Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna kobiet

Tytuł Mistrzyń Polski zagrożony?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Fot. Marcin Drogosz

Niedawno skończyła się runda jesienna rozgrywek Orlen Ekstraligi, w międzyczasie katowiczanki zanotowały historyczne zwycięstwo w europejskich pucharach, a także przeszły dwie rundy krajowego pucharu. W lidze tracimy trzy punkty do liderek ze Szczecina; uKOCHane złapały lekką zadyszkę po świetnym wejściu w sezon i trzykrotnie dały sobie urwać punkty na wyjeździe.

Oczekiwania po zeszłosezonowym sukcesie były ogromne. Ponadustawowa liczba kibiców na ostatnich spotkaniach, kilkutysięczna widownia przed ekranami, grupy fanów świętujące pod stadionem zdobyty tytuł – wszyscy mieli apetyty na powtórzenie tego wyczynu. Wiadomo było, że potrzebne są wzmocnienia, jednak oczywiste było, że po powrocie do zdrowia, wysoko w hierarchii będą Maciążka, Bińkowska i Kozarzewska. W obliczu tej sytuacji postawiono na zawodniczki grające na wielu pozycjach, a do tego Dżesikę Jaszek, która miała za zadanie wypełnić rolę klasycznej dziewiątki, której tak brakowało. Plan minimum wydawał się prosty: jesienią pokazać się z dobrej strony w pucharach i skończyć w czołowej trójce ligi z minimalną stratą. Kontuzje i urazy nie ułatwiły tego zdania, ale udało się ten cel osiągnąć.

W Lidze Mistrzyń… Cóż, dobre wejście w mecz, a potem kanonada Anderlechtu. Dlaczego nasze piłkarki tak głęboko się cofnęły? Nikt tego nie wie, trzymajmy się wersji, że to trema przed występem na wielkiej scenie futbolowej. W meczu z Łokomotiwem to GieKSa była stroną dominującą, ale znów brakowało tej pewności siebie. Tego kompleksu nie miała Anna Krakowiak: weszła, strzeliła zwycięskiego karnego i „do widzenia” – proste. W lidze tryumfy są efektem dobrego dobrania zespołu, każda zawodniczka ma jasno określone zadanie, a w trudnych momentach zwykle znajduje się osoba (a może i osoby?) ciągnące zespół za uszy. Jasne, kilka momentów było fatalnych i aż strach je wspominać, ale jednak nie zapominajmy o mocno osłabionym ataku. Miejmy nadzieję, że na wiosnę zespół będzie już w pełni sił i nie będzie notował takich spadków formy.

Ostatecznie bilans prezentuje się następująco:
Puchar: 2 zwycięstwa; bramki 8:2.
Liga: 8 zwycięstw, 2 remisy, 1 porażka; bramki 25:10 – Brzęczek 6 trafień, Hajduk i Jaszek 4 trafienia.
Liga Mistrzyń: 1 porażka, 1 zwycięstwo po karnych.

Jak spisały się poszczególne zawodniczki?

Trener Koch miała przed sobą trudne zadanie. Kontuzje Maciążki i Bińkowskiej miały być szansą dla Oliwi Malesy na indywidualne popisy, jednak rozegrała ona ledwie kilka minut i dołączyła do koleżanek na trybunach z kontuzją więzadeł. Można zarzucić, że drużyna przez kilka miesięcy nie wypracowała alternatywnego systemu, jednak od ponad roku nie ma do dyspozycji optymalnego składu. Ciężko w takich warunkach o jednoczesną walkę w czołówce tabeli i wypracowywanie schematów, koniecznym było wybranie jednego. Małym minusem dla trenerki jest zbyt wiele szans dla Karoliny Bednarz i Nicoli Brzęczek w jednym składzie – dwie wybitne zawodniczki, o świetnej technice i strzale z dystansu, jednak brakuje im agresji i wkładu w fazę odbioru piłki. W efekcie mogliśmy podziwiać spektakularne akcje cieszące kibiców przy dominacji GieKSy (spektakularne pierwsze mecze w wykonaniu napastniczek), ale też bezradność w momentach, gdy to przeciwnik przejmował inicjatywę. Z drugiej strony trzeba było szukać rozwiązań, które pozwoliłyby na chwilę odpoczynku wahadłowym, jednak próba zakończyła się niepowodzeniem.

Najpewniejszymi punktami bez wątpienia były Kinga Seweryn i Weronika Klimek, które toczą ze sobą rywalizację w, kolokwialnie mówiąc, ilości wyciągniętych setek. Ileż to razy broniły rzuty karne, instynktownie wybijały futbolówki na linii bramkowej czy opuszczały posterunek skutecznie przerywając kontrataki. Nie ma sensu dłużej się nad nimi rozpisywać, regularne oklaski z trybun mówią same za siebie.

Cały tercet defensywny świetnie się uzupełniał: Hajduk z Tkaczyk na zmianę wychodziły wyżej, wspierając drugą linię, a Joanna Olszewska wykonywała „brudną” robotę, wślizgami przerywając ataki rywalek. Każda z nich zagrała kilka celnych, długich podań z pominięciem środka pola, a razem zdobyły w tym sezonie aż 9 bramek.  Pomimo obiektywnie solidnej postawy, Hajduk z Tkaczyk pozwoliły sobie na kilka momentów rozluźnienia, tracąc piłki we własnym polu karnym i dodając niepotrzebnych emocji do rozgrywek. Aleksandra Lizoń również solidnie prezentowała się jako zmienniczka, jednak w meczu ze Śląskiem, który rozpoczęła w podstawowej 11, zaliczyła kilka poważnych wpadek.

Kto w trudnych momentach brał na siebie rozbudzenie zespołu? Dżesika Jaszek, a wraz z nią Klaudia Słowińska. Pisząc o transferze tej drugiej, wspominałem o spektakularnej bramce z poprzedniej kampanii – w ostatnim spotkaniu swoją petardą w okienko zdecydowanie ją przebiła. Oczywiście zdarzyły im się 2-3 słabsze występy, ale nie zapominajmy, że to był początek ich przygody w Trójkolorowych barwach. Przepychankami, wybiciami, skokami pressingowymi i twardą grą w trudnych chwilach wybijały rywalki z rytmu, skupiając ich uwagę na sobie i otwierając pole do gry koleżankom. Niemalże w każdej akcji piłka musiała przejść przez jedną z nich – czy to zgraniem „na ścianę” do Jaszek, czy to przejęciem Słowińskiej w środku pola, ewentualnie jej świetnym wykonaniem stałego fragmentu gry. Jaszek, po zgraniu się z koleżankami, świetnie czuje grę, w odpowiednich momentach schodzi do środka boiska i utrudnia rozegranie przeciwniczkom, które naciskane przez m.in. właśnie Słowińską tracą posiadanie, a najwięcej zyskują na tym skrzydłowe, mając przed sobą 20-30 metrów wolnej przestrzeni. Nieco więcej czasu na adaptację potrzebowała Aleksandra Nieciąg, która na początku sezonu dublowała rolę Słowińskiej, później zniknęła z radarów kibiców, by pod koniec rundy pokazać swoją najlepszą dyspozycję. Przebojem do drużyny przebiła się też Anna Krakowiak, w wieku zaledwie 16 lat strzelając zwycięskiego karnego z Łokomotiwem.

Najwięcej na wąskiej ławce straciły Anita Turkiewicz i Julia Włodarczyk, a także wracająca po kontuzji Anna Konkol. Bazujące na swojej szybkości oraz wysokim pressingu zawodniczki potrzebują odpoczynku, czego brakowało przy napiętym terminarzu. Mimo to, większość spotkań rozegrały na najwyższym poziomie, nadrabiając zaangażowaniem brak pełni sił. Włodarczyk wkręciła w ziemię niejedną rywalkę, Turkiewicz swoją determinacją w każdą akcję zmuszała przeciwniczki do wylewania siódmych potów, a Konkol, bez zaskoczeń, fantastycznie obsługiwała nasze napastniczki w polu karnym swoimi centrami. Brak pełni sił szczególnie widać było po Turkiewicz, która bazuje na swojej wszechstronności i pojawianiu się w każdej strefie, a z każdym kolejnym meczem w podstawowym składzie była coraz mniej widoczna.

Czy potrzebne są jakieś zmiany?

Stricte personalnie – zdecydowanie nie. Kadra jest bardzo dobrze zbudowana, Karolina Koch ze sztabem zrobiły naprawdę dobrą robotę. Problemami są niedostępne piłkarki w trakcie leczenia, ale i wiara w siebie, której czasem brakuje naszym zawodniczkom. Na razie można optymistycznie patrzeć w przyszłość, po powrocie liderek do grania będzie można wyciągać szersze wnioski na temat budowy kadry. Do pozytywów na pewno należy wysoki pressing, w którym podopieczne Koch czują się bardzo dobrze i dobrze współgrają (o ile siły im na to pozwalają). Dobre wrzutki w pole karne są zapewnione, mamy kilka specjalistek w tej dziedzinie. W dryblingach świetnie spisują się Włodarczyk, Bednarz czy Brzęczek, ale potrzebują dużo wolnego miejsca. Nie chcę się powtarzać, ale naprawdę, brak możliwości odpoczęcia na ławce dla Turkiewicz i Konkol odbiera drużynie 10-15 proc. całkowitego potencjału, tak świetnie wpasowują się w taktykę Karoliny Koch.

Nieco więcej życia przydałoby się nie tylko na boisku, ale też w marketingu i szeroko pojętej pracy mediów klubowych. Jako klub miejski na pewno można postarać się o dotacje na jakieś akcje dla dzieciaków, wyprawka szkolna wyszła naprawdę świetnie, a walka o młodego kibica na każdym osiedlu trwa po ostatnich przespanych latach. Kobiecy sezon ma dłuższe przerwy od męskiego, może w tym czasie zrobić jakieś miniturnieje dla najmłodszych, którzy mogliby trenować i spędzić czas na boisku z naszymi zawodniczkami? Dziewczynom też będzie łatwiej grać przy pełnych trybunach.

Podsumowując: Jak na trudną sytuację kadrową, wyniki są naprawdę dobre, choć gra momentami jest toporna i trudna do oglądania. Moim zdaniem wynika to właśnie z braku wypoczętych skrzydłowych, co jest kluczowe przy naszym stylu gry. Nieliczne wpadki nie powinny być powodem do większych zmartwień, najważniejsze jest to, że wyciągamy z nich wnioski. Cel na wiosnę, czyli obrona tytułu, jest na wyciągnięcie ręki, jednak trzeba uniknąć kolejnych kontuzji i nie pozwalać sobie już na taki brak koncentracji, jak choćby we Wrocławiu. Przy szerszej ławce zawodniczki, szczególnie z bocznych stref, będą mogły dawać z siebie 100 proc., nie przejmując się brakiem odpoczynku, co na pewno pozwoli zniwelować duże odstępy pomiędzy formacjami. 

Poza aspektami sportowymi, na plus można zaliczyć Was, którzy przychodzicie na Bukową i wspieracie zawodniczki, za co regularnie dziękują po seryjnych zwycięstwach w Katowicach. Marketingowo wygląda to już mniej okazale: fani kobiecej piłki odnajdą materiały bardzo dobrej jakości, choć nie bezbłędne, jednak mniej wprowadzeni w świat kobiecej piłki kibice, również ci najmłodsi, nierzadko nawet nie słyszeli o Lidze Mistrzyń przy Bukowej. Oczywiście, nasz Klub jest prawdopodobnie najlepiej zorganizowanym, jeśli chodzi o sekcję kobiecą w Polsce, zapewniając transmisje, zapowiedzi meczowe i herbatę w trakcie zimy, jednak naszym celem powinny być wyższe standardy, godne Trójkolorowych barw.

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    Jacob

    8 grudnia 2023 at 11:47

    Super!

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Galeria Hokej

Hokeiści dotrzymali danego słowa!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

GieKSa wygrała siódmy mecz półfinałów play-off THL. W finale nasi hokeiści zmierzą się z GKS-em Tychy. Zapraszamy do fotorelacji z Satelity.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do Jagi i Cracovii

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Miniony tydzień był dla naszej redakcji bardzo pracowity. Dwa wyjazdowe mecze w ciągu kilku dni to operacja logistyczna i organizacyjna. Myślę jednak, że podołaliśmy. Wszystko w imię GieKSy. Zapraszamy do zobaczenia wyjazdów do Białegostoku i Krakowa okiem redakcji. A teraz mamy dwa tygodnie przerwy od piłki i czekamy na Wisłę Płock. Niech teraz koledzy z sekcji hokejowej przejmują pałeczkę, bo przed GieKSą bardzo ważne wyzwanie.

1. Białystok przekładany był dwa razy. Za trzecim w końcu mecz doszedł do skutku, ale wiadomo – że był to środek tygodnia, wtorek godzina dziewiętnasta. W związku z tym z redakcji pojechaliśmy we dwójkę: ja i Misiek, ale w samochodzie jechało nas pięciu.

2. Wyjazd z Katowic był gdzieś po dziesiątej. Ładna pogoda, to i droga mijała szybko. Na ten jeden z najdalszych wyjazdów w sezonie.

3. Po kilku godzinach byliśmy na Podlasiu. Czas mieliśmy tak dobry, jak chyba nigdy wcześniej, bo było nieco po piętnastej. Postanowiliśmy więc skierować swoje kroki do Gospody Podlaskiej, znanej nam z poprzedniego sezonu, a mi jeszcze dodatkowo z wyjazdu na ten niedoszły mecz w listopadzie.

4. Miejscówka godna polecenia – na samym Rynku. Zaparkowaliśmy jakimś cudem praktycznie tuż pod tym lokalem. Wówczas byliśmy w niedzielę, więc były tłumy. Teraz – w środku tygodnia o piętnastej – niemal pustki.

5. No to wzięliśmy się za solidne jedzenie. Ja zamówiłem rosół z pielmieni, mielone na patyku i kartacza, Patryk mega xxl schaboszczaka, a reszta ekipy placki. Było to solidne jadło przed meczem.

6. W samej knajpie sporo było ciekawych elementów, jak ta stara przymocowywana maszynka do mielenia czy… czerwona gitara. Czy obrazek z Samych Swoich. W sympatycznej atmosferze oczekiwaliśmy spotkania.

7. Nadal mając jeszcze dużo czasu zrobiliśmy spacer po rynku. Weszliśmy do wielkiego kościoła – w zasadzie Bazyliki Mniejszej WNP. Imponujący obiekt. Można było się na chwilę wyciszyć przed nadchodzącym zgiełkiem.

8. Napis Białystok na kółkach, przesuwany jest. Pamiętam, że w listopadzie był w innym miejscu, teraz bliżej stricte Rynku. Rekwizyt popularny do robienia sobie przy nim zdjęć. O ile to można nazwać rekwizytem.

9. Wróciliśmy do samochodu i czas było zbierać się na stadion. Oczywiście – jak często to ostatnio bywa – na drodze widzieliśmy autobus z drużyną. Śmiesznie wyszło, bo robiłem zdjęcie jakiegoś grafa i coś zielonego mi przed nosem przejechało i przeszkodziło.

10. Wkrótce byliśmy pod stadionem. Przejechaliśmy skręt, więc musieliśmy go objechać, ale zaprowadziło nas to prosto do bramy wjazdowej, którą dobrze pamiętaliśmy w lutego i listopada poprzedniego roku. Samochód zostawiliśmy na parkingu i poszliśmy odebrać akredytacje.

11. Udaliśmy się na stadion, gdzie na wejściu przeszukuje się także dziennikarzy (rzadkość). I można było pobuszować po stadionie. Poszliśmy do stanowiska z klubowymi gadżetami, jednego, a później drugiego na VIP-ach. Do meczu pozostawało jeszcze sporo czasu, więc trybuny świeciły pustkami. A cały dzień był słoneczny, więc i temperatura była przystępna.

12. Potem przyszedł czas na herbatkę w sali konferencyjnej. Komentatorzy Canal Plus – Gabriel Rogaczewski i Tomasz Wieszczycki dywagowali, jak będzie wyglądać to spotkanie i wietrzyli – zgodnie z logiką ekstraklasy – przełamanie Jagiellonii.

13. Udaliśmy się na prasówkę, na dobrze nam znane miejsca. Stanowisko prasowe przyjemne, bez rewelacji, ale wystarczające. Jest dziurka na kable, solidny blat i… niepotrzebna szybka między blatami konkretnych stanowisk. W zamierzeniu służy oddzieleniu dziennikarzy, żeby mieli większy komfort. W praktyce – jest to utrudnienie w obserwacji meczu, bo głowa odruchowo tę szybę chce ominąć, patrząc na boisko. A widoczność? Bez zarzutu.

14. Przed meczem odbyła się uroczystość wręczenia trenerowi Siemieńcowi tablicy upamiętniającej jego 100 meczów w Jagiellonii. Kibice w Białymstoku go kochają. Skandują jego nazwisko często, skandowali i teraz. Trudno się dziwić.

15. Wkrótce rozpoczął się mecz. Gospodarze szybko objęli prowadzenie w sytuacji, w której nikt się tego nie spodziewał. Piłkarze o nazwisku Pozo mieli swój moment, dzień wcześniej Jose z Pogoni trafił dwa razy, teraz Alex tak odbił piłkę głową, że ta ku zaskoczeniu wszystkich wpadła do siatki.

16. Drugi raz pokonała nas legenda Jagi Taras Romanczuk. Piłkarz wiosną zeszłego roku strzelił zwycięskiego gola, teraz trafił do szatni, dając swojej drużynie prowadzenie 2:0.

17. Kibice Jagi bardzo głośno dopingowali, Katowiczanie na sektorze gości też odgryzali się, mimo, że byli w liczbie niemal czterokrotnie niższej niż w listopadzie na niedoszłym meczu.

18. Humor w przerwie był kiepski. Na szczęście można go było sobie poprawić na VIP-ach, gdzie było pyszne jedzonko. W sumie to można było tam zostać, ale zaraz była druga połowa. Co ciekawe, miejsce to miało klimat, jak dyskoteka, taka była gra świateł. Ciekawa opcja.

19. W drugiej połowie GKS dążył do zdobycia bramki. Gra wyglądała dużo lepiej. W końcu Erik Jirka trafił do siatki notując swoje pierwsze trafienie w barwach GieKSy. Na wyrównanie niestety nie starczyło czasu.

20. GieKSa przegrała drugi mecz w Białymstoku i na razie to się układa tak, że u siebie GieKSa wygrywa – dwa razy, a na Podlasiu triumfuje Jaga. W tym sezonie czeka nas jeszcze mecz ligowy na Nowej Bukowej. Chcielibyśmy, by ta passa była podtrzymana.

21. Po meczu tradycyjna nagrywka i trzeba się było zbierać na konferencje prasową. Dziennikarze Jagiellonii wniebowzięci, cieszyli się. A my ze skwaszonymi minami robiliśmy swoje materiały, galerie itp.

22. Trener Górak starał się wyciągnąć pozytywy i była nimi dla niego ta druga połowa. Fakt, Katowiczanie nie załamali się dwubramkową stratą, tylko grali swoje i częściowo udało im się je odrobić.

23. Za to Adrian Siemieniec na moje pytanie o Puchar Polski zażartował, że teraz to oni są drudzy, skoro z nami przegrali. Nie tak szybko – Jaga będzie druga, jak GieKSa zdobędzie Puchar Polski. O tym wszyscy marzymy, a finalista pucharu przecież kiedyś w Europie występował, później zmieniono ten przepis.

24. Zostaliśmy jeszcze chwilę na sali i trzeba się było zbierać w długą podróż do Katowic. My tego wieczoru byliśmy niepocieszeni, ale co mieli powiedzieć kibice Bodo Glimt, którzy zaszli tak niesamowicie daleko w Lidze Mistrzów i w rewanżu ze Sportingiem roztrwonili trzybramkową przewagę z pierwszego meczu przegrywając 0:5.

25. Droga powrotna zajęła nam około pięć godzin. Myślałem, że będzie się dłużyć, tymczasem jakoś to przeleciało. W Katowicach byliśmy gdzieś przed czwartą. Trzeba było szybko iść spać, bo wkrótce miał nastać nowy dzień. A już w sobotę czekał nas mecz z Cracovią.

—-

26. Do Krakowa wybraliśmy się już w mocniejszym składzie, bo aż 5-osobowym. To znaczy 4 osoby z Katowic plus Marcin, który dotarł na własną rękę. Dzięki temu mogliście obejrzeć aż trzy fotogalerie z tego spotkania.

27. Dobrze, że po Białymstoku kolejny wyjazd był tak niedaleki. Można było i  się wyspać, i potem w miarę wcześnie wrócić. Wyjeżdżaliśmy więc 11-12 zbierając osoby po drodze i ruszyliśmy do Małopolski. Oprócz wspomnianego Marcina pojechaliśmy w składzie: Werka, Flifen, Misiek i moja skromna osoba.

28. Pogoda była piękna, wiosenna. W samochodzie było co prawda nagrzane, natomiast na zewnątrz trochę chłodek był. Dawał się on potem we znaki – głównie w postaci wiatru – zarówno osobom na murawie, jak i nam – na koronie stadionu.

29. Droga przebiegła szybko i sprawnie. Godzinka i byliśmy w Krakowie. Zastanawialiśmy się, jak to będzie z tą całą „strefą czystego transportu”. Ale załatwiliśmy niezbędne pozwolenia i mogliśmy do centrum Krakowa wjechać.

30. Natrudziliśmy się, jeżeli chodzi o wjazd na obiekt. Nie wpuszczono nas na parking, mimo że w poprzednim sezonie zarówno na mecz z Cracovią, jak i Puszczą to miejsce parkingowe było dostępne. No nic, zaparkowaliśmy pod stadionem.

31. Potem zaczęła się jednak trochę farsa. Pierwsza rzecz – akredytacje. W poprzednim sezonie odbierało się je w jednej z budek/kas od strony ulicy Kałuży. I rzeczywiście, był napis akredytacje. Tyle, że pani powiedziała, że to są jakieś inne akredytacje. Cokolwiek to znaczy. A my mamy się kierować na drugą stronę stadionu – od ulicy Kraszewskiego.

32. Zaczęliśmy więc obchodzić stadion, przy czym rozdzieliliśmy się – Misiek i Werka poszli, a mnie z Flifenem zatrzymała kiełbasa. Mieliśmy ją w planie, ale skoro już przechodziliśmy obok grilla, stwierdziliśmy, że skonsumujemy ją teraz, żeby potem nie tracić czasu.

33. Kiełbaska solidna. Mogłaby być nieco bardziej przypieczona, ale była smaczna. Więc godnie. W atmosferze wiosennej, ładnej pogody i zbliżającego się meczu wuszcik zawsze na propsie.

34. Wracając do wspomnianej farsy. Zaczęliśmy ten stadion faktycznie obchodzić. To co się działo na ulicy Focha, czyli tej najgłówniejszej przy stadionie, wołało o pomstę do nieba. Najpierw przejeżdżały autokary, ale chyba opróżnione już z kibiców GieKSy. I policjant nie pozwolił przejść WZDŁUŻ stadionu. Tu był kordon. Potem drugi nie pozwalał przejść na drugą stronę ulicy. Musieliśmy czekać. Najlepsze jest to, że między jednym, a drugim kordonem na dwóch końcach tej krawędzi stadionu, normalnie chodzili sobie kibice.

35. W końcu przeszliśmy na drugą stronę, ale chcieliśmy też zahaczyć o sklep klubowy. Policjant znów nie pozwalał przejść, ale nagle ludzie zaczęli przechodzić i tyle.

36. Absurdalne jest to, że blokowali całościowo to miejsce, podczas gdy kompletnie nic się tam nie działo i nie było zagrożenia. Co oni wymyślili – nie wiem.

37. W sklepiku klubowym zakupiłem proporzec, to taka tradycja powoli. Warto mieć swoje prywatne muzeum. Jakiś gościu długo stał przy kasie, bo wysyłał kartkę do kogoś na świecie. Ciekawa i miła opcja.

38. W końcu dotarliśmy za siódme góry i siódme rzeki na ten drugi koniec stadionu. Była tam budka i akredytacje odebraliśmy. Skierowaliśmy się do bramy technicznej stadionu i weszliśmy na obiekt. Ufff.

39. Ostatecznie znów byliśmy bardzo długo przed meczem, więc te wszystkie perypetie nie spowodowały jakiegoś uszczerbku na naszym czasie i standardowych przygotowaniach do spotkania. Tyle dobrze.

40. Nieoczekiwanie weszliśmy bezpośrednio na salę konferencyjną. Przyznam, że jedną z lepszych. A już znakomite wrażenie robi ściana z proporczykami rywali Cracovii. Wygląda to po prostu przepięknie. To, jak udekorowane są niektóre sale konferencyjne, to mistrzostwo. Ogólnie – dużo stolików i siedzeń. Czysto, Schludnie. Bardzo przyjemnie.

41. Miejsce z powiedzmy cateringiem już nie przystaje do tej sali… To znowu jest jakieś brzydkie i miałkie. Dodatkowo herbata jest już gotowa w tych warnikach, a nie po prostu gorąca woda i że samemu można sobie zrobić herbkę. Dodam, że w przerwie podobno były jakieś kanapki, ale dziennikarze jak hieny rzucają się na nie zazwyczaj tak szybko, że jak ja przychodzę, to już nic nie ma.

42. Z naszej winy nie umieliśmy dostać się do miejsca, gdzie wchodzi się na media. Wchodziliśmy wszędzie, na jakieś vipy, do mixed zony. Próbowaliśmy bowiem przejść wnętrzem stadionu, a to było zgubne.

43. W końcu dotarliśmy do drzwi wejściowych i windą wjechaliśmy na górę. Później pokonywałem ten trakt kilkukrotnie, m.in. wybierając się znów poza stadion po nachosy, bo tej kiełby było nam za mało.

44. W końcu znaleźliśmy się na prasówce. Byłem tu w tym 2013 roku, kiedy GieKSa w przenikliwym zimnie (podobno) grała i przegrała. Rok temu nie dane mi było być świadkiem spektakularnej wygranej 4:3, jak i 6:0 z Puszczą. Miałem okazję natomiast oglądać poczynania Cracovii i Lecha.

45. I co mogę powiedzieć… Prasówka ta jest doskonała. Widok – fenomenalny. Blaty, kapitalne. Jest prąd, jest internet. Wszystko, co potrzeba, by w komforcie relacjonować mecz. Nie ma co gadać, być może jest to najlepsza prasówka w Polsce. Jak i cały stadion – trzeba przyznać – jest doskonały.

46. Jeszcze przed meczem przeszedłem się górą, żeby obadać, czy czegoś ciekawego tam nie ma. Przyznam, że jak spojrzałem jak ultrałatwo jest dostać się na dach, to nie dziwię się, że kibice Widzewa to wykorzystali. Oczywiście oni mieli nieco trudniejszy dostęp, bo trybuna z sektorem gości jest wyższa. Ale wyszło bardzo ciekawie. Jakkolwiek sam nie jestem zwolennikiem akcji chuligańskich, to cała ta sytuacja była naprawdę oryginalna i zabawna.

47. Nie pozostawało nic, jak czekać na mecz. Kibice gości powoli zapełniali sektor, wkrótce zaczęli się też schodzić gospodarze. Czekało nas – mieliśmy nadzieję – ciekawe piłkarskie widowisko.

48. GieKSa dominowała w pierwszej połowie, ale nie umiała tego udokumentować bramką. Cracovia natomiast kompletnie nie zagroziła bramce Strączka.

49. Dodam tylko, że sporo się mówiło o podyktowanym karnym dla krakowian, w wyniku ręki Klemenza. Ogólnie jednak nie było to podnoszone jako jakiś wielki skandal. Lukas tę rękę wystawił i sędzia miał argumenty.

50. Brak czerwonej kartki dla Klicha na początku meczu to jednak duża pomyłka sędziego. Alfa i omega polskiego sędziowania, czyli Adam Lyczmański, orzekł, że powinna być czerwień.

51. Kibice obu drużyn głośno dopingowali. Ze strony kibiców Cracovii padały stwierdzenia, że GieKSa była jedną z najgłośniejszych ekip, jakie w ostatnich latach zawitały na Kałuży.

52. Mecz był ostatecznie totalnym paździerzem, ale GieKSa powinna go wygrać. Niestety nie była zbyt zdecydowana w ofensywie, a Cracovia wykorzystała jeden błąd i strzeliła bramkę.

53. Wierzyliśmy do końca, że wynik meczu ulegnie zmianie, ale niestety. Przegraliśmy to spotkanie i jak niepyszni opuszczaliśmy prasówkę udając się na konferencję.

54. Pamiętam czasy z pierwszej czy drugiej ligi, kiedy trener Górak był po niektórych meczach mocno zdenerwowany. W ekstraklasie sobie takiej sytuacji nie przypominam. Widać po mowie ciała i postawie szkoleniowca, kiedy jest wybitnie wk..iony, a jednocześnie stara się to opanować. W trakcie konferencji gdy był zobowiązany odpowiadać na pytania, musiał robić dobrą minę do złej gry i włączać trochę dyplomacji, więc ten odczuwalny w atmosferze poziom napięcia nieco spadł.

55. Luka Elsner coraz lepiej mówi po polsku. Po konferencji zażartował sobie do dziennikarzy Cracovii: „To może na piwko?”. Ogólnie sympatyczny człowiek, choć ostatnio też mu nerwy puściły, gdy chciał odchodzić z Cracovii.

56. Oczywiście dziennikarze Cracovii szczęśliwi i z ulgą. Były śmiechy i śpiewki pod nosem. Ale też dało się wyczuć trochę sarkazmu w zdaniach, że teraz idą na puchary. Tutaj nie było widać typowo widzewskiej napinki.

57. Wszystkim się spieszyło, więc mieliśmy plan zaraz po konfie zbierać się do domu i w aucie robić materiały. Stracił się jednak gdzieś Flifen, więc udało nam się je dokończyć na sali.

58. Wynikła z tego przedziwna sytuacja, bo Flifen niby czekał na wywiad, a my mieliśmy informację, że autokar z piłkarzami już wyjeżdża nie tylko ze stadionu, ale i z Krakowa. Zastanawialiśmy się, czy Filip podczas wywiadu po prostu nie zauważył, że wszedł z piłkarzami do środka i odjechał w siną dal. Dodatkowo nie było z nim kontaktu.

59. Postanowiliśmy się zebrać i ruszyć do auta. Okazało się, że wywiad jest w toku. Jak to możliwe? Ano Mateusz Wdowiak został w Krakowie i to jego złapał nasz reporter. Dlatego tak śmiesznie wyszło.

60. Ruszyliśmy niepocieszeni do Katowic. Tyle dobrze, że po takim meczu nie czekała nas długa podróż powrotna. W Katowicach byliśmy około 19:30.

61. Teraz przerwa reprezentacyjna. Trzymamy kciuki za awans reprezentacji Polski do Mistrzostw Świata. Wygrać z Albanią, pokonać Shehu, a potem finał. Do boju Polska!

62. A za dwa tygodnie gramy z Wisłą Płock. I jak teraz mieliśmy trochę oddechu, to pojedynek z piłkarzami Mariusza Misiury będzie znów mega ważnym starciem.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga