Siatkówka
Siatkarska czapa czyli – Co słychać w sieci?
Kolejna prasówka po zwycięskim meczu to sama przyjemność, choć oczywiście niedosyt po stracie jednego punktu musi być.
katowickisport.pl – Dziesiąte zwycięstwo GKS-u w sezonie
Widzowie w Częstochowie obejrzeli fascynujący pojedynek pomiędzy AZS-em a GieKSą. Zwycięstwo po tie-breaku odnieśli podopieczni Piotra Gruszki. Pierwszy set dla GKS-u był jak marzenie – po kilku udanych zagrywkach Karola Butryna katowiczanie prowadzili już 10:4. Później goście powiększali przewagę nad AZS-em, który sprawiał wrażenie drużyny bardzo pogubionej. W całej partii ugrali ledwie 14 „oczek”. Podopieczni Piotra Gruszki w drugim secie nie schodzili z tonu. Prowadzili już 10:6, ale od tego momentu nagle do głosu doszli częstochowianie. AZS najpierw doprowadził do remisu 19:19, a potem dzięki kilku skutecznym atakom był już nie do doścignięcia. Gra wyrównała się w kolejnej partii, ale tylko na moment. Kiedy na boisko wszedł Michał Błoński, GieKSa przejęła inicjatywę. Najpierw popisał się udanym atakiem, a w końcówce seta mocno przybliżył swój zespół do zwycięstwa. Katowiczanie nie cieszyli się jednak długo, bo już w kolejnej partii AZS skutecznie uciekł rywalom. I choć goście próbowali odrobić straty, o tym, kto okaże się górą w całym meczu, miał zdecydować tie-break. W nim lepsza okazała się GieKSA, która wygrała 15:10. Sobotnie zwycięstwo podopiecznych Piotra Gruszki było ich dziesiątym w tym sezonie. (…)
siatka.org – PL: Częstochowskie, delikatne potknięcie GKS-u
Bardzo dobrze radzący sobie w tym sezonie GKS Katowice – beniaminek PlusLigi – w Częstochowie zaliczył mniej udany występ. Zajmujący ostatnie miejsce w tabeli miejscowi wykorzystali swoje szanse i zdołali doprowadzić do tie-breaka, w którym finalnie triumfowali już jednak siatkarze z Katowic. Punkt wywalczony w tym meczu najprawdopodobniej pozwoli AZS-owi opuścić ostatnie miejsce w zestawieniu PlusLigi. Już początek meczu pokazał, który zespół przystępuje do tego pojedynku w roli faworyta. Katowiczanie po błędzie w ataku Rafała Szymury objęli czteropunktowe prowadzenie (7:3). To był dopiero początek świetnej passy punktowej gości, którzy w dalszej fazie rywalizacji powiększali swoją przewagę. Częstochowianie bardzo często mylili się w ataku. Piłki w aut posyłali Michał Szalacha oraz Bartosz Buniak (6:15). W połowie tej odsłony było już niemal pewne, które drużyna obejmie prowadzenie w spotkaniu. Po drugiej stronie siatki dobrze radzili sobie Sobański oraz Butryn, którzy kończyli wszystkie swoje ataki (7:18). To właśnie ten drugi przypieczętował wysokie zwycięstwo przyjezdnych, atakując z lewego skrzydła (25:14). (…)
siatka.org – Piotr Gruszka: Mogę jedynie powiedzieć „sorry”
Piotr Gruszka był zadowolony z wyjazdowego zwycięstwa, jakie odniósł GKS Katowice z AZS-em Częstochowa. Beniaminek PlusLigi triumfował 3:2 z ostatnim zespołem w tabeli, co dla wielu może oznaczać lekkie rozczarowanie. Innego zdania jest szkoleniowiec gości, dla którego pojedynki pod Jasną Górą mają zawsze szczególne znaczenie. (…)
– Wywalczyliśmy dwa punkty. Ja już tę ligę znam, znam przede wszystkim swój zespół i takich meczów obawiam się najbardziej, bo po ostatnich dobrych momentach, które mieliśmy w katowickim Spodku, bardzo dużo ludzi dosyć nonszalancko podchodzi do słabszych rywali na zasadzie, że teraz będzie spokojnie. Ja cały czas powtarzam swoim chłopakom, że miejsce w tabeli na ten czas nie ma znaczenia, bo każdy walczy o swoje, każdy trenuje, żeby jak najwięcej wygrywać i tak samo w przypadku zespołu z Częstochowy. Wiedziałem, że częstochowianie zawsze u siebie stawiają na mocną zagrywkę i ten serwis pozwolił im wrócić do gry. To się przełożyło na kontrataki, które wybronili i ten mecz zrobił się z teoretycznie łatwego początku, bo pierwszego seta kontrolowaliśmy praktycznie od początku do końca i w drugim secie do stanu 19:16 również, następnie zrobił się trudny. Na pewno cieszy zwycięstwo przy tak nierównym meczu, chociaż wiele rzeczy powtórzyło się w naszym zespole nie po raz pierwszy i to mnie najbardziej martwi – mówił wybitny reprezentant Polski, Piotr Gruszka. (…)
Po pierwszym spotkaniu obu drużyn w Katowicach, kiedy to GKS triumfował 3:0, Piotr Gruszka pół żartem, pół serio powiedział, że może nie mieć życia w Częstochowie, gdzie na co dzień mieszka. Jak zatem sytuacja będzie wyglądać teraz? – Nie obawiam się tego, bo dzisiaj przyszła bardzo duża grupa ludzi, może głośno nie kibicować, ale poprzez jakąś znajomość, sympatię z moją osobą, obejrzeć mecz, ale po cichu też mi pokibicować, bo myślę, że o to chodzi. Tu nie chodzi o to, że nagle nie wyjdę na ulicę, bo wygrałem z AZS-em. Ja się cieszę, że wygrałem, taka jest praca i każdy, kto rozumie sport, wie, że trzeba walczyć o swoje. Dziękuję mojej kilkudziesięcioosobowej grupie, która przyszła mi dopingować, także pozdrawiam ich i mogę jedynie powiedzieć „sorry” (śmiech), ale myślę, że większość z nich na pewno cieszy się, że zwyciężyłem, a że 3:2, to też się cieszą, że ten punkt mimo wszystko w Częstochowie został – mówił na koniec z przekąsem Piotr Gruszka.
siatka.org – Marco Falaschi: Myśleliśmy, że będzie łatwiej
Siatkarze GKS-u Katowice w miniony weekend odnieśli kolejne zwycięstwo w PlusLidze. Tym razem podopieczni Piotra Gruszki triumfowali w Częstochowie z tamtejszym AZS-em, ale dopiero po tie-breaku. Rozgrywający zespołu gości nie ukrywał, że oczekiwał nieco łatwiejszego pojedynku, ale wyklucza możliwość zlekceważenia rywala. (…)
– Powiem szczerze, że myśleliśmy, że to spotkanie będzie łatwiejsze. Po pierwszym secie, którego wygraliśmy do 14, byliśmy przekonani, że pójdzie łatwo, ale niestety nasza drużyna boryka się z takim problemem, że jak gramy z drużynami, które są w tabeli za nami i zaczynamy popełniać błędy, to wówczas wkrada się u nas panika. Na przykład w drugim secie prowadziliśmy 17:14 i popełniliśmy dwa, trzy błędy z rzędu. Straciliśmy wówczas koncentrację i przegraliśmy seta. Próbowaliśmy jeszcze znaleźć nasz rytm gry, ale nie udało się – przyznaje Marco Falaschi. (…)
GKS Katowice spisuje się w tym sezonie bez zarzutów jak na beniaminka PlusLigi. Drużyna ze stolicy woj. śląskiego ma na swoim koncie wiele zwycięstw oraz kilka niespodzianek. Nad wszystkim czuwa Piotr Gruszka, którego wszyscy doskonale znają z parkietów. Jak pracę swojego trenera ocenia Marco Falaschi? – Zupełnie normalnie. To jego drugi sezon w roli trenera. Ważną rzeczą jest, że był zawodnikiem, toteż momentami wie, co zawodnicy myślą. To dla nas bardzo ważne, ważne dla drużyny. Cały czas pracujemy wszyscy razem. Nie jest łatwo, ponieważ to pierwszy rok GKS-u Katowice w PlusLidze, ale wydaję mi się, że robimy dobrą robotę, ale możemy grać jeszcze lepiej. Postaramy się pozostać w pierwszej dziesiątce PlusLigi, co byłoby spełnieniem naszego celu – mówi na koniec kapitan GKS-u.
sportowefakty.wp.pl – AZS Częstochowa – GKS Katowice: fatalna seria AZS-u przedłużona
W spotkaniu 18 kolejki PlusLigi AZS Częstochowa przegrał z GKS-em Katowice 2:3. Najlepszym zawodnikiem spotkania został Tomasz Kalembka. To dwunasta porażka z rzędu dla częstochowian. (…)
Druga partia początkowo miała podobny przebieg. Znów dominował GKS, który prezentował się lepiej w ataku i defensywie. Katowiczanie mieli już cztery „oczka” zaliczki (17:13), ale zmiany dokonane przez trenera Bąkiewicza pomogły Akademikom odrobić straty. W końcówce dzięki serii zagrywek Bartłomieja Janusa AZS odskoczył rywalom. Środkowy posłał dwa asy i został bohaterem swojego zespołu. To pozwoliło Akademikom na wygranie pierwszego w tym roku seta. Po 10-minutowej przerwie nielicznie zgromadzeni w częstochowskiej hali kibice byli świadkami wyrównanego seta. Początkowo uskrzydleni triumfem w poprzedniej odsłonie gracze AZS-u mieli niewielką zaliczkę, ale katowiczanie błyskawicznie ją odrobili i sami wyszli na prowadzenie. Ich liderem był Karol Butryn, który był nie do zatrzymania w ataku, a do tego kąsał rywali zagrywką. W końcówce goście utrzymali nerwy na wodzy i nie dali sobie wyszarpać wygranej. (…)
azsczestochowa.pl – Punkt jest, ale i jest porażka
AZS Częstochowa przegrał z GKS Katowice 2:3 w meczu osiemnastej kolejki PlusLigi. MVP spotkania został wybrany Tomasz Kalembka. Warto podkreślić, że gospodarze rozegrali naprawdę bardzo dobre spotkanie i niewiele zabrakło, aby dopisali do swojego konta dwa, a a nie jeden punkt. (…) Porażka w secie trzecim mobilizująco wpłynęła na Akademików. Nie zwiesili głów tylko od początku starali się narzucać przeciwnikom swój rytm gry. Dzięki bardzo dobrej zagrywce Buniaka wypracowali trzypunktową przewagę 8:5, zmuszając przy tym katowiczan do popełniania prostych błędów. Krótka przerwa na żądanie trenera Piotra Gruszki uspokoiła grę katowickiej Gieksy, która dość szybko doprowadziła do remisu 13:13. Chwilę później AZS po raz kolejny wyszedł na prowadzenie 17:14. W dużej mierze była to zasługa dobrej obrony w polu i szczelnego bloku. Częstochowianie wypracowanej przewagi punktowej nie dali sobie już wydrzeć z rąk i wygrali do 22. Tie-breaka punktowego ataku ze środka rozpoczął Buniak 1:0. W dalszej części seta drużyny toczyły równą grę, ale przed zamianą stron to goście objęli prowadzenie 8:6. Biało-zieloni walczyli do końca, ale ostatecznie musieli uznać wyższość zespołu gości. W ostatniej akcji Krulicki skutecznie zaatakował ze środka 15:10.
Piłka nożna Wywiady
Klemenz: Wygraliśmy mimo prowokacji
Po meczu z Widzewem porozmawialiśmy także ze strzelcem bramki – Lukasem Klemenzem.
Powiedzieliście sobie kilka ostrzejszych słów z Bergierem?
Było kilka spięć, ale to jest mój dobry kolega, byłem u niego w szatni. Dziś byliśmy rywalami, czasami nerwy puszczają. To był mecz o dużą stawkę. Wiemy, w jakim miejscu jest Widzew, my za to jesteśmy w dobrej formie. Mój wywiad po ostatnim meczu z Widzewem też pewnie podgrzał atmosferę przed tym starciem. Kilku zawodników Widzewa, nie tylko Bergier, próbowało mnie wyprowadzić z równowagi. Jak się okazało, to ja strzeliłem bramkę i wygraliśmy mecz, więc nie zdało to się im na nic. Cieszę się, że mimo tych prowokacji, udało się dokończyć ten mecz i go wygrać.
A jak podpuścić Radomiaka? Może też to pomoże.
Może, może (śmiech). Nie no, nie będę nikogo podpuszczać. W momencie, kiedy dawałem tamten wywiad, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu jest dużo nowych twarzy w Widzewie. Przy tym nakładzie finansowym, każdy od nich dużo wymaga, a wyniki jakie są, każdy widzi. Nie chciałem nikogo obrazić, tyle.
Skąd się bierze taka skuteczność obrony GieKSy? Ty i Arek Jędrych strzelacie, Alan Czerwiński asystuje.
Każdy z nas broni, każdy atakuje. Mamy dobrą skuteczność, Arek potwierdza to już od dawna. Pytaliście, co jem przed meczami – nic ciekawego. Nie wiem, co się zmieniło, ale znajduję sytuacje i dobrze czuję się pod bramką rywala. Dobrze to wychodzi.
Czterdzieści lat minęło od pierwszego triumfu GieKSy w Pucharze Polski. Patrzycie już w stronę finału?
Mam wywieszony plakat Narodowego w szatni, wisi od samego początku. Zobaczymy, każdy ma na to apetyt. Musimy dobrze przygotować się do następnego meczu, niezależnie od drużyny, na jaką trafimy.
Awans do Ekstraklasy, przeprowadzka na Nową Bukową, potem najlepszy wynik wśród drużyn ze Śląska, teraz Puchar Polski. Tworzycie scenariusz pod film?
Tak nam to wychodzi. Trzeba się z tego cieszyć. Rozmawialiśmy tak z Arkiem Jędrychem, mamy po trzydzieści parę lat i każdy z nas zasuwa. Walczyliśmy o to, żeby być w Ekstraklasie. I my, i myślę, że kibice cieszymy się z tego, że doszliśmy do takiego momentu jako GieKSa.
To nie jest Anglia, puchar rozgrywa się w środku tygodnia. Dzisiaj 120 minut, zaraz mecz z Radomiakiem. Dacie radę?
Podchodzimy do każdego meczu z marszu. Każdy z nas jest ważny, trener to podkreślał na odprawach. Mamy sześć spotkań w trzy tygodnie, to jest natłok. Zdarzają się jakieś kontuzje, jakaś słabsza forma akurat nie wyskoczyła ostatnio, bo wygrywamy. Każdy musi być gotowy.
A zdążycie przygotować nogi na mecz w niedzielę?
Czeka nas podróż, ale mamy super sztab medyczny, który nam bardzo pomoże.
W szatni myślicie, że Bartosz Nowak może być pewny powołania do kadry?
Bardzo mu kibicujemy. Wiemy, jaką jakość nam daje i jakie liczby dokłada. Fajnie, że jest w orbicie, ale to nie jest od nas zależne. Selekcjoner pewnie na wszystko patrzy chłodną głową.
Zazwyczaj na głowę dogrywa Bartosz Nowak, dziś ciasteczko dał Alan Czerwiński.
Ma najlepiej ze stoperów ułożoną stopę, często nam dogrywa na treningach.
Biło serce, jak sprawdzali spalonego?
Z mojej perspektywy wyglądało to jak typowa mijanka. Może to tak długo trwało przez rysowanie linii, ale raczej byłem spokojny.
Ćwiczycie na treningach grę bez nominalnej dziewiątki, na styl reprezentacji Hiszpanii?
Trenujemy takie warianty, czasem też tam występuje Eman Marković. Jest dużo tych wariantów.
Po tej żółtej kartce tylko raz popełniłeś ostrzejszy faul. Trener cię na to uczulał, czy to kwestia doświadczenia?
Rozmawiałem z chłopakami, że lepiej będzie, jak odpuszczę. Nie chciałem osłabić drużyny i cieszę się, że wytrzymałem. Chłopaki też mi w tym pomogli.
Po ostatnim meczu z Widzewem chwaliłeś drużynę. Dzisiaj Damian Rasak, który jest niedługo w zespole, wiedział, że musi zająć pozycję Arka Jędrycha, kiedy ten wybiegł do ataku. Trener mówił, że dużo rozmawiacie o piłce.
Tak, bardzo dużo rozmawiamy, wszystko analizujemy. Mamy świadomy zespół, nikt się za nic nie obraża. Chwała Damianowi za to, że też chce się uczyć. Jest z nami parę tygodni, ale już wie, kiedy ma gdzie się pojawiać.
Felietony Piłka nożna
Realizacja piłkarskich mitów
Jeszcze nie otrzepaliśmy się po emocjach, a już przyszło nam grać kolejne bardzo ważne spotkanie. Tak jak pisałem – w pewnym kontekście był to najważniejszy mecz od ponad dwóch dekad – nie było bowiem przecież od tak długiego czasu spotkania tak bardzo przybliżającego nas do jakiegokolwiek trofeum. Przez wiele lat biliśmy się po prostu o awans do ekstraklasy. W 2017 roku graliśmy w końcówce rundy wiosennej z liderującą Sandecją i wygrana w tamtym spotkaniu bardzo przybliżyłaby nas do tegoż celu. Wówczas nazwałem ten pojedynek meczem dziesięciolecia. Gdy dziś patrzę na to, jaką rangę miało to spotkanie w porównaniu z dzisiejszymi wyzwaniami, to stwierdzam, że była to ranga proporcjonalnie mała. W żadnym stopniu tamten mecz nie równał się ważnością do wspominanego w felietonie przedmeczowym pojedynku z Arką w Gdyni o awans. Z kilkoma meczami już w samej ekstraklasie. Ale przede wszystkim z ćwierćfinałem Pucharu Polski, dającym tak wielką szansę na wygranie trofeum. Trofeum obecnego wczoraj w Katowicach. Jak to powiedział mój kolega: „Mogliby go już tu zostawić”…
Trudno ogarnąć, że w ciągu czterech dni możemy przeżywać dwa razy taką radość, tak euforyczne chwile. Po latach przyzwyczajenia do wielkich zawodów, rozczarowań i gorzkich pigułek, z chwilowymi przerwami na lekką radość po wygraniu meczu z Dolcanem czy Łęczną, teraz przychodzi prawdziwe piłkarskie i kibicowskie szczęście. Do Katowic przyjeżdżają najbardziej uznane marki w Polsce i muszą one uznawać wyższość GKS Katowice. Cała Polska może zobaczyć, co się w Katowicach zbudowało – w kontekście klubu, drużyny i nowego stadionu. Myślę, że kibice wielu ekip w Polsce obecnie nam po cichu zazdroszczą.
Oczywiście mimo naszego wielkiego sukcesu w mediach dominuje analiza sytuacji w Widzewie. Nagłówki o „dramacie Widzewa” i dziesiątki minut poświęconych łódzkiemu klubowi. Z jednej strony do tego jesteśmy już przyzwyczajeni, bo Widzew to póki co klub najwyraźniej bardziej medialny. Z drugiej strony uważam to za żenujące. Kilkadziesiąt minut gadki o przegranych, przepłaconych gwiazdach, analizie kto powinien zasiąść na ławce trenerskiej, a na koniec jakaś refleksja rzucona ochłapem „wspomnijmy jeszcze o GKS Katowice”. Na szczęście piłkarze GieKSy robią wszystko, żeby pokazać piłkarskiej Polsce, że medialność można sobie wsadzić głęboko, a wygrywa się prawdziwymi wartościami – jakością, jednością i rzetelną pracą.
GieKSa po raz drugi wygrała z Widzewem w ciągu miesiąca. Tzw. „dziennikarze Widzewa” musieli się mieć z pyszna, podobnie jak kibice z Łodzi, którzy oczywiście nie omieszkali od początku skupić się bardziej na obrażaniu GieKSy niż dopingu dla swojego zespołu. Abstrahując jednak od tego, zaprezentowali się bardzo dobrze i głośno dopingowali. Wypełniony sektor gości dodaje wiele punktów do atmosfery. Kibice GKS jak zwykle stworzyli kapitalne wokalne słuchowisko, więc mieliśmy prawdziwą piłkarską wojnę na trybunach, jak i na boisku.
Zestawienie meczu ligowego i pucharowego wypada… dziwnie. Porównując posiadanie piłki – zmieniło się diametralnie – teraz było 50/50, a w meczu sprzed niespełna miesiąca Widzew miał ją ponad 70% czasu. Wtedy jednak łodzianie oddali tylko jeden celny strzał na bramkę, a teraz multum, znacznie więcej niż GieKSa. Na pewno z gry Widzew wyglądał lepiej niż w meczu ligowym, jednak wspomniane strzały były po prostu… niegroźne. Bardzo dobre ustawienie Rafała Strączka powodowało, że wyłapywał te piłki jak magnes. Trzeba pochwalić naszego bramkarza, bo przy takiej liczbie strzałów zdarza się popełnić błąd, wypluć piłkę. Golkiperowi futbolówka wybitnie kleiła się do rąk.
Oczywiście nie uniknęliśmy też błędów i bardzo groźnych – choć nielicznych sytuacji. Strata Mateusza Kowalczyka przed polem karnym, po którym Bergier King zlekceważył sytuację i uderzył fatalnie, no i przede wszystkim doliczony czas dogrywki, rajd Mariusza Fornalczyka i absolutnie pechowe (dla nas szczęśliwe) pudło Frana Alvareza. Aż przypomniał mi się Adrian Benedyczak, który kiedyś podczas pucharowego meczu GieKSy z Pogonią też w samej końcówce nie trafił do pustej bramki. Uff…
No i zaspaliśmy przy tym straconym golu. I powiem tak, bardzo doceniam, że trener Rafał Górak na konferencji wziął też – jako on i sztab trenerski – odpowiedzialność za to. Błędy w piłce się zdarzają, wiadomo, Widzew to wykorzystał i był cwańszy. Jednak umiejętność widzenia swojej odpowiedzialności cechuje ludzi mocnych i pewnych. To szerszy temat, pozapiłkarski, po prostu życiowy. Branie odpowiedzialności – uczciwie, ale nie z biczowaniem się – to zasób, to coś co wzbudza zaufanie, wzmacnia i powoduje rozwój. Jednocześnie rzadka to cecha zarówno u ludzi ogółem, jak i w środowisku piłkarskim. Zazwyczaj dominuje umywanie rąk i ucieczka od odpowiedzialności lub drugi biegun – samobiczowanie się i kajanie. Dlatego powtórzę jeszcze raz – bardzo doceniam tę postawę trenera. Wszyscy popełniamy błędy.
Na konferencji zrobiłem kilka nawiązań. To niesamowite, że Lukas Klemenz stał się koszmarem Widzewa. To bardzo symboliczne podkreślenie tej – już nie „mitycznej” – powtarzalności. GieKSa z pustych piłkarskich sloganów robi słowa z pokryciem. Właśnie ta powtarzalność, wyciąganie wniosków, powalczenie w następnym meczu o trzy punkty i cały ten piłkarski bełkot – w naszym zespole przestał być bezwartościowym paplaniem, a rzeczywistością. GieKSa naprawdę to realizuje i dzięki temu następuje rozwój. Podobnie jak z „budowaniem drużyny”, które jest w większości kompletną bzdurą, bo trener wylatuje po kilku miesiącach ze względu na dwa przegrane mecze. W Katowicach drużyna jest NAPRAWDĘ zbudowana. Ze zgliszczy – jak mówi trener. I ten proces trwa w najlepsze.
Wracając do symbolicznego Lukasa. GieKSa ma swój sposób na stałe fragmenty i to „drugie tempo”, o którym trener mówił w poprzednim sezonie jest cały czas praktykowane. Lukas Klemenz zachował się w tej sytuacji jak rasowy napastnik, dostał piłkę prostopadłą, a nie centrę z boku boiska i z pierwszej – w sytuacji sam na sam – strzelił gola. Schematy.
Zapytałem też o to „oczekiwanie nieoczekiwanego”, bo przecież akcję bramkową (wrzut z autu) poprzedziło odbicie od chorągiewki. Ja sam odwróciłem już głowę, bo uznałem, że akcja jest stracona i ku mojemu zdziwieniu po kilku sekundach – nadal ona trwała. To są dokładnie te setne sekundy, o których pisałem w przedmeczowym felietonie. Na transmisji telewizyjnej tego nie widzę, ale całkiem możliwe, że Borja Galan zareagował dosłownie ułamek wcześniej, zanim piłka się od tej chorągiewki odbiła. Antycypował – jak mówi Tomasz Hajto. Na pewno jego reakcja była szybsza od Marcela Krajewskiego. I to po tej akcji Widzew ratował się wybiciem na aut, po którym padła bramka.
Czysto piłkarsko nie był to najlepszy mecz GieKSy, były popularne ciężary. Ale też nie był to mecz słaby. GieKSa zrobiła to, co jest jej największym atutem – determinacja, znów – już nie „mityczne” – realizowanie założeń taktycznych, konsekwencja. I przede wszystkim nasz zespół nie odpuszcza, nie przestaje grać w piłkę. Znów przygotowanie fizyczne było na najwyższym poziomie. I w końcówce to Widzew spuchł bardziej, trener Jovicević ratował się wprowadzeniem żwawego Fornalczyka, gdy reszta już raczej była bardzo zmęczona. W końcówce to GieKSa była bardziej aktywna i gdyby Marcel Wędrychowski był bardziej precyzyjny, mogłoby się skończyć przed karnymi.
Wspomniane rzuty karne to już historia, którą będziemy pamiętać. Przy takim zmęczeniu, przy takiej presji, katowiczanie wykonali je bezbłędnie. Choć serce zabiło nam mocniej, gdy Drągowski dotknął piłkę po strzale Arka Jędrycha, ta na szczęście wpadła do siatki. Rafał Strączek broniąc w pierwszej serii jedenastkę Frana Alvareza dał dużo spokoju na dalszą część serii jedenastek. Potem była podcinka Nowaka… rany, maestria. I duże ryzyko. Ale jak zawodnik jest pewny, to mu to wchodzi. Jak jest pospinany, jak Brahim Diaz w finale Pucharu Narodów Afryki, to jest dramat. Bartkowi wychodzi ostatnio wszystko. Panie Urban… nie rób Pan wstydu. Damian Rasak dał swoją pieczęć, a popularny Milusi pokazał, że również jest bardzo pewnym ogniwem. Potem natomiast był już tylko „typowy Fornal” i euforia na stadionie.
Jakiś zawias miałem na konfie, bo pytałem trenera o rzuty karne z Pucharu Polski sprzed 15 lat z Puszczą Niepołomice, a zapomniałem o tych z Wartą Poznań kilka lat temu – potem były jeszcze przegrane jedenastki ze Stalą Stalowa Wola. W każdym razie w rozgrywkach pucharowych te jedenastki idą nam ostatnio nieźle, bo przecież jeszcze wygraliśmy je we wspomnianym meczu z Pogonią. No ale to właśnie były takie nasze „małe szczęścia”. Teraz mamy duże. Tej rangi ruty karne ostatni raz graliśmy z Araratem Erewań w 1995 – wówczas przegrane. A ostatnie wygrane były rok wcześniej z Arisem Saloniki, kiedy to Janusz Jojko decydującą jedenastkę wykorzystał.
Pan Czapeczka na konferencji dalej wygłaszał swoje farmazony i kibice Widzewa mają już go dość. W ustach trenera Widzewa właśnie te slogany bez pokrycia są ciągle aktywne, tyle że on robi to już do przesady. Mówi o dumie, o team spiryt w tym meczu i tak dalej, i tak dalej. Odległość lat świetlnych od GieKSy jeśli chodzi o wcielanie słów w życie.
Możemy być dumni z naszej drużyny. Raz gra lepiej, raz gorzej, ale zawsze gra swoje. I tym po prostu wygrywa. Nie tylko mecze, ale i serca kibiców.
Myślałem sobie przed Górnikiem, że jakbym miał wybierać z tych dwóch meczów, który wolę wygrać, to wziąłbym ten z Widzewem. Wiadomo, w lidze punkty można odrobić, a puchar to sprawa zerojedynkowa. A dostałem i to, i to. Nie żadne „minimum” czy „dobrze”, tylko po prostu idealnie.
Ochłońmy. Dobrze, że następny mecz jest nie na przykład w piątek, tylko w niedzielę. Mamy trochę zszarganych nerwów, a piłkarze poobijanych kostek i zmęczonych mięśni. Niech teraz fizjoterapeuci zajmują się doprowadzaniem naszych piłkarzy do stanu używalności, a trenerzy podają piłkarzom efekty analizy Radomiaka.
A my rozsiądźmy się wygodnie, z herbatką w ręku i oglądajmy poczynania naszych potencjalnych rywali. Już dziś gra Zawisza z Chojniczanką i Lech z Górnikiem. Jutro jeszcze Avia z Rakowem. W piątek losowanie i będziemy z zapartym tchem śledzić, kogo los nam przydzieli.
Piłka nożna
Górak: Gra o finał to wielka duma
Po meczu GKS Katowice – Widzew Łódź wypowiedzieli się trenerzy obu zespołów – Rafał Górak i Igor Jovicević. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji prasowej.
Igor Jovicević (trener Widzewa Łódź):
To trudny moment, ale jestem dumny z drużyny, jej ducha walki i jakości, który pokazała. Konkurs rzutów karnych to loteria – możesz wygrać i przegrać. Ale pokazaliśmy, że jesteśmy drużyną. Potencjał, jakość, ale rezultat nie jest dobry dla nas. Rozumiemy wysokie oczekiwania naszych kibiców, akceptujemy to, ale nie dajemy im takich rezultatów, jak chcą.
Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Długie i wyczerpujące spotkanie, na pewno też pod względem emocjonalnym, bo wiadomo, że to dużo kosztuje. Graliśmy już w tej edycji dogrywkę, a dzisiaj było jeszcze dłużej, bo były rzuty karne. Sam mecz był równy, zawsze podkreślam, że piłkarze Widzewa nie są z pierwszej łapanki, natomiast my chcąc zawsze odpowiedzieć na to, co na boisku może się wydarzyć, musimy działać organizacyjnie, systemowo i z ogromnym zaangażowaniem. To był taki trudniejszy mecz dla nas, tak energetycznie, podobnie jak ostatnio, gdy tutaj graliśmy. Natomiast z samej organizacji gry było więcej niż przyzwoicie, zawodnicy bardzo dobrze realizowali grę w obronie niskiej, nie chcąc dać się do niej zepchnąć całkowicie, pracowali i walczyli bardzo dobrze, strefy do zabezpieczenia, które każdy z nich miał – to funkcjonowało okej. Stąd nie wzięła się – jak na 120 minut – jakaś duża ilość sytuacji pod naszą bramką. I to jest na plus, ten mecz jest w taki dobry sposób wybroniony. Zaspaliśmy przy rzucie wolnym, to jest nasza wina i sztabu, bo powinniśmy dać lepszą wytyczną drużynie – Widzew nasze gapiostwo wykorzystał i zdobył bramkę. Ciekawe czy stuprocentowa sytuacja na 2:0 nie zamknęłaby tego meczu i nie kończylibyśmy go po 90 minutach. Ale skoro tak się skończyło, to jest to dla kibiców i całego naszego społeczeństwa kolejna nagroda za wiele lat trudnych. Zbieramy owoce naszej cierpliwej pracy i wyrozumiałości. I cóż wszystko przed nami. W niedziele bardzo ważny mecz w Radomiu, musimy się dobrze zregenerować, by w pełni sił pojechać na kolejne spotkanie. A to że zagramy o finał Pucharu Polski, to jest ogromna duma.


Najnowsze komentarze