Siatkówka
Siatkarska krótka przesunięta – Wielkie brawa za walkę do końca i determinację w Kędzierzynie!
STATYSTYKI MECZOWE GKS-u
Czas trwania spotkania – Mecz GKS-u z ZAKSĄ trwał 101 minut, z czego I set 31 min. – II set 34 min. – III set 36 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 26
Ilość zdobytych punktów – GKS 61: Butryn 22, Kapelus 12, Krulicki 8, Kalembka 8, Sobański 8, Falaschi 2, Pietraszko 1.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 15: Butryn 6, Krulicki 4, Kapelus 2, Kalembka 2, Falaschi 1.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 30: Butryn 10, Kapelus 8, Krulicki 7, Kalembka 4, Sobański 2, Falaschi 1, Pietraszko -1, Stańczak -1.
Ilość zagrywek – GKS 89: Falaschi 19, Kalembka 16, Butryn 13, Sobański 13, Kapelus 12, Krulicki 10, Pietraszko 6.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 18: Butryn 5, Kapelus 3, Kalembka 3, Sobański 3, Pietraszko 2, Krulicki 1, Falaschi 1.
Ilość asów serwisowych – GKS 0:
Ilość przyjęć – GKS 72: Sobański 30, Kapelus 21, Stańczak 18, Krulicki 2, Kalembka 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 2: Sobański 1, Stańczak 1.
Procent przyjęcia dokładnego (perfekcyjne oraz dobre) – GKS 39%: Kalembka 100%, Krulicki 50%, Sobański 40%, Stańczak 39%, Kapelus 33%.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 21%: Krulicki 50%, Sobański 27%, Stańczak 22%, Kapelus 10%, Kalembka 0%.
Ilość ataków – GKS 96: Butryn 40, Kapelus 22, Sobański 15, Krulicki 8, Kalembka 8, Falaschi 2, Pietraszko 1.
Ilość błędów w ataku – GKS 4: Butryn 3, Kalembka 1.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 7: Butryn 4, Sobański 2, Kapelus 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 52: Butryn 20, Kapelus 12, Sobański 8, Krulicki 5, Kalembka 5, Falaschi 1, Pietraszko 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 54%: Pietraszko 100%, Krulicki 63%, Kalembka 63%, Kapelus 55%, Sobański 53%, Butryn 50%, Falaschi 50%.
Ilość bloków punktowych – GKS 9: Krulicki 3, Kalembka 3, Butryn 2, Falaschi 1.
Spotkanie świetnie rozpoczęło się dla GKS-u, od prowadzenia 1:5. ZAKSA wyrównała dopiero w środku seta (13:13) i od tego momentu trwała zacięta gra na styku wynikowym, gdzie prowadzenie zmieniało się kilka razy. W przedłużonej końcówce seta, GieKSa miała nawet dwie piłki setowe, szkoda szczególnie tej pierwszej oddanej za darmo zepsutą zagrywką. Przy drugiej klasę pokazał rozgrywający mistrzów Polski zdobywając punkt kiwką. Gospodarze wykorzystali dopiero czwartą piłkę setową. Skuteczność w ataku na wysokim poziomie z obu stron – GKS miał 50%, a ZAKSA 53% – punktowo zliczono 14:17. Mistrzowie Polski w tym secie nie mieli żadnego asa czy punktowego bloka! GKS miał aż 5 bloków punktowych! więc w sumie mieliśmy więcej zdobytych punktów po własnych akcjach – 19:17! Błędy własne – GKS miał 13, a ZAKSA 9 – w kontekście końcowego wyniku troszkę za dużo z naszej strony. Przyjęcie lepsze ze strony gospodarzy – dokładne na poziomie 33% do 48%, a perfekcyjne na poziomie 25% do 17%. Wyniki trzymał nam Butryn zdobywając 7 oczek (43% skuteczności).
W drugiej partii od początku trwała zacięta walka punkt za punkt, z tym że ZAKSA pierwszy raz na prowadzenie wyszła dopiero przy wyniku 14:13! I już do końca kędzierzynianie utrzymywali dwupunktową przewagę, którą stracili w decydującym fragmencie (23:23). Następnie mieliśmy kopię poprzedniego seta i mocno przedłużoną końcówkę, gdzie żadna z drużyn nie odpuszczała ani na krok. Tym razem GKS miał tylko jedną piłkę setową przy wyniku 25:26, ale nie udało się zatrzymać ataku ze środka reprezentacyjnego środkowego, Mateusza Bieńka. Za to GieKSa pokazała charakter, bo wybroniła aż sześć piłek setowych ZAKSY i dopiero as serwisowy Wiśniewskiego zamknął tę partię. Skuteczność w ataku procentowo lepsza po naszej stronie – GKS 58%, a ZAKSA 54% – ale punktowo wyszło na remis 19:19. W asach i blokach tym razem lepsi byli kędzierzynianie i wygrali tę statystykę 2:5. Błędy własne prawie na remis – GKS 8 – ZAKSA 9. Przyjęcie zdecydowanie lepsze u gospodarzy – dokładne na poziomie 42% do 74%, a perfekcyjne na poziomie 13% do 30%. W ataku znów najlepszy Butryn – 7 oczek (46% skuteczności), którego wsparł Kapelus – 5 oczek (56% skuteczności).
W trzecim secie znów od początku walka punkt za punkt, z lekką przewagą mistrzów Polski. GieKSa pierwszy raz wyszła na prowadzenie przy wyniku 11:12 i taka gra trwała nieprzerwanie do samego końca. Udało się nawet wyjść na prowadzenie pod koniec seta (22:23), ale i to nie pomogło w wygraniu go. Znów w przedłużonej końcówce GKS nie wykorzystał aż trzech piłek setowych, sam broniąc trzech piłek meczowych ZAKSY! I dopiero przy czwartej szansie, Semeniuk zablokował atak Butryna, kończąc to nadzwyczaj wyrównane spotkanie. Skuteczność w ataku procentowo lepsza po naszej stronie – GKS 54%, a ZAKSA 51% – ale w punktach lepsi jednak minimalnie gospodarze 19:20. W asach i blokach lepsi mistrzowie Polski 2:4. Błędy własne – GKS 7 – ZAKSA 8. Przyjęcie bez zmian – dokładne na poziomie 42% do 56%, a perfekcyjne na poziomie 25% do 24%. Ponownie w GieKSie brylował Butryn – 8 punktów przy bardzo dobrej skuteczności 62%!
Ogólnie trzeba powiedzieć, że paradoksalnie po porażce trzeba być zadowolonym z gry GKS-u. Przez cały mecz ZAKSA nie miała większej przewagi w secie niż 2 oczka! Mało kto się spodziewał, że po słabym meczu z MKS-em Będzin, nasi siatkarze będą wstanie tak mocno postawić się mistrzom Polski. Rzadko się zdarza aby mecz trzysetowy trwał aż 101 minut! Tak jak pisałem w zapowiedzi meczowej, znaczna poprawa naszej gry, nie gwarantuje wygrania meczu z takim przeciwnikiem, co niestety dla nas sprawdziło się co do joty. Szkoda nie wykorzystanych tych kilku szans na wygranie choć jednego seta, ale właśnie w tych końcówkach wyszło większe doświadczenie siatkarzy ZAKSY. Skuteczność ataku procentowo była lepsza po naszej stronie – GKS 54% – ZAKSA 53% – ale punktowo lepsi kędzierzynianie 52:56. W GieKSie zabrakło asów serwisowych, a mistrzowie Polski mieli ich też niedużo bo 2. Za to w blokach punktowych to GKS był lepszy – 9:7, a razem po własnych akcjach punktacja była następująca 61:65 na korzyść ZAKSY. Błędy własne – GKS 28 a ZAKSA 26, obie ekipy dużo w zagrywce bo 18:19. Tylko w przyjęciu ustępowaliśmy wyraźnie mistrzom Polski – dokładne na poziomie 39% do 59%, a perfekcyjne na poziomie 21% do 24%. Indywidualnie numerem jeden GieKSy był Karol Butryn zdobywca aż 22 punktów, z których 20 zdobył atakiem (na 40 akcji czyli 50% skuteczności), do tego dorzucił 2 bloki punktowe. I tu warto podkreślić, że właśnie te 50% skuteczności w ataku było naszą najmniejszą wartością w całym zespole! Nasi środkowi mieli aż po 63%, a przyjmujący 55% oraz 53%! Zabrakło w naszym zespole asów serwisowych, które mogły przy tak wyrównanej grze zrobić różnicę. Po tak udanym meczu, wzrosną wymagania względem naszych siatkarzy, a kolejne wyzwanie przed nimi już w najbliższą środę gdy przyjdzie rywalizować z równie trudnym przeciwnikiem czyli Resovią Rzeszów!
ŁĄCZNE STATYSTYKI MECZOWE GKS-u – po 23 meczach (86 setów)
Czas trwania spotkań – Mecze GKS-u z trwały 2205 minut, z czego I set 607 min. – II set 603 min. – III set 609 min. – IV set 281 min. – V set 105 min.
Punkty zdobyte z błędów przeciwnika – GKS 566: zagrywka 349, atak 137, siatka + inne 80.
Punkty oddane przez błędy własne – GKS 591: zagrywka 367, atak 162, siatka 25, inne 37.
Ilość zdobytych punktów – GKS 1342: Butryn 305, Kapelus 262, Sobański 177, Kalembka 156, Krulicki 144, Van Walle 140, Błoński 79, Falaschi 37, Pietraszko 33, Stelmach 6, Fijałek 3.
Ilość zdobytych punktów w fazie zagrywki – GKS 450: Butryn 102, Kapelus 68, Kalembka 66, Sobański 56, Krulicki 53, Van Walle 37, Błoński 35, Falaschi 16, Pietraszko 12, Stelmach 4, Fijałek 1.
Ilość punktów zdobytych po przyjęciu zagrywki – GKS 892: Butryn 203, Kapelus 194, Sobański 121, Van Walle 103, Krulicki 91, Kalembka 90, Błoński 44, Falaschi 21, Pietraszko 21, Fijałek 2, Stelmach 2.
Bilans punktów zdobytych do straconych – GKS 514: Butryn 151, Kapelus 126, Van Walle 73, Krulicki 78, Kalembka 59, Sobański 34, Falaschi 14, Błoński 11, Stelmach 4, Pietraszko 2, Fijałek -7, Mariański -15, Stańczak -16.
Ilość zagrywek – GKS 1912: Kalembka 298, Krulicki 273, Kapelus 262, Sobański 245, Butryn 228, Falaschi 228, Van Walle 147, Błoński 114, Pietraszko 75, Fijałek 31, Stelmach 11.
Ilość błędów na zagrywce – GKS 367: Kalembka 68, Butryn 57, Sobański 56, Krulicki 41, Kapelus 31, Błoński 30, Pietraszko 27, Van Walle 26, Falaschi 20, Fijałek 9, Stelmach 2.
Ilość asów serwisowych – GKS 111: Kalembka 21, Butryn 20, Sobański 20, Kapelus 13, Van Walle 10, Błoński 9, Krulicki 8, Pietraszko 5, Falaschi 5.
Ilość przyjęć – GKS 1594: Sobański 494, Kapelus 461, Mariański 210, Błoński 197, Stańczak 182, Krulicki 13, Stelmach 11, Kalembka 10, Falaschi 7, Pietraszko 5, Butryn 3, Fijałek 1.
Ilość błędów w przyjęciu – GKS 107: Sobański 32, Kapelus 29, Stańczak 16, Mariański 15, Błoński 10, Krulicki 2, Falaschi 2, Kalembka 1.
Przyjęcie negatywne – GKS 403: Sobański 143, Kapelus 109, Błoński 49, Mariański 43, Stańczak 43, Stelmach 5, Falaschi 4, Krulicki 4, Kalembka 2, Butryn 1.
Przyjęcie perfekcyjne – GKS 296: Sobański 101, Kapelus 65, Mariański 59, Stańczak 41, Błoński 25, Krulicki 3, Kalembka 1, Stelmach 1.
Procent przyjęcia perfekcyjnego – GKS 19%: Mariański 28%, Stańczak 23%, Krulicki 23%, Sobański 20%, Kapelus 14%, Błoński 13%, Kalembka 10%, Stelmach 9%.
Ilość ataków – GKS 2244: Kapelus 540, Butryn 515, Sobański 347, Van Walle 275, Kalembka 168, Krulicki 164, Błoński 156, Falaschi 36, Pietraszko 34, Stelmach 6, Fijałek 3.
Ilość błędów w ataku – GKS 162: Butryn 43, Kapelus 37, Sobański 21, Kalembka 16, Van Walle 15, Błoński 15, Krulicki 12, Pietraszko 3.
Ilość ataków zablokowanych – GKS 192: Butryn 54, Kapelus 39, Sobański 34, Van Walle 26, Błoński 13, Kalembka 12, Krulicki 11, Pietraszko 1, Fijałek 1, Falaschi 1.
Ilość zdobytych punktów w ataku – GKS 1029: Butryn 254, Kapelus 230, Sobański 138, Van Walle 120, Kalembka 90, Krulicki 90, Błoński 63, Pietraszko 22, Falaschi 18, Stelmach 3, Fijałek 1.
Procent punktów w stosunku do wszystkich ataków – GKS 46%: Pietraszko 65%, Krulicki 55%, Kalembka 54%, Falaschi 50%, Stelmach 50%, Butryn 49%, Van Walle 44%, Kapelus 43%, Błoński 40%, Sobański 40%, Fijałek 33%.
Ilość bloków punktowych – GKS 202: Krulicki 46, Kalembka 45, Butryn 31, Kapelus 19, Sobański 19, Falaschi 14, Van Walle 10, Błoński 7, Pietraszko 6, Stelmach 3, Fijałek 2.
Ilość błędów dotknięcia siatki – GKS 25: Sobański 5, Kalembka 5, Błoński 4, Krulicki 4, Butryn 3, Pietraszko 2, Falaschi 1, Van Walle 1.
MVP – GKS 11: Kapelus 3, Butryn 3, Sobański 2, Błoński 1, Kalembka 1, Falaschi 1.
Galeria Piłka nożna
Feta na Arenie Katowice
Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.
Felietony Piłka nożna
Esencja piłki nożnej
Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.
Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.
Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.
W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.
A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.
No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.
Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.
Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.
Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.
W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.
Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.
I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.
No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.
Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.
Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.
Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.
Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.
Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.
Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.
W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.
Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.
Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…
Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.
Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.
Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.
Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.
Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.
Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.
Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.
Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.
Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.
To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.
Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.
W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.
Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.
Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.
Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.
Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.
Galeria Piłka nożna
Z drugiej ligi do Europy
Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek.


Najnowsze komentarze