Dołącz do nas

Piłka nożna

Wyszarpana, piękna jesień – dziękujemy!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

No i to koniec „wielkiej” pierwszoligowej piłki w roku 2016. GieKSa zakończyła rundę jesienną na drugim miejscu z punktem straty do prowadzącej Chojniczanki. To doprawdy znakomity wynik, dający realne nadzieję na skuteczną walkę o awans do ekstraklasy na wiosnę. Dodatkowo jesteśmy mądrzejsi o wydarzenia sprzed trzech lat, kiedy to równie dobrze graliśmy jesienią, a wiosną wszystko się posypało. Można być pewnym, że Jerzy Brzęczek zna historię ekipy Kazimierza Moskala, chociażby z przekazu prezesa Wojciecha Cygana. I miejmy nadzieję, że ta tragiczna historia już się nie powtórzy…

W rundzie jesiennej regularnie porównywaliśmy dorobek drużyny Brzęczka do ekipy Moskala, właśnie z racji imponujących wyników. Raz ten dorobek był minimalnie gorszy, raz minimalnie lepszy, aż w końcu tydzień termu po porażce w Suwałkach był identyczny – po 32 punkty w 18 meczach. Teraz robimy to porównanie po raz ostatni, bo od 19. kolejki zespół Moskala dokonał takiego zjazdu w dół, że wszelkie statystyki będą przemawiać już tylko na korzyść obecnego trenera GieKSy. Co się działo w 19. kolejce trzy lata temu? No właśnie – GKS przegrał pierwszy wiosenny mecz z Sandecją. Potem mieliśmy pamiętne spotkanie z Okocimksim u siebie i ostatecznie na wiosnę wygraliśmy 2 na 16 spotkań. Jeśli obecny mecz z Chrobrym był analogiczny do ówczesnego z Sandecją – to mamy teraz na koncie 3 punkty więcej i już jesteśmy w lepszej pozycji wyjściowej na wiosnę niż w sezonie 2013/14.

Oczywiście wówczas różnica była taka, że mecz 19. kolejki odbył się po przerwie zimowej, a teraz – przed. To zupełnie zmienia postać rzeczy. Wówczas w zimę zawodnicy zdążyli „zdziadzieć” i kto wie – być może podjąć pewne decyzje, które spowodowały, że wiosna wyglądała tak, a nie inaczej. Na szczęście tych zawodników już w GieKSie nie ma i chyba taka ekipa leserów już się długo nie powtórzy. Daj Panie Boże…

Dobrze, że ta runda się już zakończyła. Wielkie słowa uznania należą się drużynie za całą jesień, jak i wczorajszy mecz. Praktycznie nie mieliśmy spektakularnych spotkań, wysokich wygranych, ale bardzo często udawało się to jednobramkowe prowadzenie utrzymać do końca. To duża sztuka, zwłaszcza jeśli rywal rusza szturmem do przodu i z całych sił próbuje wyrównać. Nasi zawodnicy to przetrwali, a wczoraj wyszli z jeszcze większych opresji – nie poddali się po utracie bramki, tylko ze zdwojoną siłą ruszyli do przodu i wyrwali wygraną rywalowi z gardła. To napawa dużym optymizmem, cechy wolicjonalne są jak należy i trzeba je utrzymać, a wręcz wzmocnić na wiosnę.

Dobrze, że runda się kończy z innego powodu. Mimo wysokiej pozycji w tabeli, mimo wczorajszej wygranej pod koniec roku pojawiła się zadyszka. Trener Jerzy Brzęczek chcąc utrzymać morale mówi, że mecze w Bytowie i Suwałkach były dobre, ale brakowało szczęścia. W rzeczywistości w Bytowie piłkarsko było mega słabo w ofensywie, a w Suwałkach – w defensywie. To spowodowało, że tracąc jednego gola z Bytovią nie potrafiliśmy odpowiedzieć, a z Wigrami straciliśmy trzy bramki i też ciężko było myśleć o korzystnym rezultacie. Tym bardziej, jeśli – powtórzmy to – GKS w ŻADNYM z 19 meczów nie strzelił więcej niż 2 goli!

Spotkanie z Chrobrym też nie było wybitne. Walka, agresja – to było na wysokim poziomie. Czysto piłkarsko? Pozostawiało to wiele do życzenia. Umówmy się – gdyby nie fantastyczna postawa w bramce Mateusza Abramowicza, to tych trzech punktów by nie było. W ostatnich meczach zaczęła szwankować obrona, z Chrobrym nie zagrał Mateusz Kamiński. Niestety wczorajsza gra Olivera Prażnovskyego była raczej negatywnym ukoronowaniem jego rundy. Generalnie cudem jest, że z tak elektryczną grą Słowaka w całej rundzie straciliśmy tak mało goli. Pamiętamy jego „jeden kiks na mecz”, który doprowadzał do sytuacji sam na sam, a trenera do wściekłości. W Legnicy w samej końcówce mogliśmy stracić przez to punkt, no i Oli powędrował wkrótce na ławkę. Wczoraj grał na stoperze nie po swojej stronie, ale tyloma błędami, które popełnił – można by obdzielić kilka spotkań. Trzeba sobie to jasno powiedzieć – z tak nerwowym stoperem nie powtórzymy już tak dobrej defensywnie rundy. Oli musi się wziąć za siebie. To że potrafi grać w piłkę – to wiemy. Po przyjściu do GieKSy rok temu był profesorem na boisku i najlepszym zawodnikiem. Z marszu stał się liderem drużyny. Czas wrócić do tej formy.

GKS grał w tej rundzie wiele meczów na styk i nie można powiedzieć, że w większości meczów był dużo lepszym zespołem od przeciwnika. W zasadzie na palcach jednej ręki można wymienić spotkania, w których dominowaliśmy i wygrana nie była zagrożona. Takimi meczami były spotkania z Chrobrym w Głogowie, Zniczem, Podbeskidziem, Kluczborkiem. We wszystkich pozostałych – mimo że często wygranych – te zwycięstwa były, ale przy braku szczęścia mogłoby ich nie być. Wygrane po 1:0 u siebie ze Stalą czy Pogonią, w tym pierwszym meczu po przerwie przestaliśmy grać w piłkę, w tym drugim długo czekaliśmy na gola. Z Wisłą Puławy trzeba było odrabiać straty, a i tak w ostatniej akcji meczu mogliśmy stracić wygraną. Z Sandecją – dużo okazji bramkowych rywali i świetna gra bramkarza. Z Olimpią również minimalne zwycięstwo.

Nie piszemy tego, żeby dewaluować wygrane GieKSy – broń Boże. Cieszymy się z każdych trzech punktów, doceniamy walkę, dobrą grę obrony, a przy remisach to – że udawało nam się wychodzić z opresji – przegrywając z Górnikiem czy zwłaszcza Miedzią dwiema bramkami. Chcemy tylko pokazać, że z tej rundy wyciągnęliśmy maksimum jeśli chodzi o poziom gry. Naprawdę z taką ofensywą i ilością strzelonych bramek bliską jednemu golowi na mecz – to naprawdę piękne, że taka ilość punktów została zdobyta. Ale druga taka runda już się nie powtórzy. Tylu meczów na zero z tyłu też już nie zagramy. Rywale co jakiś czas strzelą nam jednego lub dwa gole i pojawia się pytanie – i co wtedy?

No właśnie. Bez solidnych wzmocnień ofensywy daleko nie zajedziemy, a przynajmniej nie zajedziemy tak daleko, jak teraz. GKS gra konsekwentnie atakiem pozycyjnym, ale nie stwarzamy sobie zbyt wielu sytuacji, a dodatkowo rywale w wielu meczach próbują nas skontrować. My musimy mieć taką siłę ofensywną, żeby w końcu grać z teoretycznie słabszymi przeciwnikami na zasadzie zamknięcia ich na swojej połowie, strzelić dwie bramki do przerwy i do widzenia. Tak potrafiliśmy zrobić tylko ze Zniczem. Cała reszta meczów to mozolny atak pozycyjny i brak skuteczności, ostatniego podania itd. Jedynie na Podbeskidziu sobie pograliśmy z kontry.

To co pozytywne i to chyba najbardziej, to uporządkowanie środka pola. Bartłomiej Kalinkowski z Łukaszem Zejdlerem zaryglowali tę strefę boiska i to w dużej mierze dzięki ich poczynaniom rywale nie mogli rozwinąć skrzydeł. Tak naprawdę to chyba ten aspekt był kluczem do osiągania dobrych wyników. Od kilku sezonów mieliśmy duże problemy z defensywnymi pomocnikami, którzy nie dawali pożądanej jakości. Teraz w końcu ich mamy – i bardzo dobrze.

Gorzej z kreowaniem akcji ofensywnych – zarówno ze środka, jak i skrzydeł. Skrzydłowych w tej rundzie praktycznie nie mieliśmy na stałe. Wydawało się, że duet Mandrysz – Prokić na dłużej zagości w podstawowej jedenastce, ale tak naprawdę to obaj boczni obrońcy zrobili więcej niż pomocnicy (choć Dawid Abramowicz przy stałych fragmentach – jako dorzucający auty i strzelec). Szybko okazało się, że zarówno Paweł, jak i Andreja nie dają drużynie tyle, ile by mogli. Paweł na początku grał bardzo słabo, choć rozkręcał się z kolejki na kolejkę i akurat co do niego mamy dużą wiarę, bo potencjał chłopak ma ogromny i jesteśmy pewni, że na wiosnę będzie brylował – no i te swoje bramki mimo wszystko strzelił. Gorzej z Andreją, który jest szybki, ale jak na razie nie pokazał nic ponadto. Dodatkowo miał naprawdę sporo sytuacji bramkowych w tej rundzie i wszystkie klasycznie zmaścił. Niektórzy mówią o fatum ze sparingu z Podbeskidziem, kiedy nie trafił do pustej bramki. Coś w tym jest. Faktem jest, że zawodnik kompletnie nie dał nic drużynie, zmiany na które wchodził nie pomagały. Trochę, ale niewiele, pograli w tej rundzie Paweł Szołtys i Krzysztof Wołkowicz. To nie są zawodnicy na walkę o awans.

Problem jest z napastnikami. Mikołaj Lebedyński strzelił jedną – mało ważną bramkę w Suwałkach, ale ponadto nie miał w przekroju rundy zbyt wielu sytuacji. W zasadzie trudno sobie przypomnieć jakieś znakomite okazje z jego udziałem. W ostatnich meczach popróbował głową, ale zawsze niecelnie. To, z czego go zapamiętamy z jesieni to kilka bardzo dobrych piłkarskich zachowań, jak zastawienie się i dogranie do partnera na czystą pozycję. To zaczął już od debiutu w meczu z Bielskiem. Ale to ciągle za mało i za rzadko. Nie ma goli, nie ma asyst, nie ma zbyt wielu otwierających podań, a na dodatek zawodnik jest często gdzieś tam w cieniu schowany. Wydawało się, że jest to idealny transfer i problem z bramkami się rozwiąże. Na razie tak nie było.

No i Grzegorz Goncerz, Gonzo, kapitan. To już nie jest niestety ta jakość. Wygląda na to, że o strzeleckich popisach zawodnika można zapomnieć. Po wielu meczach bez gola w końcu trafił do siatki w meczu ze Zniczem, zaliczył swojego 50. gola w GKS i na chwilę worek z golami się rozwiązał. Z Wisłą Puławy, Miedzią i Stalą trafiał w trzech spotkaniach z rzędu, ale na tym się skończyło. Miał trochę sytuacji w tej rundzie, ale mimo to piłka nie potrafiła znaleźć drogi do siatki. Dodatkowo pojawiała się niepewność w grze, czasem nonszalanckie zagrania, no i te nieszczęsne rzuty karne. Grzegorz mentalnie jest bardzo ważnym zawodnikiem w zespole, ale piłkarsko trener miał zgryz – musiał wystawiać kapitana, ale też tym samym traciliśmy kreatywnego Foszmańczyka, który nie mógł grać w środku, a na skrzydle. To też osłabiało jakość ofensywną zespołu.

Wiele pracy przed trenerem Brzęczkiem i Dariuszem Motałą. Po pierwsze trzeba zastanowić się nad grą defensywną zespołu, bo była ona kapitalna, ale tylko, gdy wszyscy mogli grać. Wczoraj wypadł Kamiński, w Suwałkach już kompletnie nastąpiła rewolucja w składzie i efektem tego były tracone bramki i groźne sytuacje. Trzeba więc i w tym kontekście pomyśleć o ławce. Natomiast na już trzeba pracować nad ofensywą. Potrzebujemy pomocników na bok boiska i napastników. Takich, którzy od ręki zaczną kreować sytuacje i strzelać gole. Jeśli nasza ofensywa będzie wyglądać tak, jak w tej rundzie – ciężko będzie awansować.

Ogólnie jednak dla całej drużyny, jak i sztabu szkoleniowego należą się za tę rundę olbrzymie brawa. Wytrzymali ciśnienie, wytrzymali nie najlepszy początek sezonu. Jeszcze pierwsze trzy kolejki nie napawały optymizmem, ale spotkanie w Olsztynie w czwartej to był ten sygnał, że GKS gra dobrze, że ma potencjał, że może coś w tej lidze osiągnąć. I potem raz z lepszą, raz z gorszą grą, ale udawało się te mecze wygrywać. Na ten moment mamy na koncie najwięcej zwycięstw w lidze. Porażki na koniec się zdarzyły – ale pal licho, jest i tak bardzo dobrze. Sporo w tym artykule wypisaliśmy mankamentów, ale tak naprawdę widać, że wszystko idzie w dobrym kierunku – piłkarze grają z sercem, kibice dopingują, sztab reaguje. Jest to optymistyczne, bo po raz pierwszy od wielu lat mamy naprawdę sensowną drużynę. Nie jest to ekipa wirtuozów, wielkich indywidualności, ale solidny team, mogący walczyć o najwyższe cele w tej lidze. A piłkarze dają nam tę radość i nadzieję, że w końcu po 12 latach na nowo zagościmy w ekstraklasie. Trzymamy kciuki!

1 Komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

1 Komentarz

  1. Avatar photo

    maniek hool

    28 listopada 2016 at 08:52

    Dziękujemy trenerowi i piłkarzom! 2. miejsce to ogromny sukces! Obyśmy na wiosnę grali co najmniej tak dobrze jak jesienią, a marzenia o ekstraklasie staną się realne 🙂

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna Wywiady

Jędrych: Stempel mocnej wiary

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wygranym meczu z Termalicą porozmawialiśmy z kapitanem GieKSy Arkadiuszem Jędrychem, który podkreślił znaczenie procesu i stabilności w klubie dla osiągania sukcesów, a także docenił doping ponad 13 tysięcy fanów.

Wszystko w porządku po tych dwóch sytuacjach?
Arkadiusz Jędrych: Tak. Trochę mi gdzieś wygięło nogę, później dostałem w brzuch, ale na gorąco myślę, że tak. Wiadomo, adrenalina jeszcze musi opaść i wtedy zobaczymy. Na tę chwilę wszystko jest okej i mam nadzieję, że jutro i pojutrze także wszystko będzie dobrze.

Po takich szalonych spotkaniach chyba już możecie powiedzieć, że pojawiają się myśli o europejskich pucharach?
Wiadomo, mając na koncie 47 punktów, czemu mamy nie marzyć? Tak to na razie zostawię.

Eman Marković dzisiaj dwukrotnie przekroczył prędkość przy tych trafieniach.
Jesteśmy świadomi, że Eman w miarę upływu sezonu czuje się coraz lepiej. Zresztą chyba nie tylko my, ale wszyscy, którzy chodzą i oglądają te mecze widzą, że w Emanie drzemią naprawdę ogromne możliwości. Pokusiłbym się wręcz o to, że on jeszcze swoich maksymalnych umiejętności nie pokazał. Zostały nam trzy mecze i życzmy sobie, żeby tymi swoimi wartościami nas jeszcze pozytywnie zaskoczył.

Przyszedłeś do GieKSy w trudnym momencie, wtedy zaraz spadek i druga liga, a niedługo mogą być puchary. Dla ciebie to też długa droga?
Nie da się ukryć, że moja droga w GKS-ie była dosyć kręta. Na chwilę obecną powtarzam, że ja mam takie podejście do tego wszystkiego: to, co się teraz dzieje wokół GieKSy to stempel mocnej wiary w to wszystko, w ten proces w którym tkwimy. Mamy nadzieję, że ten proces dalej będzie się napędzał, rozwijał i wszyscy ludzie wokół GKS-u będą tak ukierunkowani na Klub, na pomaganie, tak jak widzieliśmy dzisiaj na trybunach. Nie idzie o tym nie wspomnieć, jak stanęliśmy sobie chwilę przed meczem, to te trybuny powodują ciarki na całym ciele. Dwunasty zawodnik miał wpływ na to, że wygraliśmy dziś tak okazale.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna Wywiady

Wasielewski: Tutaj się odnalazłem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Po wysokiej wygranej z Termalicą porozmawialiśmy z Marcinem Wasielewskim, reprezentującym w przeszłości barwy Termalici oraz z Mateuszem Kowalczykiem, wracającym na boisko po kontuzji.

Długo zastanawiałeś się nad przedłużeniem kontraktu?
Marcin Wasielewski: Zależy od punktu widzenia. Fajnie, że się po prostu dogadaliśmy i przedłużyłem kontrakt. Jest mi tutaj dobrze, świetnie się czuję. Fajnie, że będzie więcej o dwa lata.

Po twojej przygodzie z Termalicą dziennikarze mówili, że niekoniecznie się sprawdziłeś, a…
Nie lubię mówić o przeszłości. Są to pewne rzeczy, których wiele osób nie rozumie i nie wie. Tutaj się po prostu odnalazłem, dostałem większą szansę. Byłem w stanie pokazać na co mnie stać i myślę, że teraz nieźle to wygląda.

Teraz wiele osób ocenia cię jako najlepszego wahadłowego ligi.
Czy najlepszy? Znam swoją wartość, każdym meczem próbuję robić swoje i nie odpuszczać. Przede wszystkim nie mieć żadnych pretensji do siebie, robić wszystko, co w mojej mocy. Jeżeli to tak fajnie wygląda, to się cieszę. Mam nadzieję, że będę to powielał w każdym kolejnym występie.

Fassbender już pewnie widział tę piłkę w siatce, a ty wyskoczyłeś mu zza pleców i wybiłeś za linię końcową.
Taktyka jest na początku trudna do zrozumienia, ale po okresie wdrożenia to są już automatyzmy. Robi się to automatycznie, intuicyjnie, nie zastanawia się nad tym. Po prostu to wychodzi – jeśli gra się ciągle tym systemem, to jest znacznie łatwiej. Mnie on odpowiada, bo mogę pokazać w całej krasie moje umiejętności, w grze do przodu i z tyłu.

Wybiegasz już myślami w europejskie puchary?
Przede wszystkim następny mecz. Piast Gliwice – to jest najważniejsze. Żadne puchary i myślenie gdzieś w przód. Najważniejszy jest zawsze następny rywal.


Pierwsza bramka w tym sezonie, od razu po powrocie po kontuzji.

Mateusz Kowalczyk: Dokładnie. Nie ukrywam, że siedziało mi gdzieś w głowie to, że nie strzeliłem, ale w końcu się udało. Wygraliśmy wysoko, chociaż wydaje mi się, że mecz nie porywał piłkarsko zarówno w moim wykonaniu, jak i drużyny. Cieszę się, że ta bramka przyszła, lekka ulga.

Jaki był plan na ten mecz?

Chcieliśmy zagrać swoje i strzelić jak najszybciej bramkę i cieszy, że to się udało w pierwszej połowie. Termalica naprawdę wyglądała dobrze piłkarsko, ale mieliśmy gdzieś łatwość z dochodzeniem do sytuacji, to był klucz.

Jaki był przekaz w szatni po tym, jak straciliście bramkę, która mogła dać wiatru w żagle rywalowi?

To nie było potrzebne. W szatni sobie powiedzieliśmy, że musimy zacząć lepiej grać w piłkę i więcej się przy niej utrzymywać, bo w pierwszej połowie za szybko się jej pozbywaliśmy, to nie było potrzebne.

Długo byłeś poza grą, jak czułeś się dziś na boisku?

Pogoda nie pomagała. W 60-70. minucie odczuwałem ten mecz, ale miałem dużo ćwiczeń dodatkowych, biegania. Też trenuję z drużyną ostatnie 1,5 tygodnia, fizycznie jest coraz lepiej. Te ostatnie trzy mecze będą jeszcze lepsze fizycznie.

Od początku był taki plan, że grasz te 60-70 minut?

Nie mam pojęcia *śmiech*. Trenera trzeba spytać.

Jesteśmy na trzecim miejscu, chyba możemy o tym mówić głośno, że w tym momencie, na tym etapie sezonu, europejskie puchary to jest cel GKS-u Katowice.

Patrzymy w górę. Teraz wygraliśmy ważne mecz z Termalicą, za tydzień jedziemy na Piasta. Ta liga jest taka, że nie można nic zlekceważyć. Jedna porażka może cię zepchnąć w dół, a jedna wygrana wywindować do góry. Musimy być skupieni na kolejnym zadaniu.

Dzisiaj fantastyczna atmosfera na Arenie Katowice, czuliście to na boisku?

Super było. Mimo tego, że gramy o 12 w niedzielę, to kibice dali radę. To niesie się, doping po każdym wślizgu czy udanym zagraniu pomaga zawodnikowi na boisku.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Rafał Strączek: To duża sprawa

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed spotkaniem z Jagiellonią Białystok miała miejsce konferencja, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz bramkarz Rafał Strączek.

Michał Kajzerek: Witam wszystkich bardzo serdecznie na konferencji przed meczem 33. kolejki z Jagiellonią Białystok. Wszystkie bilety sprzedane, dlatego apelujemy o przekazanie/odsprzedanie biletów przez kibiców nie mogących przyjść na mecz, aby jak najwięcej pojawiło się nas na arenie.

Czego trener się spodziewa pod kątem tego meczu? O wielką rzecz walczą także piłkarki.
Rafał Górak:
Kobiety mają pierwszeństwo, więc zacznijmy od nich. Trzymamy kciuki, liczymy na następne trofea i medale w gablocie. Piękna sprawa, fajnie, że udało się to przenieść bliżej. Trzymamy kciuki bardzo mocno. My mamy swoje sprawy do załatwienia, musimy się koncentrować na spotkaniu z Jagiellonią – godzinę przed finałem mamy trening. My z racji tego, gdzie jesteśmy w tabeli, po prostu musimy być jak najlepiej przygotowani do rywala trudnego, wymagającego. Mieliśmy okazję się już spotkać w tym roku, graliśmy bardzo dobrze momentami. Jeśli zagramy tak przez cały mecz, zawiesimy poprzeczkę bardzo wysoko.

Zostałeś nominowany do nagrody dla najlepszego bramkarza sezonu.
Rafał Strączek:
To duża sprawa, jest to dla mnie ogromne wydarzenie. Cieszę się, że ta praca została doceniona.

Wczoraj Jagiellonia grała w rytmie niejako europejskich pucharów.
Rafał Górak:
Drużyna grająca w środę nie czuje żadnego zmęczenia, jest wystarczająco czasu do niedzieli na regenerację. Dla Jagiellonii wypadł bardzo ważny zawodnik, doświadczony. Trener Siemieniec ma w kim jednak wybierać.

Raków nie wykorzystał sytuacji, ale stłamsił Jagiellonię.
Było widać duży napór Rakowa, brakowało bramki. To też świadczy o jakimś braku. Jagiellonia wygrała zasłużenie, nie ma co dyskutować.

Mówicie o szansie na awans do pucharów?
Rafał Strączek:
Mamy świadomość tego, że zostały dwa mecze i jakie miejsce zajmujemy. Ta liga jest mega szalona, różnice między miejscami są bardzo małe. Patrzymy w górę i robimy wszystko, by zająć jak najwyższe miejsce.

Była obawa po powrocie?
Trzy mecze, bark mi doskwierał. W miarę szybko to wyleczyłem i dałem znać trenerowi, że dobrze się czuję.

Spodziewaliście się, że tak blisko będzie do podium?
Nikt o takich rzeczach nawet w Katowicach nie myślał. Tym bardziej się cieszymy z takiej okazji, spinamy się wszyscy w szatni, motywujemy. Musimy poświęcić całych siebie, by osiągnąć jak najlepszy wynik.

W Gliwicach nie grał Klemenz.
Rafał Górak:
Lukas dzisiaj zaczyna proces treningowy, będziemy się zastanawiać, czy wróci w niedzielę. Pozostali zawodnicy, poza Paluszkiem i Trepką, są do mojej dyspozycji.

Jak oglądasz takie mecze z nadchodzącym rywalem?
Rafał Strączek:
Podchodzę trochę zawodowo, trochę jednak na spokojnie. Staram się patrzeć na zachowania zawodników, poruszanie systemowe. Fajnie, że grali wczoraj, można się przypatrzeć i wyciągnąć więcej wniosków.

Jest presja na zwycięstwo?
Rafał Górak:
To nie presja, że chcemy wygrać. Chcemy podjąć rywalizację sportową. Od kilkunastu dni nie ma biletów, to daje do myślenia. Wczoraj z zawodnikami i zawodniczkami mieliśmy wielką imprezę, radosne dzieci, kobiety i mężczyźni. To jest wyzwanie, żeby tym ludziom zrobić fajny dzień. Po tym ile otrzymaliśmy od nich miłych słów… Zawodnicy byli pod wrażeniem. Ludzie kupują koszulki z ich nazwiskami, potem jeszcze chcą ich autograf. Dawno tego nie było, to niesamowite.

Odczuwacie mentalne zmęczenie na finiszu sezonu?
Nie będziemy się porównywać ze słowami piłkarzy Jagiellonii, oni mają swoje problemy. My w ogóle nie jesteśmy zmęczeni, na pewno każdy w jakiś sposób o wakacjach marzy. Zawodnicy się realizują, doskonale zdają sobie sprawę, że teraz czas świetnej, ciężkiej roboty.

Motywować drużyny nie trzeba, a trzeba im mówić, by cieszyli się grą?
Jest pula do zdobycia. Sześć punktów załatwi nam wszystko – będziemy grać w europejskich pucharach, taka jest prawda. Nie ma co kalkulować, przemotywowywać. Oni wypracowali to miejsce, wielu z nich nigdy tam nie grało. Dzisiaj mogą w nich zagrać, nie ma mowy o wakacjach, o zmęczeniu. Nie wolno się też presować, trzeba się radować. Musimy wykonywać nasze zadania taktyczne, pokazać momenty i błyski – wtedy będzie mnóstwo zabawy.

Jest pomysł na wymóg Polaków w kadrze, jak pan na to patrzy?
Wszystko, co związane z limitami, zaczyna mi się to robić niezgodne z tym, jak lubię żyć. To jakbym kazał dzieciom uczyć się polskiego, mówić po angielsku, a przy śniadaniu po francusku. To w klubie powinniśmy brać odpowiedzialność za to, jak one wyglądają. Ja swoją ideę mam i wiem, od jakich piłkarzy zyskujemy najwięcej. Wiem, co dają nasi piłkarze, chcę, by szatnia mówiła w języku polskim. Ja sam się uczę języka angielskiego, mam deficyty, ale jesteśmy u siebie.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga