Dołącz do nas

Piłka nożna

Noty i opisy po Zniczu

Avatar photo

Opublikowany

dnia

W końcu GKS zakończył spotkanie solidnym, wysokim zwycięstwem. Nie przyszło ono jednak wbrew pozorom łatwo. Nasza postawa była średnia, a momentami dobra. Ostatecznie mieliśmy dość sporo sytuacji i aż cztery zostały zamienione na bramki. Musimy jednak przyznać, że o wysokiej wygranej zadecydowały indywidualności, bo jedni zagrali lepiej, a niektórzy słabiej.

Mateusz Abramowicz – 7
Nie miał zbyt wielu okazji, by się wykazać, jeśli chodzi o groźne strzały rywali. Mimo to należy bardzo pozytywnie ocenić jego występ. Grał bardzo pewnie i wcale nie był bezrobotny, bo strzałów może nie było, ale sporo dośrodkowań, które albo pewnie wyłapywał, albo jeszcze bardziej pewnie przepuszczał za boisko. Przy bramce bez szans.

Alan Czerwiński – 5,5
Średni mecz Alana. W defensywie jakoś specjalnie nie zawalił, w ofensywie – mimo kilku dobrych prób podłączenia się – nie potrafił wiele z tego zrobić. Poprawi się w Puławach.

Mateusz Kamiński – 7
Dobra, pewna gra Mateusza. Kilka ważnych interwencji, na czele z tą z początku drugiej połowy, kiedy to na szybkości i wślizgu ratował w sytuacji sam na sam rywala. Trochę nerwowy na początku spotkania, ale potrafił to przekuć na pewną grę.

Oliver Prażnovsky – 6,5
Również bez zastrzeżeń do stopera. To dwie klasy lepiej niż Tomasz Wisio. Pewne interwencje, poważniejszych błędów brak. Brawo.

Dawid Abramowicz – 5
No niestety tu dobrych informacji nie mamy. Owszem miał sporo wrzutów z autu, nawet po niektórych było zagrożenie. Ale z gry bardzo średnio, a w defensywie fatalnie – dwa błędy, z czego jeden bardzo poważny i grożący utratą bramki (na początku drugiej połowy). Niestety Dawid wraca do swojej defensywnej postawy z jesieni. Czyli sporo błędów.

Kamil Jóźwiak – 5,5
Średni mecz zawodnika, próbował coś ugrać, pokazać się na pozycję, ale czynił to z lepszym lub gorszym skutkiem. Miał udział przy pierwszej bramce, bo… to do niego szła piłka. Raz też fajnie próbował się wedrzeć skrzydłem. Ale ogólnie to nie był wybitny mecz tego zawodnika.

Bartłomiej Kalinkowski – 5,5
Taki sobie mecz zawodnika, nie imponuje tą pewnością, co na jesieni. Na domiar złego fatalnie podawał pod swoim polem karnym, z czego padła bramka dla rywali. Źle jakoś nie było, ale trzeba się poprawić i wrócić do formy z jesieni. udział przy czwartej bramce.

Łukasz Zejdler – 6
To samo tyczy się Łukasza, który stał się trochę taki bezbarwny. Nie oznacza to jednak, że gra źle, bo swoje zadania wykonuje i nie można powiedzieć, by popełniał błędy. Wiemy jednak, że zawodnik ma większy potencjał i powinien go częściej pokazywać.

Armin Cerimagić – 7
Bardzo dobry mecz Bośniaka. Rozgrywał i wszędzie go było pełno. O ile z Podbeskidziem biegał bez ładu i składu, to tutaj jego gra była poukładana. Do tego miał kilka dobrych strzałów, trzy razy musiał interweniować Misztal, wybijając piłkę na rzut rożny. Bardzo pozytywny występ!

Mikołaj Lebedyński – 5
Słabiutko. Zawodnik nie był efektywny, nic wielkiego z jego gry nie wynikało. Był sporo razy przy piłce, a raz w momencie, kiedy należało prostopadle wypuścić Jóźwiaka, zdecydował się na niepotrzebny strzał. W Puławach czeka go chyba ławka.

Grzegorz Goncerz – 8
Brawo kapitanie! Gonzo wykorzystał dwie okazje w sposób klasowy, najpierw po błędzie rywali, a potem techniczna dobitka. Do tego jeszcze asysta przy trzeciej bramce. Główny architekt zwycięstwa i jeśli tak ma odpowiadać na nasza krytykę, to nie mamy nic przeciwko.

Adrian Frańczak (grał od 52. minuty) – 6,5
Dobra postawa po wejściu na boisku i przede wszystkim kapitalna asysta do Goncerza przy drugiej bramce. Co by nie mówić, chyba wygryzie Abrama ze składu.

Paweł Mandrysz (grał od 76. minuty) – niesklas.
Wszedł na ostatni kwadrans i się nie wyróżnił, ale na jego korzyść działa, że… padły dwa gole.

Andreja Prokić (grał od 83. minuty) – niesklas.
Wszedł na siedem minut przed końcem i strzelił dwa gole. I to kapitalne – jak rasowy snajper! Co tu dużo więcej dodawać – rewelacja! Grał za krótko, żeby mu wystawić notę – ale nieoficjalnie to byłaby maksymalna – efektywność sto procent!

11 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

11 komentarzy

  1. Avatar photo

    Irishman

    5 kwietnia 2017 at 11:14

    Po ostatnich, nie najlepszych meczach trener Brzęczek zgłaszał „spore pretensje” o brak szczęścia. No i w końcu fortuna się do niego uśmiechnęła. I nie chodzi mi tutaj o wynik meczu, bo ja z uporem zawsze twierdzą, że to jest pokłosiem przede wszystkim umiejętności piłkarzy oraz szkoleniowca, który ich odpowiednio mobilizuje, czy ustawia na boisku.
    Paradoksalnie szczęście trenera polegało na tym, że nie mógł grać Foszmańczyk, a w ciągu meczu drobny uraz dopadł Abramowicza (mam nadzieję, że to nic groźnego). No więc zwycięski i dobrze grający skład….w pewnym sensie sam się ułożył. Oczywiście mógł trener dalej kombinować w tym momencie z Ceramigiciem na środku albo Garbacikiem na lewej stronie, na szczęście tego nie zrobił i tu dla niego spory plus. Jeszcze większy plus za to, że wytrwale stawiał na Goncerza – tu akurat upór Brzeczka opłacił się wczoraj. No, a gdy u boku Goncerza pojawił się jeszcze Prokić (nie pamiętam, czy oni kiedykolwiek grali razem w ataku?) to, co prawda na tle odsłoniętego rywala ale wyglądało to kapitalnie!

    Nie można tego wczorajszego wyniku nie docenić, nie można go też przeceniać ale na pewno trzeba z niego wyciągnąć właściwe wnioski. Więc, to chyba kiedyś pisałem ale powtórzę – mając dwóch tak dobrych, wręcz rasowych bocznych pomocników jak Jóźwiak i Ceramigic po co szukać jakichś zawiłych kombinacji, w których często sami się gubimy? A jak do tego dodalibyśmy świetnie radzącego sobie na 10-tce Foszmańczyka, co nie raz pokazał i łapiącego formę Goncerza to jest to w ogóle ofensywa na ekstraklasę, a w I lidze nie będzie defensywy, która sobie z nią poradzi! Oczywiście zawsze można też pokombinować z Prokiciem i Mandryszem ale (Panie trenerze!) – niech, do licha, boczni pomocnicy grają z boku, środkowi na środku, a napastnicy w napadzie! To proste i jak się wczoraj okazało skuteczne rozwiązanie musi przynosić efekty i wprowadzić nas do ekstraklasy!
    No jest też kwestia lewej obrony i tutaj chyba jednak trzeba by postawić na pewniejszego w defensywie i niezłego w ofensywie Frańczaka.

    PS.
    Sory Ula, też lubię Dawida, a te jego wrzutki wręcz uwielbiam ale liczy się przede wszystkim dobro drużyny.

  2. Avatar photo

    Irishman

    5 kwietnia 2017 at 11:27

    Jeśli chodzi o noty:
    Pierwsza bramka padła po…no niech będzie, że pół asyście Alana więc o te pół punktu więcej powinien dostać.

    Jóźwiak widać, że nie jest jeszcze zgrany z Czerwińskim, a poza tym inni partnerzy też nie są chyba jeszcze przyzwyczajeni do jego ładnych wejść w pole karne z prawej strony. Ale gdyby Brzęczek zechciał tak grać to po zgraniu się – POWTARZAM BĘDZIEMY NIE DO ZATRZYMANIA!

    Kalinkowski….no fakt. Może czas dać szansę Pielorzowi albo Sapale????? Choć zwycięskiego składu podobno się nie zmienia!

  3. Avatar photo

    ula

    5 kwietnia 2017 at 14:11

    Irishman którego Abramowicza miales na myśli pisząc o urazie

  4. Avatar photo

    Błażej

    5 kwietnia 2017 at 14:30

    @ula

    Dawid ma kontuzję

  5. Avatar photo

    kosa

    5 kwietnia 2017 at 17:28

    Lebedyński zagrał dobry mecz i zasłużył na 6. Nie zgadzam się z oceną Shella.

    Redaktor kosa.

  6. Avatar photo

    fan -club Dortmund

    5 kwietnia 2017 at 20:25

    Irish dobra analiza ,niestety jedno zwyciestwo nic nam nie daj…za nami jest tak gesto ze kazda nastepna porazka moze nas duzo kosztowac..zatem do boju bo nikt latwo skory teraz nie odda…

  7. Avatar photo

    MARCIN

    5 kwietnia 2017 at 20:35

    Abramowicz bardzo przeciętny na lewej obronie, ja bym postawił na Frańczaka bo chłopak jest o wiele lepszy i wraca do formy !!!

  8. Avatar photo

    decyzyjny Batory

    5 kwietnia 2017 at 20:39

    irishman-ostudź głowę. Przypomnij sobie, że przegraliśmy 2:0 ze średnim Podbeskidziem, które dopiero co zleciało z ekstraklasy. Na ten moment nie mamy szans nawet z Górnikiem Łęczna. Nadzieja tylko w tym, że po zgaszonym zniczu morale zespołu wzrosły i będzie ciut skuteczniej. Okaże się w Puławach. GKS!

  9. Avatar photo

    Matti

    6 kwietnia 2017 at 08:36

    Też uważam że Abramowicz musi odpocząć z Podbeskidziem popełniał fatalne błędy w obronie a w ofensywnie był całkowicie nieefektywny. Frańczak czysto piłkarsko jest lepszy i znacznie szybszy. Więc dla mnie wybór jest jasny. Nie widziałem meczu w Pruszkowie ale skoro chwalicie Cerimagica to pewnie zagrał bardzo dobrze bo w poprzednim meczu był słabiutki. Co do Prokica to moim zdaniem powinien grać na szpicy ma potencjał jest bardzo szybki i zawsze coś może strzelić. Gonzo widać w końcu sie odblokował i powinien grać za Prokiciem. Na kolejny mecz wejdzie Foszmańczyk więc trener będzie miał niezły ból głowy. Mój skład na Puławy:
    Abramowicz – Frańczak, Kamiński, Praznovsky, Czerwiński – Jóźwiak, Zejdler, Kalinkowski, Cerimagic, Foszmańczyk – Goncerz.

  10. Avatar photo

    ula

    6 kwietnia 2017 at 11:50

    I tak Dawid odpocznie bo ma kontuzje

  11. Avatar photo

    MARCIN

    6 kwietnia 2017 at 19:31

    Do Matti, też bym taki skład wystawił jak podałeś a pod koniec znów wkurzony Prokić niech włazi i ogień !

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga