Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Post scriptum do meczu z Widzewem

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Mecz z Widzewem za nami. Teraz czeka nas tydzień przerwy, okraszonej emocjami związanymi z kadrą narodową. Polska zagra z Litwą i Maltą, więc będzie się działo. Matthew Guillaumier w meczu swojej Stali z GKS co prawda nie zagrał z powodu żółtych kartek, ale pewnie wystąpi w reprezentacji Malty na Narodowym i będzie mógł się zaprezentować szerzej polskiej publiczności.

1. W tej rundzie mamy wyjazdy dalekie i średnie. No – może jeden bliski, ale on już za nami, czyli zwycięska delegacja w Częstochowie. Potem byliśmy w Lublinie i Białymstoku, więc Łódź jawiła nam się jako stosunkowo niedaleka wyprawa.

2. W związku z tym z Katowic wyjechaliśmy o szesnastej. W składzie trzyosobowym – ja, Patryk, Magda – gdyż Widzew nie przyznał nam większej liczby akredytacji. Wnioskowaliśmy o pięć, niestety dwie odrzucono, a napisanie maila do łódzkiego rzecznika niewiele dało.

3. Choć trzy akredytacje są pewnym wystarczającym minimum i rozumiemy ilościowe ograniczenia, mieliśmy na ten temat sporo dyskusji. Gdy obserwujemy bowiem to, co się dzieje na stadionach w całej Polsce – zawsze widzimy osoby, które są na prasówkach czy mają kamizelki foto i nie robią kompletnie nic. Totalna fikcja i po prostu darmowy bilet na mecz. I w tym momencie można zadać sobie pytanie o sposób przydzielania akredytacji, bo wygląda to na fikcję.

4. Redaktorzy GieKSa.pl niezależnie od tego ile ich dostaną, zawsze pracują na meczu. Nie przypominam sobie sytuacji, żeby taka wejściówka nie została wykorzystana do stworzenia jakiegoś materiału. Dlatego jeśli mamy trzy akredytacje foto, na stronie pojawiają się trzy galerie z meczu.

5. Droga do Łodzi przebiegła bezproblemowo. Po drodze mieliśmy jeszcze postój na kurczaki, a pod stadionem Widzewa byliśmy ponad półtorej godziny przed meczem. W trakcie jazdy na komórce oczywiście leciała ekstraklasa – druga połowa meczu Stali ze Śląskiem, a potem pierwsza Górnika z Motorem.

6. Wyjątkowo późno są w Sercu Łodzi wydawane akredytacje i jak sobie przypominam – podobnie było w poprzednich latach, kiedy graliśmy na tym obiekcie. I gdy zajrzałem sobie do post scriptum z meczu z drugiej ligi – nastąpiła w związku z tym bardzo podobna sytuacja. Otóż przyjechał autokar GieKSy. Dzięki temu mogliśmy zrobić kilka zdjęć piłkarzom, którzy wchodzą na stadion Widzewa.

7. Po odebraniu akredytacji udaliśmy się do Media Roomu, by napić się herbaty i kawy. W pokoju była cała ekipa Canal Plus, komentujący ten mecz Adam Marchliński i Michał Żewłakow oraz reporterka Pola Lis.

8. Z Michałem Żewłakowem trochę pogadaliśmy o nowym stadionie, padły pewne żarty dotyczące słynnych pierwszych rzędów, z których jest świetny widok na zadaszenie ławki rezerwowych. Nie będziemy tych dowcipów przytaczać 😉 No może jeden – że są to miejsca dla osób, które narzekają na poziom piłkarski, ale chcą być na meczu i chłonąć atmosferę 😉

9. Pan, który rozdawał składy, moje słowa „możemy dostać?” zinterpretował jako „dzień dobry”. Więc grzecznie odpowiedział „dzień dobry”. A nam chodziło o składy.

10. Wkrótce skierowaliśmy się na trybuny. Jedna z pań zupełnie źle nas skierowała, przez co wylądowaliśmy na… murawie stadionu, w okolicach narożnika. Wyproszono nas i powiedziano, gdzie mamy się kierować.

11. Windą dojechaliśmy na trzecie piętro i korytarzami kierowaliśmy się do sektora prasowego. Mijaliśmy m.in. salkę Franciszka Smudy i… Artura Wichniarka. O ile takie uhonorowanie Franza jest całkowicie zrozumiałe, to z całym szacunkiem, czemu akurat Wichniar (którego bardzo lubię) w ten sposób ma zaznaczone swoje miejsce – jest dla mnie zagadką. W obliczu całej masy legend łódzkiego klubu.

12. Na Widzewie byłem po raz szósty, z czego trzeci na nowym stadionie. Odwiedziłem więc go zarówno w drugiej i pierwszej lidze, jak i teraz w ekstraklasie. To naprawdę ewenement, że w tak krótkim czasie obie ekipy mierzyły się na trzech poziomach rozgrywkowych.

13. Nie mam szczęścia do tego Widzewa. Wcześniejsze pięć spotkań to dwa remisy i trzy porażki. W jednym z meczów na przykład bramkę strzelił Łukasz Masłowski, obecnie renomowany dyrektor sportowy Jagiellonii. To wtedy sędzia po bramce gwizdnął na rozpoczęcie od środka boiska, ale piłkarze GKS nie zaczęli, bo nie było piłki – wyszło bardzo zabawnie.

14. GieKSa zamykała stary stadion Widzewa. Piłkarsko zespół był w rozsypce i dostawał u siebie baty od każdego. Ale katowiczanie przerwali Widzewowi tę passę i po bardzo słabym meczu zremisowali 1:1. Za to na nowym obiekcie w drugiej lidze również było 1:1, ale odbiór tego spotkania był zgoła inny, bo był to mecz na szczycie tamtego sezonu.

15. Dużo lepiej mi się wiodło na stadionie ŁKS – czy to starym czy nowym. Tam byłem cztery razy i trzykrotnie triumfowała GieKSa. Na ŁKS w ekstraklasie chyba jednak sobie jeszcze trochę poczekamy.

16. Swoją pierwszą bramkę w GKS Katowice Oskar Repka strzelił właśnie na stadionie Widzewa – w przegranym w 2021 roku meczu pierwszej ligi 1:3. Teraz miał okazję po raz kolejny wystąpić na tym obiekcie.

17. Dotarliśmy na sektor prasowy. Trochę inaczej to zapamiętałem, na poprzednich meczach byłem zachwycony. Potem chyba po prostu na niektórych obiektach było lepiej. Oczywiście są szerokie blaty i super można sobie wszystko położyć na stoliku. Dodatkowo na tych blatach są gniazdka i dzięki temu nie trzeba się schylać. Trochę siły tylko trzeba włożyć, by… włożyć wtyczkę. Więc wszystko okej. Jedynie przejście jakieś wąskie i nawiązując do tych wcześniejszych fikcyjnych dziennikarzy – właśnie m.in. oni zastawiali te przejście i trzeba było się przepychać.

18. Widoczność z prasówki jest doskonała. Naprawdę w porównaniu do dawnych stadionów, w niższych ligach, warunki do pracy są bardzo komfortowe. Dlatego praca na Widzewie jest przyjemnością.

19. Serce Łodzi wypełnione kibicami prezentuje się imponująco. Duży nacisk na barwy klubowe, dlatego stadion był (prawie) cały czerwony. To daje naprawdę niesamowity efekt, a widowiska są kapitalne nie tylko na boisku, ale także na trybunach.

20. Kibice GieKSy w bardzo dobrej liczbie (komplecie) wypełnili sektor gości. Akustyka tego sektora jest naprawdę kapitalna, niespotykana na żadnym innym stadionie – było naprawdę czysto słychać przyśpiewki GieKSy i to „ci” w jednej z nich wybrzmiewało naprawdę doskonale.

21. Na wyjście piłkarzy Widzewa tradycyjnie odegrany był „Taniec Eleny” z filmu „Bandyta” z Tilem Schweigerem w roli głównej. Jeśli ktoś nie oglądał to polecam, bo dzieło to jest naprawdę klimatyczne i z kapitalną muzyką Michała Lorenca.

22. Mecz był wyrównany, ale z momentami przewagą GKS. Katowiczanie nie potrafili wykorzystać swoich sytuacji, a sami dali się raz ukłuć przy czym „dali się” pasuje tutaj bardzo dobrze, bo na trzy sposoby można było tej bramki uniknąć. Ale cóż, piłka to gra błędów.

23. Wiadomo, że kibice obu klubów nie przepadają za sobą, ale poza kilkoma przyśpiewkami podgrzewającymi atmosferę, na stadionie panowała kultura i spokój. Atmosfera piłkarskiego święta. Można by rzec, że aż za piknikowo było. Ale ogólnie atmosfera ta była bardzo dobra, obie ekipy głośno dopingowały, niestety to gospodarze cieszyli się ze zwycięstwa.

24. Po meczu udaliśmy się na sale konferencyjną. Nieoczekiwanie konferencja prasowa rozpoczęła się rekordowo szybko, patrząc na mecze w ekstraklasie.

25. Prowadzący konferencję powitał wszystkich obecny, także Nestora łódzkiego dziennikarstwa Bogusława Kukucia, który zmarł w październiku zeszłego roku. Nawet jedni z niezorientowanych dziennikarzy na to zdanie „Nestor jest z nami”, zapytali „gdzie”. Prowadzący odpowiedział „w naszych sercach”. Takie są fakty.

26. Podczas konferencji trenera Góraka doszło to iście kuriozalnej sytuacji. Oto dziennikarz Piotr Baleja z Łódź.pl zadał pytanie trenerowi o „piasek w trybach”. Palnął jednak przy tym dość mocną gafę. Dialog wyglądał tak:

PB: Tak sobie zerknąłem i nie najlepiej wygląda ten początek roku w waszym wykonaniu. Tylko jedno zwycięstwo jak na razie. Coś się zacięło? Bo ten GKS był dobrze naoliwioną maszyną, jeżeli chodzi o to jesienne granie. Tutaj wydaje mi się, że coś, gdzieś, jakiś piasek w trybach się pojawił.

RG: Jak pan to tam zauważył, że jedno zwycięstwo? Gdzie pan to tam wyczytał?

PB: No patrzę, tutaj mamy zwycięstwo GKS Katowice z…

RG: Na wiosnę niech pan patrzy.

PB: Tak, mówię o… mówię o… yyy, tak tej rundzie wiosennej.

RG: No i co panu wychodzi, jedno zwycięstwo?

PB: No tak tutaj jest.

RG: Ja nie wiem, co jest. Tylko wie pan, należy być chyba bardzo dobrze przygotowanym do pytań, jak się je zadaje.

PB: Chodzi mi o dwudziesty piąty rok.

RG: O dwudziesty piąty rok? Mhm. Dobrze.

27. Z jednej strony trochę szkoda, że trener przerwał ten żenujący dialog, z drugiej widać było, że mocno powściągnął swoją irytację. W dalszej części swojej wypowiedzi wymienił pozostałe zwycięstwa GKS w „dwudziestym piątym roku”.

28. Jakkolwiek trenerzy nieraz na konferencjach mają pretensję nie wiadomo, o co, że dany dziennikarz zadał takie czy inne pytanie, to tutaj postawa pana dziennikarza była naprawdę kuriozalna. Nie dał sobie przetłumaczyć, że GieKSa wygrała więcej niż raz. Bo „tak tutaj jest” – mówił. Swoją drogą ciekawe jest, co to było za źródło.

29. Potem wypowiedział się trener Patryk Czubak, dotychczasowy szkoleniowiec Widzewa, dla którego był to ostatni mecz. Dziś już wiemy, że zastąpił go Żelijko Sopić. Czubak zostanie w sztabie szkoleniowym. Szkoleniowiec był bardzo szczęśliwy z powodu zwycięstwa. Na koniec dostał brawa od miejscowych dziennikarzy. I koszulkę.


30. Ładna jest ścianka w sali konferencyjnej z oprawionymi artykułami dotyczącym historycznych meczów Widzewa.

31. My jeszcze pół godziny zostaliśmy na sali, by przygotowywać materiały, galerię i spisywać konferencję, która na żywo też pojawiała się w relacji LIVE, do której śledzenia zawsze zapraszamy podczas meczów i po nich – zostawajcie z nami, bo tam najszybciej dowiecie się, co mieli do powiedzenia trenerzy.

32. Wkrótce zebraliśmy się i trochę przed północą udaliśmy się w drogę powrotną, która przebiegła (prawie) bez zakłóceń.

33. Wracając wstąpiliśmy do Maczka (nie Mateusza), by się posilić. Z racji późnej pory był to McDrive. Posiłek skonsumowaliśmy pod stadionem GKS. W tym czasie autokar z piłkarzami wrócił na Bukową. Stwierdziliśmy, że dobra, bezpiecznie wrócili, to możemy jechać.

34. W Katowicach byliśmy nieco przed drugą. Z nie najlepszymi humorami po porażce. Ale wkrótce kolejne mecze i liczymy na zwycięstwa.

35. Teraz dwutygodniowa przerwa, a potem już tylko otwarcie nowego stadionu – z wysokiego C! Jeśli na Bukowej przegrali przyszli Mistrzowie Świata, to na Nowej Bukowej niech przegra człowiek, który ten tytuł już ma na koncie!

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    łukasz

    18 marca 2025 at 13:08

    czy możesz mi odpowiedzieć na jedno pytanie 😉 dlaczego my nie mamy autokaru w barwach klubowych tak jak każdy zespół z Ekstraklasy ,1 ligi ba nawet w 2 lidze Jastrzębie lub skra częstochowa mają!!!

    • Avatar photo

      3kolory

      19 marca 2025 at 18:09

      Najlepsze jest na końcu…przegrali przyszli mistrzowie niech przegra który już ma !!!!
      Oby tak było na nowym . Do boju GKS !!!

Odpowiedz

Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga