Dołącz do nas

Piłka nożna Wywiady

Okiem rywala: Bułgarska znów naszym atutem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Nie jest łatwo zostawić za sobą czwartkowe wydarzenia z Częstochowy. Ekstraklasa jednak nie zwalnia i już w niedzielę zmierzymy się z głównym kandydatem do mistrzostwa Polski, i to na jego terenie. Jak nasze szanse w tym starciu widzą w Poznaniu? Zapytaliśmy Radosława Laudańskiego, twórcę kanału @poznanskiexpress, poświęconego Lechowi Poznań.

W Katowicach nie opadły jeszcze emocje po pucharowym starciu z Rakowem. Śledziłeś tę rywalizację?
Niestety, obowiązki nie pozwoliły mi oglądać całego meczu, śledziłem tylko dogrywkę i rzuty karne. Widziałem jednak wiele meczów GieKSy w tym sezonie i mam wrażenie, że jest to drużyna, z którą faworytom nie gra się łatwo. GKS sprawiał już problemy i Lechowi, i Rakowowi, także Jagiellonia przekonała się o tym w Pucharze Polski. Szkoda, że nie udało się wam awansować, bo śląski finał to było coś, na co czekali kibice, nie tylko na Śląsku, ale pewnie w całej Polsce. Byłby to jasny sygnał, że piłka nożna w tym regionie zrobiła duży krok do przodu i firmy, które kiedyś były wielkie, powoli nawiązują do swojej historii.

Ostatnimi laty związki Lecha z Pucharem są burzliwe. Na trofeum czekacie już 17 lat, po drodze było pięć przegranych finałów. W drużynie co roku walczącej o mistrzostwo Puchar schodzi na dalszy plan?
Z perspektywy kibica chciałoby się po ten puchar w końcu sięgnąć, bo wyjazd na Stadion Narodowy, niebieska ściana za jedną z bramek i świętowanie zwycięstwa to wciąż marzenie, którego nie udało się spełnić. Spójrzmy prawdzie w oczy – kiedy Lech po raz ostatni sięgał po Puchar Polski, na świat przychodzili kibice, którzy za chwilę będą pełnoletni. Jak na klub tej rangi to zdecydowanie za długie oczekiwanie na sukces w tych rozgrywkach. Kilka razy zabrakło nam jakości, czasem trochę szczęścia, a czasem można było odnieść wrażenie, że Puchar nie wszystkich w klubie „grzał” tak, jak powinien. Piłka idzie trochę w tym kierunku, że zespoły walczące o mistrzostwo i wysokie cele w Europie krajowy puchar traktują ulgowo, z największymi rotacjami kadrowymi, dlatego coraz częściej dochodzi do niespodzianek we wczesnych fazach. Dopiero od ćwierćfinałów czy półfinałów waga Pucharu rośnie i tak bywało w Poznaniu. Na mecz z Górnikiem wyszedł wprawdzie podstawowy skład, który chwilę wcześniej grał z KuPS w Lidze Konferencji, więc koniec końców zabrakło pary w rywalizacji z zabrzanami. Dało o sobie znać granie co trzy dni.

Dyskutowaliśmy kiedyś z Rafałem Nowakiem z TerazPasy.pl, czy lepiej odpadać we wczesnych fazach, jak wtedy Cracovia z Sandecją, a GKS z Unią Skierniewice, czy też walczyć do końca i przegrać jak Pogoń w Warszawie albo my w czwartek w Częstochowie. Lech zna smak finałowej porażki. Co jest bardziej gorzkie?
Myślę, że mimo wszystko lepiej odpaść w pierwszej rundzie, bo nie ma wtedy takich oczekiwań i zawiedzionych nadziei. Najgorzej jest dojść do finału i go przegrać, bo trudno się „odkręcić” po takiej porażce. Trzy przegrane finały z Legią nie zostawiły wprawdzie takich ran w naszych sercach, bo stołeczni byli wtedy czołową ekipą w Polsce, natomiast porażka z Rakowem w sezonie 2021/22, kiedy walczyliśmy z nimi zarówno o mistrzostwo, jak i o puchar, bolała bardzo mocno. Najtrudniejszy do przetrawienia był jednak przegrany finał z 2017 roku z Arką Gdynia. Kibice Kolejorza już w drodze na stadion świętowali zdobycie Pucharu, tymczasem Leszek Ojrzyński i jego ekipa sprawili nam niemiłą niespodziankę. Ten mecz do dzisiaj wspominany jest w Poznaniu jako przeklęty, a Radosławowi Majewskiemu, który wciąż świetnie gra w Zniczu Pruszków, do dzisiaj wypomina się zmarnowane sytuacje w tamtym pojedynku. Myślę, że kibice GKS-u odczuwają dziś podobne emocje, które porównałbym nawet do przegranego barażu Polski ze Szwecją. Jest smutek z porażki, ale też i duma z postawy zespołu i walki do samego końca. Piłkarze i kibice GKS-u nie powinni spuszczać głów, bo sprawili wiele problemów faworytom.

Nie brakuje opinii, że pojedynek GieKSy z Rakowem urasta do rangi meczu sezonu. Wcześniej takim mianem określano wasz ligowy mecz z tym samym rywalem. Jak wspominasz jego przebieg?
Jeśli chodzi o poziom emocji, to był to chyba najlepszy mecz przy Bułgarskiej, na jakim byłem. Oczywiście trudno go porównywać do spotkania z Piastem w poprzednim sezonie, kiedy stawialiśmy pieczęć na mistrzostwie Polski, ale nie pamiętam drugiego meczu, w którym byłoby tyle zwrotów akcji, dramaturgii, walki do samego końca i zwycięskiego gola w ostatniej minucie, zdobytego przez wyśmiewanego do niedawna Yannicka Agnero. Bułgarska wtedy eksplodowała! Jest to jeden z tych meczów, po którym najmłodsi kibice zakochują się w futbolu.

Patrząc na rosnącą formę Lecha w rundzie wiosennej, można już powoli wkładać szampany do poznańskich lodówek?
Spokojnie, cały czas jest dużo pracy do wykonania. Mamy dwa punkty przewagi nad Jagiellonią, a Lech został liderem całkiem niedawno. Mimo to można zauważyć, że klaruje się sytuacja w czołówce – Kolejorz się ogarnął i wykorzystując słabość rywali jest dziś na najlepszej drodze do obrony mistrzostwa. Na dziś zespół gra powtarzalnie, a nowe nabytki dobrze się wprowadziły: Leo Bengtsson robi różnicę, bardzo dobrze radzi sobie Pablo Rodríguez, dobre momenty ma też Taofeek Ismaheel, co może zaskakiwać kibiców ze Śląska pamiętających go z Górnika. Jesteśmy faworytem do mistrzostwa Polski, ale koncentracja musi być na najwyższym poziomie. Moim zdaniem, jeśli przy obecnej sytuacji w tabeli i punktowaniu rywali Lech nie zostanie Mistrzem Polski, bo przypomnę, że Jagiellonia zdobyła zaledwie 8 punktów w dziewięciu ostatnich meczach, to będzie dla nas jeszcze bardziej bolesne niż w 2018 za czasów Nenada Bjelicy, kiedy po wygranej fazie zasadniczej wypuściliśmy mistrzostwo w dodatkowych siedmiu kolejkach.

W każdym sezonie cel Lecha w Ekstraklasie nie może być inny niż mistrzostwo. Mimo to rundę jesienną kończyliście na siódmym miejscu, z sześcioma punktami straty do lidera. Wkradło się zwątpienie w końcowy sukces?
Runda jesienna w naszym wykonaniu była daleka od ideału, a niektórzy kibice podejrzewali, że Niels Frederiksen może tego nie przetrwać. Wpadka na Gibraltarze, pechowa porażka z Rayo Vallecano, do tego 1:3 z Arką Gdynia – wielu spodziewało się, że będzie to koniec trenera. Wiosną przyszły porażki z Lechią i Piastem, jednak Niels Frederiksen po raz kolejny pokazał, że potrafi wychodzić z trudnych sytuacji. Przez dłuższy czas chyba nikt w Poznaniu nie wierzył, że uda się obronić mistrzostwo, w końcówce rundy jesiennej pojawiła się jednak nadzieja w perspektywie wiosny, kiedy miało wrócić kilku ważnych, kontuzjowanych piłkarzy. Wrócił Golizadeh, który odmienił Lecha, stając się jednym z liderów. Istotne było jednak, że straty z jesieni były na tyle małe, że wiosną udało się skutecznie podłączyć do walki o najwyższe cele.

Trener mimo kryzysów zachował posadę i trwają rozmowy na temat przedłużenia wygasającej w czerwcu umowy. Jakie podejście mają do niego kibice? Frederiksen jest dzisiaj „hot or not”?
Teraz raczej hot. Gdy pojawiła się informacja podana przez Michała Mitruta z Canal+, że przedłużenia umowy z trenerem nie będzie, to kibice zareagowali raczej sceptycznie. Wydaje mi się, że Frederiksen kupił zaufanie fanów rewanżowym meczem z Szachtarem Donieck, bo widzieliśmy w czwartek, jak Ukraińcy pokonali 3:0 w Krakowie AZ Alkmaar, tymczasem Lech zdołał tam wygrać 2:1 i pokazał się z niezłej strony. Wcześniej dużym zarzutem w stosunku do trenera było to, że nie potrafi odpowiednio ustawić zespołu na mecze z rywalami w Europie. Frederiksen zadał kłam tej tezie i pokazał, że może dać pewną dozę stabilizacji w Lechu. Być może nie wszystko jest jeszcze idealne, ale całokształtem trener zasłużył na nową umowę. Inna sprawa, czy ją podpisze. Trenerzy ze Skandynawii często są mile widziani w Bundeslidze, ponadto Dania po odpadnięciu w barażach do Mistrzostw Świata będzie szukała nowego selekcjonera. Niels Frederiksen ze swoim doświadczeniem byłby niezłym kandydatem na to stanowisko. Nie wszystko będzie więc zależeć od decyzji władz Lecha.

W rozmowie przed jesiennym meczem GieKSy z Lechem Mateusz Jarmusz określił Lecha mianem „ishakozależnego”. Patrząc na statystyki, niewiele się tu zmieniło i wciąż dużo w Poznaniu zależy od formy szwedzkiego napastnika.
Rzeczywiście, jeśli nie ma Ishaka, to ofensywa Lecha wygląda dużo gorzej. Podczas ostatniego meczu z Jagiellonią Mikael zostawił na boisku serce i wybiegał wiele kilometrów – wystarczy to porównać do stylu Agnero i wtedy widać najlepiej, kim dla Lecha jest Mikael Ishak. Takiego napastnika dawno w Poznaniu nie było i pewnie długo nie będzie. Szwed pisze w Lechu swoją historię, będąc pewnym zaprzeczeniem nowoczesnego futbolu, gdzie nie ma przywiązania do barw i często zmienia się kluby. Ishak z pewnością miał bardziej atrakcyjne oferty, mimo to zdecydował się pozostać w Poznaniu. Co do tej „ishakozależności”, to moim zdaniem Lech jest zależny od formy liderów poszczególnych formacji: w obronie jest to Mońka, którego z Jagiellonią musiał zastąpić Skrzypczak, rozgrywając chyba najlepszy mecz w naszych barwach; w pomocy takim graczem jest Pablo Rodríguez, który reguluje tempo gry, potrafi posłać nieszablonowe podanie, ponadto sporo pracuje w defensywie; z przodu liderem, a jednocześnie najważniejszym piłkarzem jest właśnie Ishak, więc to od tych zawodników najwięcej dziś zależy.

Lech ma praktycznie równy bilans, porównując mecze domowe z wyjazdowymi. Na bolączkę słabszej postawy u siebie zwracał uwagę jesienią Mateusz Jarmusz, wiosną jest z tym jednak dużo lepiej. Twierdza Bułgarska będzie jednym z atutów Lecha w niedzielnym pojedynku z GieKSą?
Zaczynamy czuć, że Bułgarska znowu stała się naszym atutem. Wyniki Lecha w domu są ostatnio dużo lepsze, podczas gdy wcześniej irytowaliśmy się porażkami i remisami, a także sporą liczbą traconych goli. W niedzielę Kolejorz będzie zdecydowanym faworytem, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że GKS nie punktuje zbyt dobrze na wyjazdach i będzie miał w nogach pucharowy mecz z Rakowem. Jestem ciekawy, czy porażka w Częstochowie nie podłamie GieKSy, bo awans na pewno wzmocniłby was mentalnie, co w pewien sposób mogłoby zniwelować zmęczenie fizyczne. Tutaj cios po odpadnięciu w karnych i pogrzebanie marzeń o finale na Narodowym może być swego rodzaju obciążeniem. Z drugiej strony GKS udowadniał, że potrafi grać z Lechem, bo oba mecze w Katowicach były dla nas bardzo trudne, mimo że w obu spotkaniach udało się zrealizować nasze cele. Zwycięski w kontekście mistrzostwa okazał się remis w poprzednim sezonie, choć niewiele brakowało, aby GieKSa pokrzyżowała nasze plany. Jesienią katowiczanie również mieli sporo argumentów, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Byłem na majowym meczu w Katowicach i byłem pod wrażeniem atmosfery na waszym stadionie – kibice są blisko murawy i czuje się piłkarskie emocje, zarówno te z boiska, jak i z trybun. To na pewno udziela się waszym piłkarzom. Powiedziałem nawet trenerowi Górakowi, że z żadnym wyjazdowym rywalem nie gra się Lechowi tak ciężko, jak z GKS-em. Inaczej sprawa wyglądała przy Bułgarskiej – przewaga Kolejorza nie podlegała dyskusji i szczerze mówiąc podobnego scenariusza spodziewam się w niedzielę.

Na przedmeczowej konferencji trener Frederiksen został zapytany o postawę GKS-u zarówno w Pucharze, jak i w Ekstraklasie. Stwierdził, że mimo odpadnięcia w czwartek wciąż możemy się liczyć w walce o miejsca w lidze premiowane grą w Europie. Jak ty oceniasz formę GieKSy, szczególnie w kontekście faktu, że rundę wiosenną rozpoczynaliśmy w strefie spadkowej?
Obserwując GKS od momentu powrotu do Ekstraklasy ani razu nie miałem przeświadczenia, że możecie spaść do 1. ligi. Nawet gdy byliście w strefie spadkowej, to na boisku wyglądaliście raczej dobrze, a na miejsce w lidze rzutował przede wszystkim nienajlepszy początek sezonu. Przebudowa zespołu po odejściu Repki i Bergiera musiała chwilę potrwać, ale z czasem efekty przyszły. Bartek Nowak złapał formę życia i dla mnie obecne miejsce GKS-u nie jest zaskoczeniem. Myślę, że stać was na miejsce w czołowej piątce, dostrzegam u was sporo piłkarskiej jakości i ten śląski charakter, o który zadbał trener. Konkurencja jest duża, ale GieKSa ma sporo argumentów, by zakończyć ten sezon z podniesioną głową.

Do końca sezonu coraz bliżej i można już przymierzać się do pierwszych rozstrzygnięć. Z pozycji lidera śledzicie też to, co dzieje się na dole tabeli, gdzie zakopała się ekipa, która jeszcze niedawno walczyła z wami o mistrzostwo, a także druga, która jak najszybciej do tej walki chciałaby się włączyć?
Prawda jest taka, że bez wygranej z Lechem Widzew byłby praktycznie pogrzebany, a te trzy punkty trzymają ich jeszcze na powierzchni. Aż trudno w to uwierzyć patrząc, jak wielkie pieniądze zostały tam wpompowane. Co do Legii uważam, że ostatecznie się utrzyma – efekty pracy Marka Papszuna powoli widać, a od jego przyjścia stołeczni są piątą najlepiej punktującą drużyną w lidze. Ostatni mecz z Pogonią w ich wykonaniu wyglądał już bardzo dobrze. Z pewnością w Poznaniu jest duża grupa kibiców, którzy trzymają kciuki za spadek obu tych ekip, ale wydaje się to mało prawdopodobne. Moim zdaniem mocniej w tę walkę zamiesza się jeszcze Radomiak, zobaczymy też, co będzie z Cracovią, a spać spokojnie nie może też ani Pogoń, ani tym bardziej Arka. Znaków zapytania jest sporo i końcówka sezonu z pewnością będzie emocjonująca.

Kto wie, czy w maju nie będziemy się bardziej ekscytować walką na dole, jeśli Kolejorz utrzyma dobrą formę i rozstrzygnie walkę o tytuł odpowiednio wcześnie.
Też mam takie przeświadczenie, że jeśli będziemy grali swoje, to mistrzostwo przyjdzie znacznie szybciej niż w ubiegłym sezonie. Nie wierzę, że któryś z naszych rywali będzie w stanie złapać serię zwycięstw, dlatego nie spodziewam się końcowych rozstrzygnięć dopiero w ostatniej kolejce.

Biorąc to wszystko pod uwagę, w niedzielę należy się spodziewać pełnej dominacji Lecha i niezagrożonego zwycięstwa gospodarzy? Jest jakiś margines na niespodziankę?
Trudno mi wskazać mecz Lecha, w którym od pierwszej do ostatniej minuty kontrolowalibyśmy przebieg boiskowych wydarzeń. Nawet w pojedynku z Termalicą podopieczni Marcina Brosza mieli swoje momenty, gdzie wydawało się, że ruszą do odrabiania strat. GKS również będzie miał takie szanse na zaskoczenie naszej obrony, ale śmiem twierdzić, że w niedzielę zagracie z najlepszym Lechem, z jakim do tej pory przyszło wam mierzyć się w Ekstraklasie. Jesteśmy w ostatniej fazie walki o mistrzostwo, po kontuzjach wrócili kluczowi piłkarze, więc spodziewam się dwubramkowego zwycięstwa Kolejorza.

Jesienią Mateusz trafił wynik bezbłędnie, a jakiego ty masz nosa?
Stawiam na 3:1 dla Lecha.

Zaczęliśmy od Pucharu Polski i na Pucharze chciałbym zakończyć. Za niecałe dwa tygodnie w półfinale krajowego pucharu zmierzą się w Poznaniu kobiece drużyny Lecha i GKS-u. Damska sekcja futbolowa wzbudza zainteresowanie kibiców? Jak oceniasz jej poziom?
Kobieca piłka w Poznaniu wciąż raczkuje i nie sposób twierdzić, że te mecze budzą zainteresowanie całej społeczności. Kibiców jednak przybywa – pamiętam choćby mecz, w którym podopieczne Alicji Zając zapewniły sobie awans do Ekstraligi, to na poznańskie Morasko przyszła całkiem spora grupa, aby podziękować dziewczynom za ten sukces. Mecz z GKS-em będzie bardziej prestiżowy, bo zostanie rozegrany przy Bułgarskiej i będziemy się starali pobić rekord frekwencji na meczu piłki kobiecej. Ponadto warto wspomnieć, że ta drużyna jest budowana od zera, sportowo walcząc o kolejne awanse – zupełnie inaczej niż w przypadku klubów, które kupując licencje skracają sobie drogę do Ekstraligi. I choć wyniki w lidze są całkiem niezłe, to w rywalizacji pucharowej faworytem będzie jednak GKS.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga