin)

Anna Rędzia, Adriana Achcińska, Paulina Filipczak, Wiktoria Zieniewicz (TME UKS SMS Łódź)

Paulina Dudek (Paris Saint-Germain)

Małgorzata Mesjasz (1. FFC Turbine Poczdam)

Patrycja Balcerzak (SC Sand)

Joanna Wróblewska (Śląsk Wrocław)

Dominika Grabowska (FC Fleury 91)

Kinga Kozak (GKS GieKSa Katowice)

Agnieszka Winczo (SV Meppen 1912)

Amelia Bińkowska (Olimpia Szczecin)

 

Pary drugiej rundy Pucharu Polski

Dziś w siedzibie PZPN odbyło się losowanie II rundy Pucharu Polski. Po raz pierwszy w historii szesnaście zespołów z województw dołączyły do jednego koszyka na równi z klubami Ekstraligi, Pierwszej Ligi i Drugiej Ligi.

[…] Mecze zaplanowano na 4 listopada, a 21 listopada zwycięzcy zagrają w 1/16 finału.

Poniżej zestaw par:

[…] WAP Włocławek vs GKS Katowice

[…] Całość rozgrywek podzielona jest na siedem etapów:

I etap – na szczeblu Wojewódzkich Związków Piłki Nożnej, w którym uczestniczą drużyny III ligi kobiet i niższych klas rozgrywkowych.

II etap – uczestniczą 64 drużyny – zdobywcy Pucharu Polski na szczeblu związków piłki nożnej w sezonie 2020/2021 oraz wszystkie drużyny Ekstraligi, I ligi i II ligi kobiet.

III etap – 32 drużyny wyłonione w etapie II.

IV etap – 1/8 finału – 16 drużyn wyłonionych w etapie III.

V etap – 1/4 finału – 8 drużyn wyłonionych w etapie IV.

VI etap – 1/2 finału – 4 drużyny wyłonione w etapie V.

VII etap – finał – 2 drużyny wyłonione w etapie VI.

PZPN przyzna nagrody finansowe za udział w rozgrywkach o Puchar Polski kobiet:

– zdobywca PP na szczeblu WZPN – 5000 PLN netto

– drużyny wyeliminowane w III etapie – 8000 PLN netto

– drużyny wyeliminowane w 1/8 finału – 10 000 PLN netto

– drużyny wyeliminowane w 1/4 finału – 25 000 PLN netto

– drużyny wyeliminowane w 1/2 finału – 50 000 PLN netto

– finalista PP – 100 000 PLN netto;

 

SIATKÓWKA

siatka.org – MKS Będzin nadal bez zwycięstwa, katowiczanie z pełną pulą

MKS Będzin przegrał w Sosnowcu z GKS-em Katowice 0:3 i nadal pozostaje bez zwycięstwa. Podopieczni Jakuba Bednaruka dzielnie walczyli w dwóch pierwszych setach, ale to nie wystarczyło na zespół ze stolicy Górnego Śląska. Katowiczanie wygrali trzeci mecz i mają na swoim koncie 9 punktów.

[…] Autowy atak Bartosza Gawryszewskiego spowodował, że na pierwsze dwupunktowe prowadzenie wyszli goście. Różnica ta utrzymywała się przez dłuższy czas, gdyż zawodnicy obu ekip nie potrafili wstrzelić się zagrywką. Kiedy już to zrobili wygrywali swoje akcje i dopiero przestrzelone uderzenie przez Jakuba Szymańskiego doprowadziło do remisu. Stan taki nie utrzymywał się długo, gdyż kilka chwil później zablokowany został Rafał Sobański i po raz kolejny katowiczanie mieli dwa ,,oczka” więcej. Kolejny blok na Sobańskim sprawił, że zrobiło się 13:16 i trener Jakub Bednaruk musiał prosić o przerwę. W ofensywie nie zawodził Rafał Faryna i to on zmniejszył dystans między zespołami do punktu. Niemniej gracze GKS-u dobrze czytali zamiary Thiago Veloso i raz za razem ustawiali szczelny blok. Kiedy na środku siatki kontrę wykorzystał Emanuel Kohut było już 21:17. Jednak gospodarze nie zamierzali się poddawać i po skończeniu przechodzącej piłki przez Faryne oraz niecelnym zagraniu Kamila Kwasowskiego doprowadzili do wyrównania. Pomyłka niezawodnego do tej pory Faryna dała przyjezdnym dwie piłki setowe, ale dotknięcie siatki przez Kwasowskiego sprawiło, że gra toczyła się na przewagi. Ostatecznie premierową odsłonę spotkania rozstrzygnęli na swoją korzyść zawodnicy Grzegorza Słabego, którzy w ostatnich akcjach zablokowali swoich rywali.

Niezwykle wyrównany przebieg miał początek drugiej partii. Żaden z zespołów nie mógł wypracować sobie choćby dwupunktowego prowadzenia i gra oscylowała wokół remisu. Dopiero wykorzystana kontra przez Artura Ratajczaka dawała minimalną przewagę gospodarzom (8:6). Do osamotnionego w ofensywie Rafała Faryny zaczęli dołączać Jose Ademar Santana i Rafał Sobański, co od razu przełożyło się na wynik (12:9). Jednak będzinianie popełniali bardzo proste błędy, co uniemożliwiało im zwiększenie dystansu. W dalszym ciągu w ekipie przyjezdnych świetnie funkcjonował blok i to dzięki temu elementowi zrobiło się najpierw 13:14, a potem 17:17. Wszystko miało rozstrzygnąć się w samej końcówce seta. W niej najpierw przechodzącą piłkę wykorzystał Emanuel Kohut (22:21), a w ostatniej akcji ręce blokujących obił Jakub Jarosz i to siatkarze Gieksy wygrali drugą odsłonę spotkania 25:23, mimo iż cały czas musieli gonić swoich rywali.

,,Czapa” Miłosza Zniszczoła na 3:1 była dziesiątym blokiem w wykonaniu katowiczan. Kiedy do tego dołożyli dobrą zagrywkę pozwalającą im grać kontry szybko odskoczyli swoim rywalom na cztery ,,oczka”. Będzinianie mieli coraz większe problemy z kończeniem posyłanych do nich piłek. Rafał Faryna nie był już taki skuteczny, a dodatkowo otrzymywał niewielkie wsparcie ze strony swoich kolegów. Dwie pomyłki pod rząd Jose Ademara Santany postawiały graczy MKS-u w nieciekawej sytuacji, bo na tablicy wyników było 6:12. Dodatkowo podopieczni Słabego nie zamierzali zwalniać i sukcesywnie powiększali swoje prowadzenie. Po tym jak na czystej siatce skończył Jakub Jarosz było już 18:10 i w zasadzie stało się jasne, że nic więcej w tym spotkaniu się nie wydarzy. Przestawali w to powoli także wierzyć miejscowi, którzy z każdą akcją zdawali sobie sprawę, że nie zdołają w tym meczu wywalczyć nawet seta. Dwa asy serwisowe Faryny w samej końcówce zmniejszyły tylko ich rozmiary porażki. Całe spotkanie zakończył atakiem w samą linię końcową Kamil Kwasowski, po którym goście mogli unieść ręce w geście triumfu, gdyż zainkasowali komplet punktów do ligowej tabeli.

MVP: Miłosz Zniszczoł

MKS Będzin – GKS Katowice 0:3 (26:28, 23:25, 18:25)

 

Kolejne problemy GKS-u Katowice, mecz ze Skrą przełożony

Nie odbędzie się zaplanowany na sobotę mecz GKS-u Katowice z PGE Skrą Bełchatów. Wszystko przez to, że w katowickim zespole pojawiły się kolejne objawy świadczące o zakażeniu korona wirusem. GKS ma już za sobą jedną izolację, a teraz najprawdopodobniej czeka go kolejna.

Jak poinformowała Polska Liga Siatkówki S.A, w związku z kolejnymi objawami chorobowymi w drużynie GKS Katowice organizator rozgrywek PlusLigi podjął decyzję o odwołaniu meczu GKS Katowice – PGE Skra Bełchatów, zaplanowanego pierwotnie na sobotę 24 października na godzinę 14:45

[…] Przypomnijmy, że GKS Katowice dopiero niedawno wrócił do ligowej rywalizacji. Zdołał rozegrać przegrany mecz z VERVĄ Warszawa Orlen Paliwa oraz wygrany z MKS-em Będzin. Na kwarantannie podopieczni Grzegorza Słabego przebywali od 3 października, a w drużynie wykryto wówczas trzy przypadki koronawirusa. W najbliższy weekend katowiczanie mieli zmierzyć się z PGE Skrą Bełchatów, ale do meczu jednak nie dojdzie.

 

HOKEJ

sportdziennik.com – Kolejka PHL. Srogi rewanż

Pojedynczym golem wiele się na wyjeździe nie zwojuje i o wygranej trzeba zapomnieć.

Katowiczanie wzięli rewanż za porażkę w Tychach 2:5. Tym razem na własnym lodzie byli zespołem agresywniejszym oraz skuteczniejszym i stąd też w pełni zasłużenie wygrali 4:1. Tym samym dali wyraźny sygnał rywalom, że z GieKSą trzeba się liczyć, bo ona również zgłasza wysokie aspiracje.

Formacje defensywne obu drużyn były mocno osłabione i „sztukowane”. Kamil Paszek, nominalny napastnik, z konieczności musiał wystąpić w parze z Patrykiem Wajdą i wcale nieźle mu to wychodziło. Po przeciwnej stronie młokos Oliwier Kasperek był mocno wspierany przez Michała Kotlorza. Wychodzi na to, że tyski kapitan jest promotorem młodzieży, bo przecież nie tak dawno (choć to już 2 sezony temu) występował w parze z Olafem Bizackim, który teraz jest w orbicie zainteresowania trenerów kadry. Między słupkami stanął Kamil Lewartowski, który zastąpił Johna Murraya. I trudno go winić za stracone gole, bo wszystkie były zdobywane z bliskiej odległości.

Może tempo w I tercji nie było zbyt forsowne, ale wszystkie akcje były konstruowane starannie, zaś jedni i drudzy szukali szansy, by zaskoczyć niekonwencjonalną akcją.

Przed tyszanami otworzyła się szansa na zmianę rezultatu gdy do boksu kar powędrował Jesse Rohtla. W tym momencie na lodzie pojawiła się „firmowa” formacja złożona z graczy zamorskich oraz Filipa Komorskiego, wspierana jednym defensorem. Z impetem atakowali Juraja Szimbocha i w końcu zdobyli inauguracyjnego gola za sprawą Aleksa Szczechury. Gospodarze szybko chcieli odrobić straty, ale na wyrównującą bramkę trzeba było poczekać. Mateusz Gościński próbował wyprowadzić krążek z własnej strefy, ale wyłuskał go Dariusz Wanat, podał do Mikołaja Łopuskiego, zaś całą akcję kolegów sfinalizował płaskim strzałem Filip Starzyński. To był wyraźny sygnał, że gospodarze nie chcieli rezygnować z korzystnego rezultatu.

Po przerwie wyraźnie zwiększyli tempo akcji, zaczęli grać agresywniej i tworzyli groźniejsze sytuacje pod bramka Lewartowskiego. To jednak goście w 26 min mieli szansę na ponowne objęcie prowadzenia. Michael Cichy w ciągu kilku sekund 3 razy próbował umieścić krążek w siatce, ale zakończyło się to niepowodzeniem. W niespełna 2 min później Patryk Krężołek z bliskiej odległości zdobył prowadzenie, a przy trafieniu asystował niezawodny Grzegorz Pasiut. Gdy tyszanie otrzymali karę techniczną za nadmierną ilość zawodników na lodzie, gospodarze ruszyli śmiało do przodu. W końcu Bartosz Fraszko mógł się cieszyć ze zdobycia bramki, zaś tyszanie nie mieli żadnych argumentów, by przynajmniej częściowo zniwelować straty.

Ostatnia odsłona zapowiadała się ciekawie, choć goście straty mieli już spore. Tyszanie rzucili się do ataku i zdecydowanie mniej wagi przywiązywali do gry obronnej. Stad też zostali skarceni i Fraszko popisał się kolejnym trafieniem. Gospodarze skutecznie bronili dostępu do bramki i często blokowali strzały tyszan. Swoją „cegiełkę” do tego zwycięstwa dołożył również Szimboch, którymi swoimi interwencjami działał uspokajająco na kolegów.

To niezwykle cenne zwycięstwo katowiczan, którzy mają trochę zaległości do nadrobienia. Komplet punktów pozostał w „Satelicie” i dodajmy w pełni zasłużenie. Katowiczanie byli szybsi, dokładniejsi i, co najważniejsze, skuteczniejsi. Gdy się strzela na wyjeździe zaledwie bramkę, to trudno marzyć o korzystnym wyniku. Obie drużyny nie mają co rozpamiętywać tej potyczki, bowiem już w niedzielę czekają je trudne starcia. Tyszanie goszczą „Szarotki”, zaś katowiczanie jadą do Oświęcimia.

GKS Katowice – GKS Tychy 4:1 (1:1, 2:0, 1:0)

 

hokej.net – Huśtawka nastrojów i seria rzutów karnych

W najciekawiej zapowiadającym się meczu 14. kolejki Polskiej Hokej Ligi Re-Plast Unia Oświęcim przegrała po rzutach karnych z GKS-em Katowice 3:4. Biało-niebiescy do 54. minuty prowadzili 2:0, ale kolejny raz w tym sezonie nie zdołali utrzymać korzystnego wyniku.

[…] Trzeba jednak przyznać, że oświęcimianie dobrze rozpoczęli ten mecz. Po siedmiu minutach prowadzili 2:0, a oba trafienia dzieliło zaledwie 55 sekund. Wynik spotkania otworzył Patryk Malicki, który zjechał z lewego skrzydła do środka i zaskoczył Juraja Šimbocha uderzeniem w krótki róg. Drugiego gola dołożył Sebastian Kowalówka, sprytnie przekierowując do bramki strzał Luki Kalana.

Oświęcimianie kontrolowali przebieg meczu i mieli kilka dobrych okazji na to, by podwyższyć prowadzenie. Katowicki golkiper obronił uderzenia Martina Przygodzkiego (ze slotu) i Eliezera Sherbatova („od zakrystii”).

W 34. minucie Przygodzki ostro potraktował w tercji ofensywnej Macieja Kruczka. Sędzia Tomasz Radzik dopatrzył się w tym zagraniu ataku na głowę, więc odesłał 29-letniego skrzydłowego do szatni.

Podopieczni Piotra Sarnika przez pięć minut grali w przewadze i mogli zdobyć kontraktowego gola. Najbliżej szczęścia był Mateusz Michalski, który po świetnym dograniu Grzegorza Pasiuta trafił w słupek. Z kolei tuż przed zakończeniem drugiej odsłony Clarke’a Saundersa nie zdołał pokonać Patryk Krężołek, któremu dogodną pozycję wypracowali Pasiut i Fraszko.

Najwięcej emocji dostarczyła trzecia tercja. Na jej początku lepiej radzili sobie oświęcimianie, którzy mogli, a nawet powinni zdobyć trzeciego gola. Juraj Šimboch zdołał jednak obronić kąśliwe strzały Siemiona Garszyna oraz uderzenie Damiana Piotrowicza.

W 54. minucie goście wykorzystali okres gry w przewadze i zdobyli kontaktowego gola. Na listę strzelców wpisał się Miika Franssila, który ze stoickim pokojem wymanewrował oświęcimskiego bramkarza. Był jeden z przełomowych momentów tego spotkania.

GieKSa poszła za ciosem i 100 sekund później był już remis, bo uderzenie Mateusza Zielińskiego z linii niebieskiej sprytnie strącił Mikołaj Łopuski. Chwilę później trzeci cios zadał Grzegorz Pasiut. Kapitan GieKSy podczas gry swojego zespołu w osłabieniu przechwycił krążek i w sytuacji sam na sam pokonał Clarke’a Saundersa.

Wydawało się, że ekipa dowodzona przez Piotra Sarnika wywiezie z grodu nad Sołą komplet punktów, ale do wyrównania i dogrywki doprowadził Ryan Glenn. Doświadczony Kanadyjczyk popisał się precyzyjnym uderzeniem z linii niebieskiej i krążek zatrzepotał w siatce.

W dodatkowym czasie gry lepsze okazje stworzyli sobie gospodarze. Najlepszą z nich zmarnował Daniił Oriechin, który nie wykorzystał sytuacji sam na sam z golkiperem GKS-u.

Rozstrzygnięcie nie zapadło, więc sędziowie zarządzili serię rzutów karnych. Te lepiej wykonywali hokeiści z alei Korfantego: Pasiut i Fraszko dobrze przymierzyli i zapewnili swojemu zespołowi dwa oczka.

Re-Plast Unia Oświęcim – GKS Katowice 3:4 k. (2:0, 0:0, 1:3, d. 0:0, k. 0:2)

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga