Dołącz do nas

Piłka nożna

Kij w szprychy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przydaje się ta przerwa, oj przydaje. Przynajmniej na chwilę mamy wytchnienie od coraz to kolejnych porażek, klęsk, płaczu i zgrzytania zębami. Naprawdę już dawno temu nie mieliśmy początku sezonu tak fatalnego, żeby móc powiedzieć, że awans do ekstraklasy jest prawie niemożliwy już po ośmiu kolejkach. Między bajki włóżmy te stwierdzenia o specyfice ligi i przykładach Górnika Zabrze i Zagłębia Sosnowiec.

Po pierwsze bowiem, podczas gdy tamte drużyny wygrywały sześć meczów z rzędu, to my od jedenastu lat mieliśmy tylko dwie serie z czterema wygranymi w serii, a i trzy zwycięstwa to była rzadkość. Po drugie, my sobie możemy punktować, ale już mamy 11 oczek straty do drugiego i 13 do pierwszego miejsca, co oznacza, że przy naszych czterech lub pięciu wygranych, przeciwnicy muszą tyleż samo przegrać. I i tak dopiero jesteśmy wtedy w miarę na równi. Po trzecie w końcu – żeby osiągnąć i tak tragiczny pułap Zagłębia, które awansowało z 58 punktami, musielibyśmy zdobyć ich jeszcze 51 w 26 meczach, czyli mieć bilans na przykład 15-6-5. Ktoś w to wierzy, jeśli na początku sezonu mamy bilans 2-1-5?

Umówmy się, sezon w kontekście walki o awans jest praktycznie przegrany. To nie jest strata sześciu punktów po piętnastu kolejkach. Nie mamy nawet ćwierci sezonu, a strata punktów jest już dwucyfrowa. I nie ma znaczenia, że Bytovia rozegrała mecz więcej. Bo my i tak musimy ten „zaległy” mecz wygrać, co w obecnym sezonie graniczy z cudem.

Przykry wstęp? Nie ma co oszukiwać rzeczywistości. Tak naprawdę trzy kolejki temu mogliśmy wbić się na dobre do czołówki, mimo wcześniejszych strat punktowych. Niestety przegraliśmy z Rakowem, co było przykre, ale musiało być wkalkulowane. Nie do przyjęcia była natomiast porażka z Jastrzębiem. A meczem ratunkowym były Chojnice i tak w ciągu 10 dni straciliśmy 9 punktów, czyli więcej niż nasz dorobek w całym sezonie.

Teoretycznie GKS jest w stanie włączyć się do walki o awans, ale to tylko teoria. Tutaj musiałaby się zdarzyć naprawdę seria 6-8 wygranych z rzędu, żeby zadomowić się w czubie tabeli. Ale naszym problemem byłoby nie tylko doskoczenie, ale i utrzymanie się w czołówce. A jak wiemy z poprzednich sezonów – co tylko była szansa na lidera, zespół oddawał mecze i przegrywał. Nie ma gwarancji, że teraz nie byłoby tak samo, choć raczej nie podejrzewalibyśmy wtedy piłkarzy o celowość, tylko o słabą psychikę oraz dziwactwa szkoleniowca.

Chyba nawet najtwardszy zawodnik może wymięknąć przy trenerze Jacku Paszulewiczu. Powtórzymy to – jak żaden inny, ten szkoleniowiec popsuł dobrze rozkręcający się mechanizm. Najpierw kuriozalnymi zmianami pomiędzy meczami Wigry – Raków – Jastrzębie. Potem tych zmian aż tak wielu nie zrobił na Chojnice, ale z relacji osób, które mecz obserwowały – mając przeciwnika na widelcu i grając przez chwilę w przewadze – bronił wyniku i zakończyło się to klęską.

Trudno, żeby zawodnicy byli wpatrzeni jak w obrazek w trenera, który podejmuje tak nielogiczne decyzje personalne i taktyczne. Dodatkowo szkoleniowiec „popisuje się” także w wypowiedziach – twierdząc, że kluczowym momentem spotkania była czerwona kartka Poczobuta w doliczonym czasie gry. To jest takie, za przeproszeniem, pitolenie, bo równie dobrze wcześniejsza czerwień zawodnika gospodarzy mogła być kluczowym momentem, żeby odnieść zwycięstwo, ale dla nas oczywiście nie była. To tak na zasadzie, jeśli rywal strzeli na początku i przegramy, to bramka ustawiła mecz. A jak to my strzelimy, ale przegramy, to jest gadka o tym, że szybko strzelona bramka nas uśpiła. Wszystko źle, wszystko na naszą niekorzyść.

Trener kontynuuje niestety smutne tradycje odlatujących trenerów. Nie wspominamy już popadniętego w niebyt Wojciecha Stawowego, ale mamy w pamięci Jerzego Brzęczka, który wygadywał takie bzdury na konferencjach, że głowa boli. I głowa boli dalej, gdy opowiada podobne bajeczki dziennikarzom jako selekcjoner, a ci światli dziennikarze je łykają i mówią „w końcu mamy selekcjonera, który mówi z sensem”. Można sobie zadać pytanie, dlaczego zawsze my kibice GKS ostrzegamy, nikt nas nie słucha, wszyscy się z nas śmieją, a na koniec okazuje się, że mieliśmy rację. Oczywiście Brzęczek dopiero zaczął i miejmy nadzieję, że jednak odniesie sukces (chociaż w sumie to życzę sukcesów reprezentacji, a nie panu hochsztaplerowi), ale tak samo było z Ireneuszem Królem w Polonii Warszawa, kiedy również ostrzegaliśmy kibiców Polonii, a potem to oni płakali. Niestety przez nasz klub przewijają się piłkarscy, trenerscy i gabinetowi dyletanci, którzy dokładają cegiełkę do niszczenia klubu, a potem ruszają w Polskę. Nawet do reprezentacji.

Paszulewicz zawalił wiosnę, choć trzymaliśmy wówczas jego stronę, bo jednak to piłkarze zrobili wszystko, by nie awansować. To on jednak prowadził tę drużynę, a teraz psuje cały piłkarski sezon już na wstępie. Co najgorsze, z naprawdę fajną, młoda i perspektywiczną drużyną. Nieokrzesaną jeszcze, niedojrzałą, ale fajną. Która już się rozpędzała, ale szkoleniowiec odciął kable i choć piłkarze również dali ciała, to można częściowo zrozumieć, że stracili morale widząc, co robi pryncypał.

I powtórzę to po raz kolejny – „pierwsza liga styl życia” to taki fajny slogan tłumaczący porażki i „dziwne” zjazdy drużyn. Ale nikt nie mówi o tym, że od kilku lat w tym klubie są ludzie, którzy wkładają notorycznie szprychy w sprawnie działający mechanizm. Za Moskala po świetnej jesieni na wiosnę zespół wygrał tylko dwa na osiemnaście meczów. Nigdy nie uwierzę, że czysto sportowy spadek formy może spowodować tak żenujący bilans punktowy. Tak samo jak nie uwierzę, że czystym spadkiem formy i obniżeniem jakości piłkarzy jest to, że Paszulewicz od początku wiosny miał bilans 6-0-1, a od wygranej z Chrobrym do teraz ten bilans wynosi 4-3-9. Powiedzmy sobie szczerze – coś tu wybitnie jest nie halo.

Nadchodzący mecz z Chrobrym jest tak naprawdę jedynie meczem o przedłużenie złudzeń. Wygrana w Głogowie plus powiedzmy dwie wygrane w trzech meczach u siebie dałyby nam złudzenie, że jednak jesteśmy blisko czołówki. Tak naprawdę tylko tyle, bo przykro mi to mówić, ale jestem przekonany, że czekają nas kolejne gongi w najmniej spodziewanych meczach, jak na przykład z Garbarnią u siebie. Za dużo widziałem w ostatnich latach i obecnie, żeby mieć jakąkolwiek nadzieję, że będzie inaczej. GieKSa będzie sobie co jakiś czas wygrywać, powodować przez chwilę dobre wrażenie, a potem i tak znów wrócimy do punktu wyjścia. A każda kolejna porażka czy remis będą pogrążać nas w środku tabeli lub w jej ogonie.

Jedyną rzeczą, która nie odebrałaby mi całkowicie nadziei na lepsze jutro byłaby zmiana trenera. Ale to musiałoby się zdarzyć już teraz. I pewnie się zdarzy jeszcze tej jesieni. Ale i tak będzie to za późno.

PS. Przepraszam kibiców, że po reprezentacyjnej przerwie ten felieton ma taki wydźwięk. Nie potrafię inaczej. Na ten moment nie ma jednej racjonalnej przesłanki, żeby wiązać z tym sezonem jakiekolwiek nadzieje.

6 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

6 komentarzy

  1. Avatar photo

    Serbia

    12 września 2018 at 16:24

    Masz rację Shellu. Szkoda Twojego wkurwiania. Od lat czytam Twoje komentarze, które według mojej oceny są merytoryczne, trafne i pisane z klasą. Rzygać się chce oglądając ten klub od 13 lat w ligach niższych, aniżeli ta ekstraklapa. Szkoda mi tych kibiców, ultrasów, którzy jeżdżą za klubem po całej Polsce; po prostu kurwa ręce opadają. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć, żeby GKS Katowice awansował do ekstraklapy ale na chwilę brak jakichkolwiek perspektyw, żeby znaleźć coś pocieszającego. Z zazdrością patrzę jak kibice Górnika jeżdżą na Rossevelta i dopingują swój klub. Pozdrawiam Trójkolorowych Ultrasów.

  2. Avatar photo

    mzG

    12 września 2018 at 18:26

    Przygnębiające to czytać, nawet nie chcę wiedzieć jak przygnębiające było pisanie tego…
    Chyba lepiej już to przemilczeć niż się nad tym wszystkim zastanawiać

  3. Avatar photo

    KaTe

    12 września 2018 at 20:17

    I co nam pozostaje?
    To co zawsze – kibicować Gieksie…
    Angaż Paszulewicza był od początku dość dziwny (wymarzył go sobie Tadziu Bartnik?), ale w obecnej sytuacji, zwolnienie go oznacza spisanie sezonu na straty. Oczywiście, jeśli będziemy kontynuować serię porażek – znów będzie musiał pojawić się ktoś by gasić pożar. Ale nie czarujmy się: Gieksa to nie Lech Poznań. Ostatnio więcej trenerów nam odmówiło, niż podskakiwało z radości na wieść o tym, że jest taka propozycja.
    Jak przyjdzie kolejny Podoliński, efektem będzie układanie zespołu przez następne pół roku.
    A poza tym, wszak było do przewidzenia, że zbieranina może zacząć się zmieniać w zespół dopiero w okolicy października…
    Błędy Paszula w sterowaniu drużyną, to (mam nadzieję) efekt braku doświadczenia. Możemy tylko liczyć, że przynajmniej uczy się na błędach.

  4. Avatar photo

    Irishman

    13 września 2018 at 08:23

    Strasznie pesymistyczny tekst Shellu… a może realistyczny? Okaże się. Ja tam mam nadzieje, że to po tej przerwie to w końcu ruszy. Bo nasz skład to dynamit, który może wygrywać całymi seriami, bez względu co tam było kiedyś.

    Ale jeśli nie, to niech to będzie nauczka, żeby nie czekać nawet z najlepszymi transferami do końca okienka, bo one przynoszą więcej szkody niż pożytku i szkoda na nie kasy. Szkoda, że my zamiast robić awans ciągle musimy się uczyć…..

  5. Avatar photo

    Irishman

    13 września 2018 at 08:36

    A to, że te fatalne wyniki przyszły na początku rozgrywek to znaczy, że mamy więcej czasu, aby dogonić tych, którzy uciekli. Zresztą moim zdaniem, naszym realnym rywalem w walce o awans, który jest najwyżej w tabeli jest (oczywiście poza Rakowem) Chojniczanka, a do niej mamy nie 11 a już „tylko” 6 punktów. No chyba, ze Sandecja znów zagra wszystkim na nosie.

    Ale tak czy inaczej nie m,a co tych punktów liczyć, dopóki nie powstanie drużyna, która będzie w stanie je seryjnie zdobywać.

  6. Avatar photo

    Mecza

    13 września 2018 at 19:17

    Głupio się czyta komentarze o wyciąganiu wniosków i nauce trenera. On miał być gotowy, wiedzący co to awans a nie zielony, perspektywiczny ale to wiedzieliśmy w styczniu. Sytuacja GKS jest bardzo podobna do występów naszych eksportowych w pucharach, skończyliśmy sezon w sierpniu.

Odpowiedz

Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga