Dołącz do nas

Piłka nożna

Wasz czas w GieKSie się skończył

Avatar photo

Opublikowany

dnia

No i zakończyliśmy sezon. Sezon trudny, najtrudniejszy dla nas – kibiców. Najtrudniejszy z dotychczasowych dziesięciu w pierwszej lidze. Rozbudzone nadzieje, bardzo realne – wydawało się – szanse na sportowy sukces. Brak jakiegoś musu wielkiej gry, tak jak w niektórych poprzednich sezonach. Po prostu były nadzieje, były okoliczności i trzeba było po prostu w miarę przyzwoicie grać w piłkę. To by wystarczyło.

Pisząc ten artykuł, w kilka godzin po meczu, już nie czuję złości. Takiej jak po Kluczborku, gdy zaprzepaszczona została szansa, takiej jak po Grudziądzu, gdzie swoim radosnym zachowaniem piłkarze zakpili sobie z kibiców.

Teraz pozostał już tylko smutek i żal. To nie tylko można było, nie tylko było na wyciągnięcie ręki. To po prostu w okolicznościach całej rundy wiosennej trzeba było zrobić. Jedynie ostatni frajerzy takiej sytuacji by nie wykorzystali. Piłkarze GKS takimi się okazali.

Dzisiejszy mecz z Bytovią dobitnie pokazał, jaki był obraz tej rundy. Nawet ja się daję łapać na to, że twierdzę, że to nie był taki zły mecz. Wiem, jaki to jest błąd. Znów kilka ofensywnych akcji spowodowało taki mylny obraz, że to był dobry mecz. Nie – nie był dobry. Jak by był, to GKS wygrałby spokojnie z broniącą się przed spadkiem ekipą.

A tak? Skończyliśmy z iście kompromitującym dorobkiem na swoim boisku na wiosnę. Uwaga, uwaga – zdobyliśmy:

5 punktów!!!

Jedno zwycięstwo, dwa remisy, cztery porażki.

GKS Katowice wygrał jedno na siedem spotkań na własnym boisku. Postawa dyskwalifikująca tych pajaców oraz ich trenera, po którym słuch zaginął, gdy uciekł z konferencji.

W meczu z Bytovią mieliśmy kilka pozorowanych, szybkich ataków. Jednak nonszalancja i brak przykładania się do swoich obowiązków był zatrważający, zwłaszcza w pierwszej połowie. Do 20. minuty mieliśmy 3-4 tak proste i niechlujne straty, że mogło to się skończyć co najmniej jedną bramką straconą więcej. Im się po prostu nie chciało być dokładniejszym. Wiadomo, ciepło, wakacje, o nic nie gramy, to nie trzeba się starać. A czekaj, wróć: jak było o co grać, to też im się nie chciało.

Trener Bytovii Adrian Stawski musiał rozmawiać z Brzęczkiem. Jego stwierdzenie, że GKS Katowice jest najlepszą drużyną w tej lidze było naprawdę z dość kiczowatego science-fiction. Widać, że trener skromny i kurtuazyjny, ale proponowalibyśmy szkoleniowcom polskim (i piłkarzom również), żeby nie ośmieszali się taką nadmierną kurtuazją. Bo jeszcze ktoś taką wypowiedź potraktuje poważnie.

Apropos trenerów. Nie wiadomo, kto będzie szkoleniowcem w GKS w przyszłym sezonie. Jednak patrząc z perspektywy czasu, trudno spodziewać się, że beznamiętny trener Brzęczek mógł coś wyczarować w powiązaniu z bezjajecznymi piłkarzami. Przyznajemy, że trenera trochę oszczędzaliśmy, w takim sensie, że dawaliśmy mu wykonywać spokojnie swoją pracę. Bez większych jazd. Z drugiej strony nie zgadzamy się z opiniami, że nie krytykowaliśmy go w ogóle. Jeśli tak było, to zapraszamy do poczytania niektórych felietonów pomeczowych, po poszczególnych meczach.

Oczywiście w szatni nie jesteśmy, nie wiemy jaki był Jerzy za zamniętymi drzwiami. Być może stosował suszarki do zawodników, być może kopał, rzucał i gryzł. Nie da się jednak nie odnosić wrażenia, że charyzmy to on nie ma za grosz. Patrząc ostatnio na filmik pożegnalny Macieja Bartoszka z Korony Kielce, naprawdę można było odnieść wrażenie, że mentalnie Korona i GKS to było niebo, a ziemia. Oczywiście filmikami można mówić, co się chce, ale przecież myśmy tego na wiosnę nie mieli…

Nie było widać nawet po twarzach zawodników tej agresji, tej radości po wygranych meczach (no może poza Grudziądzem). Nie było sportowego wkurwu. Jak piłkarze przychodzili po przegranych meczach na konferencję prasową to ze spuszczonymi głowami, a nie sportową złością. Tak jakby właśnie przegrali cały sezon, a nie tylko jeden mecz. Niestety – my po prostu nie mamy w drużynie wojowników. Nie mamy boiskowych łobuzów i ludzi ambitnych. Mamy piłkarzy-panienki, a trafili oni na trenera-panienkę i wszyscy głaskali się po pupciach.

Dzwoniliśmy na alarm, sygnalizowaliśmy w pomeczowych felietonach już od początku rundy. Zwłaszcza po strasznej porażce z Zagłębiem Sosnowiec. Niestety te nasze głosy nie były słyszane. Nie reagowano wtedy, kiedy trzeba było. Zaufaliśmy trenerowi i ufaliśmy do końca. I to też był nasz błąd.

Przez to wszystko nie tylko nie awansowaliśmy do ekstraklasy, ale w sposób doprawdy haniebny spadliśmy aż na siódme miejsce. W głowie się nie mieści być w TOP3 przez cały sezon, na jesieni kilka razy lider, na wiosnę pięć szans na lidera i skończyć na tej pozycji.

Nie jest tak, że na Bukowej nie oglądaliśmy dziś w ogóle walki. To co pokazały dzieci w finale Zagraj na Bukowej to był wzór zaangażowania na chwałę swoją i GieKSiarskich barw. Banda z szatni powinna patrzeć i uczyć się, co to jest ambicja. Dzieciaki dostały doping, ale nie taki piknikowy – tylko normalny ligowy doping. Na pewno było to dla nich piękne przeżycie, ale na to oni sobie zasłużyli. Brawo!

A piłkarze? Nawet nie podeszli po meczu do Blaszoka. Pewnie by się nasłuchali, ok. Jednak wydaje się, że oni są bardziej obrażeni za zasłużoną krytykę i brak dopingu, niż wdzięczni za całą rundę nieadekwatnego wsparcia dla swojej żenującej postawy.

Ekstraklasa to dla nas takie marzenie nieosiągalne. Jak Liga Mistrzów przez wiele lat dla polskich drużyn. Przez chwilę wydawało się, że jednak, że to marzenie jest już na wyciągnięcie ręki. Niestety dostaliśmy po mordzie i okazało się, że to jednak chyba było takie nierealne, urojone. Nie z tymi piłkarzami. Nie z tym trenerem.

Teraz nadchodzi czas na pożegnania. Powiedzielibyśmy, że trzeba zrobić kompleksową analizę – dlaczego nie udało się awansować. Ale po co? Jak na dłoni widać, że wszystko rozstrzygnęło się pozasporotowo. Tak jak pisałem – nie wiem czy to była korupcja, bukmacherzy, strach przed tym, że w ekstraklasie i tak nie będą mieli miejsca w składzie czy po prostu zwykła sportowa pizdowatość, która nie pozwoliła na wyzwolenie jakichś pokładów ambicji. A skoro pozasportowo, to bez twardych dowodów nie ma co analizować. Bo i tak piłkarze będą brnąć, że chcieli, ale nie mogli, nie wiedzą czemu, ale na pewno im się zachce i już będą mogli w przyszłym sezonie. I że w ogóle im się zawsze chce, a jeśli ktoś uważa inaczej, to nie zna się na piłce. I inne tego typu bzdury.

Nie ufam tej szatni. Nie chcę mieć w drużynie piłkarzy, którzy grają tylko, jak im się zachce. Dla których dobro klubu nie jest najważniejsze.

Chcę facetów – nie panienki. Sportowców – nie hobbystów. Piłkarzy – nie kopaczy.

I drużynę, która będzie szanować kibiców, doping i wsparcie. A nie takich, którzy to mają w dupie.

Przed rundą pisaliśmy, że porażki mogą się zdarzyć, że będziemy wspierać zespół w trudnych momentach, nie będziemy po nich jechać. Niestety nie dało się. Ich postawa już prawie od początku przekraczała granice dobrego smaku. Dość długo jeszcze po nich nie jechaliśmy, choć pisaliśmy dosadnie. Chcieliśmy wspierać drużynę i trenera.

Koniec z tym.

Liczę na to, że z większością sabotażystów się pożegnamy. Niezależnie jednak od tego, nie będziemy się pieprzyć w artykułach. Mimo że trudno wierzyć, iż akurat ta ekipa będzie potrafiła zrobić coś w kierunku awansu – od pierwszej kolejki nie będziemy się cackać. Trudno będzie nam się przemóc, by chwalić po wygranych meczach. Postaramy się być sprawiedliwi, ale bez taryfy ulgowej.

Nie chcemy was już jednak oglądać. Wasz czas w GKS się skończył.

16 komentarzy
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

16 komentarzy

  1. Avatar photo

    Pan_Obserwator

    4 czerwca 2017 at 21:19

    Chłopcy bez ambicji i marzeń, żeby nie powiedzieć: bez jaj! (śmiech) Piłkarsko od lat przeciętnie, co sezon ten sam cel: bezpieczny środek tabeli. Żenada! Macie za dużo w dupach i chyba w głowach wam się popierdoliło od bycia piłkarzem. Nie gracie w Lidze Mistrzów i nigdy w niej nie zagracie, więc przestańcie gwiazdorzyć! Dziwie się ludzią, ktorzy chcą oglądać ten cyrk. Nie szkoda Wam czasu i pieniędzy? Nie lepiej zabrać bajtli do parku, zoo, czy gdziekolwiek tam, gdzie są pozytywne emocje? Apropo pieniędzy i emocji. Ultrasi! Zacznijcie zbierać hajs na sejf, a nie na oprawy. 😉 Może wtedy unikniecie kolejnej porażki.

    GKS Katowice, powodzenia w przyszłym sezonie! 🙂

  2. Avatar photo

    Sławoj

    4 czerwca 2017 at 21:45

    Ja już zrezygnowałem, szkoda czasu i pieniędzy. Na piknik to mogę iść na Lotnisko-Muchowiec. Żebyście w przyszłym
    sezonie nie drżeliście do końca o utrzymanie.

  3. Avatar photo

    CIErPLIWY

    4 czerwca 2017 at 22:32

    Jojko bym zostawił.

  4. Avatar photo

    kejta

    5 czerwca 2017 at 04:43

    Pizdowatosc haha shellu swietne slowo az mi sie humor poprawil ???????????? a co robi Jurek w szatni za zamknietymi drzwiami?? Moze ich kurwa ruchal dlatego tacy mietcy byli haha sorry za brzydkie slowa ale dosc juz tego sezonu!! Wszyscy out out out !! Dobranoc

  5. Avatar photo

    Tomek

    5 czerwca 2017 at 09:27

    Bardzo mnie ciekawi kogo zatrudni w charakterze trenera Prezes Ciamajda.Jeszcze ciekawiej będzie przy transferach i pożegnaniach. Wtedy zobaczymy czy naczelna ciamajda wyciąga jakiekolwiek wnioski.

  6. Avatar photo

    hajna

    5 czerwca 2017 at 11:55

    Jojko powinien wylecieć od razu z Brzeczkiem a nawet wcześniej wstawienie Nowaka który ogarnia tylko górne piłki i to jeszcze piastkujac wyklucza go całkowicie z roli trenera bramkarzy. Należy podziękować Fosie Gonzowi i Ceremagiczowi.Szukac bramkarza pomocnika i dwóch napastników ewentualnie wyciągnąć z rezerw a najważniejsze to trener z doświadczeniem któremu nie podskoczy szatnia.

  7. Avatar photo

    Mecza

    5 czerwca 2017 at 13:09

    Mandrysz pogoni nierobów i mam nadzieję że będzie trenerem tylko nie oczekujcie od razu cudów. Będzie potrzebował czasu aby wymienić tą kadrę na taką której się chce. Niestety to może być znowu plan dwuletni.

  8. Avatar photo

    Piotr

    5 czerwca 2017 at 13:17

    Hajna Janusz jest legenda i łapy precz od janusza

  9. Avatar photo

    Tomek

    5 czerwca 2017 at 13:36

    Mandrysz jest ok jak dla mnie choc wolałbym Fornalika. Z Mandryszem problem jest tylko taki że moga grać przeciw niemu jak ich przyciśnie. Jak wtedy zachowa sie naczelna ciamajda Prezes nie wie nikt.

  10. Avatar photo

    Michał

    5 czerwca 2017 at 14:27

    Podoliński ponoć prowadzi rozmowy z cyganem oby nieeeeeeeeeeeeee on!!!!!!!!!!!!!

  11. Avatar photo

    hajna

    5 czerwca 2017 at 14:50

    Piotr poczytaj o KSZO Ostrowiec a moim skromnym zdaniem nie powinien być trenerem bramkarzy decydujacym o wystawieniu do gry Zasługi dla klubu nie świadczą o tym kto jest dobrym trenerem co w GKSie już parę razy sprawdzano z kiepskim rezultatem.Dzisiejsi trenerzy mają swoich ludzi od tej roboty i to wcale nie gorszych i współodpowiedzialnych za wynik a nie nietykalnego za zasługi bo brak awansu to też częściowo jego odpowiedzialność

  12. Avatar photo

    Mecza

    5 czerwca 2017 at 19:40

    @Tomek,”Z Mandryszem problem jest tylko taki że moga grać przeciw niemu jak ich przyciśnie” I o to chodzi!!! Gorzej być nie może i wiem że trzeba kadrę wyczyścić albo komuś się zachce. Zakładam że następny sezon to będzie czystka a w kolejnym już będzie 70pkt! Utrzymamy się w następnym sezonie a Ci co będą kombinować wylecą. Mamy taką samą sytuację jak w Sosnowcu na jesień ale tam odstrzelili Mandrysza zostawiając hamulcowych i im punktów brakło. Mandrysz po 6 miesiącach w Termalice odstrzelił pół kadry i po kolejnych 6 następnych i awans. Nas chyba lepiej zna bo ogląda na bieżąco, czy ta wiedza wystarczy aby sie włączyć do czołówki już w następnym sezonie nie wiem ale jedno jest pewno – Podoliński to kolejny eksperyment bez sukcesów jeśli jest brany pod uwagę. NIE!!!!!!!

  13. Avatar photo

    MARCIN

    5 czerwca 2017 at 20:15

    Bartoszek jest bez roboty, brać go !

  14. Avatar photo

    tomek

    5 czerwca 2017 at 20:59

    Mecza jak widziałeś w syffnowcu go wysadzili. Obawiam sie ze nasza ciamajda tez nie wytrzymalaby presji i mandrysz by polecial

  15. Avatar photo

    Irishman

    6 czerwca 2017 at 11:11

    „…i trzeba było po prostu w miarę przyzwoicie grać w piłkę. To by wystarczyło.”
    I to jest najlepsze podsumowanie. Niestety trener chciał grać pięknie i wydawało mu się, ze tak gramy… szkoda, że tylko fragmentami. Niestety przekonał do tego samych piłkarzy, którzy w to uwierzyli i teraz pieprzą o tym w wywiadach.

    Shellu walisz w piłkarzy – i słusznie. Ale czy w innych klubach, w tych które osiągnęły awans do ekstraklasy albo choć wyprzedziły nas w tabeli, czy wygrywali z nami w lidze ważne mecze są inni piłkarze? Nie są tacy sami! A pod względem sportowym moim zdaniem znacznie gorsi! Tylko, że oni grali w piłkę, a nam pomylił się fusbal z jazdą figurową na łyżwach albo z gimnastyka artystyczną, gdzie wygrywa się robiąc ładne wrażenie na sędziach!
    I tyle w temacie.

  16. Avatar photo

    Irishman

    6 czerwca 2017 at 11:26

    Po przeczytaniu komentarzy:
    Dajcie spokój Januszowi. Moim zdaniem praca z nim kolejnym bramkarzom wyszła tylko na dobre. Oczywiscie z małymi wyjątkami.

    Na trenera tylko Mandrysz, z tych bez zatrudnienia. I dać mu pełną swobodę działania. W Zabrzu Brosz odsunął gwiazdeczki…i awansował! W Zagłębiu też w końcu po czasie przyznali rację Mandryszowi… i dobrze na tym wyszli, choć nie do końca.
    A jak piłkarze będą grać przeciw trenerowi, to nie wiem jak zachowa się prezes ale myślę, że wiem jak zachowają się kibice, po tej rundzie upokorzeń, które musieli przeżyć.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Galeria Piłka nożna

Feta na Arenie Katowice

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Wspaniałe zakończenie weekendu! Piłkarze i sztab szkoleniowy GKS Katowice spotkali się dziś na Nowej Bukowej z kibicami GieKSy, aby razem świętować wielki powrót do europejskich pucharów po 23 latach. Zapraszamy do fotorelacji z tego wydarzenia.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

Esencja piłki nożnej

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Kurz już lekko opadł. Wczoraj na Nowej Bukowej świętowaliśmy i już samo to wydarzenie było czymś szczególnym. Kibice w liczbie kilku tysięcy pojawili się na stadionie, aby podziękować drużynie za ten kapitalny sezon. Organizacyjnie i eventowo wyszło top. Fajnie, konkretnie, bez zbędnego przedłużania. Były też stoiska gastronomiczne i atrakcje. Zarówno zagorzali kibice, jak i całe rodziny mogły spędzić tę ciepłą, słoneczną majową niedzielę relaksując się i świętując sukces.

Dziś mamy już nowy tydzień. Część naszej ekipy pojedzie na galę Canal Plus, gdzie – mamy nadzieję – kilka nagród nasi ludzie otrzymają. Rafał Strączek, Arek Jędrych, Bartek Nowak, Rafał Górak – są w nominacjach i liczymy na to, że nagrody wpadną w ich ręce. Faworytem do tytułu Piłkarza Sezonu jest Bartek i oby tak się stało, bo byłoby to niesamowite wyróżnienie dla naszego zawodnika.

Wróćmy jednak do soboty. Przyznam szczerze, że stresowałem się jak nigdy. To znaczy pierwszy stres mnie złapał tydzień wcześniej, bo gdy Colak strzelił dla Legii bramkę w doliczonym czasie gry w Gdańsku – zaczęły się dla nas ciężary. Wówczas ze złości cisnąłem jakąś koszulką o ziemię i cały wieczór miałem zepsuty. Bo wyjściowo mieliśmy się oglądać tylko na Zagłębie Lubin, a jego zwycięstwo w Białymstoku było przecież stosunkowo mało prawdopodobne. Wygrana Legii w Gdańsku spowodowała, że w Szczecinie MUSIELIŚMY zremisować, by Warszawianie nas nie dogonili. Bo w takie cuda, że Legia nie wygra z Motorem nie było co wierzyć.

W samym tygodniu ten stres nieco opadł. Wiadomo, życie się toczyło, praca i różne inne sprawy. Jednak w sobotę rano po pobudce emocje znowu wróciły. Ten dzień był jak egzamin. To nie był mecz jak jeden z wielu – w środku sezonu, że z mniejszymi lub większymi emocjami, ale względnie na luzie do niego podchodzisz. Wiadomo, że mieliśmy kilka takich kluczowych spotkań, głównie w Pucharze Polski. Mieliśmy kilka mega ważnych meczów, gdy znajdowaliśmy się tuż nad lub tuż pod kreską. Jesienny Motor czy chociażby pierwszy mecz w tym roku w Lubinie. Mecz z Rakowem w półfinale Pucharu Polski to był już wielki bonus tej pięknej przygody. I oczywiście żal było braku awansu do finału, ale zaszliśmy tak daleko, że i tak byliśmy zadowoleni. Mecz w Szczecinie miał innego rodzaju rangę. Graliśmy o coś więcej niż tylko super wrażenie wynikające z zajęcia takiego czy innego miejsca w tabeli. Graliśmy o realny cel, którym była przepustka do Europy. Dodatkowo ten cel był tak bliski, bo przecież wystarczyło zremisować, co praktycznie dałoby grę w europejskich pucharach.

A puchary to było wielkie marzenie nas wszystkich. To jest wyjście poza Polskę, poza nasze uniwersum krajowe. To trochę egzotyka, poznanie czegoś nowego, a jeśli się powiedzie – wejście na europejskie salony.

No i najpierw była ta długa i mozolna droga do Szczecina. Tam oczywiście zahaczyliśmy o znaną nam knajpkę z poprzedniego sezonu (więcej w PS). No i pojechaliśmy na mecz. Gdy już byłem na stadionie i usadowiłem się na miejscu na prasówce, czułem, jak stres robi się coraz większy. Zaraz miał się rozpocząć ten decydujący mecz. Zero przyjemności, maksimum skupienia. Oraz nadziei i wiary. To jest ten moment, którego osoba nie do końca zaangażowana nigdy nie zrozumie. Nie chcę tu oczywiście dzielić kibiców na takich i takich, no ale… tak się kibice dzielą. Są te słynne pikniki, które są bardzo potrzebne klubowi. I dla mnie to określenie „piknik” nie jest pejoratywne. To jest specyfika, a nie ocena. To są właśnie te rodziny z dziećmi, kibice, którzy na przykład pojawili się dopiero po otwarciu stadionu, którzy chcą, żeby GKS wygrywał, ale raczej traktują kibicowanie w kategorii relaksu i przyjemności. łapali modę na GKS. Piękna sprawa, też bym tak czasem chciał, ale chyba bym tak nie umiał.

Dla mnie ta identyfikacja z klubem, coś tak mocno wpojonego, wiąże się z tym, że porażki przeżywam boleśnie, a zwycięstwa euforycznie. Nawet jeśli przez jakiś czas emocjonalnie zdystansowałem się – to raczej w formie mechanizmu obronnego, żeby już tak nie cierpieć, a nie jakiejś chęci odejścia. Bo odejść się nie da. Jak 30 lat temu GieKSa pojawiła się w moim sercu i głowie, tak zostanie już na zawsze. To jest jeden z głównych aspektów życia.

Czekałem więc z niepokojem na pierwszy gwizdek, no i on wybrzmiał. Liczyłem na dobrą grę GKS i to, że wynik będzie korzystny. Oczywiście sama dobra gra go nie gwarantowała. Tak to jest w piłce, że gdy dwie wyrównane drużyny grają, to prawdopodobieństwo rozkłada się w jakiś określony sposób. I nawet jeśli na to, że GKS nie przegra szanse wynosiłyby 60-70% to wcale by mnie to nie uspokajało.

Pierwsza połowa… załamała mnie. Zamiast drużyny walczącej o marzenia widziałem zespół bezradny. Jak wydawało mi się, że nie da się zagrać gorzej niż pierwsza połowa z Piastem, tak… dało się jak najbardziej. I to jest ta nasza kochana, ale czasem niesforna GieKSa, która potrafi zagrać świetne zawody przeciw najlepszym zespołom w Polsce, ale czasem prezentuje nam taką kaszanę, że nie ma co zbierać. To co mnie czasem jeszcze wkurza to to, że przeciwnicy jakoś dziwnie potrafią przeciw nam się mobilizować i nagle przypominają się, jak się gra w piłkę. Tak było i w przypadku Pogoni. Od początku Szczecinianie cisnęli i wszelkie teorie, że się podłożą widać było, że nie mają racji bytu. Grali szybko, stworzyli kilka sytuacji i byliśmy w bardzo poważnych opałach.

W końcu stało się nieuniknione – straciliśmy bramkę. Gol sytuacyjny, raczej taki, jakie strzelamy, a nie tracimy, bo po wyrzucie z autu. Za chwilę dostaliśmy informację, że Legia strzeliła i zrobiło się bardzo źle. Do końca pierwszej połowy nie zdziałaliśmy nic. Zero strzałów, xG równe 0. Niezrozumiała była to niemoc.

Wiary nie traciłem, choć czułem, że jesteśmy w ciężkiej sytuacji. Tu już nie mieliśmy bronić – musieliśmy gonić. Co z tą grą było trudne. Ale GKS wielokrotnie po przerwie się budził i wyglądało to lepiej. Pozostawało mieć nadzieję, że tak będzie i tym razem.

I rzeczywiście gra się trochę poprawiła, choć dalej nie był to wybitny mecz. Natomiast Pogoń trochę stonowała, a GKS zaczął atakować i kilka sytuacji sobie wykreował. Mateusz Wdowiak miał setkę, ale strzelił tuż obok słupka. Lukas Klemenz trafił w poprzeczkę. Bartek Nowak główkował pięknie, ale Kamiński wyciągnął to spod poprzeczki. Minuty mijały, trenerzy robili zmiany.

No i zamarliśmy. Portowcy wyprowadzili akcję, po której strzelili drugiego gola. Stadion w euforii. My w rozpaczy. Miałem jednak wrażenie, że jest spalony – ale w początkowej fazie tej akcji, znaczy w okolicach środka boiska. Liczyłem, że sędzia podniesie rękę, więc od razu na niego popatrzyłem. Ludzie jeszcze byli w amoku, z trybun rozległ się tyfon i triumfalna melodia, ale ja już widziałem, że ręka arbitra Sylwestrzaka jest w górze. Czułem więc, że kamień spadł mi z serca. Jak później się okazało, spalony był też w sytuacji samego strzału w polu karnym, gdzie później wybitą piłkę dobijał Kamil Grosicki. O tym już nie wiedziałem i nie wiem, który moment był VAR-owany. W telewizji tej pierwszej sytuacji – gdy Grosik jest na spalony niemal na środku boiska – nie widać. Ja natomiast byłem na żywo przekonany, że ofsajd jest. Któryś z naszych zawodników leżał na murawie i nie wiedział, że gol nie został uznany. Drugi podszedł do niego i mówi – wstawaj.

Byliśmy już totalnie przemeblowani, Arek i Lukas gdzieś tam szaleli w ataku, Adrian na stoperze. Pomieszanie z poplątaniem.

Nie byliśmy jeszcze pogrzebani. Ale czasu było coraz mniej, Powoli kończył się ten regulaminowy. Przerw trochę było i zastanawiałem się, ile doliczy sędzia. Myślałem o sześciu. Dostaliśmy aż osiem. Nadal mnóstwo czasu.

Problem polegał na tym, że atak atakiem, ale bez ręki grał Rafał Strączek. Po którejś interwencji znów mu się odezwał bark i widać było, jak cierpi z bólu. Potem znów padł na murawę. W szale trener Górak kazał mu wstawać i grać, sam Rafał też odesłał fizjoterapeutów, którzy wbiegli na murawę. Było naprawdę nerwowo.

Szczerze mówiąc nie widziałem dobrze tej interwencji Kamińskiego. Znaczy nie byłem pewien, czy to ręce czy klatka, a już tym bardziej, czy było to poza polem karnym. Zdziwiłem się więc, że sędzia znów coś sprawdza na VAR, bo nie miałem pojęcia co, usłyszałem, że tę potencjalną rękę. Pojawił się promyk nadziei. Zaraz sędzia skierował się w stronę bramkarza i już wiedziałem, że to będzie czerwona kartka. Pogoń dokonała pięć zmian? Chyba tak! Jeszcze patrzę w swoje składy i liczę zmiany gospodarzy. Liczę: raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Jest! Będzie musiał wejść zawodnik z pola. Więc trzeba zrobić wszystko, by na naszą bramkę z jednorękim Strączkiem nie strzelano, a sami musimy po prostu uderzać na bramkę przeciwnika, ile wlezie.

Padło na Cuića. Napastnika, który strzelił nam gola w pierwszej połowie.

Dobra, z tym „ile wlezie” to przesadziłem. Trzeba dobrze i rozsądnie rozegrać akcję, żeby jako taką pozycję do strzału sobie wyrobić. Nic na hurra. Musimy dojść do okazji, żeby móc oddać celny strzał na bramkę, a to nie musi być takie łatwe. Najpierw rzut wolny po ręce Kamińskiego. Bartek Nowak trafia w mur, potem tracimy piłkę. Nic z tego. Kibice Pogoni w euforii, złapanie piłki i wykop Ciuića fetują niesamowitą wrzawą. Minuty upływają, choć ta przerwa z czerwoną kartką była długa.

W końcu odzyskaliśmy którąś piłkę pod naszym polem karnym i rozprowadziliśmy akcję. Kapitalnie zachował się Borja, który podprowadził piłkę i podał do niepilnowanego Marcela. Świetnie pokazywał się Mateusz Wdowiak, ale jednak były Portowiec zdecydował się na strzał. Dokładnie tak, jak należy. Z szesnastu metrów trzeba uderzyć mocno, gdy w bramce nie stoi w bramkarz.

Piłka wpadła do siatki! GOL! EUFORIA na ławce, sektorze gości, najmniejsza chyba… na boisku. Nasi zawodnicy tym razem wytrawni, cieszą się tak, by spowolnić tę grę i schłodzić rozgrzane głowy wszystkich.

Ja sam wyskakuję z radości na tej prasówce. Zazwyczaj powiem pod nosem „jest”, jakiś lekki gest radości wykonam. Tutaj nie umiałem się pohamować, więc po prostu zacząłem skakać z tej euforii. Coś co wydawało się tak nierealne, żeby w takich okolicznościach wyrównać, stało się faktem. Scenariusz nieprawdopodobny. Teraz pozostawało to tylko utrzymać. Te kilka minut. Pogoń na szczęście już nie atakowała, no i przecież grała w osłabieniu. Jeszcze chwilkę…

Koniec! GieKSa remisuje, nie przegrywa ósmego meczu i zapewnia sobie miejsce w pucharach. Ławka wyskakuje z radości, kibice w ekstazie, GKS Katowice osiąga historyczny sukces.

Ja sam nie widziałem, w co ręce włożyć. Tu zmieniłem tytuł live na „Mamy to!”, tu wrzucam na FB, zaraz nagrywam filmiki z radości. Ręce trzęsą mi się z emocji, przecież dopiero co byliśmy w piłkarskim piekle i nagle znaleźliśmy się w niebie. Niesamowita radość.

Tak jak pisałem w którymś felietonie – były takie mecze, po których nawet nie czułem jakiejś wielkiej radości, bo byłem tak wypruty nerwowo i emocjonalnie. Wówczas czułem raczej ulgę. Tym razem było inaczej. To była czysta, niezmącona radość. Autentycznie byłem przeszczęśliwy każdą komórką ciała.

Tu mnie jakiś dziennikarz ze Szczecina zaczepił, tu znajome twarze, równie radosne jak ja trybunach, na VIP-ach. Mamy to – po 23 latach GieKSa wraca na europejskie boiska.

Nie puszczały mnie te emocje długo. Oczywiście nagrywkę swoją tradycyjną zrobiłem, a w końcu udałem się na salkę konferencyjną. Tam spotkałem tę naszą i nie naszą katowicką ekipę, naszych fotografów, chłopaków z oficjalnej, pofatygował się też Kacper Janoszka, dziennikarz Sportu. Były piąteczki i radość. Gdzieś tam w tle też podśmiechujki, takie wiadomo nie prima sort, bo ktoś do tych pucharów awansował, a ktoś nie. Cóż, kibicowanie bywa nieco małostkowe, nikt nam tego zabronić nie może.

Bardzo się to wszystko przeciągało, długo czekaliśmy na trenerów. Był czas, żeby sobie odpalić fragmenty z Multiligi i zobaczyć na podzielonym ekranie, jak Marcel strzela gola dla GieKSy i jak reagują na to przy Łazienkowskiej. Był czas, żeby emocje opadły, ale opaść nie chciały. W końcu pojawił się trener i konferencja się rozpoczęła.

Mały prztyczek oczywiście dam, jednocześnie znów doceniając nas wszystkich, skromnych chłopaków z Katowic. Byliśmy oczywiście zadowoleni i było to po nas widać, ale naprawdę byliśmy na tej salce stonowani i po prostu wręcz cicho się zachowywaliśmy. Już sobie wyobraziłem, gdyby tam w takich okolicznościach byli „dziennikarze Widzewa” czy „dziennikarze Arki”. Podejrzewam, że ich zajebistość i narcystyczne ego roz…bałoby tę salkę w drobny mak. Byłoby pieprzenie o swoje wspaniałości i że w ogóle Liga Mistrzów, żarty, żarciki i tysiącprocentowy poziom kumatości. Boże, jak ja sobie przypominam te uniwersa, to żenadometr wywala mi poza skale.

Kilka pytań do trenera, już trochę innych, trochę bardziej na luzie, niekoniecznie merytorycznych. Widać było, że Rafał Górak też jest wzruszony, przecież to dla niego kolejny sukces w trenerskiej karierze, ale sukces większy niż taki zwykły, bo od podstaw stworzony i mający swoją kontynuację – najpierw był awans, potem super sezon i spokojne utrzymanie, a teraz puchary. Wszystko stworzone od zera. Absolutnego zera.

Popracowaliśmy jeszcze na salce. Fotografowie wrzucili galerię, ja konferencję, w międzyczasie Flifen zbierał wywiady. W końcu się ogarnęliśmy i ruszyliśmy do samochodu. Radośni i szczęśliwi. Nie zabrakło śpiewów w aucie. Czekała nas długa podróż do domu.

To był bardzo emocjonujący i ekscytujący dzień. Wiedzieliśmy, że musimy osiągnąć konkretny wynik, ale nikt z nas nie spodziewał się, że stanie się to w takich okolicznościach. W 97. minucie. Że obie drużyny na koniec będą grały praktycznie bez bramkarzy. Że otworzy nam się taka szansa.

Było blisko, żebyśmy wracali z nosem spuszczonym na kwintę. Wracaliśmy w wielkiej radości.

W piłce każdy klub ma czasem taką sytuację, że przechyla swoją szalę w doliczonym czasie gry. Każdy klub też mecze w taki sposób przegrywa. To jest czysta statystyka, grając dziesiątki czy setki meczów – coś takiego co jakiś czas się musi przydarzyć. Nie jest natomiast dane każdemu, żeby taki gol decydował o sukcesie czy klęsce w całym sezonie. To dotyka tylko niektórych. I niesamowite jest to, że my doświadczyliśmy tak potężnej klęski, gdy Witan nam strzelał gola w ostatniej minucie ostatniej kolejki. A teraz los nam oddał i to my na sam koniec, w tym horrorze okazaliśmy się zwycięzcami. To jest unikatowe doświadczenie. Coś, co w naszych kibicowskich sercach pozostanie już na zawsze.

Dłużyła się ta podróż bardzo. Śledziłem, co tam w necie na nasz temat piszą. A gdy po piątej wróciłem do domu, to zamiast pójść spać, zaparzyłem herbatkę i siedziałem jeszcze godzinę i oglądałem fragmenty Multiligi z kluczowymi momentami. Człowiek naprawdę jest chory psychicznie. Chory na punkcie swojego klubu.

Ten sezon doświadczył nas kilkoma bardzo trudnymi momentami. Stracony gol w doliczonym czasie gry przy Łazienkowskiej czy porażka w karnych z Rakowem. Straszna frustracja po meczu z Cracovią. Żal po Arce. Sama inauguracja sezonu bardzo słaba – punkt w dwóch meczach. Trochę tego było. Ale dużo więcej było momentów radosnych. Takich, że wracaliśmy z meczu i byliśmy bardzo zadowoleni. Gol Marcela i końcowy gwizdek to była wisienka na torcie.

Teraz nadszedł czas odpoczynku. Będziemy śledzić różne newsy dotyczące GieKSy. Terminarzowe czy transferowe. W połowie czerwca zasiądziemy z wielką ciekawością do internetu czy gdzie tam to losowanie będzie można śledzić. I zobaczymy gdzie nas wywieje. Czy do dalekiego Kazachstanu, a może po sąsiedzku Słowacja? A może Bałkany? Będzie to bardzo, bardzo ekscytujące.

Ale na razie odpoczywajmy. Zobaczymy jeszcze sobie baraże, żeby poznać komplet uczestników ekstraklasy w przyszłym sezonie. Oczywiście z naszym udziałem. Bo GieKSa już nie jest w ekstraklasie na dorobku. GieKSa jest z ekstraklasą zrośnięta. Jesteśmy jedną z twarzy najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Nadajemy jej kolorytu – rodzinną postawą, kultem pracy, niesamowitą determinacją i widowiskową grą. GieKSa robi wszystko, by na nowo stać się marką. Solidną marką piłkarską. I wygląda na to, że już za chwilę to stanie się rzeczywistością.

Kontynuuj czytanie

Galeria Piłka nożna

Z drugiej ligi do Europy

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Zapraszamy do drugiej galerii ze Szczecina. GieKSa, po szalonej końcówce, zremisowała z Pogonią 1:1 i dostała się do europejskich pucharów. Zdjęcia zrobił dla Was Misiek. 

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga