Felietony Piłka nożna
Nie będę potrafił im kibicować…
Kilka dni minęło od klęski z Kluczborkiem. To było bardzo symboliczne, bo ten mecz pokazał upadek całego zespołu w tym sezonie. Trener uciekł z tonącego statku jako pierwszy, do dymisji podał się zarząd (to ucieczka nie była, tylko spełnienie deklaracji). Wiele emocji było zaraz po meczu i po czasie. Emocji skrajnych, bo tak naprawdę do teraz to, co wydarzyło się w zeszłą sobotę wymyka się spod wszelkich ram i reguł. I ta kompromitacja niestety będzie w nas długo żyła…
Zawsze w tym miejscu piszemy o zbliżającym się meczu i nastrojach. Trochę bierzemy pod uwagę kontekst rywala, co u niego słychać, czy jest dla nas zagrożeniem. Tak naprawdę teraz to nie ma żadnego znaczenia. Matematycznie GKS ma jeszcze szanse na awans, ale trudno się spodziewać, żeby teraz zdarzył się tak korzystny splot okoliczności, który by pozwolił tę promocję wywalczyć. Najpierw trzeba umieć co najmniej zremisować ze zdegradowanym rywalem u siebie, prowadząc już 2:0.
Po ostatnim felietonie na GieKSa.pl posypało się pod moim adresem sporo krytyki. Już abstrahuję od komicznych stwierdzeń typu, że jestem „klakierem Cygana” czy na garnuszku klubu. Poziom absurdu zawarty w takich zarzutach jest olbrzymi, zważywszy na to, że jednak nie cackamy się ani z prezesem (też przecież się na swój temat niegdyś u nas naczytał), ani z trenerami, ani z piłkarzami. Trochę jest tak, że jestem między młotem, a kowadłem, bo czasem w związku z jedną sytuacją olbrzymie pretensje zgłaszali piłkarze, a w tym samym czasie kibice zarzucali, że bronię… piłkarzy. Relatywizm czasem jest naprawdę bardzo duży i jak kiedyś się przejmowałem takimi zarzutami, tak teraz przyjmuje je po prostu jako normę – normalną rzecz, kiedy człowiek się gdzieś udziela i jest wielu odbiorców.
Jeden z zarzutów dotyczył języka, jakiego użyłem w tamtym felietonie. Słyszałem, że nie powinienem, nie wypada itd. Tak – z jednej strony tekst był pisany dość na gorąco po meczu, kiedy emocje były wielkie. Był pełen frustracji, za którą poszły przekleństwa i inwektywy pod adresem „piłkarzy”. Niestety patrząc z perspektywy tygodnia nie mogę powiedzieć, że był w jakimkolwiek stopniu przesadzony. Jestem prostakiem? OK, niech ktoś tak sobie nazywa. Zawarłem w tamtym artykule wszystko, co mi leżało na sercu i myślę, że był to głos także wielu kibiców – ordynarnie oszukanych, zawiedzionych, złych. Dzisiaj mógłbym powtórzyć dokładnie to samo.
Natomiast naprawdę ciężko pisać mi słowo „piłkarze” w odniesieniu do nich. To, co zrobili przez całą rundę było niegodne sportowców. Kibice mający długoletni staż (20, 30 i więcej lat) na GieKSie widzieli już bardzo wiele, ale tak zaprzepaszczonej szansy jeszcze nigdy. Bo tu nie chodzi o jeden zawalony mecz, ale gdzieś koło ośmiu. Zawalonych tak, że większość trzeba było wygrać, a kilka zremisować. I średnia, przeciętna drużyna by takie właśnie wyniki osiągnęła. Ale nie ta ekipa pod wodzą „trenera” Jerzego Brzęczka.
W związku z przegraną walką o awans pojawiło się wiele opinii o odpowiedzialności za ten stan rzeczy. Z częścią się zgadzam, z częścią niekoniecznie, ale były też takie, które przyprawiły mnie o dreszcz strachu.
Ogólnie winą obarczani są wszyscy, od góry do dołu. Miasto, za to, że rzekomo „nie chciało awansu”. Trudno mi uwierzyć w negatywny wpływ magistratu. I trudno mi uwierzyć, że nawet jeśli wydałoby taką dyrektywę, to wszyscy (prezes, trener, kopacze) z takim przekonaniem trąbiliby o ekstraklasie. Dla mnie zły trop.
Odpowiedzialność prezesa? Tu już mogę częściowo zrozumieć. Zarzuty dotyczą tego, że nie było twardej reakcji w obliczu niepokojących sygnałów już na początku rundy. Niektórzy kibice byli za tym, żeby zmienić trenera. Ja mogę się przyznać, że nie uważałem tego za dobry pomysł. GKS zawodził, jeśli chodzi o wyniki, ale pierwsze trzy mecze we fragmentach były całkiem dobre. Nie o poziom więc się rozchodziło, tylko same rezultaty. Dodatkowo wszystkim obraz zaciemniło kilka wysokich zwycięstw ze słabeuszami. Niestety po czasie trener zaczął tracić kontakt z rzeczywistością i bredził coś o bardzo dobrych meczach, podczas gdy nie były one nawet przyzwoite. No a koniec wszyscy znamy – trzy mecze, trzy porażki i do widzenia. Teraz jesteśmy mądrzy po szkodzie, ale nadal będę utrzymywał, że zarząd nie mógł trenera zwolnić wcześniej. GKS ciągle był w samej czołówce, często na miejscach premiowanych awansem. W takim momencie się tego po prostu nie robi. A dodatkowo nie chciałbym wówczas być w skórze prezesa, gdyby po takiej zmianie GKS przegrał kilka meczów i i tak by nie awansował…
Rzeczywiście Wojciech Cygan popełnił błąd, że pozwolił trochę na takie samopasanie się ekipy z szatni w swoim marazmie. Też trochę rozumiem, że nie chciał robić nerwowych ruchów z obawy o pogorszenie sytuacji, ale jednak było kilka momentów, po których trzeba było stanowczo zareagować. Jak? Tego nie wiem. Ale coś rzeczywiście można było zrobić, a nie biernie patrzeć jak ten okręt tonie. To już może nie jest ten Wojtek, kolega piłkarzy, jak jeszcze jakiś czas temu, ale nadal brakuje mu twardej ręki. A piłkarze się go nie boją.
To jednak jest jakaś tam „mała” wina w kontekście reszty. Uważam, że zarząd organizacyjnie podołał zadaniu, zapewnił drużynie cieplarniane warunki do tego, żeby awansować. Mieli możliwości obozu w Turcji, mieli świetne warunki do przygotowań. Dodatkowo bonus w postaci bardzo, bardzo, bardzo wyrozumiałych kibiców i fatalnych wyników innych drużyn.
Więc odnosząc się do zarzutu kibiców pod moim adresem, że nie piszę nic o zarządzie, to właśnie piszę teraz – pewne błędy popełnili, ale to nie oni są odpowiedzialni za brak awansu.
Klub od niedawna naprawdę ma stabilizację, jakiej nie było od lat. Zmiana zarządu w obecnej chwili spowodowałaby niemały zamęt organizacyjny, nie wiadomo, kto by na Bukową trafił, czy nie byłby dyletantem w kwestii prowadzenia klubu sportowego. Co by nie mówić, Cygan i Janicki są już w tym środowisku, wiedzą, czym to się je. Wniosek – powinni zostać. Z nauką na przyszłość, że pewne rzeczy trzeba rozwiązać inaczej i reagować wcześniej.
Największa zdecydowanie krytyka spadła na trenera. I tutaj się zgadzam w bardzo dużym stopniu, ale też nie całkowicie. Zdecydowanie Jerzy Brzęczek nie ogarnął tego burdelu. Politycznie poprawny, wiecznie „dumny” ze swoich zawodników starał się chyba robić wszystko, by odsunąć od nich odpowiedzialność. I zagłaskał ich. A zagłaskanie piłkarza nigdy do niczego dobrego nie prowadzi. Piłkarz utwierdza się w przekonaniu, że nigdzie lepiej mu nie będzie, jak w jego własnym wykreowanym kurwidołku. Bez konieczności starania się, walczenia o lepsze jutro.
Pisaliśmy już o decyzjach kadrowych trenera, po których łapaliśmy się za głowę. Zarówno przed, jak i w trakcie meczów. Szkoleniowiec podejmował decyzje dziwne, irracjonalne, nie potrafił dobrze reagować podczas meczu. W szatni nie jesteśmy, ale nie było widać pozytywnego jego wpływu na zawodników. Nie sprawdził się, tak naprawdę okazał się trochę hochsztaplerem i przyznam, że nawet mi go trochę żal, bo jego trenerska kariera znalazła się na zakręcie. Ale w sumie z drugiej strony, czemu żal? Niech się facet weźmie do roboty, podszkoli warsztat, ale przede wszystkim przemyśli swoje podejście do zawodu. Bo czasem można odnieść wrażenie, że zbyt wcześnie uwierzył we własną wielkość trenerską…
I ostatni, najniższy, ale najważniejszy szczebel – „piłkarze”. To co mieliśmy napisać na ich temat, już napisaliśmy i to się nie zmienia. Dla wygody Czytelników w tym tekście unikamy różnych barwnych określeń tej „ekipy”, ale są one aktualne. Powiem jednak, co mnie przeraziło w tym tygodniu. Przeraziło mnie ze strony kibiców zdejmowanie odpowiedzialności z piłkarzy i właśnie zrzucanie jej tylko na trenera. Przeraziło mnie to, że wiele osób wymieniając tych kopaczy, którzy powinni zostać w klubie, wymieniło ich naprawdę sporo, na przykład siedmiu z podstawowej jedenastki. Ktoś inny napisał, że powinni mieć szansę odkupienia swoich win…
Powiem tak – wiadomo, że wietrzenia szatni nie będzie. Większość zostanie. I po prostu mam spory ból i dylemat, bo dla mnie oni są po prostu skreśleni. Przeraża mnie, że kibice wygłaszając takie twierdzenia i obwiniając głównie trenera, sankcjonują wszystko to, co robili piłkarze na boisku! Czyli grę bez ambicji, tragiczny poziom czysto techniczny, bardzo słabą psychikę (czasem jedna dobra akcja rywala potrafiła zmienić obraz gry). Kibice przyjmują tych piłkarzy, mimo że prawie każdy przyczynił się do zniszczenia naszych marzeń w sposób bezczelny, a swoją postawą działał na szkodę klubu. Dla mnie to postawa nie do przyjęcia. Brak instynktu samozachowawczego kibiców. Przygotowywanie pola pod kolejną druzgocącą klęskę i wielkie rozczarowanie.
Podzielę się też jeszcze jedną rzeczą. Nie oskarżam nikogo, nie sugeruję, ale napiszę o swoim odczuciu. Nie wierzę, że wszystko tu się odbyło czysto. Nie wiem gdzie, kiedy i jak i nigdy się nie dowiem. Nie wiem nawet, czy. Ale myśląc sobie na spokojnie o całej tej rundzie wiosennej, nie mogę uwierzyć, że wszystko było w regułach gry fair-play. Nie mówię, że od razu musiała to być jakaś wielka korupcja. To mogło być po prostu celowe nieprzykładanie się do swoich obowiązków (z jakiegoś powodu). Mam poczucie, że w zakresie tylko sportowym – nie dało się tego awansu przegrać…
Oczywiście piłkarze zareagują jak zwykle wielkim oburzeniem. Jak to, jesteśmy sportowcami, profesjonalistami. Nie wierzę w takie gadki. Już nie tylko jeśli chodzi o tych z GKS, ale generalnie polskich piłkarzy. Polscy piłkarze to kombinatorzy i ślepa wiara, że po latach przekrętów indywidualnych czy grupowych (w GKS przecież na dużą skalę) nagle wszyscy są czyści jak aniołki? Sorry…
Nie wiem, czy jestem w stanie się w tym momencie przemóc. Nie wierzę w tę zgraję, która jest i zapewne pozostanie w GieKSie. To olbrzymi problem, bo trzeba będzie na mecze chodzić i działać dalej. Ale po tym, co otrzymałem od nich w tym sezonie, po wzbudzeniu niesamowitej nadziei i naprawdę dużym zaufaniu w profesjonalizm i ambicję, a potem oddaniu tego awansu bez gry – nie potrafię. Udało im się tę nadzieję wzbudzić po poprzedniej ekipie hamulcowych. Po czym zrobili jeszcze gorszą rzecz niż oni.
Dziewczyna zdradziła, to już koniec. Stwierdziłeś, że już nigdy nie zaufasz i nic z tego nie będzie. Ale to przecież naprawdę mądra, dojrzała kobieta, inna niż wszystkie pozostałe. Po prostu raz jej się zdarzyła chwila niedyspozycji. Kobieta, którą posądzisz o wiele, ale ostatnią rzeczą jest to, że będzie niewierna. I będziesz się utwierdzał w tym przekonaniu, a wszystkie jej zachowania będą zbudzać twoje zaufanie na nowo. Twoje obawy z przeszłości wydadzą ci się irracjonalne. Po czym w najmniej spodziewanym momencie ona po prostu skoczy w bok. Po raz kolejny. Z uśmiechem na twarzy…
Zaufaj wtedy znowu.
Wierzę w ten klub i w to, że wkrótce awans do ekstraklasy będzie.Wierzę po prostu w GKS Katowice. Ale nie z tymi piłkarzami. Ci po prostu są tą zdradzającą dziewczyną. Nie przemogę się, by ich wspierać i dopingować. Nie wierzę w to, że oni mogą mieć w sobie coś takiego, jak chęć odkupienia win. Nie wierzę w jakąkolwiek ich ambicję. Nie przemogę się do entuzjazmu i do chwalenia ich.
Jedyne, co mogę zrobić, to być neutralnym. I nie krytykować ich za bardzo, jak wygrają mecz.
PS. Jedynymi piłkarzami, do który w perspektywie całej rundy nie mogę mieć zastrzeżeń to Andreja Prokić i Kamil Jóźwiak (nawet jeśli mi coś tam burknął w tunelu). Tylko ich bym widział w przyszłym sezonie w GieKSie. Reszta – tak jak w ostatnim akapicie i słowie z ostatniego felietonu…
Kibice Piłka nożna
Legia Warszawa kibicowsko
Legia Warszawa to ekipa, której nie trzeba nikomu w Polsce przedstawiać. Również godnie reprezentują rodzimą scenę kibicowską na arenie międzynarodowej. Regularna gra w Europie oraz fenomenalna forma ultrasów sprawiły, że są doceniani przez ekipy z całego świata oraz jednocześnie nienawidzeni przez struktury UEFA.
Są prekursorami polskiej sceny kibicowskiej, organizując wszystko już w latach 70. W 1970 roku podejmowali Feyenoord Rotterdam i zobaczyli na własne oczy przyjazd kilkuset Holendrów wyposażonych w takie gadżety jak trąbki, szale, czapki i flagi. W tym dniu zadebiutowała także gazeta klubowa „Nasza Legia”, która na przestrzeni lat stała się fenomenem i wzorem do naśladowania dla innych klubów. W połowie lat 70. na Legię potrafiło przychodzić średnio kilkanaście tysięcy widzów, z czego na samą Żyletę około 2000 osób. Fani CWKS nie dość, że zaczęli jeździć na wyjazdy po całej Polsce, to od strony chuligańskiej stali się prekursorami obstawiania dworców kolejowych i atakowania ekip przyjezdnych lub przejeżdżających przez stolicę.
W tamtych latach dorobili się zgód z takimi ekipami jak: Pogoń Szczecin, Śląsk Wrocław, Wisła Kraków, Zagłębie Sosnowiec, Ruch Chorzów i Lechia Gdańsk. Z perspektywy czasu niektóre zgody brzmią niewiarygodnie (szczególnie ta z Ruchem), ale takie były wtedy realia. Sposób zawierania sojuszy był zupełny inny niż znany obecni. Niektóre relacje zostaną później odnowione i nabiorą powagi, a pozostałe przepadną i często przekształcą się w kosę.
W 1980 roku Legioniści rozegrali finał Pucharu Polski w Częstochowie ze znienawidzonym Lechem Poznań. Jadąc w 2000 osób mogli liczyć na wsparcie Śląska, Pogoni i Zagłębia okupując wszystkie knajpy w mieście od porannych godzin. Przyjazd kibiców Kolejorza w sile… 6000 (!) osób doprowadził do potężnych burd w mieście. Skala awantury przerosła wszystkich – skończyło się na co najmniej kilkudziesięciu osobach w szpitalu, w tym kilku w ciężkim stanie. Do dzisiaj niektórzy mówią, że ofiary śmiertelne zostały zatuszowane przez władze.
W późniejszych latach 80. fani Legii jeździli już składem nastawionym na przygody. Byli wszędzie znienawidzeni do tego stopnia, że miejscowe ekipy potrafiły zawierać jednodniowe sojusze byle obić Legię.
Legioniści mieli w tamtych czasach także zgody z Radomiakiem Radom i Motorem Lublin.
Ciężko to nazwać zgodą, ale fani Legii mieli bardzo dobre mieli nastawienie do… Manchesteru United, wspierając w 1980 roku Anglików podczas meczu z Widzewem w Łodzi. W 1991 roku rozegrali między sobą mecz w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów i przyjezdni zostali ciepło przyjęci przez CWKS. Jeszcze w 1998 roku część fanów Legii, która sympatyzowała z Czerwonymi Diabłami, wsparła United na w Lodzi, ale tym razem na meczu z ŁKS. Do Miasta Włókniarzy przyjechało 700 kibiców z Anglii, a Legia zawitała w 100 osób. Rodowici Łodzianie przygotowali komitet powitalny na Kaliskiej i tam doszło do starcia.
Legia jeszcze miała zgodę czy kontakty, naprawdę ciężko to dzisiaj właściwie nazwać, z Juventusem Turyn. Ekipa Clan ’06, zrzeszająca fanów Juve z Rzymu, była głównym „odbiorcą” tych relacji, ale wzajemne odwiedzanie również nie przetrwało próby czasu. Wydaje się, że relacje powstały głównie poprzez ADO Den Haag, które z Juve trzyma od 1988 roku.
Lata 90. to chuligańskie el dorado w całej Polsce, a Legia walczyła o palmę pierwszeństwa rywalizując z kilkoma innymi czołowymi ekipami. Przyjazd Legii na Górny Śląsk zawsze był wyjątkowy, bo o ile prawie wszystkie śląskie ekipy wzajemnie się nienawidziły, to Legia miała taką „magię” w sobie, że czasem dochodziło do jednodniowych paktów. Atrakcją naszych spotkań było także Zagłębie Sosnowiec, które wspierało Legię, a na Górnym Śląsku było i jest znienawidzone (ze wzajemnością).
Nie inaczej bywało na meczach kadry. W tamtym okresie reprezentacja Polski rozgrywała swoje domowe spotkania także w Zabrzu i pojawiała się na nich Legia z Zagłębiem. To właśnie na takich pojedynkach Górnik Zabrze i Ruch Chorzów potrafili przybić zgodę pod nazwą „Śląska siła”.
Chuligani Legii byli oczywiście aktywni, kiedy mecze reprezentacji rozgrywano w Warszawie, szczególnie dużo działo się, kiedy pojawiała się koalicja ALC (Arka, Lech i Cracovia).
Dochodziło także do walk wszystkich ekip z policją, np. podczas pojedynku z Czechami. Rodzima scena chuligańska miała już taki rozgłos, że „Pepików” reprezentował praktycznie sam Banik Ostrava, bo pozostałe ekipy wystraszyły się wyczynach Polaków w Ostrawie.
Mecz z Anglią w 1999 roku na Stadionie Legii był jednym z ważniejszych w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Został wtedy obalony mit, że Synowie Albionu rządzą i wyjaśniają wszystkich. Umówiona została walka z polskimi chuliganami (głównie Legia, Zagłębie Sosnowiec, Wisła Kraków i Lechia Gdańsk) w Parku Saski, którą Brytyjczycy przegrali.
Chyba każdy w Polsce zdaje sobie sprawę z siły Legii w dziedzinie ultras. Opraw Żyleta miała co nie miara, ale prezentacja „Witamy w piekle” na meczu z Widzewem Łódź „przebiła sufit”. Wtedy rozkwitał w kraju ruchu ultras, a Legia zaczęła w tym rzemiośle wszystkim odjeżdżać. Uprawę tworzyła grupa „Cyberfani”, którą w 2005 roku zastąpili Nieznani Sprawcy.
Obecnie jedyną zagraniczną zgodą Legii jest holenderskie ADO Den Haag. Relacje powstały niewinnie, bo w 1983 roku jeden z holenderskich kibiców zaczął korespondować z fanem Legii. Jednym z bardziej pamiętnych momentów był wyjazd fanów Legii do Utrechtu w 2002 roku w ramach europejskich pucharów. ADO wsparło swoją zgodę, a gospodarze przywitali Legię „Fuck Poland”, co przełożyło się na atmosferę na trybunach i próbę starcia. W 2010 roku zorganizowano towarzyski mecz Legii z ADO dla stołecznego kibica Wojtka, który zapoczątkował relacje obu ekip.
Aktualnie Legia ma trzy zgody w Polsce – Zagłębie Sosnowiec, Olimpię Elbląg i Radomiak Radom.
Z Sosnowiczanami zgoda miała początek w połowie lat 70., ale po spadku Zagłębia sztama przepadła przez brak kontaktów. W 1991 roku w Piotrkowie Trybunalskim podczas finału, kiedy drugi raz w historii sięgnęliśmy po Puchar Polski, zgoda Legii i Zagłębia została oficjalnie odnowiona i trwa do dzisiaj. Legia próbowała pogodzić Pogoń i Zagłębie, co przerodziło się w chwilową sztamę, ale dość szybko zmieniło się w trwającą do dziś kosę między tymi dwiema ekipami. W 2013 roku Pogoń wspierała Legionistów na prestiżowym wyjeździe w Rzymie i doszło do sytuacji, która zaważyła o końcu starej sztamy. Zaczepki „Double Trouble” (Zagłębie i BKS Stal Bielsko-Biała) w stronę Portowców i bierność stołecznych fanów sprawiły, że Pogoń poczuła się niechciana i zakończyła relację z Legią. Po obu stronach pilnowano, żeby rozstać się z szacunkiem i nie przerodzić tego w kosę, ale MKS obierając drogę ku WRWE kupił „bilet w jedną stronę”. Od tego momentu Legia ma z Pogonią kosę. Kończąc temat Zagłębia warto odnotować, że w tym roku będą oni świętować 35-lecie zgody z Legionistami.
W połowie lat 80. Legionistom kilka zgód odpadło. Starą zgodą Lechii była Olimpia Elbląg, z którą trzymali się od lat 70. Równolegle od połowy lat 70. kibice Lechii mieli sztamę z Legią i naturalnie pojawiły się pozytywne relacje Olimpii z CWKS-em. Po upadku piłkarskiego ZKS-u fani Olimpii jeździli do Warszawy prywatnie, ale część odpuściła, ponieważ nie chciała być postrzegana jako FC Elbląg. W starych zinach Legii można było o nich tak przeczytać (tak ich wtedy postrzegano), a niektórzy przedstawiali ich także jako…Polonię Elbląg, ponieważ klub wielokrotnie zmieniał nazwę. Po 2000 roku wszystko wróciło do normy i zostało przypieczętowane zgodą. Olimpia wspierała Legię najliczniej, kiedy do stolicy przyjeżdżał Stomil Olsztyn lub w momentach, kiedy Legia wybierała się na Warmię. W Sosnowcu zgoda Olimpii i Zagłębia została oficjalnie ogłoszona w 2004 roku, ale kontakty trwały już wcześniej.
W sezonie 1984/1985 Radomiak zawarł zgodę z Legią, jadąc do stolicy w 1000 osób. Przyjaźń nie przetrwała ze względu na ostatnią kolejkę sezonu, w której Legia zremisowała z Pogonią Szczecin, przez co Portowcy utrzymali się w elicie a Warchoły spadły z ligi. Były wtedy takie realia, że wynik na boisku miał wpływ na kibicowskie relacje. W 1994 roku Radomiak próbował ponownie nawiązać sztamę z Legią, ale kością niezgody była Pogoń, z którą Legioniści kilka miesięcy wcześniej odnowili zgodę. Potem fani Radomiaka związali się jedynie układem chuligańskim z GKS-em Bełchatów i Stalą Rzeszów, ale czas zweryfikował, że do siebie nie pasowali i relacje zostały zakończone. Okres bycia osamotnioną ekipą nie oznaczał, że stali w miejscu. Klub piął się w górę i grał na zapleczu Ekstraklasy, a dzięki temu, że polska scena kibicowska się mocno rozwijała, to dorobili się solidnych fan clubów, takich jak: Polonia Iłża, Proch Pionki czy Szydłowianka Szydłowiec (wszystkie już wymarły), które w swoim „primie” mocno się udzielały w regionie i rywalizowaly z koalicją Broni Radom i Powiślanki Lipsko. Wiosną 2016 roku Radomiak zawarł układ chuligański z Legią, a jesienią 2017 roku podczas meczu Radomiak – Siarka Tarnobrzeg ogłoszono, że Radom i Warszawę łączy sztama.
Kończąc wątek zgód Legii należy podkreślić, że pod Legią przez cały okres działalności przewinęło się lub trwa do dnia dzisiejszego kilkadziesiąt ekip, które im podlegają, dzięki czemu kontakty Legionistów sięgają całej Europy. Takim klubem jest między innymi Olimpia Warszawa, która od 2005 roku ma zgodę z Olimpiją Lublaną, która składem w 50 osób wsparła Legię na meczu z NK Celje. Ogólnie wszystkie ekipy z Mazowsza, nie licząc Wisły Płock i Polonii Warszawa, to składy pro Legia. Był okres, że niektóre z nich miały między sobą wojnę, ale Legia odgórnie to wyhamowała i… „zanudziła” scenę z Mazowsza.
Nasza piłkarska i kibicowska rywalizacja jest bardzo długa. Swój pierwszy mecz w Katowicach rozegraliśmy już jesienią 1965 roku i wygraliśmy 2:0.
Sezon później jesienią 1966 roku wygraliśmy w Warszawie aż 3:0, co do dnia dzisiejszego jest naszą najwyższą wygraną z CWKS-em na jej ziemi.
Do początku lat 70. nasza rywalizacja stała się regularna i potrafiliśmy nie raz pokonać Legię, ale po tym sezonie spadliśmy na siedem lat z ligi.
W 1978 roku wróciliśmy ponownie do elity, ale tylko na dwa sezony.
W 1982 roku wróciliśmy do najwyższej klasy rozgrywkowej i na dzień dobry wygraliśmy z Legią 3:1 przy obecności 10000 widzów. Czasy były takie, że… czerwone stroje były naszymi domowymi. Warto odnotować, że już wtedy do Katowic zawitało 150 kibiców Legii. U nas wszystko zaczynało dopiero raczkować.
Jesienią 1984 roku wciąż graliśmy na czerwono, ale nowością był świeżo postawiony Blaszok.
Wiosną 1985 roku przegraliśmy w Warszawie 0:1, wciąż grając w czerwonych koszulkach.
W tym samym roku w czerwcu również zagraliśmy swój pierwszy finał Pucharu Polski z Widzewem Łódź na stadionie Legii Warszawa. Liczba wspierających nas ekip była zadziwiająca: Avia Świdnik, Arka Gdynia, Broń Radom, GKS Jastrzębie, GKS Tychy, Górnik Zabrze, Hutnik Kraków, Lech Poznań, ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, Stal Mielec, Śląsk Wrocław czy Korona Kielce. Nasza liczba tego dnia to 900 osób, z czego samej GieKSy 700. Resztę stanowiły ekipy, które na stadionie CWKS-u „określały” się po czyjej stronie stoją. Legia, której mecz nie dotyczył, postawiła na swoim zajmując Żyletę. Mecz zgromadził 12000 widzów.
W listopadzie 1985 roku w ćwierćfinale polegliśmy 2:3 z Legią, ale w całym w dwumeczu awansowaliśmy i finalnie zdobyliśmy swój pierwszy w historii Puchar Polski. Na Blaszoku zasiadało wtedy kilkunastu najwierniejszych Legionistów ze świeżo uszytą flagą „Żyleta”. Sitek i Elwira byli autorami płótna, które namalowali w czerwcu 1985 roku. Cytując pomysłodawcę Jacka: „W jakiejś gazecie władze powiedziały, że sektor z tą reklamą to jest siedlisko zła i że jak zdejmą reklamę, to to siedlisko zniszczą… No i zdjęli, ale w to miejsce, w ramach buntu, zrobiliśmy flagę”. Tak się narodziła legendarna Żyleta, której nazwa związana jest z reklamą żyletek Iridium-Polsilver, która w latach 80. wisiała nad centralnym sektorem trybuny odkrytej.
Jesienią 1986 roku, jako świeżo upieczony triumfator Pucharu Polski, pokonaliśmy Wojskowych 5:2, a do Katowic zawiało 100 fanów Legii. GieKSa zaczynała pisać swoją „Złotą dekadę” w obecności 10000 widzów. Warto odnotować, że GKS – jako pierwszy klub w historii – zdobył trzy punkty w lidze. PZPN dla urozmaicenia ligi wprowadził do regulaminu, że jeśli klub wygra z rywalem co najmniej 3 bramkami, to dopisuje sobie trzy oczka (normalnie za zwycięstwo były dwa punkty).
W rewanżu na Łazienkowskiej wiosną 1987 roku zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze w stolicy zameldowali się w 100 osób. Jest to nasza pierwsza udokumentowana eskapada wyjazdowa na Legię.
Jesienią 1988 roku graliśmy w Warszawie, a 100 fanatyków GieKSy było świadkiem wygranej 2:0.
Wiosną 1989 roku graliśmy rewanż na Bukowej, który wygraliśmy 1:0, ale wydarzeniem był przyjazd Legii w 1000 (!) osób.
Dwa tygodnie później Legia grała na wyjeździe z GKS-em, ale Jastrzębie. Warto odnotować, że łączyła nas wtedy zgoda i GieKSiarze z flagą wspierali Jastrzębian.
Jesienią 1989 roku graliśmy w Warszawie. Wybrało się 150 fanów GieKSy, co było wtedy naszym rekordem, a warto wspomnieć, że otrzymaliśmy wsparcie GKS-u Jastrzębie, który swój mecz ligowy grał wcześniej na Gwardii Warszawa. Na zdjęciu widać, że GieKSa już na dobre przyjęła żółte stroje, które będą nas wyróżniać na tle wszystkich drużyn. Piłkarze zremisowali 0:0.
Wiosną 1990 roku również zremisowaliśmy 0:0 w obecności 8000 widzów.
W czerwcu 1990 roku na stadionie Widzewa Łódź rozegraliśmy między sobą swój pierwszy finał. Z Katowic wybrało się 350 fanatyków GieKSy, a Legia, jako częsty triumfator tych rozgrywek i faworyt, mogła liczyć na wsparcie 2000 gardeł. Gospodarze z RTS wystawili 200 osób. Ciekawostką była obecność kilkunastu fanów Zawiszy Bydgoszcz, którzy na własne oczy chcieli zobaczyć mecz, licząc że GieKSa wygra, bo wtedy z 4. miejsca w lidze zagraliby w europejskich pucharach. Pod kasami trafili jednak na Legię i musieli ratować się ucieczką, ale pomogliśmy im wejść na stadion i obejrzeć mecz. Na zdjęciu stoją małą grupą obok naszej ekipy wyjazdowej. Legia wygrała 2:0.
Rok później w Piotrkowie Trybunalskim ponownie zagraliśmy finał. Tym razem Legia, która tego dnia odnowiła zgodę z Zagłębiem, zameldowała się w 1800 osób. Z kolei GieKSiarze, mając wsparcie między innymi z… Chorzowa i Tychów, świętowali w 2000 osób swój drugi Puchar Polski, wygrywając 1:0.
Jesienią 1991 roku w listopadzie GieKSiarze pokonali Legię 4:2.
W czerwcu 1992 roku znowu spotkaliśmy się w finale Pucharu Polski, ale… nie na swoim meczu. Finał rozegrał Górnik Zabrze z Miedzią Legnica. Był to okres kiedy z KSG mieliśmy kosę, zaś sztamę z Miedzianką. Była to pijacka sztama, ale nasza 23 osobowa ekipa wyruszyła do stolicy z flagą, która debiutowała na meczu z FC Motherwell. W pociągu doszło dwukrotnie do walki z Górnikiem. Na stadionie obóz KSG siedział po prawej stronie Żylety, natomiast Miedź z nami i ŁKS-em Łódź zasiadła łącznie w 200 osób tam, gdzie w późniejszym czasie będą na stałe zasiadać kibice gości. Na stadionie chuligani Legii byli gospodarzem i zajęli całą Żyletę, mając wsparcie Lechii Gdańsk. Nasza flaga wisiała pierwsza z brzegu, a że gospodarze swobodnie przemieszali się po całym stadionie, to nasze płótno zostało zerwane. Bierność Miedzi, która nawet nie podjęła próby odbicia flagi, doprowadziła do wściekłości GieKSiarzy, którzy na znak zerwania zgody opuścili stadion.
Wiosną 1993 roku pojawiliśmy się w Warszawie, tym razem w 30 osób. Legia wygrała pewnie 3:1, maszerując po Mistrza Polski, który po „niedzieli cudów” zostanie jej odebrany.
Jesienią 1993 na Bukowej zremisowaliśmy 1:1, a Legię wspierało 250 osób, w tym 150 Zagłębie Sosnowiec.
W rewanżu zremisowaliśmy 0:0, a GieKSiarze zawitali na Łazienkowską w 50 osób.
Jesienią 1994 roku podejmowaliśmy Legię. Mecz rozegrano o… 11:00, ale Bukowa się zapełniła i była świadkiem niesamowitego zwycięstwa. Legioniści zameldowali się w 340 osób, w tym 180 Zagłębie i kilku Portowców, z którymi również niedawno odnowili zgodę.
W styczniu 1995 roku rozegrany został pierwszy turniej halowy w Spodku pod nazwą „EB Sport Cup”, a obok GieKSy, Górnika, Ruchu, ŁKS-u Łódź wystąpiła także Legia, która pojawiła się w 90 osob z flagą. GieKSiarze wystawili 1000 młyn, a triumfował Górnik, którego także solidnie wspierali kibice z Roosevelta.
W kwietniu 1995 jechaliśmy na Łazienkowską rekordowym składem w 180 osób. Legia wygrała 1:0 i finalnie zdobyła mistrzostwo. Ostatnia kolejka z Górnikiem Zabrze do dnia dzisiejszego dnia budzi kontrowersje.
W czerwcu rozegraliśmy finał Pucharu Polski na Łazienkowskiej. Mecz oficjalnie zgromadził 15000 widzów, nieoficjalnie kilka tysięcy więcej. Tego dnia nikt nie panował nad wejściem na stadion, każdy kibic Legii chciał ten mecz zobaczyć i fani wchodzili na wszystkie możliwe sposoby. Do Warszawy wybrało się łącznie 600 GieKSiarzy. Sam przebieg meczu to dominacja Legii i jej zwycięstwo 2:0. Feta i wjazd na murawę kilku tysięcy Legionistów nie mógł się inaczej zakończyć niż próbą ataku na nasz sektor. Nasze pojedyncze flagi zostały skrojone, ale cały gniew poszedł w stronę policji i doszło do jednej z największych awantur w historii polskiego ruchu kibicowskiego. Brak ofiar śmiertelnych można tego dnia uznać za sukces.
We wrześniu 1995 roku na stadionie Stali w Rzeszowie zdobyliśmy swoje ostatnie trofeum – Superpuchar Polski. Sam mecz nie miał prestiżu i wybrali się na niego tylko najwierniejsi kibice. Legię reprezentowało jedynie 30 osób, a od nas pojechało 60 kibiców, którzy zapoczątkowali pierwsze kontakty z JKS-em Jarosław (w tym samym roku JKS przybił zgodę z Sovią). W tym dniu mocno zmobilizowały się rzeszowskie obozy. Stal i Resovia wystawiły 300 osobowe składy. Doszło do sytuacji, w której Stal dopingowała GieKSę, zaś Resovia wspierała Legię (CWKS-y). Jednak, gdy Legia postanowiła „pozdrowić” ŁKS Łódź, Resovii odechciało się już trzymania kciuków za stołeczny klub. GKS wygrał 1:0.
W maju 1996 roku Trybuna Północna na Bukowej została oficjalnie oddana do użytku (zamontowano na niej krzesełka). Legioniści zawitali w 750 osób, mając wsparcie 400 kibiców Zagłębia i siedzieli zbici między pełną Trybuną Główną i Północną. Nabity Blaszok musiał przełknąć gorzką pigułkę – lanie 0:5. W tym dniu przyjechało do Katowic dwóch kibiców Avii Świdnik, którzy dowiedzieli się, że nasza zgoda przeszła do historii i od tego czasu zaczęliśmy bazować na haśle „Sami przeciw wszystkim”.
Jesienią 1996 roku do stolicy wybrało się 90 fanatyków GieKSy. Piłkarze przegrali 1:2.
Rewanż rozegraliśmy pod koniec czerwca 1997 roku. Do Katowic zawitało 250 fanów Legii, w tym 100 Zagłębia, które oglądało skrojone płótno swoich przyjaciół z BKS-u Stal Bielsko-Biała. Zostało ono trafione przez naszych chuliganów, kiedy jechaliśmy na Odrę Wodzisław. Legia wygrała 3:1.
Chwilę później znowu graliśmy ze sobą. Tym razem nasz ostatni finał Pucharu Polski, rozegrany na stadionie ŁKS-u Łódź. Na stadionie obecne były 4 ekipy, z których każda z każdą miała kosę. Z Katowic wyruszyło 1000 GieKSiarzy, wspieranych przez Banik. Legioniści zasiedli na przeciwko w 1500 osób, ze wsparciem Pogoni i Zagłębia. ŁKS, jako gospodarz stadionu, zasiadł na Galerze w 500 osób i „pożegnał” tam naszą flagę z 1995 roku. Ciekawostką jest fakt, że po tym, gdy ją nam skroili, to wieszali… jako swoją. Nawet na derbach Łodzi. Widocznie jednak eŁKaeSiacy uznali, że chcą nam zrobić na złość i flaga „The best of hooligans”, którą znowu my skroiliśmy ekipie Club Brugge w 1992 roku, została potargana. Na meczu zjawiła się również banda RTS-u w 150 osób, która zasiadła po naszej lewej stronie. W upalnym finale górą była Legia, wygrywając 2:0.
Jesienią 1997 graliśmy na Bukowej. Legia ponownie wygrała 1:0, a wspierało ją 270 kibiców gości, z czego 200 samego Zagłębia. Na płocie wisiała skrojona flaga CKS-u Czeladź, które zostało trafione tydzień wcześniej, kiedy graliśmy z Widzewem Łódź, a nasza banda obstawiała perony.
Wiosną 1998 roku przegraliśmy 0:2. To nie był także udany dzień dla naszych kibiców, których pojechało do Warszawy jedynie 28 (nie wypalił pociąg specjalny). Po meczu połączony skład Teddy Boys ’95 i Turyści ’97 wpadł do pociągu i obił naszą ekipę, która musi uznać wyższość warszawiaków.
Jesienią 1998 roku graliśmy w Katowicach. Legia ponownie wygrała 3:1 i nie będzie to tajemnicą, że stawało się to już naszą niechlubną tradycją. Tego dnia Legioniści zawitali w 700 osób, z czego 100 stanowiło Zagłębie. Bohaterem trybun tego dnia był Bartosz Karwan, który opuścił GKS na rzecz Legii, a Blaszok nie mógł mu tego darować.
W kwietniu 1999 roku jechaliśmy do Warszawy. Skład liczył 50 osób, w tym 8 Banik Ostrava. W Żyrardowie zaatakował RTS kamieniami, ale bez urazów. Pod stadionem połowa naszych nie miała kasy na bilet, a ochrona była nieugięta, więc reszta uniosła się honorem i nikt nie wszedł na stadion. GKS zremisował niespodziewanie 0:0, ale nie uchroniło nas to od spadku, który już wcześniej wisiał w powietrzu.
Rok 2000 był dla nas szczęśliwy. Po rocznej banicji wróciliśmy do elity i ponownie mogliśmy rozgrywać mecze z Legią, która w swojej historii jest jedyną polską drużyną, która nie miała „okazji” opuścić szeregów Ekstraklasy. W tym sezonie oprócz ligi graliśmy Puchar Ligi. Pierwszy mecz miał miejsce w sierpniu 2000 roku i na wtorkowym wyjeździe pojawiło się 38 fanatyków, którzy odpaleniem 10 rac zostawili po sobie dobre wrażenie, bo na meczu wiało nudą, a Legia wygrała skromnie 1:0.
Na rewanż goście zawitali w 300 osób, w tym 150 Zagłębie i – jak na środę i godzinę 18:00 – to była znakomita liczba. Legia wygrała 2:1. Karwan znów przypomniał się kibicom ładując nam gola.
W październiku 2000 roku rozegraliśmy jeden z naszych najlepszych pojedynków z Legią. Goście zawitali w 500 osób, z czego 200 stanowiło Zagłębie. U nas nabity młyn palił „dorobek” starć z Legią i Zagłębiem, a na meczu doszło do walki z ochroną, która został zlana i wygoniona ze stadionu. Policja dostała takiej furii, że wpadła na Blaszok ze strzelbami i uspokoiła sytuację. W trakcie meczu odpalono sporo rac, co stawało się już u nas tradycją. Piłkarze, po niesamowitym meczu pełnym dramaturgii, wygrali 1:0.
W maju 2001 roku niespodziewanie znów wygraliśmy z Legią, a na wyjeździe zameldowało się 110 GieKSiarzy, w tym 2 Banik. Żyleta nie oszczędzała swoich zawodników wyzwiskami, często śpiewając „Legia to my!”.
W październiku 2001 roku gospodarze wygrali 1:0, a nas ponownie reprezentowało 110 fanatyków. Tym razem nie było nam dane wejść przez upierdliwą ochronę, która od każdego wymagała dowodu osobistego. Decyzją grupy wszyscy wrócili do Katowic.
W marcu 2002 roku graliśmy na Bukowej. Legia zawitała w 800 osób, będąc wspierana przez 300 osób z Zagłębia. Mecz zakończył się wynikiem 3:3 i jest to jedno z najczęściej przywoływanych spotkań w rozmowach między trójkolorowymi fanami.
Jesienią 2002 roku również spotkaliśmy się na Bukowej. Legia tym razem pojawiła się w 450 osób i mimo że goście wygrali 2:1, show skradła grupa Net Fans GieKSa, prezentując kolorową pirotechnikę i balony na wzór NBA.
Wiosną 2003 roku przegraliśmy 0:3. Od nas 118 osób, w tym 5 Banik. Na meczu po obu stronach pokaz pirotechniczny i choreografia z kartonów. To tylko pokazywało jak nasza scena w tej dziedzinie parła naprzód.
Jesień 2003 roku to ogólny dramat dla polskiej sceny kibicowskiej, szczególnie ekip wyjazdowych. PZPN wprowadził idiotyczne zmiany, czyli karty kibica niezbędne do wejścia na stadion dla fanów przyjezdnych. GieKSa, jako pierwsza ekipa w Polsce, postanowiła przeciwko temu zaprotestować z transparentem „Nie jesteśmy zwierzętami, precz z kartami, przecz z chipami”. W Warszawie obecnych było 4 reprezentantów GieKSy, którzy przyjechali jedynie po to, by wywiesić wspomniane płótno. Legia wygrała 1:0.
W 2004 roku na koniec sezonu graliśmy z Legią na Bukowej. Goście zawitali w 700 osób, świętując zwycięstwo 4:2, jednak Blaszok mimo porażki także miał powody do radości. Po blisko dwóch latach wojny z pseudo sponsorem spod Częstochowy, mogliśmy firmie Dopsel zadedykować oprawę „The end”, wyganiając ich z klubu. Była to jedna z trudniejszych batalii kibiców GieKSy w walce o swój klub. Po końcowym gwizdku nastąpił wjazd na murawę po koszulki zawodników (co wtedy było tradycją), a po chwili próbowaliśmy się przedostać w kierunku Legii, ale policja szybko ostudziła nasz zapał.
Jesienią 2004 roku graliśmy u siebie. Legia zawitała w 550 osób, z czego 150 to bylo Zagłębie. Goście odpalili sporo rac, a ich drużyna pewnie wygrała 3:0. Blaszok świętuje sezon „czterdziestolatka” pirotechniką i napisem ze styropianu. Na meczu żywot skończyła flaga BKS-u, z którym Legioniści, przez zgodę z Zagłębiem, mieli dobre kontakty.
W czerwcu 2005 roku pojechaliśmy do Warszawy ostatni raz przed spadkiem z Ekstraklasy. Tych 101 fanatyków na pewno nie zakładało, że będziemy czekać aż 19 lat na powrót do elity. Legia wygrała 2:0.
Te 19 lat trwało dla nas wieki. Rok 2024 był dla nas powrotem z zaświatów. Pierwszy mecz rozegraliśmy w Warszawie. Na Łazienkowskiej ostatecznie zawitało nas 1735 głów! W tej licznie było wsparcie fanów Banika (55), JKS (24) i ROW (1). Zaprezentowaliśmy oprawę „GieKSiarze atakują!”. Legia pokonała nas 4:1.
Wiosną 2025 roku Ultras GieKSa ’03 zaprezentowała oprawę „Nasze miasta – W nich nasze ulice – Mówi się na nas GKS Katowice!” w asyście sporej ilości pirotechniki. W tym dniu zadebiutowały flagi na kijach z nazwami dzielnic i fan clubów, w których wyznaje się kult GieKSy. Fani Legii, przez brak drogi dojazdowej pod sektor gości na nowowybudowanym obiekcie, niestety nie mogli zawitać. Legia wygrała 3:1.
Ostatni nasz pojedynek to jesień 2025 roku. Legioniści chwilę wcześniej odwiesili swój bojkot, więc mecz mógł żyć pełnią wzajemnych „uprzejmości”. W niedzielny wieczór obecnych w Warszawie było 734 fanatyków GieKSy, w tym 17 JKS i 13 FCB. Legia, dosłownie rzutem na taśmę, pokonała nas 3:1.
Felietony Piłka nożna
Liczy się to, co prawdziwe
„To czego nie można kupić to jest drużyna, to jest charakter” – powiedział Lukas Klemenz w Kanale Sportowym, niejako odnosząc się do wielkich pieniędzy w piłce, a w tym konkretnym przypadku transferów Widzewa Łódź.
Nie sądziłem, że pokocham Lukasa. Po latach, kiedy go krytykowałem, miałem pretensję i masę wątpliwości, co do jego przydatności, zarówno podczas jego pierwszej kadencji, jak i teraz, zawodnik przekonał mnie do siebie. I nie chodzi mi o te strzelane bramki. A przynajmniej nie tylko. Zawodnik poczynił niebywały postęp w defensywie i na dziś jest bardzo dobrym obrońcą. Jego poświęcenie i ofiarność to coś, co sprawia, że rywale mogą dwoić się i troić w swoich atakach, a i tak przed nimi wyskoczy Lukas. No a wspomniane strzelane gole są wisienką na torcie. Bramka z Widzewem, sam strzał, to było coś pięknego – nieczęsto zdarza się aż tak soczyste uderzenie głową po rzucie rożnym.
Tyle jest wątków, tak się buduje fabuła GieKSy i całej ekstraklasy, że naprawdę nie wiem, od czego zacząć.
Dużo jest sloganów w piłce, sloganów – które nie mają potwierdzenia w rzeczywistości. O kontrolowaniu meczów, o czym pisałem ostatnio, o tym, że pieniądze nie grają itd. W ostatnim czasie jednak okazuje się, że te nadużywanie nieraz banały – w GieKSie mają swoje potwierdzenie. Bo gdy weźmiemy na przykład aspekt zespołowości – to przecież to jest ten aspekt, który być może był głównym czynnikiem wczorajszego zwycięstwa.
W Lidze Plus Extra kapitalnie się wypowiedział w tej kwestii Bartek Nowak. Przy okazji powiem, że skromność i nieskromność jednocześnie tego zawodnika powoduje, że nie sposób go nie lubić nie tylko jako piłkarza, ale i jako człowieka. Zdaje on sobie sprawę ze swojej obecnej wybitnej dyspozycji, a jednocześnie w wywiadzie bardzo mocny nacisk położył właśnie na wpływ zespołu – zarówno na sam przebieg i wynik meczu, jak i jego własną grę. Bardzo pochwalił środek pola z Sebastianem Milewskim i Mateuszem Kowalczykiem, w kontekście wielkiej pracy, jaką oni tam wykonali. Do tego sobie jeszcze przejdziemy.
GieKSa wygląda jak maszyna. Taka, w której wszystkie tryby są ze sobą połączone, oddziałują na siebie wzajemnie, przyczyna jednego działa na skutek drugiego, są sprzężenia zwrotne. Do tego jest dobrze naoliwiona, być może tym tatarem od Miłosza Drozda, o którym wspomniał trener Rafał Górak. Podkreślam po raz kolejny rolę naszego trenera przygotowania fizycznego, bo nieraz te osoby są w cieniu, a naprawdę wykonują kawał świetnej roboty. I drużynę mamy nie tylko na boisku, ale także w pokojach trenerów właśnie. Ta współpraca – najpierw na linii: przygotowanie taktyki, fizyczność, analityka, a potem przeniesienie tego do drużyny piłkarskiej – to prawdziwy klucz do sukcesu.
„Mordercze dojście” – powiedział Igor Lewczuk o pressingu katowiczan w tym meczu. Mam przed oczami moment, jak w drugiej połowie i to chyba raczej w końcowej fazie spotkania, TRZECH naszych zawodników próbowało wślizgiem odebrać piłkę rywalom – tak na szerokości boiska. Trzy wślizgi w ciągu kilku sekund. GieKSa wypowiedziała wojnę Widzewowi z pierwszym gwizdkiem tego spotkania i do ostatniej minuty z tej wojny nie zrezygnowała.
Nasz zespół obrał taktykę na ten mecz – wiadomo. Taktykę, która okazywała się skuteczna już jesienią – w starciach z Jagiellonią czy Pogonią. Nie wnikam w niuanse, bo te mecze się oczywiście między sobą różniły, ale w kwestii oddania piłki przeciwnikowi były pewne analogię. Być może z rozklekotanym póki co Widzewem można było zagrać odważniej. No ale z drugiej strony… po co? Jeśli obrana strategia na ten mecz dała efekt. Naprawdę jestem ciekaw, czy podobnie podejdzie do tego trener przed meczem pucharowym. Czy jednak zobaczymy GieKSę bardziej ofensywną. Nieważne. Liczy się efekt, a jak się okazuje – nie mamy powodu twierdzić, że pomysły na mecz są złe, bo przecież przynoszą nam zwycięstwa. Zresztą, co mecz – to wygląda to inaczej, bo przecież z Zagłębiem GieKSa grała zupełnie w inny sposób.
W dwóch ostatnich meczach rywale oddali zaledwie dwa celne strzały. To jest kosmos. Bo o ile czyste konta są bardzo cenne, to fakt, że przeciwnicy prawie w ogóle nie trafiają w nasze światło bramki, to już jest naprawdę olbrzymi progres. Rzeczywiście, choć zamieszania były, to patrząc na mecze z Zagłębiem i Widzewem, nie przypominamy sobie spektakularnych interwencji Rafała Strączka.
To, co wyprawiał wczoraj Wasyl czy Kowal przekraczało wszelkie granice. Marcin z zakrwawioną kostką biegał i harował dalej, a Mateusz chyba sobie postanowił, że chce dać coś więcej w ofensywie i zaczyna sobie dryblować w polu karnym. Wkrótce da to gola. Świetnie prezentuje się też Sebastian Milewski. Nasze nowe nabytki też dają radę.
Wspomnianej zespołowości w Widzewie próżno szukać. Bo być jej tam po prostu nie może. Tutaj jednak trzeba przyznać było spore ułatwienie dla naszej drużyny. Po tym meczu nie mam większej wątpliwości – na ten moment pomysł trenera Igora Jovicevića to jest jeden, wielki, totalny chaos. To wszystko jest bez ładu i składu. Dla mnie kuriozalnym pomysłem jest wystawianie siedmiu nowych zawodników w pierwszym składzie. Gdyby to jeszcze byli naprawdę jacyś wielcy gracze. A tak, jak mi mój brat napisał – „za chwilę będzie kolejny wagon z pomocnikiem, który zaliczył 7 goli w Hammarby i napastnikiem z 8 golami w OH Leuven na koncie”. To nie ma prawa wypalić. Jeśli ktoś to porównywał do Wisły Bogusława Cupiała, powinien się puknąć w głowę. Tam wtedy nie przyszli Bukari czy Kornvig, tylko Żurawski, Frankowski, Szymkowiak, Kosowski, Kałużny, Węgrzyn… zawodnicy z wielką renomą, aktualni wówczas reprezentanci Polski.
To, że trener od lania wody myślał, że to zaskoczy, świadczy o jednym. Kompletnie nie zna realiów i specyfiki tej ligi. W Szachtarze czy Łudogorcu można gromić słanych rywali i odjechać reszcie ligi za pieniądze z Ligi Mistrzów. W Polsce to nie ma racji bytu, bo w ekstraklasie każdy może wygrać z każdym. I klecona naprędce, na kolanie drużyna, z jakichś losowych cudzoziemców, którzy jeszcze przestraszyli się polskiej zimy, to gwarancja porażki. Przynajmniej na razie. Nie mówię, że ten Widzew się nie zgra. Tylko zanim się zgra, może wylądować w pierwszej lidze.
To był kolejny niezapomniany wieczór na Nowej Bukowej. Znów się wszyscy ze sobą dostroili – piłkarze i kibice. Znów mieliśmy dramaturgię, znów mieliśmy wielkie emocje – z GieKSą nie może być spokojnie, ale ostatnio jest bardzo radośnie. Zanim jednak cieszyliśmy się z trzech punktów mieliśmy cios w serce. Autentycznie – chodzę te niemal 30 lat na GieKSę i nadal taki moment zwala z nóg. Mówię o nieszczęsnym rzucie karnym, podyktowanym w 93. minucie. To jest moment, w którym emocjonalnie wszystko (związane z meczem) się wali. Cały wysiłek i wiara na marne. Szybko więc zerkanie do monitora, na powtórki. Dopatrywanie się nadziei na to, że jedenastki nie będzie. A potem gdy sędzia już podbiegał do monitora względny spokój, ale i niepewność. W końcu decyzja – odwołanie karnego i ekstaza na stadionie. Przyznam, że jak po Radomiaku umiałem czuć tę euforię, to wczoraj mnie ten podyktowany karny tak zbił, że tę euforię miałem bardziej w myślach niż w czuciu. Kosztowało to bardzo wiele.
Sędzia swoją drogą też mógłby się zastanowić nad sobą. Bo doliczył sześć minut, przerwa na VAR trwała cztery, była jeszcze zmiana. Tymczasem po wszystkim on przeciągał, przeciągał i „dawał” Widzewowi jeszcze trochę czasu. W sumie tych czystych doliczonych minut było chyba z osiem. Przegiął z tym doliczeniem totalnie.
Nowa Bukowa nie ma jeszcze roku, a już tyle wspomnień, tyle historii, tyle kapitalnych meczów. Wygrane z Górnikiem, Cracovią, Pogonią, Jagiellonią, teraz Widzewem. Wspomniany mega dramatyczny mecz z Radomiakiem. Wojna z Koroną. To są cudowne wieczory w naszej nowej rzeczywistości. Rzeczywistości, która się nie nudzi. Za te wszystkie lata… należy nam się.
Wrócił na Nową Bukową Sebastian Bergier… przepraszam „Burger King”, bo jakoś tak kazał nam nazywać napastnika dziennikarz Widzewa. No więc Burger King pohasał, pohasał, ale nic z tego nie było. Nasłuchał się chłopak po swoim adresem, bo jednak nieeleganckie było to jego odejście i sposób, cała sprawa z kontuzjowaną ręką itd. Z drugiej strony, Seba powiedział w wywiadzie w przerwie, że „to piękne, że może posłuchać czegoś takiego pod swoim adresem”. Może nie sformułował tego dokładnie tak, jak chciał, ale jest w tym dużo racji. W gruncie rzeczy sport to zabawa, ale też plemienność, emocje i wojny, antagonizmy są potrzebne, bo to one dodają pikanterii. Ale po latach i tak wszyscy usiądziemy do stołu, wypijemy herbatę i powspominamy stare czasy. Taki Marcin Baszczyński tyle się od nas nasłuchał, a przecież teraz przyjeżdża jako komentator, wszyscy wiedzą, kim jest i nikt nie robi problemów. Cieszmy się tą piłką nożną i dogryzajmy sobie, ile się da. A potem i tak o wszystkim zapomnimy.
Ja na cześć Sebastiana, po powrocie do domu zamówiłem sobie Burger Kinga. Dzięki Sebek!
Idziemy łeb w łeb z poprzednim sezonem. Wtedy po 19 meczach mieliśmy 26 punktów i teraz jest tak samo. Rok temu też pierwsze dwa mecze wiosny były zwycięskie. Tu bym przestrzegał drużynę, żeby o tym pamiętać – bo potem przyszedł bezbarwny mecz z Piastem i dwie porażki. Nie można więc zachłysnąć się, bo czekają nas kolejne wyzwania.
Natomiast od porażki z Lechem Poznań, kiedy to wylała się masa krytyki, GKS jest najlepszym zespołem w lidze. Katowiczanie złapali formę, poprawili niektóre aspekty i na teraz wygrywają większość meczów. Trudno będzie tak dobrą serię utrzymać, ale całościowo idzie to w bardzo dobrym kierunku. Wyjąwszy cztery pierwsze fatalne kolejki, od tamtego czasu GKS byłby na szóstym miejscu z czterema punktami straty do lidera i jednym meczem zaległym. Powiedzmy więc sobie tak – że oprócz początku tego sezonu, punktowo jesteśmy czołówką ligi. Ale też zaznaczmy, że w takim razie każda kolejka, każdy pojedynczy mecz – waży niesamowicie dużo.
Choćby dlatego, że byliśmy w strefie spadkowej z tą samą liczbą punktów, co drużyna nad kreską. Dwie wygrane dały nam sześciopunktową przewagę. To jest prawdziwy kapitał.
A Widzew? Ma problem. Podobnie jak Legia, podobnie jak Pogoń Szczecin. Wielkim zaczyna się robić gorąco, bo potencjalny spadek to już nie jest tylko kwestia nierealnej ciekawostki. Przyzwyczailiśmy się do myśli, że spadkowicze będą się wyłaniać spomiędzy drużyn typu Termalica, Arka, Piast, Motor czy my… Ale nie ma ani jednego powodu, żeby uważać, że nie spadnie któryś z wielkich.
Igrzyska śmierci nabierają tempa i rozmachu.
Może trochę patetycznie, ale powiem, że obecny sezon pokazuje pewną prawdę życiową. Nie liczą się błyskotki, nie liczy się efektowne złote opakowanie, nie liczy się coś, co dużo kosztuje. Liczy się zawartość, to co w środku, to co prawdziwe. I to GieKSa ma.
Felietony Piłka nożna
Droga do medialności
Jeszcze musimy zapracować na tym, żeby o nas mówiono. Półtora sezonu bardzo przyzwoitej postawy w ekstraklasie to póki co za mało. Nie mówię, że o GieKSie nie mówi się w ogóle, bo czasem coś tam jej poświęci się czasu antenowego. Ale bywa nieraz, że jest omawiany jakiś mecz danej kolejki z udziałem katowiczan, a mówi się tylko o rywalu. O naszym zespole ani słowa lub jedno. Lub zaczyna się o nas w końcu mówić, ale wtrynia się drugi ekspert, że jeszcze ma coś do powiedzenia o naszym przeciwniku i dyskusja „nie o nas” się przeciąga. I już do niej nie wracają.
Tak, żeby stać się klubem medialnym – trzeba się postarać. Trzeba czymś do siebie przekonać. Jak w każdym marketingu w sporcie, najbardziej efektywną do tego drogą jest… sport. I wyniki. Organizacja klubu może być na wysokim poziomie. Media klubowe również – jak choćby w przypadku relacji z obozu w Turcji, które były kapitalne. Ale zawsze to największe wrażenie będą robić wyniki. I to one „bardziej” przyciągną czy to sponsorów czy zainteresowanie mediów, których przecież coraz więcej, a magazyny dotyczące polskiej piłki można oglądać niemal codziennie.
Dlatego na razie musimy przełykać pigułkę i godzić się, że pierdyliardową godzinę mówi się o Legii, która przegrywa mecz za meczem. Że do – za przeproszeniem porzygu – mówi się o Lechu, który też przegrywa mecz za meczem. Ale ostatnio wielka podnieta w mediach przelewa się na temat Widzewa Łódź, który notorycznie wtapia swoje spotkania, ale zrobił jeden, drugi, trzeci transfer, który na ten moment jeszcze nie wiadomo, czy jest wątpliwej jakości, bo za wcześnie, ale może tak się okazać. Ale już pojawiają się wielkie analizy na temat rozgrywania Drągowskiego od bramki, tego czy tego zawodnika w podstawowej jedenastce itd. Więcej się mówi o Widzewie niż pewnie powinno. Ale podnieta redaktorów różnych mediów ma swoje prawa.
Można by czasem rzec „nie zes…jcie się z tą Legią i Widzewem”.
Tak jak swego czasu wszyscy podniecali się Jarosławem Królewskim, gdy dopiero się ujawnił. Wtedy można było odnieść wrażenie, że dziennikarze mu się przymilają i wchodzą nie powiem gdzie. Bo młody, wybitnie inteligentny i obrotny. Gdy boom na sternika Wisły minął, już mało co go się zaprasza, a pan Jarosław ma swoje problemy i performance’y na Twitterze. Ale co ugrał (świadomie bądź nie) wtedy na popularności i medialności – to jego.
Od razu powiem, że dla mnie nie ma znaczenia, że to jest akurat Widzew, czyli klub – jako kibice – zantagonizowany z GieKSą przez wiadome zgody. Do spraw kibicowskich podchodzę na chłodno, mam swoje sympatie i antypatie. I przede wszystkim nie stosuję napinki, bo to nie moje klimaty. Więc oczywiście nie powiem, żebym za Widzewem przepadał, ale nie mogę nie przyznać na przykład, że w Sercu Łodzi atmosfera na meczach jest kapitalna i mecze tam mają swój klimat, z wypełnionym po brzegi stadionem i bardzo dobrym dopingiem. Więc nie przemawia za mną jakieś szowinistyczne nastawienie. Po prostu piszę o tym, że najwidoczniej GKS potrzebuje jeszcze czasu, żeby stać się tak medialny, jak wysoce entropicznie zarządzany w kontekście sportowym Widzew.
Wielkie kwoty na niektórych mogą robić wrażenie. Nazwiska, które grały w dobrych klubach również. Jednak to nie papier gra i nie pojedynczy zawodnicy, a drużyna. Ale drużyna przez duże D. Z trenerem, ze sztabem, który potrafi to wszystko poukładać pogodzić i znaleźć balanse. Na ten moment Igor Jovicević bardziej prezentuje się jako aktor, trochę cyrkowiec, ze swoimi mądrościami i tezami, ale nie przekłada się to wybitnie na grę zespołu. Reagan to nie jest i nie będzie. Jakkolwiek zrozumiałe jest, że drużyna nowymi zawodnikami potrzebuje zgrania, to z Jagiellonią to nie był brak zgrania, tylko jakiś totalny chaos. Pewnie za dużo i za szybko wprowadzani są piłkarze do pierwszej jedenastki. I na boisku mamy sok pomarańczowy wymieszany z zupą grzybową. Podejrzewam, że obecny trener to jest kolejny wynalazek a la Żelijko Sopić i za chwilę go w Widzewie już nie będzie i nikt nie będzie o nim pamiętał. Wspomnicie moje słowa.
Jakże inaczej wygląda w tym kontekście ustabilizowany GKS. W naszym klubie wygląda na to, że wszystko się robi totalnie z głową. Że nie ma w tym krzty chaosu. No może kilka procent czasem, bo występują akcje typu ściągnięcie Olka Buksy czy Maćka Rosołka oraz – o zgrozo – pomysł na niedoszłego chłopaka Julki Wieniawy. Ale nie tylko o same transfery tu chodzi, tylko o całościowe zarządzanie tym zespołem, pomysł na niego, cały projekt, który od wielu lat w GKS się toczy. Śmialiśmy się kiedy z tych projektów dwuletnich, które były później hm… odnawialne. Natomiast GKS to jest projekt póki co niemal siedmioletni i jest to totalny ewenement w polskiej piłce. I najlepsze jest to, że ciągle jest widoczny rozwój. Jeszcze dwa lata temu na myśl o starciu z zespołem z ekstraklasy – wygrana byłaby jakimś olbrzymim sukcesem. Dzisiaj GKS jest ligowym średniakiem i jest w stanie wygrywać z każdym. I wygrywał. To jest nasza codzienność, a nie jakiś wybitny sukces. Jeśli na stałe podnieśliśmy swój poziom o kilka szczebli wyżej – to wiedz, że jest to strategia bardzo dobra.
No ale niekoniecznie medialna.
GKS Katowice nadal więc musi swoją rzetelną postawą udowadniać, jak wiele jest wart. Jutro czeka nas starcie z tymże Widzewem i na boisku przestaną grać pieniądze, a będzie się liczyć, czysta piłkarska merytoryka. Czyli taktyka, strategia, technika i motywacja. W tym nasz zespół jest mocny – jest wspomnianym ligowym średniakiem, ale wcale nie jest powiedziane, że przy płaskiej tabeli nie może trochę się podnieść. Tak, żeby po pierwsze – oddalić się na bezpieczną odległość od strefy spadkowej.
Widzew nam w ostatnich latach zdecydowanie nie leży. Na wyjeździe przegrywaliśmy (lub raz remis), u siebie remisowaliśmy (lub raz porażka). Nie potrafimy z tym zespołem wygrać, choć bardzo blisko byliśmy w zeszłym sobie na Bukowej, wówczas dwa punkty odebrał GieKSie jej przyszły i były zawodnik – Jakub Łukowski.
Paradoksalnie wydaje się, że nie ma lepszego momentu, żeby z tym rywalem powalczyć o pełną pulę. Jeśli faktem jest, że Widzew pogrążony jest w chaosie czy nieładzie lub – mówiąc ładniej – jest w przebudowie, to kiedy jak nie teraz? Ustrzelić raz i poprawić w pucharze.
Katowiczanie wygraną w Lubinie pokazali, że dobrze przepracowali okres przygotowawczy. Że są gotowi na rundę i jej wyzwania, mają plan na mecz i potrafią go realizować. To dopiero jednak początek batalii. GieKSa musi swoje punkty zdobywać i umacniać się w tabeli. Dorobek punktowy po osiemnastu meczach jest identyczny jak rok temu. Wówczas wiosna była lepsza niż jesień i nic nie stoi na przeszkodzie, by teraz było podobnie.
W meczu nie zagra Borja Gala, więc trener będzie musiał trochę pokombinować, wiemy też, że uraz miał Alan Czerwiński. To znowu przywołuje temat nowego środkowego obrońcy, na którego czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy. Kadrowo to największy mankament naszego zespołu, bo jeśli wypadnie ktoś z powodu kontuzji lub kartek, to naprawdę musimy mocno rzeźbić.
Najważniejsze jednak są wspomniane walory piłkarskie i taktyczne. GieKSa ma wszelkie argumenty, by w pierwszym z dwóch meczów z Widzewem po prostu być lepszym od przeciwnika i wygrać. Do spotkania z Legią przejdziemy wkrótce, bo tam będą analogię do jutra, ale już teraz można powiedzieć, że te dwa spotkania to takie, w których będzie można naprawdę dużo zyskać, ale równie dobrze – dużo stracić. Patrząc bowiem na kiepską postawę Widzewa i absolutnie fatalną Legionistów – trudno wyobrazić sobie, że GKS miałby którykolwiek z tych meczów przegrać. Ale o remisach też nie myślimy…























































































































































antyGrzyb
26 maja 2017 at 12:39
Czuje sie jak wszyscy zdradzony oszukany i pobijany. Trudno spojrzec w oczy tym co sie z nas smieja ale WIRZE W GIEKSE NIGDY NIE PRZESTALEM I NIE PRZESTANE BO TO MOJ KLUB
Tomek
26 maja 2017 at 13:09
Panie Shellu jest Pan klakierem Cygana i tej ekipy a tym artykułem sam Pan sobie to udowodnił. No chyba, że jest Pan totalnym ignorantem w zakresie zarządzania to wybaczam. W Pana ocenie fakt, iż Prezes Cygan coś wie o piłce jet żelaznym argumentem za pozostawieniem go na tym stanowisku. Powiem Panu tak co z tego, że coś tam wie jak nie potrafi zarządzać i nie przekłada się to na wyniki. Niech Pan sobie wyobrazi że pieniądze na GKS pochodzą z Pańskich prywatnych zasobów. Każdy właściciel będzie trzymał Prezesa tak długo jak jet on gwarantem realizacji z góry założonych celi. Cygan nie jest gwarantem niczego. Nie potrafi nawet zdiagnozować podstawowych problemów i wdrożyć działań naprawczych. Gdyby był lekarzem pacjent by już nie żył.Drogi Panie porządny menago z biznesu (broń boże znawca futbolu) podjąłby błyskawiczne działania i zapewniam Pana, że skuteczne. Zapewniam że po Podbeskidziu Brzeczka by już nie było i być może byłby awans. No ale Pan woli znawcę futbolu (ciamajdę bez wyników) niż porządnego menago. Powinien też Pan wiedzieć że jeżeli ktoś jet dobry w zarządzaniu to małe znaczenie ma to czy zarządza klubem biznesem, fabryką. Panie Shellu trudno też zrozumieć że Pan nie widział takich oczywistych rzeczy już przed sezonem o których pisali kibice na tym forum. Rozsądni ludzie pisali już wtedy że nie ma szans na awans z takim trenerem i z takimi zawodnikami. Transfery były na miarę środka tabeli ale nie na awans. Dodatkowo żółtodziób w roli trenera bez najmniejszych sukcesów miał dać awans. No sorry ale w coś takiego to tylko naiwniacy mogli uwierzyć. Pamiętam co wtedy było wypisywane na forum jak i przez redakcję. Że to są oportuniści maruderzy i tak dalej. Pech chciał, mieli rację (murowany kandydat, ekstraklasa albo, obowiązkowe zwycięstwo). Wbrew temu co Pan pisze to właśnie kopacze ponoszą najmniejszą winę. To nie oni kierowali tym projektem. Jeżeli będzie Pan kierownikiem projektu i dobierze Pan słaby zespół to do kogo należy mieć pretensje do poszczególnych członków czy do tego kto decydował o jego składzie. Podobna sytuacja była z Goncerzem. Wszyscy widzieli, że jest słabiutki i osłabia zespół tylko nie trener i wasza redakcja, która namiętnie go broniła i wystawiała wysokie oceny za beznadziejne mecze. No i są tego efekty. Stworzono klimat w którym dyspozycja sportowa ma małe znaczenie natomiast zasługi i owszem. Tyle że za zasługi to można dostać miejsce na Powązkach a nie I składzie. Proponuję kontynuować te utrwalone zasady przez Zarząd i redakcje jako piewce sukcesu a efekty będą identyczne. Nie przyjmuj Shellu tego zbyt osobiście bo mimo wszystko doceniam twoją pracę ale zalecam więcej realizmu i obiektywnych ocen a różowe okulary wyrzucić natychmiast do kosza. Dzięki temu w przyszłym sezonie będzie mniej bolało.
Powodzenia
sajmonczan
26 maja 2017 at 13:48
Wg. mnie do tej grupy zawodników na pewno bym zaliczył jeszcze Abramowicza(bramkarza) oraz Czerwińskiego.
Pepik78
26 maja 2017 at 14:45
Shellu odbieram ten wpis jako pewną formę refleksji. Powtórzę to co już wcześniej pisałem, że twój wpis w którym użyłeś wielu niecenzuralnych słów, nie powinien się pojawić. Niezależnie od tego czy był pisany emocjami, czy też po części przemyślany. (Myślę, że nie tylko ja mam takie zdanie). Nawet jeśli po tym meczu większością kibiców targały takie same emocje i wyjąłeś im słowa z ust. Ciężko mi sobie wyobrazić, że któryś z piłkarzy aktualnie „grających” czy przyszłych, będzie chciał zamienić kilka zdań.
Nie bronię w żaden sposób piłkarzy.
Natomiast następnym razem warto ochłonąć, przed kolejnym, podobnym wpisem.
Przede wszystkim to zalecam obiektywizm.
ps Shellu warto zrobić artykuł dlaczego forma nowo kupionych zawodników drastycznie spada i dlaczego przed sezonem gramy sparingi z byle jakimi drużynami? Warto przecież grać z drużynami, która już w sparingu pokażą nam nasze braki i błędy.
@Tomek pamiętam, jaka była napinka w komentarzach przed sezonem. Część osób pisała, że awans się nie uda ale co tam reszta pompowała balon.
ps ciekaw jestem kto teraz zakupi karnet i da się nabrać na tekst z awansem:) No ale zaraz pewnie pojawią się głosy, że zmieniamy trenera i jedziemy dalej. Pytanie tylko brzmi dokąd??
Piotr
26 maja 2017 at 14:57
Panowie szanujmy się nawzajem każdy ma prawo do własnego zdania nie potrzebne są wzajemne nerwy nic to nie da pozdrawiam wszystkich gieksiarzy
Mecza
26 maja 2017 at 15:04
Winny jest tylko i wyłącznie sztab trenerski który nie potrafił zapewnić odpowiedniego poziomu motywacji/wyników na miarę umiejętności piłkarskich. Pisałem już kiedyś że Brzęczek potrzebowałby drużynę z umiejętnościami na 5 miejsce w ektraklasie aby wywalczyć z nimi awans z 1 ligi. Kolejna wina leży po stronie rządzących ale sprowadza się ona głównie do wyboru trenera i dalej już nie były ograniczone pole manewru. Też bym wcześniej nie zwalniał Brzęczka, trzeba już było czekać co się stanie. Jeśli Rumak zostanie trenerem to znowu stracimy kolejny rok lub więcej. Kolejny trener bez historii. Jeśli ma być sabotaż proponuję Ulatowskiego, Kafarskiego, Dzwigałe i im podobnych. Nie możemy eksperymentować. Tu trzeba kogoś w miarę młodego któremu się jeszcze chce i już to kiedyś osiągnął, kogoś podobnego do Brosza.
Tomek
26 maja 2017 at 15:22
Waldek fornalik i zobaczycie ze bedzie to mialo sens
Piotr
26 maja 2017 at 15:23
Może podolinski, mandrysz,
Mecza
26 maja 2017 at 15:27
Podolińskiego wrzuciłbym do tej samej grupy co wymieniłem. Na Fornalika nas pewnie nie stać podobnie jak i Michniewicza, zresztą nie pójdą do 1 ligi (Michniewicz jak już to do Arki jeśli spadną, mieszka w Gdyni i jest kibicem) Mandrysz byłby najlepszy ale podobno ma jeszcze kontrakt przez rok z Sosnowcem.
Lukasz
26 maja 2017 at 16:17
Tomek co Ty wigilię piszesz??? Kto kurwa z Kluczborkiem prowadził 2:0 i przegrał 2:3??? Prezes ?? Co to kurwa panienki w żółto czarnych strojach nie wiedzieli jak grać bo prezes jest nieudolny ?? Dwudziestu kilku piłkarzy – niby niezłych, udana runda jesienna, porażki innych kandydatów, przewalone w sposób mistrzowski wszystkie kluczowe spotkania i na deser: wspomniany wcześniej mecz ze spadkowiczem którego finał – gol z 50 metrów przejdzie do historii … weź Ty się puknij w łeb bo z tymi piłkarzami to jedyne co można wygrać to kasę u buka !!!
grohhh
26 maja 2017 at 16:55
Shellu King!
Brolik
26 maja 2017 at 17:24
Dla mnie GieKSa zawsze na dobre i złe czy wygrywa czy nie. Tak śpiewacie a w tak trudnej chwili się odwracacie. Jak można zauważyć to są jeszcze szamse na awans w meczu z Olimpią i Bytovią. Zagłebie gra ostatni mecz z Tychami a ci graja o zycie wiec moze jescze sie wszystko wydazyc w tej lidze a jak można zauważyć to nikt nie chce awansowac z tej czołówki. To jak pocałunek smierci. Teraz jest stabilizacja a w razie spadku z ekstra to mozna spasc jeszcze dalej jak belchatow i bytom. Ciekawe co zrobią jak uda sie awansowac w tych dwóch kolejkach a tu ani trenera ani zarzadu. Brzeczek nie byl taki zły w poruwnaniu do poprzedników. Zaden dobry trener z Polski TOP nie bedzie trenowac GieKSe wiec nie ma co sie napalac. My kibice za bardzo chcemy tego awansu i wywieramy duzą presje juz którys raz z koleji a to niestety nie pomaga pilkarzom i w najwarznieszych meczech poplątało im nogi jak amatorom niestety. CZY WYGRYWASZ CZY NIE JA I TAK KOCHAM CIE GIEKSA!!!!!
Pepik78
26 maja 2017 at 18:11
@Brolik nikt tu nie pisze, że odwraca się od GieKSy ale trzeba być obiektywnym. Nikt też nie naśmiewa się z nikogo. Faktem jest, że część kibiców widzi „niedociągnięcia” i stara się o tym mówić. Natomiast są kibice, którzy uznają to za bzdety, gdyż patrzą przez różowe okulary. Dla mnie to już ociera się o naiwność. Brolik po twoim wpisie mogę też wywnioskować, że zadowala cie minimalizm. Teraz zastanów się nad swoim wpisem. Pisanie, że kibice wywierają presję w 1 lidze, to śmiech na sali. Tak jakby piłkarze nie wiedzieli po co do nas przychodzą i jakie są cele. Ten sezon pokazał, że był to typowy wyścig żółwi o ekstraklasę. Naprawdę niewiele trzeba było. Przy braku techniki i umiejętności, można było zabiegać przeciwnika ale my w drugiej połowie padaliśmy z nóg. Mówisz o presji? Presja jest wszędzie, gdzie w sport wchodzi duża kasa. Czy ty myślisz, że jak wejdziemy do ekstraklasy to jej nie będzie? Będzie jeszcze większa!
Apeluję do was rozmawiajmy konstruktywnie. Sezon odbija nam się czkawką a przyszły może być gorszy, jeśli tylko UM zmniejszy finansowanie.
Jooo
26 maja 2017 at 18:16
Jak wybiorą smirdziela fornalika to ja buda rzygol
Brolik
26 maja 2017 at 18:59
@Pepik78. Nie jestem minimalistą tylko realistą. Każdy wierzył po rundzie jesiennej że to jest ten sezon na awans. Ale jak napisałeś ta liga w tym sezonie to śmiech na sali i TOTALNY wyścig żółwi. Jak awansowała Wisła Płock to było widać od początku do końca że chcą. A dziś nikt niechce może poza Sandecją która już awansowała. Piłkarze mają u nas ciepłą posadke gdzie kasa na bierząco i po co im awans jak mogą trafić gorzej bo wiedzą że na ekstraklase sa za slabi. Gonzo mógł iść do Jagieloni ale był za słaby i zostal. Pietrzak był naszym motorem a gdzie jest teraz. Zobacz Juźwiaka jak grał. Zaraz było widać ze chłopak ma inne podejście do gry a nie nasi kopacze. Cała Polsak wie że takiej presji jak w Katowicach to nie ma nigdzie w 1 Lidze. Zgadzam sie z Tobą ze piłkarze grając w GieKSie powinni o tym wiedzieć ale widać że sie nienadają. Były zachwyty po jesieni nad Mandryszem a ostatni mecz i kilka innych pokazały ze chłopak moze ma potencał ale mentalnie sie szybko spala i panikuje w kluczowych sytuacjach. Moze do GieKSy nie trzeba dobrego trenera tylko psychologa który ich ogarnie mentalnie do wygrywania pod presją.
bols
26 maja 2017 at 19:55
1,2,3 liga… Przecież to nie ważne dla was jest.Kibice sukcesu,GieKSe ma się w sercu.
wiesiek
26 maja 2017 at 20:20
A ja pizdom nie zamiezam kibicowac. Dali mi liscia w twarz i tego nie wybacze zadnej szmacie ktora w tym meczu byla na boisku. I chuj. Nie zamierzam byc naiwnym zakochanym idiotą który daje drugą szanse. Życze powodzenia ale w nie niewierze
Deutsches_Reich
26 maja 2017 at 21:05
A Wy dalij swoje , pilkarze do rzici , sztab trenerski do rzici , zarzad do wyjebania
a zodyn prosto w ryj niy uwzgledni ze jebany UM mo wyjebane na awans ,
górno cześć tabeli coby oczy zamydlić bo grajków z tymi umiejetnościami momy zicher na awans
ale jak UM mo na to wyjebane to nawet kurwa by Messi z Ronaldo i Ibrom niy dali rady
Yno GKS !!! Pyrsk FC Deutsches Reich
Gregi
26 maja 2017 at 22:18
@Deutsches Reich
I o to w tym wszystkim chodzi. To już nie są teorie spiskowe. Miasto awansu nie chce,bo z kilku baniek musiało by dać kilkadziesiąt w przypadku awansu do Ex. Do tego nowy stadion i kolejne „koszty”. A gdzie inne sekcje GieKSy?? Krupa może dupić fleki o ukaraniu sekcji piłkarskiej.Bo co ma powiedzieć? Cygan zostanie, padnie słowo o „dobrej współpracy”, że się dobrze układała itp. Kozioł ofiarny Brzęczek właściwie sam się spalił na stosie.
Shellu – ja w nagły paraliż umiejętności piłkarskich nie wierzę. Im strzelać poprostu nie kazano. Sezon się kończy, przyjdzie nowy trener, jakieś ciule (sorry) znowu wymyślą hasło „Exteaklasa albo śmierć” lub „Murowany kandydat” i chooy z tego będzie. Dajemy się mamić kilkoma bańkami z magistratu,który na awans wywalone..
Mimo wszystko, jak co roku, wierzę w silną GieKSę i awans. Choć szczerze, w tym kończącym się sezonie na wyniki mam już wywalone.
Kato
27 maja 2017 at 00:10
Ile razy MoM pisać….Nie ma sponsora A Miasto nie stać na ekstraklasa-wynagrodzenia kopaczy,sztabu,zabezpieczenie meczów i brak stadionu.Hokej i Siatka nie pochłaniają tyle kasy co piłka!Z jednej strony Krupa ma rację..wydobyli klub z przepaści,wyszli na prostą nie ma długów i tyle….Ale nie ma sponsora który weźmie przynajmniej 40% kosztow utrzymania Pilki.I pamietajcie nie ma wychowankow I dobrego skauting-story byl na w attach 90tych
CHUCK
27 maja 2017 at 01:17
Shellu dobrze prawi:)
CHUCK
27 maja 2017 at 01:45
Moim zdaniem brakuje nam trenera spoza tzw. „rodziny GieKSy’.Taki np.Czeslaw Michniewicz,lub Skorza zrobili by porządek z tymi naszymi pseudo grajkami.Wiadomo nie stać nas na nich,ale wiecie o co mi chodzi.Brzeczek Jurek za bardzo mizial się z pseudo grajkami,jak zresztą popszedni trenerzy(Rafal Gorak),trzeba bata i tyle.Moim zdaniem Cygan nie był złym prezesem,dalej twierdze i będę tkwil w tym przekonaniu,ze zajebali to piłkarze,ale to wynika z niemocy trenera,Jurek Brzeczek się zagubil,byl kolegom a nie trenerem.Twardej reki trzeba trenerskiej.PS.Pseudo piłkarze mieli raj,eldorado i tak to zajebali,teraz niestety wieksza kasa pojdzie na siate i hokej,niestety dla kibicow pilki nożnej,bo nie zapominajmy o tym ze siatkowka i hokej to tez GIEKSA:)INO GieKSa:)
F.C.D.G.
27 maja 2017 at 08:00
Mleko sie wylało i nie ma co płakać.Czy posiedzimy 11 czy 12 lat w tej zasranej lidze to jest nieistotne tak jak czy twoja dziewczyna ma 17 czy 18 lat.Kochasz ją na ZAWSZE.przezylismy Brzeczka to i Waldemar z C6 nam Nie straszny.Ja ♡ ten Klub a reszta jest mniej ważna.
Johnny
27 maja 2017 at 09:11
Wiecie co mnie w qurwia. Na GieKSe chodzę od lat 90 od meczu z Szombierkami u nas 5-0. szukamy przyczyn teraz. Czy Cygan powinien odejść? TAK, jest kolegą dla zawodników – tak nie może być, to nigdy nie zda egzaminu w żadnej firmię na dłuższą metę. Jak shellu napisał – mleko się rozlało ale na blaszoku się rozlewa już od lat, nie może być tak ze nie mogę gwizdać ze cały młyn mnie uspokoją, trzeba pomagać, trzeba wierzyć ale nie jak nas ewidentnie ładują w chują. Tu jest, była i będzie presje, jak się komuś nie podoba niech w… la do Sparty Dwi Kozy
Tom
27 maja 2017 at 12:11
Piszę tu bardzo rzadko, a gdy pisze to zawsze to samo, czyli:
„Gieksa jest utrzymywana przez UM po to, by mieć wygrane wybory, tak robił Uszok i tak robi Krupa.
Nie twierdzę że oni zakazali awansu- może tak może nie, wiem że ściemniają ze stadionem od 10 lat i nadal tak będzie.
Jesteśmy dla UM czym Radio Maryja dla PiSu, dostarczamy wyborców.
Nie mam zamiaru iść z dziećmi na tą padakę, wolę w okręgówce iść z dziećmi na mecz gdzie widzą po meczu walki zakrwawione ręce i nogi,podbite oko i jak piłkarze wykręcają koszulki z potu.
Widzą charakter, honor i serce – Gieksa tego NIE MA !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Kibol
27 maja 2017 at 14:47
Tak jest tylko bat od trenera i prezesa nauczy szacunku zaangażowania i woli walki A serce do walki się samo z czasem narodzi bo jak oni czują kolesiów z prezesem i trenerem no to niestety nigdy dobrze nie będzie