Dołącz do nas

Felietony Hokej Kibice

Post scriptum do wyjazdu do Cortiny

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Wyjazd do Cortiny na półfinałowy turniej Pucharu Kontynentalnego kończymy tradycyjnym PS-em. Jest on tym razem nieco dłuższy, ale cóż — jaki wyjazd, taki PS 🙂 Mam nadzieję, że dobrniecie do końca bez usypiania 🙂

1. Mimo najszczerszych chęci i namów w październiku stało się jasne, że redakcja GieKSa.pl wybierze się do Cortiny w jednoosobowym składzie w postaci autora niniejszego PS-a. W związku z tym zaszła potrzeba znalezienia wśród osób jadących z kibicami współtowarzyszy podróży i noclegu.

2. Rozważałem dwa środki transportu: auto i samolot, przy czym druga z opcji miała taką wadę, że ostatnie busy z Cortiny do ościennych miejscowości odjeżdżały ok. 19-20, zatem wiązało się to albo z koniecznością droższego noclegu w samej Cortinie, albo wynajęcia auta na lotnisku.

3. Po dłuższych poszukiwaniach zgłosiło się dwóch moich krajanów z Imielina – Hudy i Seba (pisownia ksywy pierwszego oryginalna, ale z racji pisowni mojej przez j – od czeskiego trunku, a nie Dostojewskiego – nie zdziwiło mnie to zbytnio) 🙂

4. Rozmowa z Hudym na szpilu była bardzo konkretna i rzeczowa, w wyniku czego już na następny dzień mieliśmy pochytane noclegi.

5. Początkowo nieco problemów nastręczył kontakt z klubem z Cortiny w kwestii akredytacji, ponieważ strona www nie ma wersji w innym języku niż włoski, który, choć mi się niesamowicie podoba, poza „buon giorno”, „arrivederci”, „bellissima ragazza” i „vaff**culo” nie należy do moich mocnych stron 🙂

6. Na szczęście z pomocą pospieszył Foxu, który podał mi namiar do Tomasso, z którym bez problemu porozumiałem się po angielsku i który zapewnił mnie, że akredytacja będzie na mnie czekała na lodowisku przed pierwszym szpilem.

7. Włosi są przesympatycznym narodem, który cechuje wszechobecny luz, czasami przeradzajacy się w „bordello”. Zawsze bardzo podobało mi się to podczas dzikich wyjazdów, kiedy pozwalało to nam rozbić namiot gdzie bądź, kąpać się na campingu nie będąc zakwaterowanym, czy niegdyś mojemu ojcu – jechać cugiem na hasło „Papa Wojtyła” zamiast biletu. Jednak przy ustaleniach dotyczących akredytacji budziło to moje lekkie obawy.

8. Planujemy wyjechać z Imielina w czwartek o 21, jednak tu daje popalić moja skłonność do odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę, w wyniku czego wyruszamy godzinę później, a następnie wracamy się kilka km po łańcuchy na koła, o których zapomniałem (a które finalnie okazały się niepotrzebne).

9. Czeską winietę kupujemy online, natomiast przy zakupie austriackiej na granicy w Mikulowie ku naszemu zdziwieniu w dwóch miejscach chcą od nas 19 eurasów, podczas gdy normalna cena to około dychy.

10. Okazuje się, że ww. miejsca to punkty czeskie, na szczęście kawałek dalej jest całodobowy austriacki i tam kupujemy winietę po cenie nominalnej. Nie dajcie się nabrać rodakom Szwejka.

11. Dalsza część podróży mija nam bez większych problemów (nie licząc półgodzinnego poślizgu w omijaniu korka) i niewiele przed południem meldujemy się w Carbonin-Schulderbach położonym niecałe 20 km od Cortiny, gdzie mieści się nasza kwatera.

12. Na miejscu zastajemy już sporo GieKSiarzy, którzy rozpoczynają właśnie… grilla (spożywczego, nie mylić z tym spod znaku „h”).

13. Okazuje się natomiast, że w pokoju nie ma dla nas pościeli, co byłoby do przeżycia, gdyby nie zimne kaloryfery i 17 stopni w pokoju. Wywiązała się zatem dłuższa dyskusja z jedynym gościem z recepcji, który władał językiem Szekspira, a nie tylko Dantego. Musiałem pokazać rezerwację, udowadniając, że pościel jest wliczona w cenę, a nie za opłatą, po czym otrzymujemy zapewnienie, że pościel wieczorem będzie na nas czekać.

14. Dodatkowo dowiadujemy się, że nie płacimy opłaty klimatycznej, natomiast wymagana jest kaucja 100 EUR. Dobra, może być, nie zakładamy demolki pokoju.

15. Po krótkim odpoczynku i przygotowaniu sprzętu udajemy się do zdominowanej już przez GieKSiarzy Cortiny. Robimy szybkie zakupy i podjeżdżamy pod halę. Jest ona z zewnątrz naprawdę ładnym obiektem, a nad jej dachem wznoszą się majestatyczne góry.

16. Moje obawy o akredytację okazały się bezpodstawne. Co prawda włoscy ochroniarze nie do końca rozumieli, o co chodzi, jednak jeden z nich ujrzawszy statyw, z uśmiechem powiedział: „a, giornalisto”, zawołał panią władająca angielskim i po chwili akredytację dzierżyłem w ręku.

17. Obiekt w Cortinie od wewnątrz nie wygląda może na najnowszy, ale ma swój klimat i jest… trzypiętrowy, co rzadkie w przypadku hali hokejowej. Sektor prasowy mieści się na drugim piętrze, skąd jest naprawdę superwidoczność na taflę i trybuny. Mankamentem jest to, że balkony są drewniane, co nieco tłumi akustykę.

18. Jednak największą wadą obiektu jest niezwykle słaby Internet. To storpedowało definitywnie i tak z założenia karkołomne plany zrobienia foto, wideo z dopingu i live’a w pojedynkę.

19. Po nerwowej końcówce pierwszy mecz wygrywamy 5:4, po czym zostaje odtworzony Mazurek Dąbrowskiego. Niestety gospodarzom nawaliło przy tym nagłośnienie i nagranie rozpoczęło się od trzeciego wersu hymnu („Co nam obca…”), podczas gdy kibice rozpoczęli normalnie. Tym samym Mazurek (a przynajmniej pierwsza zwrotka) nie wyszedł najlepiej, ponieważ nie zabrzmiał jak hymn, a jak „Płonie ognisko w lesie” śpiewane przez harcerzy na dwa głosy. Natomiast druga zwrotka odśpiewana a capella wyszła już dużo lepiej, choć nieco zaskoczyła organizatorów, którzy puścili w jej trakcie jakąś inną muzę.

20. Po powrocie na kwaterę, na miejscu czeka już na nas pościel i ciepłe kaloryfery. Jednak okazuje się, że Internet na jest niewiele lepszy od tego z hali. O ile przy ładowaniu galerii to jeszcze nie przeszkadza, o tyle wysłanie Jaśce filmików z dopingiem do obróbki po 2 giga każdy staje się nie lada wyzwaniem.

21. Na szczęście winny okazuje się mecz Polska-Czechy oglądany przez GieKSiarzy w hotelu i po jego zakończeniu filmiki zostają załadowane.

22. W kolejny dzień budzimy się przed 9., ponieważ planujemy wyjście w góry na trasę wokół Tre Cime di Lavaredo, stanowiącą jeden z najpiękniejszych trekingów w Dolomitach.

23. Trasa ta rozpoczyna się przy schronisku Rifuggio Auronzo, położonym na ponad 2300 m n.p.m. Jednak na wysokości  ok. 1800 m czeka na nas przykra niespodzianka w postaci szlabanu. Zimą niestety nie da się tam wjechać. Cóż, decydujemy się podejść do schroniska z buta, a co dalej, zobaczymy.

24. Okazuje się, że szlaban miał swoje uzasadnienie, bo na drodze dojazdowej zalegały takie ilości lodu, że auto mogłoby wylądować w dolinie kilkaset metrów niżej.

25. Jak większość schronisk w Dolomitach, poza sezonem letnim jest ono nieczynne, jedynie dostępny jest zimowy schron, w którym można się przespać lub odpocząć. Po sesji fotograficznej z barwami wyruszamy wyżej.

26. Z racji prawie dwugodzinnego nadprogramowego podejścia, naszym celem staje się przełęcz Forcella Lavaredo, położona na wysokości 2452 m n.p.m. Rozpościerają się z niej zapierające dech widoki na okoliczne szczyty, a na miejsce chwilę po nas dociera ekipa z Mysłowic. Wszystko to mogliście obejrzeć w górskiej galerii.

27. Po sesji fotograficznej wspólnie docieramy do parkingu ok. 16 i z dwugodzinnym przystankiem na kwaterze udajemy się do Cortiny na drugi nasz szpil.

28. Cortina wystawia kilkudziesięcioosobowy młyn, który jest jednak przez większość meczu zagłuszany przez żółtą armię fanatyków. Natomiast osobiście zaskoczyła mnie niewielka liczba pikników gospodarzy. W Belfaście hala żyła, tu niekoniecznie. Choć na pewno wynik 0:8 na niekorzyść gospodarzy sprawy nie ułatwiał.

29. Z kolei, widząc i słysząc nasz doping, kolejni Włosi podchodzili, fotografowali, filmowali, jednym słowem kopary im opadały na widok Trójkolorowej Armii. Choć z kolei tu również dużą robotę zrobił wynik i postawa naszych hokeistów.

30. Tym razem Mazurek Dąbrowskiego został odegrany prawidłowo, choć nieco zbyt wolno. Z tego powodu kibice śpiewają nieco szybciej. Natomiast druga zwrotka odśpiewana a capella wyrwała z butów. Naprawdę, ciary przechodziły po plecach.

31. Hudy i Seba dzień wcześniej przytomnie zauważyli, że zaraz obok parkingu wychodzą hokeiści, dzięki czemu udało nam się chwilę porozmawiać z Grzegorzem Pasiutem. Nasz kapitan wykazał się dużą klasą i skromnością, jakby wynik 8:0 był dla niego „zwykłym dniem w biurze”. Jakże miła odmiana w stosunku do innej dyscypliny…

32. Po powrocie na kwaterę okazuje się, że Internet działa w tempie ślimaka-impotenta, choć dziś żaden piłkarski mecz nie leci 🙁 Na domiar złego, w wyniku nieporozumienia wcześniej skasowałem z dysku Google filmiki z piątku, których Jaśka jeszcze nie ściągnął.

33. Dopiero nad ranem, po nieprzespanej i bogatej w przekleństwa nocy, w akcie desperacji schodzę z drugiego piętra na parter ośrodka, gdzie net o dziwo działa o niebo lepiej i udaje mi się ponownie załadować wideo z piątku.

34. Przy wykwaterowaniu dowiadujemy się, że… no właśnie nie wiem co. Chyba, że włamaliśmy się do nieprzygotowanego i nieposprzatanego pokoju. Zdębiałem, ale po wyjaśnieniu, że dostaliśmy klucz, a pokój był już czysty i nie mamy zastrzeżeń, pani z uśmiechem zwraca nam kaucję. Kompletnie dotąd nie wiem, o co biegało.

35. Po spakowaniu auta udajemy się do Cortiny na niedzielną Mszę. Po włosku niewiele rozumiemy, ale posiłkujemy się polskimi czytaniami.

36. Następnie poszukujemy knajpy z jakimkolwiek WiFi, jednak w listopadzie okazuje się to mission impossible.

37. W tej sytuacji planujemy wjechać autem na szczyt Cinque Torri, gdzie znajduje się ciekawe muzeum bunkrów z I WŚ, jednak drogę zagradza nam kolejny zakaz wjazdu. W tej sytuacji wjeżdżamy na przełęcz Passo Giau (2236 m n.p.m.), skąd widoki są przednie, co mogliście obejrzeć w odpowiedniej galerii.

38. Po powrocie do Cortiny zamierzamy zjeść pizzę, jednak docieramy na 20 min przed sjestą i zostajemy poinformowani, że nie można już nic zamówić. Na szczęście jedyna mówiąca po angielsku pani lituje się nad nami i obiecuje 3 pizze na wynos.

39. Oczywiście oprócz niej nikt nie włada innym językiem niż włoski, zatem robi się spore zamieszanie i pozostałe osoby chcą nas wyprosić, nie reagując na tłumaczenia po angielsku, że już zamówiliśmy. Na szczęście poraz raz kolejny sympatyczna Włoszka wybawia nas z opresji.

40. Po posiłku udajemy się do hali na ostatni mecz. Trzeba przyznać, że Duńczycy kibicowsko zaprezentowali się (oprócz GieKSy, oczywiście) chyba najlepiej, wystawiając podobny młyn, co gospodarze dzień wcześniej – ale bądź co bądź na wyjeździe. Niestety mieli oni nieco źle dobrany bęben, który kompletnie zagłuszał ich popisy wokalne.

41. Sam mecz pomimo prowadzenia 2:0 przegrywamy po dogrywce 2:3 i tym samym nasze nadzieje, że do trzech razy sztuka i tym razem cały Mazurek Dąbrowskiego wybrzmi perfekcyjnie, palą na panewce. Zamiast tego słuchamy hymnu duńskiego.

42. Po zakończeniu meczu oczekujemy na hokeistów i trenera. O ile Mateusza Bepierszcza podebrali mi chłopaki z oficjalnej, o tyle w przypadku Jacka Płachty udało mi się ich ubiec. A może schlebiam sobie i po prostu nie chcieli gadać ze szkoleniowcem 🙂

43. Następnie udajemy się na naszą kwaterę w celu załadowania materiałów na stronę. Mimo wcześniejszego wykwaterowania udaje mi się spędzić półtorej godziny w świetlicy, podczas gdy Seba i Hudy kimają w aucie.

44. Droga powrotna mija bez problemów,  (nie licząc wściekłego głodu i długiego oczekiwania na tankstelle w Austrii). Jednak jazda na trzech kierowców jest zdecydowanie bardziej komfortowa niż we dwóch. Tym samym około 10. rano w poniedziałek meldujemy się z powrotem w Imielinie.

45. Na koniec wielkie podziękowania dla osób, które okazały się podczas tego wyjazdu pomocne: Seby i Hudego, którzy jako „zwykli” kibice mieli więcej czasu i ogarniali wszystkie przyziemne rzeczy (zakupy, jedzenie), pomagali za kółkiem, a także musieli znosić moje humory i pomstowanie na różnorakie problemy techniczne; Jaśki, który obrabiał wideo z dopingu, Adiego i Sowina, którzy pisali relacje meczowe, Miśka, który czuwał, gdy wrzuciłem nie tę galerię, co trzeba i wykazał się chęciami pomocy technicznej na odległość i wreszcie Kosy, który korygował newsy i ze skromnej redakcyjnej kasy dołożył się do wyjazdu. Podziękowania również dla wszystkich obecnych GieKSiarzy, dzięki którym ten wyjazd był niezapomnianym przeżyciem i bez których moja praca na miejscu nie miałaby żadnego sensu.

47. Jeżeli Wam nasza praca się podoba i chcecie czytać podobne newsy w przyszłości, zachęcamy do wsparcia naszej redakcji – zarówno własną pracą, jak i materialnego.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Witek

    25 listopada 2023 at 16:00

    Szacun za materiały z Włoch…

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga