Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna kobiet

Tytuł Mistrzyń Polski zagrożony?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Fot. Marcin Drogosz

Niedawno skończyła się runda jesienna rozgrywek Orlen Ekstraligi, w międzyczasie katowiczanki zanotowały historyczne zwycięstwo w europejskich pucharach, a także przeszły dwie rundy krajowego pucharu. W lidze tracimy trzy punkty do liderek ze Szczecina; uKOCHane złapały lekką zadyszkę po świetnym wejściu w sezon i trzykrotnie dały sobie urwać punkty na wyjeździe.

Oczekiwania po zeszłosezonowym sukcesie były ogromne. Ponadustawowa liczba kibiców na ostatnich spotkaniach, kilkutysięczna widownia przed ekranami, grupy fanów świętujące pod stadionem zdobyty tytuł – wszyscy mieli apetyty na powtórzenie tego wyczynu. Wiadomo było, że potrzebne są wzmocnienia, jednak oczywiste było, że po powrocie do zdrowia, wysoko w hierarchii będą Maciążka, Bińkowska i Kozarzewska. W obliczu tej sytuacji postawiono na zawodniczki grające na wielu pozycjach, a do tego Dżesikę Jaszek, która miała za zadanie wypełnić rolę klasycznej dziewiątki, której tak brakowało. Plan minimum wydawał się prosty: jesienią pokazać się z dobrej strony w pucharach i skończyć w czołowej trójce ligi z minimalną stratą. Kontuzje i urazy nie ułatwiły tego zdania, ale udało się ten cel osiągnąć.

W Lidze Mistrzyń… Cóż, dobre wejście w mecz, a potem kanonada Anderlechtu. Dlaczego nasze piłkarki tak głęboko się cofnęły? Nikt tego nie wie, trzymajmy się wersji, że to trema przed występem na wielkiej scenie futbolowej. W meczu z Łokomotiwem to GieKSa była stroną dominującą, ale znów brakowało tej pewności siebie. Tego kompleksu nie miała Anna Krakowiak: weszła, strzeliła zwycięskiego karnego i „do widzenia” – proste. W lidze tryumfy są efektem dobrego dobrania zespołu, każda zawodniczka ma jasno określone zadanie, a w trudnych momentach zwykle znajduje się osoba (a może i osoby?) ciągnące zespół za uszy. Jasne, kilka momentów było fatalnych i aż strach je wspominać, ale jednak nie zapominajmy o mocno osłabionym ataku. Miejmy nadzieję, że na wiosnę zespół będzie już w pełni sił i nie będzie notował takich spadków formy.

Ostatecznie bilans prezentuje się następująco:
Puchar: 2 zwycięstwa; bramki 8:2.
Liga: 8 zwycięstw, 2 remisy, 1 porażka; bramki 25:10 – Brzęczek 6 trafień, Hajduk i Jaszek 4 trafienia.
Liga Mistrzyń: 1 porażka, 1 zwycięstwo po karnych.

Jak spisały się poszczególne zawodniczki?

Trener Koch miała przed sobą trudne zadanie. Kontuzje Maciążki i Bińkowskiej miały być szansą dla Oliwi Malesy na indywidualne popisy, jednak rozegrała ona ledwie kilka minut i dołączyła do koleżanek na trybunach z kontuzją więzadeł. Można zarzucić, że drużyna przez kilka miesięcy nie wypracowała alternatywnego systemu, jednak od ponad roku nie ma do dyspozycji optymalnego składu. Ciężko w takich warunkach o jednoczesną walkę w czołówce tabeli i wypracowywanie schematów, koniecznym było wybranie jednego. Małym minusem dla trenerki jest zbyt wiele szans dla Karoliny Bednarz i Nicoli Brzęczek w jednym składzie – dwie wybitne zawodniczki, o świetnej technice i strzale z dystansu, jednak brakuje im agresji i wkładu w fazę odbioru piłki. W efekcie mogliśmy podziwiać spektakularne akcje cieszące kibiców przy dominacji GieKSy (spektakularne pierwsze mecze w wykonaniu napastniczek), ale też bezradność w momentach, gdy to przeciwnik przejmował inicjatywę. Z drugiej strony trzeba było szukać rozwiązań, które pozwoliłyby na chwilę odpoczynku wahadłowym, jednak próba zakończyła się niepowodzeniem.

Najpewniejszymi punktami bez wątpienia były Kinga Seweryn i Weronika Klimek, które toczą ze sobą rywalizację w, kolokwialnie mówiąc, ilości wyciągniętych setek. Ileż to razy broniły rzuty karne, instynktownie wybijały futbolówki na linii bramkowej czy opuszczały posterunek skutecznie przerywając kontrataki. Nie ma sensu dłużej się nad nimi rozpisywać, regularne oklaski z trybun mówią same za siebie.

Cały tercet defensywny świetnie się uzupełniał: Hajduk z Tkaczyk na zmianę wychodziły wyżej, wspierając drugą linię, a Joanna Olszewska wykonywała „brudną” robotę, wślizgami przerywając ataki rywalek. Każda z nich zagrała kilka celnych, długich podań z pominięciem środka pola, a razem zdobyły w tym sezonie aż 9 bramek.  Pomimo obiektywnie solidnej postawy, Hajduk z Tkaczyk pozwoliły sobie na kilka momentów rozluźnienia, tracąc piłki we własnym polu karnym i dodając niepotrzebnych emocji do rozgrywek. Aleksandra Lizoń również solidnie prezentowała się jako zmienniczka, jednak w meczu ze Śląskiem, który rozpoczęła w podstawowej 11, zaliczyła kilka poważnych wpadek.

Kto w trudnych momentach brał na siebie rozbudzenie zespołu? Dżesika Jaszek, a wraz z nią Klaudia Słowińska. Pisząc o transferze tej drugiej, wspominałem o spektakularnej bramce z poprzedniej kampanii – w ostatnim spotkaniu swoją petardą w okienko zdecydowanie ją przebiła. Oczywiście zdarzyły im się 2-3 słabsze występy, ale nie zapominajmy, że to był początek ich przygody w Trójkolorowych barwach. Przepychankami, wybiciami, skokami pressingowymi i twardą grą w trudnych chwilach wybijały rywalki z rytmu, skupiając ich uwagę na sobie i otwierając pole do gry koleżankom. Niemalże w każdej akcji piłka musiała przejść przez jedną z nich – czy to zgraniem „na ścianę” do Jaszek, czy to przejęciem Słowińskiej w środku pola, ewentualnie jej świetnym wykonaniem stałego fragmentu gry. Jaszek, po zgraniu się z koleżankami, świetnie czuje grę, w odpowiednich momentach schodzi do środka boiska i utrudnia rozegranie przeciwniczkom, które naciskane przez m.in. właśnie Słowińską tracą posiadanie, a najwięcej zyskują na tym skrzydłowe, mając przed sobą 20-30 metrów wolnej przestrzeni. Nieco więcej czasu na adaptację potrzebowała Aleksandra Nieciąg, która na początku sezonu dublowała rolę Słowińskiej, później zniknęła z radarów kibiców, by pod koniec rundy pokazać swoją najlepszą dyspozycję. Przebojem do drużyny przebiła się też Anna Krakowiak, w wieku zaledwie 16 lat strzelając zwycięskiego karnego z Łokomotiwem.

Najwięcej na wąskiej ławce straciły Anita Turkiewicz i Julia Włodarczyk, a także wracająca po kontuzji Anna Konkol. Bazujące na swojej szybkości oraz wysokim pressingu zawodniczki potrzebują odpoczynku, czego brakowało przy napiętym terminarzu. Mimo to, większość spotkań rozegrały na najwyższym poziomie, nadrabiając zaangażowaniem brak pełni sił. Włodarczyk wkręciła w ziemię niejedną rywalkę, Turkiewicz swoją determinacją w każdą akcję zmuszała przeciwniczki do wylewania siódmych potów, a Konkol, bez zaskoczeń, fantastycznie obsługiwała nasze napastniczki w polu karnym swoimi centrami. Brak pełni sił szczególnie widać było po Turkiewicz, która bazuje na swojej wszechstronności i pojawianiu się w każdej strefie, a z każdym kolejnym meczem w podstawowym składzie była coraz mniej widoczna.

Czy potrzebne są jakieś zmiany?

Stricte personalnie – zdecydowanie nie. Kadra jest bardzo dobrze zbudowana, Karolina Koch ze sztabem zrobiły naprawdę dobrą robotę. Problemami są niedostępne piłkarki w trakcie leczenia, ale i wiara w siebie, której czasem brakuje naszym zawodniczkom. Na razie można optymistycznie patrzeć w przyszłość, po powrocie liderek do grania będzie można wyciągać szersze wnioski na temat budowy kadry. Do pozytywów na pewno należy wysoki pressing, w którym podopieczne Koch czują się bardzo dobrze i dobrze współgrają (o ile siły im na to pozwalają). Dobre wrzutki w pole karne są zapewnione, mamy kilka specjalistek w tej dziedzinie. W dryblingach świetnie spisują się Włodarczyk, Bednarz czy Brzęczek, ale potrzebują dużo wolnego miejsca. Nie chcę się powtarzać, ale naprawdę, brak możliwości odpoczęcia na ławce dla Turkiewicz i Konkol odbiera drużynie 10-15 proc. całkowitego potencjału, tak świetnie wpasowują się w taktykę Karoliny Koch.

Nieco więcej życia przydałoby się nie tylko na boisku, ale też w marketingu i szeroko pojętej pracy mediów klubowych. Jako klub miejski na pewno można postarać się o dotacje na jakieś akcje dla dzieciaków, wyprawka szkolna wyszła naprawdę świetnie, a walka o młodego kibica na każdym osiedlu trwa po ostatnich przespanych latach. Kobiecy sezon ma dłuższe przerwy od męskiego, może w tym czasie zrobić jakieś miniturnieje dla najmłodszych, którzy mogliby trenować i spędzić czas na boisku z naszymi zawodniczkami? Dziewczynom też będzie łatwiej grać przy pełnych trybunach.

Podsumowując: Jak na trudną sytuację kadrową, wyniki są naprawdę dobre, choć gra momentami jest toporna i trudna do oglądania. Moim zdaniem wynika to właśnie z braku wypoczętych skrzydłowych, co jest kluczowe przy naszym stylu gry. Nieliczne wpadki nie powinny być powodem do większych zmartwień, najważniejsze jest to, że wyciągamy z nich wnioski. Cel na wiosnę, czyli obrona tytułu, jest na wyciągnięcie ręki, jednak trzeba uniknąć kolejnych kontuzji i nie pozwalać sobie już na taki brak koncentracji, jak choćby we Wrocławiu. Przy szerszej ławce zawodniczki, szczególnie z bocznych stref, będą mogły dawać z siebie 100 proc., nie przejmując się brakiem odpoczynku, co na pewno pozwoli zniwelować duże odstępy pomiędzy formacjami. 

Poza aspektami sportowymi, na plus można zaliczyć Was, którzy przychodzicie na Bukową i wspieracie zawodniczki, za co regularnie dziękują po seryjnych zwycięstwach w Katowicach. Marketingowo wygląda to już mniej okazale: fani kobiecej piłki odnajdą materiały bardzo dobrej jakości, choć nie bezbłędne, jednak mniej wprowadzeni w świat kobiecej piłki kibice, również ci najmłodsi, nierzadko nawet nie słyszeli o Lidze Mistrzyń przy Bukowej. Oczywiście, nasz Klub jest prawdopodobnie najlepiej zorganizowanym, jeśli chodzi o sekcję kobiecą w Polsce, zapewniając transmisje, zapowiedzi meczowe i herbatę w trakcie zimy, jednak naszym celem powinny być wyższe standardy, godne Trójkolorowych barw.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Jacob

    8 grudnia 2023 at 11:47

    Super!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Felietony Piłka nożna

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś czas wyczerpiemy. I przyszedł mecz w Poznaniu.

Sam zastanawiałem się, jak ten mecz będzie wyglądał. Opcje dla mnie były dwie – GieKSa na fali tego rozpędu znów zagra bardzo dobrze albo jednak ciśnienie po energetycznym i emocjonalnym meczu w Częstochowie spadnie, co ze 120 minutami w nogach przełoży się na to, że jednak dość gładko polegniemy. Jak się okazało, sprawdziła się ta pierwsza opcja.

Trener Rafał Górak mówi o tym, że jeśli chcemy być poważną drużyną, to nie możemy mieć wymówek, że gramy co trzy dni i jesteśmy zmęczeni. No niby tak, ale w Polsce… jesteśmy do tych wymówek przyzwyczajeni. Zresztą – niedaleko szukać – trener Łukasz Tomczyk po meczu Rakowa z Motorem właśnie na ten aspekt zwracał uwagę i po prostu narzekał.

A tu nagle pojawia się GieKSa, która nie dość, że właśnie zagrała tę dogrywkę, nie dość, że w najkrótszym możliwym odstępie meczów (czwartek – niedziela), nie dość, że przegrała, to jeszcze musiała jechać na daleki wyjazd do obecnego i z dużym prawdopodobieństwem przyszłego Mistrza Polski.

I ta GieKSa rozegrała przy Bułgarskiej kapitalne zawody. To już nie był taki mecz, jak w poprzednim sezonie w Poznaniu. Wtedy przegraliśmy gładko 0:2 i pocieszaliśmy się tym, że „wstydu nie było”. Jakże daleki jest to obraz od wczorajszego spotkania. Teraz katowiczanie nie byli skromnym beniaminkiem, który przyjeżdża z respektem i liczy, że uda się z tego terenu wywieźć jeden punkt i to najlepiej 0:0. Teraz to była drużyna, która przyjechała tam jak po swoje, grała wysoko, starała się nie dać zepchnąć do defensywy i momentami po prostu dyktować warunki. Lech był przed przerwą dość bezradny.

Jedyne czego nam brakowało to bramki. I długo to wyglądało tak jak mecze, które znaliśmy z tego sezonu – że GKS dominuje, ma nawet jakieś sytuacje, choć nie bardzo klarowne, ale gola zdobyć nie potrafi. Potem przeciwnik włącza swoją jakość ładuje jednego, dwa lub trzy gongi (Cracovia) i mamy po zawodach.

Na szczęście skuteczność jest ostatnio po naszej stronie. I Eman Marković strzelił piękną bramkę głową. Dopiero na powtórce zza bramki było widać, jak dobry był to strzał. Okupiony co prawda rozciętym łukiem brwiowym, bo zaraz po uderzeniu piłki, trafił Eman głową w Joela Pereirę, ale piękny był obrazek, jak jednocześnie nasz zawodnik krwawił i uśmiechał się z powodu zdobytego gola. Piłkarz od tych dwóch meczach gra tak, że za chwilę może stać się jednym z ulubieńców Nowej Bukowej.

W drugiej połowie oglądaliśmy wszystko co najlepsze i… najgorsze w wykonaniu GieKSy. Jak traciliśmy jesienią multum bramek do szatni, to teraz zaczynamy tracić gole zaraz po wyjściu na boisko. Dwa gole w Częstochowie teraz Kolejorz na ukłuł zaraz po przerwie. Koncentracja, panowie, koncentracja! Było w tym oczywiście sporo pecha, bo piłka poodbijała się tak, że trafiła Arka i wpadła do bramki. Ale z drugiej strony, każde wstrzelenie piłki w piąty metr to ryzyko, że takie zamieszanie powstanie i wyjdzie z tego gol. Nawiasem mówiąc to – jeśli dobrze liczę – siódmy gol samobójczy w tym sezonie. Dość absurdalna liczba.

Jak rządzi przypadek, widzieliśmy przy bramce Ilji Szkurina. Tam też po kapitalnym zagraniu Bartka Nowaka, Ilja próbował mijać przeciwnika, ale futbolówka odbiła się od pleców czy od głowy siedzącego rywala i Białorusin dopełnił formalności. Strasznie dziwny ten nasz Ilja, bo ostatnio gra coraz lepiej w środku boiska, dobrze zbiera te piłki i rozprowadza, potem w roli już stricte napastnika dość mocno psuje, a na koniec… strzela gola.

Co do drugiego gola dla Lecha, to przyznam na chłodno, że nie mam pretensji. Oczywiście można powiedzieć, że poszliśmy za bardzo do przodu, że zabrakło asekuracji. Ale tak naprawdę z tego typu sytuacji gol pada raz na sto. Przecież mieliśmy zawodników z tyłu, natomiast Lech świetnie rozegrał tę akcję prostopadłym podaniem. Ale nadal to nie było bardzo duże zagrożenie. Zadecydowało niebywale dobre wykończenie Hakansa. Gdyby on nie zdecydował się na uderzenie z tej niełatwej pozycji, to uważam, że na 90 procent odebralibyśmy piłkę, a już na pewno zdążylibyśmy wrócić – innych piłkarzy Lecha też przecież jeszcze nie było.

Ale GKS dalej cisnął i wcisnął tę trzecią bramkę. Sektor gości znów był w euforii. I tutaj mam pretensje do naszych zawodników, że po minucie stracili znów gola. No nie można tak łatwo wypuszczać prowadzenia.

W końcówce też z jednej strony momentami było nieźle, nie broniliśmy się dramatycznie przez cały doliczony czas, potrafiliśmy oddalić, a Bartek miał nawet szansę na czwartego gola. Z drugiej strony – no muszę to powiedzieć, czasem niefrasobliwość Bartka może być brzemienna w skutkach, bo po zdarzają mu się ostatnio głupie straty, po których rywale przeprowadzają groźne kontry. Nasz pomocnik to ekstraklasowy artysta, ale czasem bym ten artyzm odłożył na rzecz rozwagi. Oczywiście Bartek nie byłby sobą, gdyby nie dał w tym meczu jakiejś liczby, a była to wspomniana asysta do Szkurina.

Swoją robotę zrobił też Rafał Strączek. Interwencja z końcówki pierwszej połowy, ale zwłaszcza dwie kapitalne obrony w doliczonym czasie gry drugiej, uchroniły nas przed fatalnymi nastrojami po końcowym gwizdku sędziego. Bo gdybyśmy strzelili w dwóch meczach na wyjeździe siedem bramek mocnym rywalom i oba te mecze przegrali, to przecież to byłby jakiś dramat. A tak, wywalczyliśmy zasłużony punkt na boisku Mistrza Polski.

Wspomnijmy oczywiście też o Sebastianie Milewski i Damianie Rasaku, bo wykonali oni znakomitą robotę w środku pola i w głównej mierze dzięki nim obraz gry wyglądał tak, jak wyglądał. Graliśmy pressingiem, wysoko, odbieraliśmy piłki. Potem  można było je rozgrywać. Dodam jeszcze, że jak raz na jakiś czas zacentruje w starym stylu Alan, to nie ma co zbierać. Piękna asysta do Emana. No i zadebiutował Marius Olsen i jak na debiut wyszło to całkiem, całkiem.

Pozostał niedosyt po tym meczu, bo jednak GKS trzykrotnie prowadził i trzy razy to prowadzenie tracił. Marzyliśmy o wielkim zwycięstwie, ale to się nie ziściło. Natomiast, jakkolwiek nie powiem, że porażka była wkalkulowana w tym meczu, to dopisany punkt jest lekkim bonusem do naszego dorobku ligowego.

Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy.

Z drugiej strony w drugiej połowie Lech pokazał jednak ofensywną klasę. Kilka akcji rozegrali świetnych. My też mamy czasem trochę brak szczęścia, że jednak nasi przeciwnicy się budzą i zaczyna im wiele rzeczy wychodzić. Kolejorz uważam, że po przerwie był bardzo groźny. Zresztą te trzy bramki strzelił. Nie bez powodu.

Piękną mamy tę drużynę, szaloną, dającą tyle emocji. Mnóstwo radości po strzelonych bramkach, dużo wkurzenia po traconych. Nad tym drugim aspektem trzeba popracować. Ale z dwojga, wolę 3:3 czy 4:4, w których zespół gra pięknie, walczy, gryzie tę trawę i jest niezłomny, a przy okazji traci gole niż 1:1 czy 0:0 po bezbarwnym, słabym meczu.

Spójrzmy też na to tak – jeśli rywale są na tyle mocni, że potrafią nam strzelić trzy czy cztery bramki, to dobrze, że przynajmniej jesteśmy taką samą liczbą na to odpowiedzieć. Bo przecież moglibyśmy z Lechem przegrać 0:3, a z Rakowem 0:4. I odbiór byłby zgoła odmienny.

Ostatecznie rezultat tego „dwumeczu” jest dla nas minimalnie dobry. Odpadliśmy z Pucharu Polski i zanotowaliśmy „tylko” remis w meczu ligowym. Ale to „tylko”, to jednak bardzo dużo. Zwłaszcza patrząc, jak ten mecz wyglądał. Poza rezultatami liczą się inne rzeczy – te wspomniane powyżej.

Czekamy na Motor. Już w piątek kolejne wyzwanie, wracamy na Nową Bukową po dwóch tygodniach, choć patrząc na te dwa ostatnie mecze mamy wrażenie, że minął z miesiąc. GKS dostarcza emocji i niezapomnianych wrażeń. I o to nam wszystkim chodzi.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

21 sekund mistrzowskich akcji

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Muszę sobie na mecze GieKSy brać jakieś wiaderko ze środkami uspokajającymi. Bo nie strzymię inaczej. Te mecze mnie tak dużo kosztują, że siwych włosów na głowie przybywa. Mecz z Motorem, w kontekście poprzednich, kosztował mnie energetycznie i nerwowo tak mocno, że po końcowym gwizdku czułem bardziej ulgę niż jakąś euforię po zwycięstwie. I w sumie mogę się zastanowić – dlaczego, skoro GieKSa tak cisnęła w drugiej połowie.

No właśnie chyba dlatego, że znów włączyła mi się obawa o to, że nie utrzymamy wyniku i wypuścimy – pewne wydawałoby się po pierwszej połowie – zwycięstwo. Chyba byłbym spokojniejszy, gdyby… mecz był spokojniejszy i bardziej wyrównany. Że raz my, raz oni, a dużo gry odbywałoby się w środku boiska. A tak z każdą niewykorzystaną sytuacją GieKSy po przerwie narastał we mnie niepokój, że w jakiś głupi sposób damy sobie wcisnąć coś w końcówce. Tym bardziej, że nasze okazje były coraz lepsze, takie – że trudno było uwierzyć, że ta cholerna piłka nie chce do siatki wpaść. No i Motor swoje wypady w pewnych fazach meczu robił i kotłowało się pod naszą bramką.

Ogólnie uważam, że to był kapitalny mecz GieKSy. W ofensywie znakomity. Pierwsza połowa to wręcz był koncert. Udokumentowany trzema bramkami i to jakimi – pierwszy gol to wiadomo, świetny strzał Markovića po stałym fragmencie, ale dwie kolejne bramki to było rozklepanie obrony rywala. Niemal jak w grze komputerowej. Przy golu na 2:1 od momentu przejęcia piłki w szybkim rozegraniu wzięło udział 7 (siedmiu!) zawodników. Nie mówimy tu o stoperach grających między sobą. Mówimy o każdym konkretnym dotknięciu, które rozwija akcję – aż do bramki. Marković, Wasyl, Milewski, Rasak, Szkurin, Czerwiński, Nowak, zaliczali asysty drugiego, trzeciego, czwartego itd. stopnia, tak, że Bartek – który zrobił kapitalny ruch do piłki – mógł tylko przystawić stopę. Drugi gol to akcja: Kudła, Jędrych, Klemenz, Szkurin, Marković, Czerwiński, Jirka, Wasielewski i Eman strzela do pustej bramki. W obu sytuacjach na przetransportowanie piłki przez tylu zawodników, nasz zespół potrzebował po 21 sekund. To jest absolutne mistrzostwo i do bólu wykorzystanie ofensywnego potencjału każdego, kogo tylko się da. Po prostu znakomite.

Małą rysą na pierwszej połowie była bramka Czubaka. W innej sytuacji Dawid Kudła kapitalnie wybronił sytuację sam na sam. Wydawało się, że możemy być spokojni. Ale oddajmy też Czubakowi, że tak uderzyć spoza światła bramki to też duży kunszt.

Niestety w defensywie GieKSa znów zagrała GieKSę, czyli w głupi sposób straciła gola i to znów zaraz po przerwie. Trener porównał to wznowienie naszego bramkarza do tego, co zrobił Kamil Grabara ze Szwecją. Podobnie jak wtedy, bramka padła nie od razu – coś tam Polsce udało się odbudować. Ale zamęt jaki powstał, miał swoje konsekwencje kilkadziesiąt sekund później. Tutaj Dawid Kudła nie tylko się pospieszył – przede wszystkim źle wyrzucił piłkę, po nie poturlał jej po ziemi, tylko podał do Alana takimi koziołkami. Przy pressingu rywala Alanowi udało się opanować co prawdą tę piłkę, ale widać już było, że ten zamęt się pojawił. Potem był bardzo duży błąd Damiana Rasaka, wejście w pole karne, a tam już zamieszanie i gol.

I nie mieliśmy już dwubramkowej przewagi, tylko jednobramkową. Znów wynik był na styk. GieKSa chyba zreflektowała się, że nie ma co schodzić zbyt nisko i dawać Motorowi grać. Dlatego przez sporą część drugiej połowy Katowiczanie przycisnęli tak niesamowicie mocno, grali tak agresywnym pressingiem na połowie przeciwnika, że co chwilę na 30-40. metrze odbierali rywalowi piłki, a w skrajnym przypadku nawet… tuż przed polem bramkowym. Mieliśmy swoje sytuacje, wejścia w pole karne, strzały, sytuacje sam na sam – i nic. Sama gra – pomijając wykończenie – była doskonała. No ale właśnie – tak jak pisałem niedawno – na koniec liczą się bramki. Tych w drugiej połowie nie było i musieliśmy drżeć o wynik do samego końca.

Oczywiście można mieć pretensje o ten brak skuteczności, ale to, że GieKSa znów doszła do tylu sytuacji jest naprawdę optymistyczne i zadowalające. Gdyby skuteczność była na poziomie sprzed przerwy, Motor dostałby szóstkę. A przecież nie można powiedzieć, żeby lublinianie grali jakiś szczególnie zły mecz.

Ale dociągnęliśmy. Ostatecznie nie daliśmy Motorowi wbić drugiego gola. Zaliczka z pierwszej połowy wystarczyła do zwycięstwa. To też trzeba umieć. GKS bardzo zasłużenie to spotkanie wygrał.

To co mnie cieszy, to fakt, że GKS poszedł za falą tych poprzednich meczów. Ta intensywność w grze, agresja, to w dużej mierze klucz do sukcesu. Oczywiście podparte jest to dobrą taktyką i techniką. Naprawdę pięknie momentami gramy piłką. A niektórzy zawodnicy zaskakują. Sebastian Milewski wiadomo jak dobry jest na wiosnę, ale to jedno „zawrócenie”, które zrobił zostawiając za sobą dwóch przeciwników to był majstersztyk. Bartek Nowak znów dał liczbę, tym razem nie asystę, a gola. A Eman? Eman, co Ty robisz? Ten zawodnik jeszcze tak chwilę pogra i poleci na Mundial. Niech tam Haaland szepnie trenerowi Norwegów na ucho coś o swoim kumplu. Ależ by to była historia. No cóż, pomarzyć zawsze można. Wtedy na Mundialu wszyscy bylibyśmy Norwegami.

Nie wiem, co mu się stało. Wcześniej przecież nawet nie miał miejsca, a jak wchodził to nic nie dawał. Teraz w trzech meczach ma pięć bramek i asystę. W końcu też trafił na Nowej Bukowej i kibice mogli głośno wykrzyczeć jego nazwisko. A nieco zestresowany zawodnik pouczony przez Alana mógł krzyknąć do Blaszoka „Kto wygrał mecz?”.

Nie chcę opisywać każdego zawodnika, ale bardzo spodobała mi się postawa Marcela Wędrychowskiego po wejściu. Dał to, czego od niego oczekiwaliśmy. Jego szybkość i żwawość była jak znalazł do utrzymania piłki z dala od naszej bramki w końcówce meczu. Bardzo dobre wejście. No i mimo tego błędu Dawida Kudły chcę powiedzieć, że ta interwencja w końcówce pierwszej połowy była mega ważna, a w drugiej też kilkukrotnie pewnie wyłapywał piłki po strzałach czy dośrodkowaniach piłkarzy Motoru.

Wygraliśmy i zdominowaliśmy przeciwnika naprawdę trudnego i niewdzięcznego. Lublinianie nie przegrali wcześniej siedmiu meczów i tracili bardzo mało bramek. Motor spokojnie powinien się utrzymać i być może będzie w górnej połowie tabeli. Mateusz Stolarski robi dobrą robotę.

W ogóle te mecze z Motorem są bardzo obfite w bramki. Oprócz spotkania z Bukowej zakończonego wynikiem 0:0, potem mieliśmy – porażkę 2:3 i zwycięstwo 5:2 w Lublinie, no i teraz 3:2 dla nas na Nowej Bukowej. Bardzo emocjonujące spotkania.

Za chwilę wejdziemy w decydującą fazę sezonu. Do końca pozostaje pięć kolejek. Pięć kolejek, w których można bardzo dużo ugrać.

W poprzednim sezonie w tym momencie, czyli po 29 meczach, GKS miał o jeden punkt mniej. Można więc powiedzieć, że regularność jest zachowana. I także rozkręcanie się na wiosnę. Śmieszne jest to, że rok temu właśnie za chwilę byliśmy matematycznie utrzymani, co teraz nie jest jeszcze pewne, a z drugiej strony o obecnie bardzo realnych pucharach wtedy nikt nie myślał, bo czołówka ligi już dawno odjechała. Niezły paradoks.

No ale właśnie, o co walczy GieKSa? Statystycznie i matematycznie nie ma ani jednego powodu, żeby nie twierdzić, że nie są to puchary. A co z tego wyjdzie, czas pokaże. Czy GKS będzie w stanie utrzymać ten poziom punktowania (7 punktów w ostatnich 3 meczach). Przecież przegraliśmy w Krakowie, co zdarzyć się nie musiało (no, może poza logiką ligi), ale gdybyśmy tam wygrali lub utrzymali z Lechem, to jeszcze byśmy się bili o mistrza. Co przecież formalnie też nie jest wykluczone i nie zdziwiłbym się…

Marzyć więc możemy, choć nie ma co się podniecać. Sposób funkcjonowania tej drużyny i jej rozwój daje duży spokój. Oczywiście okupiony wspomnianymi siwymi włosami w trakcie samych meczów. Ale trend jest bardzo, bardzo dobry. Więc niech zespół robi dokładnie to samo, co dotychczas, tylko… troszkę poprawi defensywę. Wtedy naprawdę na koniec sezonu będziemy szczęśliwi.

Komentatorzy w Canal Plus – Piotr Laboga i Kamil Kosowski – znów wczoraj rozpływali się nad tym meczem. GieKSa zyskuje sympatię w całej Polsce, właśnie z tego sposobu gry, z tej radości dla oka, a jednocześnie efektywności. Nie da się tej drużyny nie lubić, choć czasem irytuje niemożebnie. I taką drużynę chcę.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po meczu GKS Katowice z Motorem Lublin odbyła się tradycyjna konferencja prasowa, podczas której wypowiedzieli się trenerzy obu drużyn – Rafał Górak i Mateusz Stolarski. Poniżej spisane główne wypowiedzi szkoleniowców, a na dole zapis audio całej konferencji.

Mateusz Stolarski (trener Motoru Lublin):
Na pewno trzeba oddać GieKSie, że po pierwszych naszych 7-8 minutach meczu na dobrym poziomie, potem oni przejęli inicjatywę. Zasłużenie wyszli na prowadzenie. My szybko odpowiedzieliśmy bramką i to mnie cieszy, że po stracie znowu byliśmy w stanie odpowiedzieć. Potem dalej przewaga GKS, udokumentowana drugą bramką. My znowu mamy sytuację, żeby odpowiedzieć na 2:2, w sytuacji, w której znalazł się Czubi, to była tak zwana setka na odrobienie strat. Nie wykorzystaliśmy tego i następnie GieKSa strzeliła podobną bramkę, co drugą, czyli wstrzeliła piłkę w pole karne i stamtąd domknęła sytuację. Podsumowując, nie była to nasza najlepsza połowa, jeżeli straciliśmy w niej trzy bramki. Zareagowałem dwoma zmianami plus odprawą w przerwie, o tym, co możemy poprawić i uważam, że byliśmy blisko odrobienia strat. Bo 15-20 minut było jednymi z najlepszych w naszym wykonaniu w tej rundzie, udokumentowane jedną bramką. Potem po tych 20 minutach GieKSa oczywiście doszła do głosu, mając swoje sytuacje. My próbowaliśmy pojedynczymi akcjami odpowiadać, ale nie byliśmy w stanie. Mecz bardzo dobry dla kibica, padło dużo bramek. Niestety przerywa on naszą serię siedmiu meczów bez porażki. Natomiast uważam, że reakcja na to, co się stało w pierwszej połowie uważam za bardzo dobrą. Oczywiście w końcówce GieKSa też miała swoje sytuacje. My już postawiliśmy wszystko na jedną kartę, goniliśmy wynik i asekuracja była słabsza z naszej strony. Gratulacje dla zespołu GKS Katowice, zwycięstwo u siebie, jesteście bardzo mocni, ten stadion – widać, że odkąd się przeprowadziliście mocno wam służy i życzę wam wszystkiego dobrego w kolejnych spotkaniach.

Rafał Górak (trener GKS Katowice):
Bardzo energetyczny mecz – kolejny. Jednocześnie trzeba sobie szczerze założyć, że w piłce nożnej ważne są błyski, jak napisał jeden z moich przyjaciół. Te błyski, jakby podsumować to to, że w ciągu ośmiu dni strzelamy dziesięć bramek. To znaczy, że się bardzo dużo dzieje. Ktoś powie, że dużo tracimy, ale taka jest też piłka. Drużyna bardzo dobrze znosi całe trudy rozgrywek, bo to są bardzo emocjonujące rozgrywki i dla piłkarzy na pewno też. Jeżeli gramy w krótkim odstępie czasu takie spotkania, to niekiedy mental i siła psychiczna jest wystawiona na dużą próbę.

Dlatego jestem pod wrażeniem i chcę pogratulować drużynie tego, w jaki sposób działa, funkcjonuje i walczy o każdy mecz, o każdą piłkę.

Należy do tego dodać nasz sposób taktyczny, w jaki gramy, co przynosi bardzo dobre efekty. Jesteśmy intensywni, powtarzalni, graliśmy dzisiaj momentami świetny mecz, oczywiście nie przeszkodziło nam to popełnić kilku błędów. A rywal był zacny i wielkie słowa uznania dla trenera Motoru, bo Motor jest bardzo wymagającym rywalem. Dzisiaj strzeliliśmy im trzy bramki, a oni przecież w ostatnich siedmiu meczach stracili cztery. To też świadczy, że idziemy w dobrym kierunku.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga