Wywiady
Goncerz: Musimy wybiegać i wymęczyć
W czwartek przed meczem z Miedzią Legnica przeprowadziliśmy dłuższą rozmowę z Grzegorzem Goncerzem. Zawodnik niedawno nabawił się niegroźnego urazu, ale już wkrótce będzie do dyspozycji trenera Kazimierza Moskala. Z Gonzem rozmawiał Błażej.
GieKSa.Pl Grzegorz jak tam Twoje zdrowie, bo wiemy, że miałeś kontuzje. Wracasz już do kadry meczowej?
Do kadry jeszcze nie wracam, dziś ( tj. czwartek 27.03) mam trening biegowy. Trener Moskal nie ryzykuje zdrowiem zawodnika. Czekają mnie treningi wzmacniające do końca tygodnia. A od poniedziałku zajęcia z drużyną w pełnym treningu i mam nadzieję, że będzie dobrze.
Wróćmy do początku rozgrywek: 1 punkt w 3 meczach, trener Moskal podkreślał, że to nie jest wynik, którego oczekiwaliśmy. Z czego wynika taki dorobek w Twoim odczuciu? Wiemy, że ciężko to porównywać, ale w poprzednim sezonie ze słabszą kadrą mieliśmy lepszy start.
Na pewno dorobek punktowy zdecydowanie nas nie zadowala. Nie potrafię powiedzieć, czemu tak wyszło. Patrząc na te 3 pierwsze mecze trzeba sobie powiedzieć jasno, zagraliśmy 2 dobre spotkania i jeden fatalny. O ile takie spotkania, jak ten z Bełchatowem, czy ten w Sączu dawały wcześniej punkty o tyle teraz jest ciężej. Mamy tylko jeden punkt, my z tego powodu też nie jesteśmy zadowoleni. Nie wydaje mi się, żeby poprzednia runda była dla nas szczytem możliwości. Jestem przekonany widząc chłopaków na treningach, że umiejętności są. Musimy to tylko przełożyć na ligę i punkty. Musimy zrobić wszystko by dobra gra miała przełożenie na punkty czy to zdobywane w Katowicach czy na wyjazdach. To jest dla nas najważniejsze.
Trener Moskal wspominał po Okocimskim, że nie poznawał swoich zawodników, nawiązywał do presji. Też tak to odczułeś? Ta presja dała znać o sobie w niektórych fragmentach?
Po części tak. W tym klubie presja jest zawsze, czy walczymy o utrzymanie czy też walczymy o ekstraklasę, gdzie widzą nas już kibice. Presja jest jednak pozytywna, bo trzeba się z tym zmierzyć. Musimy mieć świadomość, że drużyny będą przyjeżdżały do nas z respektem, to już nie są te mecze, gdzie mieliśmy falstart i drużyny, które przyjeżdżały grały o 3 punkty i mówiły, że GieKSa w kryzysie. Teraz jesteśmy na fali wznoszącej, drużyny przeciwne wiedzą, że ciężko będzie wywalczyć choćby punkt. Bolączką niestety jest u nas atak pozycyjny, ale to kuleje w całej polskiej piłce. W takich meczach musimy być bezwzględni i wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję. Patrząc przez pryzmat meczu z Okocimskim, myślę, że rzut karny rozwiązałby worek z bramkami. Potem gra się nie układała, była szarpana, brakło gdzieś pewności i wydarzyła się tragedia.
Odejdźmy trochę od teraźniejszości, debiutowałeś w GieKSie w sezonie 2008/09, piłkarsko to już jest spory czas, który spędziłeś w jednym klubie.
Z drobną przerwą na powrót do Chorzowa, można powiedzieć, że zadomowiłem się w Katowicach. Szczerze mówiąc, GieKSa dała mi piłkarsko najwięcej, wiele klubowi zawdzięczam i życzyłbym sobie, by awansował do ekstraklasy. Widzimy jak ta ekstraklasa jest opakowana i każdy z nas: zawodnicy, trenerzy, ludzie związani z klubem o niej marzą. Tym bardziej nas bolą takie rzeczy, gdy słyszymy o sprzedawaniu meczów, przykładaniu się o obowiązków, odpuszczaniu czegoś. My tym wszystkim żyjemy, a takie rzeczy aż szkoda komentować. Z jednej strony jesteśmy niezadowoleni z wyników, a z drugiej kolejną „szpile” wkładają nam ludzie, którzy powinni nas wspierać najbardziej. My możemy odpowiadać tylko na boisku a wiadomo, że z tym może być różnie. To jest sport.
W okresie, w którym jesteś mamy Moskala, a był Górak, Stawowy, Fornalak, Nawałka. W którymś momencie większej stabilizacji zabrakło? Liczba trenerów jest jednak duża na te wszystkie lata. Można było coś zrobić więcej?
Wydaje mi się, że GKS był do tej pory postrzegany przez zawodników, trenerów, jako dobra trampolina do rozwoju. Byli młodzi zawodnicy, starsi, którzy mają coś do udowodnienia, trenerzy młodego pokolenia. GieKSa to fajny klub, tutaj czuć atmosferę piłki, głód sukcesu. Doping, oprawa, kibice to działa na wszystkich. Każdy trener, zawodnik, który zrobił coś ponad stan był zabierany do innego klubu, innego „świata”. Wspomnijmy trenera Nawałkę, który z nami zrobił wynik ponad stan, wycisnął z nas absolutne maximum. Gdybyśmy mieli lepszą sytuację finansową w tamtym okresie to ta ciągłość pracy na pewno byłaby bardziej odczuwalna. Klub nie mógł utrzymać poziomu finansowego, którego życzył sobie trener Nawałka. To wszystko się rozpadło i pozostały zgliszcza. Mamy dziś kolejny przykład na to, co powoduje odejście jednego wartościowego człowieka z klubu. Widzimy, w jakiej sytuacji znajduje się teraz Górnik Zabrze.
Śledząc Twoje losy w klubie można powiedzieć, że ciągle grałeś o awans, utrzymanie, awans, rozpad klubu, ratunek miasta, znowu gra o awans. Nudy w klubie nie ma. Zastanawiałeś się kiedyś tak sam do siebie „Gdzie ja trafiłem? I co mnie jeszcze czeka?”
Zgadzam się, nudy nie ma i zawsze musi się coś dziać. Czy to nasze wyniki są słabe, czy też kłopoty finansowe. Gdy były wyniki nie było finansów. Myślę, że taka specyfika tego klubu. Była szansa na awans z Nawałką, ale pamiętajmy to była tylko jedna runda, którą zagraliśmy. Nie wiemy, co byłoby dalej. Każda drużyna ma swój limit, Nawałka wycisnął z nas wszystko. Potrzebne były wzmocnienia, ale wszystko ułożyło się nie tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Sam trener powiedział nam, że „lekarstwo ma swój termin ważności”, i to, czym nas wtedy karmił też powoli się kończyło. Nawałka miał fantastyczne pomysły, żyje piłką 24 godziny na dobę. Niestety nie miał już pomysłu na funkcjonowanie klubu w strukturze, która wtedy była.
Nawałkę wspominasz dobrze, a jak z innymi trenerami wspominasz współpracę? Różnie bywało, bo miałeś kontuzję, byłeś też pomijany w składzie.
Z trenerem, Fornalakiem trenowałem krótko, bo doszło do zwolnienia, nie mogę zbyt wiele o nim powiedzieć, jeśli chodzi o warsztat, ale jestem mu wdzięczny, że przyjął mnie do drużyny, wyciągnął do mnie pomocną rękę. Kolejny był trener Stawowy, wiem, jakie reakcję wywołuje jego osoba wśród kibiców, ale ja go wspominam fantastycznie. Nauczył nas wielu rzeczy, starał się wprowadzić swoją szkołę, graliśmy przede wszystkim piłką w tamtym okresie. Mi ta krakowska filozofia się podobała. Oczywiście to wszystko musi być poparte wynikiem a niestety tutaj tego nie było. My o tym głośno nie mówiliśmy, ale w tamtym okresie zaczęły się problemy z zarządem, problemy Pana Króla. Staraliśmy się od tego odciąć, kibice jednak nie znają całej prawdy, dlaczego to nie funkcjonowało tak dobrze jakbyśmy sobie tego życzyli. Niewątpliwie kondycja finansowa z tamtego okresu miała duży wpływ na to.
Chciałbym się chwilę zatrzymać przy trenerze Góraku. Obecnie zawodnicy podkreślają, iż grają ci, którzy są w formie i to cechuje trenera Moskala, że nie ma pewniaków do składu. Z trenerem Górakiem mam wrażenie było inaczej. W większości meczów grał stały skład, Ty również nie dostawałeś szans.
Wiosna za trenera Góraka, mimo iż drużyna funkcjonowała dobrze a wynik punktowy był przyzwoity to jest to moja największa porażka i z tym się nie będę krył. Bardzo mnie to bolało, że nie mogłem pomóc, że nie mogę w tym uczestniczyć. Trener mnie nie widział wcale albo widział mnie w bardzo małym stopniu. Nie jestem osobą, która by płakała i chodziła po dziennikarzach z żalami. Gdy u innych trenerów grałem to nie pytałem ich, dlaczego gram. Uznałem, więc, że skoro nie gram to również nie będę pytać. Trzeba było pracować na treningach i to właśnie robiłem. Szansy większej jednak nie otrzymałem, sporadycznie grałem, ale myślę, że to wykorzystałem. Gdzieś jednak do tej koncepcji trenera Góraka jednak nie pasowałem. Trener nigdy mi tego nie powiedział. Ja koncentrowałem się na swojej pracy, te emocje we mnie się zbierały. Cieszę się, że przyszedł trener Moskal i mogę znowu cieszyć się piłką. Każde wyjście na trening mnie cieszy. Wtedy zjadłem dużo nerwów, ale teraz patrzę optymistycznie w przyszłość. Tamta sytuacja na pewno mnie wzmocniła, mało, co może mnie zaskoczyć. Sięgnąłem wtedy dna, piłkarskiego, emocjonalnego. Zostałem zapomniany. Mozolnie odbudowuje swoją pozycję w klubie, jestem mocniejszy wyciągam wnioski i cóż gramy dalej.
Pojawiły się wtedy myśli o odejściu?
Na pewno były różne warianty rozpatrywane. Rynek jednak wszystko weryfikuje. Gdyby w lecie spytać ludzi związanymi z klubem, kto chce zostawić Goncerza to był to prezes Cygan. Ofert nie było za wiele dlatego też jestem prezesowi wdzięczny, że widział mnie w Katowicach, wyciągnął do mnie rękę. Szkoda byłoby jednak odchodzić w takim momencie, odszedłbym niespełniony. Mamy swoje ambicje i cele, które w nas siedzą. Chciałbym osiągnąć wynik, na jaki ten klub zasługuje. Jeśli miałbym odejść to właśnie w takim momencie, w którym wszyscy będą nas szanowali a drużyna będzie miała swój styl. W czerwcu takiej sytuacji nie było, byłem załamany i sfrustrowany. Szanuje prezesa za decyzję o postawieniu na mnie.
Grzegorz w przeciągu tych 5 lat zauważyłeś jak zmienił się Twój styl grania? Kiedyś boczna linia i gra 1 na 1. Od trenera Stawowego jesteśmy na różnych pozycjach z nowymi zadaniami.
Rzeczywiście tak jest. Doświadczam na własnej skórze jak się piłka zmienia. Kiedyś sztywne 4-4-2 i skrzydła szeroko, które grały przy linii. Od Stawowego rzeczywiście zaszły zmiany. Skrzydłowi schodzą do środka robiąc miejsce obrońcom. Wszystko idzie do przodu a ja muszę się do wszystkiego dopasować. To nie jest koncert życzeń, nie mogę mówić, że gram tylko w jeden sposób. Granie w środku pola gdzie jestem ustawiany również sprawia mi radość, mam częsty kontakt z piłką, jestem pod grą. Mam dużą swobodę teraz. Ja się zmieniam, ale jeśli trener powie, że mam grać 1 na 1 to tak zrobię. Nigdy nie miałem problemów z trenerami i wykonywaniem ich poleceń.
Wspomnieliśmy o zmianach w piłce, ale jedno się nie zmienia stałe fragmenty gry. W opinii wielu kibiców GieKSie brakuje dośrodkowań bezpośrednich. Duża część jest wykonywana na krótkie podanie. Z czego to wynika?
Trener Moskal przykłada do tego dużą wagę, dużo ich ćwiczymy. To, że tak je rozgrywamy poparte jest jego wieloletnim doświadczeniem. Można powiedzieć, że w ofensywie to jeszcze nie przynosi takiego efektu, na treningach to wychodzi naprawdę nieźle. W meczu potrzeba trochę więcej spokoju i lepszego wykończenia. Trzeba podkreślić defensywne wykonanie stałych fragmentów gry, pierwsza bramka z Bełchatowem padła po naszej kontrze po rzucie rożnym rywala.
Zauważyliśmy, że przy defensywnym rogu ustawiamy 3 zawodników do kontry. To nowość trenera Moskala?
Zgadza się, trener ogląda spotkania, podąża za nowymi trendami i powiedział nam, że ryzykujemy i ustawiamy się na kontrze. Chcemy wykorzystać moment, w którym przeciwnicy nie mają ustawionej obrony. Ostatnio się to udało, wyszła nam fantastyczna kontra. Widać, że te drobne rzeczy przynoszą efekty. To na pewno zasługa trenera. Kiedyś robiło się wszystko by nie stracić bramki. Trener patrzy szerzej, chce wykorzystać moment i strzelić bramkę.
Grzegorz jesteś aktywny na twitterze, po meczu z Okocimskim wpisałeś, że bardzo przeżywacie tą porażkę i jest ciężko. Powiedz zderzyłeś się trochę z taką bezpośredniością w kontaktach przy tej formie wpisów?
Nigdy się tego nie bałem, nigdy nie bałem się spotkań z kibicami czy też dyskusji. Każdy chce wygrywać, ale nie zapominajmy, że to tylko sport. Rzeczywiście niektórych wpisów nie ma sensu komentować np., gdy pytano mnie o bukmacherkę. My mamy obiecaną premię za awans, za zwycięstwo. Wiemy, o co gramy i chcemy wygrywać. Czasem jednak się nie da. Wierzę jednak, że sięgając dna można się od niego odbić i wierzę, że tak będzie. Mecz z Bełchatowem pokazał, że można się odbić. Musimy mieć wielką wiarę w zwycięstwo. Potrzebujemy również pomocy kibiców, bo to wszystko musi razem współgrać.
W wielu klubach w Polsce jest tak, że warunki są złe to drużyna gra dobrze, są warunki to nie ma wyników. Z czego Twoim zdaniem to wynika, dlaczego tak trudno to spiąć razem?
Sukces ma wielu ojców a porażka jest sierotą. My przegrywając jesteśmy sami, gdy wygrywamy to wygrywa całe miasto. Tak to odbieram. Zauważyłem np. wpis, że piłkarze zaprzepaścili w 180 minut przygotowania kibiców. Musimy działać wspólnie, gdy my przegrywamy, przegrywają również kibice. Kibice muszą nas wspierać. My też gramy dla kogoś. Gdyby nie te trybuny to podejrzewam, że niewielu piłkarzy chciałoby przyjść do GKS, synergia musi być zachowana. Porażki się zdarzają, nie jesteśmy w stanie wygrywać wszystkiego niczym Bayern Monachium. Musimy te mecze wybiegać, wymęczyć.
Piłka nożna Wywiady
Jędrych: Stempel mocnej wiary
Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.
Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.
Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.
Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.
Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.
Piłka nożna Wywiady
Wasielewski: Tutaj się odnalazłem
Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.
Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.
Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.
Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.
Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.
Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.
Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.
Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.
Jaki był plan na ten mecz?
Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.
Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?
To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.
Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?
Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.
Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?
Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.
Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.
Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.
Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?
Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.
Felietony Piłka nożna
Marsz ku marzeniom
No to nam się ułożyła tabela. Po niedzielnych spotkaniach GieKSa znajduje się na podium. Niepojęte. Wiadomo, że Raków nie rozegrał swojego meczu z Jagiellonią, jednak gdyby pojedynek ten się odbył, to w przypadku zwycięstwa jednej z drużyn Katowiczanie znaleźliby się na czwartym miejscu, a gdyby był remis – na piątym. Zaległości zostaną odrobione 13 maja i będziemy je śledzić z zapartym tchem. Wcześniej natomiast odbędzie się jeszcze cała kolejka ligowa.
Niezależnie jednak od starcia Raków – Jagiellonia, GKS na trzy kolejki przed końcem znalazł się na miejscu premiowanym grą w rozgrywkach europejskich. Wysoka porażka Wisły Płock oraz remis Zagłębia Lubin spowodował, że Wisłę przeskoczyliśmy, a od Lubinian odskoczyliśmy. Ostatecznie ta kolejka jest na wielki plus. I jeszcze ten Widzew przegrał. Nieważne.
Wyświechtany już jest ten termin „logika ekstraklasy”, ale trudno go nie używać, bo ma on swój wielki sens w tym sezonie. Czyli to, że gdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w danym meczu jakaś drużyna wygra, to wygrywa drużyna przeciwna. Niektórzy snuli teorię, że i tak może być w pojedynku z Termaliką. Tym razem jednak GieKSa tej „logice” zaprzeczyła. Będąc zdecydowanym faworytem i grając o swoją wysoką stawkę nasz zespół rozbił i dobił rywala zmierzającego prostym traktem do pierwszej ligi. Sensacji czy niespodzianki nie było. Wygrała drużyna z większym potencjałem i w końcu nie musieliśmy do ostatnich sekund drżeć o wynik, co w ostatnich czasach zdarzało nam się bardzo często.
Ale wcale nie musiało być tak różowo. Termalica postawiła wszystko na jedną kartę i na początku meczu przyatakowała znacznie. Nasz zespół trochę się w tej pierwszej fazie pogubił i raz po raz w polu karnym Dawida Kudły było jakieś zamieszanie. Goście wykonywali sporo rzutów rożnych. Raz po interwencji Lukasa Klemenza było blisko bramki samobójczej, a piłka spadła na poprzeczkę. Bardzo czujny był Dawid Kudła, który nie popełnił błędu Bartłomieja Drągowskiego i jakoś tę piłkę poza boisko wybił. Wyglądało na to, że czeka nas ciężkie – wbrew papierowi – spotkanie.
GieKSa jednak po raz kolejny pokazała, że w piłce liczą się konkrety. Piłkarze Marcina Brosza bowiem robili to zamieszanie, ale niedługo potem w ciągu kilku minut GKS zdobył dwie bramki, dał sobie bardzo duży komfort i zwiększył prawdopodobieństwo zwycięstwa. Wrócił Mateusz Kowalczyk do składu i zabawił się w szczypiornistę czy tam koszykarza i wrzucił se piłkę do bramki. A że musnął ją po drodze Kasperkiewicz to już tylko drobny szczegół, ale konieczny, by bramka z autu mogła zostać uznana. Od razu przypomniała mi się taka sytuacja kiedyś z derbów Birmingham, kiedy zawodnik drużyny broniącej wyrzucał z autu do swojego bramkarza (chyba fińskiego), ten chciał przyjąć, ale piłka przeturlała mu się po stopie i to był jeszcze bardziej kuriozalny gol – ale tego typu. Tak więc Kowal już na wstępie zaliczył efekt ze swojego powrotu. I mieliśmy do czynienia z dość zabawną sytuacją, kiedy fetowane i skandowane jest nazwisko nie strzelca bramki, a człowieka, który wyrzucał aut.
Czy Ilja strzelił drugiego gola? Miałem pewne wątpliwości w trakcie meczu, sądziłem, że potrzeba by grona fizyków, którzy skomplikowanymi obliczeniami dowiedliby, że piłka uderzona pod tym kątem, trafiająca w słupek, odbije się tak, że wpadnie do bramki. Na spokojnie jednak patrząc na tę sytuację, na chłopski rozum, wydaje się, że wpadłaby. Bezpośrednio lub właśnie po odbiciu od słupka. Drugiego samobója więc nie było, a Ilja mógł się cieszyć ze swojej bramki. Dodajmy, że jego pierwszy strzał głową przy tym rzucie rożnym też był bardzo dobry i dał szansę na dobitkę.
Trzeci gol to już był majstersztyk naszego zespołu. Jak w meczu z Motorem nasza drużyna robiła atak z siedmioma czy ośmioma uczestniczącymi zawodnikami, to teraz poszło bardzo prosto – Wasyl, Nowak, Szkurin, Marković. Przy czym dwóch naszych zawodników (Milewski, Wasielewski) było w tej akcji znokautowanych, ale to nie przeszkodziło Bartkowi wypuścić Ilję, a Białorusinowi kapitalnie wyłożyć piłkę do Emana. Sprint, jaki w tej sytuacji wykonał Norweg to też było coś niesamowitego. A od strzału Jimeneza do gola minęło 14 sekund. Nie wiem, czy tory kolejowe w Polsce są gotowe na tak szybkie pociągi. Alan Czerwiński z dawnych czasów w GieKSie – kiedy to sam miał swoje „tory kolejowe” i po nich pędził – ma godnych następców. Choć nie powiem – i Alan czasem jak za starych dziejów potrafi się rozpędzić, ale to rzadko, bo z wiekiem postawił na inne atuty.
I brawa dla sędziego Malca za puszczenie tej akcji.
GieKSa miała świetny wynik i naprawdę niepotrzebnie straciła tę bramkę po koniec pierwszej połowy. Z drugiej strony bardzo dobrze w tej sytuacji zachował się Zapolnik i po prostu wymanewrował Arkadiusza Jędrycha. Tak to się zdarza w sporcie.
Nie wiem czy jestem jakimś wrodzonym pesymistą (nie sądzę) czy opieram się na doświadczeniu, ale w związku z tą straconą bramką byłem niezadowolony w przerwie. Oczami wyobraźni już widziałem powtórkę z Motoru, kiedy rywal zaraz po przerwie znów trafia do siatki i robi się kwas. A przecież po trafieniu Zapolnika Fassbender miał zaraz znakomitą sytuację. Za dużo GieKSa w ostatnim czasie tych prowadzeń traciła, żebym był spokojny. Dlatego niezbędna dla mnie była czwarta bramka.
Ta na szczęście w miarę szybko padła, a swój swoisty dublet ustrzelił Kowal. Żarty żartami, zastanawialiśmy się w pierwszej połowie, kiedy ostatnio zawodnik strzelił bramkę. No i w końcu zaliczył swoje premierowe trafienie w tym sezonie, a wynik stał się spokojniejszy. Fantastycznie wypuścił Mateusza Eman, do swojego gola dokładając asystę. Swoje przy tej akcji zrobił oczywiście Szkurin. No a odbiór początkujący tę akcję zaliczył… Kowal.
No a potem mieliśmy kolejny popis Norwega, który indywidualnie popędził, nawinął obrońcę, minął bramkarza i strzelił do pustej bramki.
Różne te wszystkie gole były i świadczące o wszechstronności. GieKSa parła do przodu tak jak nas ostatnio przyzwyczaiła. I strzelała bramkę za bramką.
I najlepsze jest to, że nie był to jakiś wybitny mecz naszej drużyny. Mogło to wyglądać trochę lepiej, bez tej nerwówki na początku czy po golu na 1:3. Ale drugiej strony – efektywność ofensywna w tym meczu to był kunszt. Widziałem kilka lepszych meczów – choćby z Lechią Gdańsk u siebie, gdzie druga połowa ocierała się o perfekcję. Ale jeśli GieKSa gra mecz dobry, a nie wyśmienity, a mimo to gromi przeciwnika, to wiedz, że jest dobrze. Że są jeszcze rezerwy, a i tak jest świetnie. Fajnie, że Mateusz Kowalczyk w pomeczowym wywiadzie też podszedł z pewnym krytycyzmem do postawy drużyny, a jego słowa zabrzmiały na bardzo merytoryczne i stonowane.
Niesamowita jest ta nasza Nowa Bukowa. Bilans GKS Katowice u siebie od otwarcia stadionu to 15-4-5, bramki: 47-30.
Ostatnie 10 meczów to ligowy bilans 7-1-0 plus dwa awanse w Pucharze Polski.
Niepojęte. Twierdza od samego startu.
Z kronikarskiego obowiązku dodam też, że Termalica była jakąś totalną zmorą GieKSy u siebie, choć wszystkie poprzednie mecze odbyły się jeszcze na starej Bukowej. Na dziewięć takich prób, naszemu zespołowi ani razu nie udało się wygrać. Pamiętam debiut trenera Rafała Góraka za pierwszej kadencji – to właśnie piłkarze z Niecieczy pokonali nas w Katowicach po pięknym golu Pawlusińskiego. Niedawno GKS był bliski wygranej, ale grając z przewagą jednego zawodnika przez cały mecz dał sobie wbić trzy gole, w tym na 3:3 w czasie doliczonym. Była porażka po dogrywce w Pucharze Polski. Innym razem rywale również w doliczonym czasie strzelili zwycięskiego gola.
W końcu przeciwnik ten został odczarowany. Ale dziewięć meczów na Bukowej, w których ani razu nie przegrali to swoisty rekord.
Po tym meczu nasz zespół wskoczył na podium. Można się powoli bawić w analizy terminarza. Na ten moment mamy dwa punkty przewagi nad Zagłębiem Lubin i Wisłą Płock oraz lepsze mecze bezpośrednie z oboma tymi ekipami. To mówi, że w przypadku naszej jednej wygranej w trzech ostatnich kolejkach, rywale ci musieliby wygrać dwa swoje mecze.
Zagłębie gra z Górnikiem na wyjeździe, Pogonią u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Wisła z Motorem i Górnikiem u siebie oraz Lechem na wyjeździe. W każdym z tych przypadków dwie wygrane byłyby dużym wyczynem. I choć nie są to scenariusze niemożliwe (zwłaszcza w przypadku Wisły), to zadanie to będzie dla tych ekip piekielnie trudne.
Nie wspominam na razie (wspomniałem na wstępie) o Rakowie i Jagiellonii, bo nikt nie powiedział, że i z tymi zespołami nie możemy rywalizować o miejsce na podium. Tym bardziej, że z Jagą zagramy mecz bezpośredni.
Ale tak jak powiedziałem – swoje punkty trzeba zrobić. A i nasz terminarz do łatwego nie należy. Piast pod wodzą trenera Myśliwca znów zaczął grać bardzo dobrą i skuteczną piłkę. Starcie w Gliwicach będzie niebywale trudne. Staną na siebie dość podobne dwie drużyny i znów będziemy mieli piłkarską wojnę. Później przyjdzie czas na ekipę Adriana Siemieńca, która zawodzi w ostatnim czasie, ale nadal jest to przecież świetna drużyna. I na koniec zawsze mocna u siebie Pogoń.
Rywale więc w tej kolejce nam pomogli, a my to wykorzystaliśmy kapitalnie. Zawsze najlepiej zacząć od siebie i swój mecz wygrać. A co się wydarzy na innych boiskach jest równie ważne – ale lepiej to obserwować mając już spokojną głowę i swoje zadanie wykonane najlepiej jak się potrafi.
A Termalica? To była piękna przygoda. Ktoś musi w lidze zająć ostatnie miejsce, ale grunt, żeby zrobić to z honorem. To nie jest drużyna bardzo słaba. Byle kto nie wygrywa w Białymstoku, Warszawie i Zabrzu. Za dużo jednak potracili punktów w innych meczach. Pewnie Słonie znów gdzieś za dwa lata awansują. Folklor więc spada z tej ligi – pytanie co będzie w zamian. A może Puszcza, która pod wodzą legendarnego Tomasza Tułacza uchwyciła świetną serię i zaczyna się dobijać do baraży?


johann
1 kwietnia 2014 at 20:47
„teraz jesteśmy na fali wznoszącej” – super, Kamiński gola!
Igor
3 kwietnia 2014 at 22:22
Zamiast tyle gadać i siedzieć na twitterze, mógłby lepiej więcej potrenować, bo o to chyba chodzi, jak się jest zawodowym piłkarzem. Na razie wymęczyli 1 punkt na 12…