Piłka nożna
Noty i opisy po Zagłębiu
GKS Katowice przegrał w Sosnowcu z Zagłębiem 0:1. Niezwykle ciężko jest ocenić zawodników, bo w większości zagrali oni bardzo dobrą pierwszą połowę i wprost żenującą drugą. Trudno to uśrednić, bo liczy się efekt, a ten oznacza zero punktów – dlatego też oceny nie są czystą średnią, a obrazem obu połów powiązanym z efektywnością (a raczej jej brakiem). Jeśli jednak chodzi o cały zespół, to za ten mecz przyznajemy drużynie okrągłe ZERO! Dramat…
Mateusz Abramowicz – 5
Nie miał wiele pracy w tym meczu, a w pierwszej połowie w ogóle. Bramka padła po rykoszecie, w drugiej części miał jedną dobrą interwencję, kiedy wybił piłkę na róg. Dwa dziwne zachowania, kiwanie się w stronę swojej bramki oraz wyjście poza pole karne (kiedy był jeszcze obrońca) i ryzykowne zagranie – mogła być ręka i czerwona kartka.
Adrian Frańczak – 5
Powrót po kontuzji, pierwszy mecz od początku i naprawdę przyzwoita gra w pierwszej połowie. Kapitalna centra do Lebedyńskiego, ogólnie wysoki poziom. Po przerwie nie pomógł drużynie, grał słabo, pozwolił rywalowi przedrzeć się jego stroną i padła bramka.
Mateusz Kamiński – 5,5
Mało pracy w pierwszej połowie. Pewna i solidna gra. Nie spodziewał się chyba takich problemów po przerwie.
Tomasz Wisio – 4
Krył tego Fidziukiewicza, krył i… odpuścił. Jedna akcja, w której miał dobrze interweniować – i zawalił klasycznie. To jest recydywa. Bramkarz był w bramce i naprawdę nie trzeba było go asekurować, tylko kryć strzelca. A Wisio odbiegł na kilka metrów i jeszcze dostał rykoszetem. Kiepski transfer…
Dawid Abramowicz – 4,5
Po bardzo dobrym meczu w Chojnicach pozostało tylko wspomnienie. Dawid próbował rozgrywać na skrzydle, ale z kiepskim skutkiem. W drugiej połowie niepewny i nerwowy. Z autów tym razem zero zagrożenia.
Tomasz Foszmańczyk – 5
W pierwszej połowie reżyser gry. Stawiał stempel niemal na każdej akcji i te akcje posuwały się do przodu. Zmarnował prezent od przeciwnika – po prostu musiał tu strzelić gola. A po przerwie? Błędy techniczne, odskakująca piłka i z poziomu ekstraklasowego przeszedł na czwartoligowy. To jeden z zawodników u których najbardziej widać obniżenie poziomu w trakcie meczu.
Bartłomiej Kalinkowski – 5
Świetnie w pierwszej połowie, kilka bardzo dobrych interwencji w defensywie, ale i otwierające podania z przodu. Cały taki mecz byłby na ósemkę. W drugiej połowie pogubił się kompletnie i zapomniał jak się gra w piłkę.
Łukasz Zejdler – 4,5
Tu było bardziej równomiernie, ale też w pierwszej części oczywiście lepiej. Zawodnik mimo wszystko nie daje drużynie tego, co jesienią.
Kamil Jóźwiak – 4,5
Druga część bezproduktywna, nawet mając jedną z nielicznych akcji strzelił anemicznie. W pierwszej połowie sam sobie stworzył mega sytuację i to powinien być gol. Zawodnik bez kompleksów w pierwszej połowie i z kompleksami w drugiej.
Mikołaj Lebedyński – 4
Niewykorzystane dwie znakomite sytuacje, z czego ta druga (nogą) stuprocentowa. Z całym szacunkiem do postawy Mikołaja, ale ten brak goli jest już mocno irytujący. Chłopie obudź się i zacznij trafiać do siatki! Niska nota właśnie za te zawalone sytuacje…
Andreja Prokić – 5
Nie był tak widoczny i efektowny, jak w Chojnicach, ale swoje sytuacje miał i za każdym razem strzelał obok słupka. Jemu akurat zabrakło szczęścia, ale też mógłby odrobinkę lepiej nastawić celownik.
Grzegorz Goncerz (grał od 58. minuty) – 2
Niestety – absolutnie nic nie wniósł do gry. Niewidoczny i niewidzialny.
Armin Cerimagić (grał od 64. minuty) – niesklas.
Debiut dość beznadziejny. Kilka prób ataków, zero efektów. Zagubiony jak cała reszta.
Oliver Prażnovsky (grał od 90. minuty) – niesklas.
Zmiana na wzrost. Nic nie dała, ale grał za krótko.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


ula
18 marca 2017 at 10:04
Mam małe pretensje do ciebie Shellu odnośnie D.Abramowicza.Sam kiedyś stwierdziles,ze za samo wejscie na boisko,jest nota 5
rob
18 marca 2017 at 10:21
Jerzy Brzęczek – 0 Fatalna taktyka trzeci mecz z rzędu,zmiany wołające o pomstę do nieba.Czy może być jeszcze gorzej ?
Jacek T.
18 marca 2017 at 11:32
Noty za wysokie. Powinny być u każdego -1, -2 do tego co jest.
kibic
18 marca 2017 at 12:38
Sory ale noty wyciagniete z kapelusza,o polowe za wysokie a czesc zawodnikow powinna wypasc ze skladu niestety przy tych transferach to niemozliwe,ja wymienie zawodnikow co powinni usiasc na lawie a niech ktos mi powie kim ich zastapic bo wedlog mnie polityka transferowa tym razem to pomylka i robiona pod wzgledem oszczednosciowym a tak sie nieda i myslec o awansie,a wiec na lawe powinni usiasc Wisio,Dawid Abramowicz,FoszmanczykZejdler,Lebedynski,a zmiennicy do rezerw to znaczy Goncerz i praznowski aby odbudowali sie i odzyskali forme czekam na odpowiedzi realne jak i krytyke moze to ja sie myle bo ja niestety Brzeczka bym tez otsunol od druzyny i moze z boku by zobaczyl jak zle poukladal zespol
Irishman
18 marca 2017 at 12:45
Shellu, nie jestem przekonany czy Wisio powinien akurat rozerwać szyki obronne i ruszyć za Fidziukiewiczem, który sprytnie się cofnął gdzieś na 18 metr. Moim zdaniem to raczej defensywni pomocnicy powinni w tej strefie asekurować stoperów i przejąć napastnika gospodarzy. Tymczasem spóźniony Kalinkowski dopiero nadbiegał i nie miał szans na skuteczną interwencję.
I moim zdaniem chyba tu jest pies pogrzebany – tak w tym jak i w poprzednich meczach, że ZNOWU mamy dziurę przed naszym polem karnym. Oczywiście obrona gra słabo ale także defensywni pomocnicy nie spisują się najlepiej i nie asekurują obrońców. Być może trener popełnia błąd ustawiając ich za wysoko, za bardzo chce ich angażować w grę ofensywną? I dlatego z przodu wygląda to fajnie ale każda kontra przeciwników to dla nas zagrożenie.
Uważam, że powinniśmy zmienić ustawienie, bo co z tego, że ładnie gramy skoro wyniki to jakaś KATASTROFA!
Trzeba zrezygnować ze zbyt ofensywnego ustawienia – Kalinkowski i Zejdler bardziej do tyłu, Foszmańczyk (który eksploatowany na skrzydle nie daje rady fizycznie) na środek za Lebedyńskiego, na prawe skrzydło Mandrysz albo Jóźwiak (wtedy na lewe skrzydło Cerimagić, a Lebedyński za Prokicia).
Irishman
18 marca 2017 at 12:54
No ale widzę, że w wielu przypadkach NARESZCIE pękła magiczna granica oceny 5 za mecz. Tak więc wreszcie noty są bardziej przystające do rzeczywistości i moim zdaniem dość zasłużone w perspektywie CAŁEGO meczu.
Nawet w przypadku Wisio, który moim zdaniem gra coraz lepiej ale ciągle jeszcze nie dobrze. Może nawet powinien dostać jakieś 4.5? Tylko, że poprzednio maks 3.
ula
18 marca 2017 at 13:02
Do kibic:Nie sadzajmy Dawida na lawke,bo na to nie zasluzyl,nie mozna sadzac zawodnika z powodu jednego meczu przegranego.No bez przesady.
Shellu
18 marca 2017 at 13:48
Ula, pocieszę Cię. Mimo negatywnej opinii, nie uważam jeszcze, że powinien zasiąść na ławce.
kibic
18 marca 2017 at 14:54
Do Uli niestety Dawid popelnia wiele bledow i to nie tylko w ostatnim meczu,mozna sobie pozprawdzac ile stracil bez sensownych pilek i zlych podan i ile z tego poszlo kontr przeciwnikow niestety lawka mu sie nalezy,ale nie musisz go bronic bo trener jest slepy i go nie zmieni a i niema zmiennika bledne transfery wychodza
ula
18 marca 2017 at 16:39
Do kibic:Poczekamy zobaczymy
Łukasz
18 marca 2017 at 17:58
Bardzo obiektywna ocena! Brawo Shellu dobra robota Prawda taka zabrakło szczęścia w 1 połowie.
bce
18 marca 2017 at 19:19
Tylko Kamiński 5. Reszta max 3 z dwoma wyjątkami Wisio i Gonzo 1.
Mózgi i kondycja się wam wyłącza w 2-giej połowie szpilu?
Dać szanse od początku Olivierowi i Ceramice.
Jak Lebiedyński i Prokić gole nie strzelają to dać szanse Szołtysowi i Mandarynie.
Wisio daj pan spokój. Wole już Garbacika.
Jóźwiak mecz to 2x45min !!!
Ustawienie może zmienić trzeba.
Swego czasu były narzekania na Dude, Pielo i Wołka (zapomnieliście?!)
Co jest z kondycją.
Brzęczek bier ich na badania wydolnościowe na AWF!!!
Ściągamy emerytów do klubu a nie szkolimy własnych wychowanków a mija już ponad 10-lat. Za mało czasu aby wyszkolić sobie własnych graczy?
Prestiżowe mecze zawsze w ryj:(
gars
18 marca 2017 at 21:44
Miałem opisać to co myślę, ale chyba najlepsze słowo to szmaciarze.
Irishman
19 marca 2017 at 04:48
Dawid Abramiwicz jest moim zdaniem zbyt cenny w ofensywie, aby go sadzać na ławie. Błędy w defensywie on często (i skutecznie) nadrabiał ambicją. Tylko jak on wychodzi do przodu to musi być asekuracja (np. defensywnych pomocników), a TEGO NIE MA. No więc on często musi natychmiast wracać i w końcu brakuje mu tych sił, których ambicją nie nadrobi.
Sytuację bardzo pogarsza też to, ze po jego stronie obrony gra Wisio, który mozolnie dopiero łapie formę.
Serio, to co zrobił Brzęczek z tą grającą dobrze jesienią defensywą to jest aż niewiarygodne. Jak można było sobie pozwolić na takie eksperymenty na początku rozgrywek, gdy było wiadomo, że czekają nas dwa tak trudne wyjazdy, w których gra obronna to była podstawa?
I tylko chwała M. Abramowiczowi, bo jakby nie on to w ogóle mielibyśmy po trzech meczach ZERO punktów!
kibic
19 marca 2017 at 11:50
Do Lukasz szczescie to moze miec kurwa lub policjat a zwyciestwo trzeba sobie wywalaczyc,gra zaangarzowaniem i determinacja,a nam tego brakuje gry mamy jak na chwile obecna na 30 minut a reszta gdzie,co to za druzyna budowana przes tyle czasu jesli traci gola sie rozsypuje panikuje nie umie przytrzymac pilki i nazucic swego stylu gry,gdzie logika czytam ze Praznowski jest bez formy i ciezko ma znalesc sie w 18 na mecz a potem ma byc ratunkiem w ataku na ostatnie minuty z gorolami nie piszcie tu bzdur i nie broncie tej druzyny bo jeszcze dwa takie mecze i awansu niema ,i co potem bedzie trzeba rozwalic caly sklad sbudowac na nowo druzyne i styl gry a to kolejne lata i co w tedy zostanie z naszego klubu stara gwardia sie sypie i wykrusza a nowej nie da sie przyciagnac na kolejne slabe lata w 1 lidze wiec klupnijcie sie w glowe zanim cos napiszecie
Marcin
19 marca 2017 at 20:12
taktyka nie ta co trzeba, za mało napadu z przodu grajmy 4-3-3, co nam zalezy..